• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała?

[11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała?
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
13.08.2025, 07:22  ✶  
Chatka Helloise

Tego dnia, Alexander wyszedł z domu przed świtem. Wiatr świszczący pośród wrzosowisk był mocny, ale on okrył się płaszczem, którego poły łopotały za nim jak skrzydła. Postawił nawet kołnierz, nie wzbraniał się jednak przed zimnymi porywami, targającymi go za włosy. Zbytnio przypominały zapomnianą pieszczotę. "Jestem wiatru narzeczoną", śpiewała mu cicho Lorien, tym razem na to ucho, na które nie słyszał, "nie bądźże zazdrosny." Jakże mógłby być zazdrosny? Sam tęsknił przecież za tym nieokiełznanym wichrem, szalejącym pośród wznoszących się wokół Mulciber Manor wzgórz. Tęsknił za wichrem, który wył jak zdziczały pies, kąsał jak zdziczały pies. Tęsknił za widokiem wrzosowisk. Gdy mijał łany wrzosów, pozwalał rozkrzaczonym bylinom czepiać się swojego płaszcza. Palcami muskał zdrewniałe łodygi ziół, których nazw nigdy nie poznał. Pozwalał łaskotać się ich delikatnym listkom i płatkom.

Szukał ptaków.

Alexander często śnił o ptakach. W jego snach, ptaki śpiewały przedziwne melodie, przejmujące pięknem, którego po przebudzeniu nigdy nie potrafił opisać słowami, ale też nigdy nie próbował, aż do dzisiaj. "Ptaków najlepiej słuchać przed świtem", przypomniał sobie słowa Helloise. "Najlepiej słuchać ptaków, kiedy psy przestały już wyć do księżyca, a ludzie jeszcze nie powstawali". Wiedział, że wiele z nich niedługo odleci, pozostawi po sobie puste gniazda w gęstwinie traw. Nie zatrzymywał ich. Chciał tylko posłuchać ich śpiewu. Na urodziny podarował Lorien zaczarowaną piszczałkę, która naśladowała śpiew ptaków. Nigdy nie można było się spodziewać, który z nich wzbije się w powietrze, gdy obejmowało się wargami zdobiony ustnik. Czy będzie to nawoływanie sroki, kląskanie słowika, czy chryplawy skrzek wilgowrona. Stadko świergotków łąkowych poderwało się przy jednym z bardziej zamaszystych ruchów jego ręki, gdy smarował na papierze kolejne kreski, próbując uchwycić ich pieśń. Utrwalić ją tak, jak uczyła go Helloise, choć bardziej przypominała paniczny zryw, aniżeli piosenkę. Kreski różnej wielkości, różnej długości. Niektóre dokładne, niektóre uchwycone w porywie chwili, niemalże rozmazane na kartce.

|                        |                        |                        |                        |                        |                            |                        |                          |                        |                        |                            |                        |                        |                        |                      |                        |                          |                        |                        |                          |                          |                        |                          |                          |                      |                                                              |          |                  |                          |                          |                          |      | || |  |          | | | |      |||| |  | || || ||| ||||||||| |||| ||| ||| |||  | | || | | | | | || | | | | | | || | | | | | | | | | | | | | || | | | | | || | | | | | | || | | | | | |              |    | | | | | | | || | | | | | || | | | | | | || | |||||||||||||||||| ||||||||||||||||||||||||||| |        |                        |                        |

Uparty wiatr chciał mu wyrwać piosenkę z rąk. Ponieść pośród wrzosowisk dźwięki zagęszczające się coraz to ciaśniej i ciaśniej, zapiski szaleńca, który siedział nieruchomo pośród traw, i nasłuchiwał. Nasłuchiwał z zamkniętymi oczami, z ręką wspartą o grunt, rozpaczliwie wpijając w rozoraną ziemię rozcapierzone palce, jak gdyby próbował wyczuć jej puls.

Stuk. Stuk. Stuk.

Nasłuchiwał, dopóki nie stał się jednością z ziemią, z ptasim trelem, a może i z całym światem.
Nie pozwolił kartce odlecieć.
Wiedział, że wróci do domu z zawilgoconymi włosami, na których zbierały się resztki porannej mgły, zakręcając stanowczo za długie kosmyki. Wróci z rosą na brwiach i rzęsach. Z zapachem wiatru przyczepionym do płaszcza niczym rzep do psiego ogona. Z z ziemią pod paznokciami i z błotem na butach. Znalazł w szafce jakieś stare buty, sądząc po rozmiarze, musiały jeszcze pamiętać jego ostatni rok w szkole. Piły go w palce, więc zamiast nich założył buty ojca. Też nie pasowały idealnie, ale okazały się o wiele wygodniejsze od jego własnych. Daleko w nich zawędrował. Zapuścił się głęboko we wrzosowisko, głęboko w mgłę. W snach często kroczył przez mgłę, ale nigdy się nie bał, mimo że świeca w jego pustelniczej latarni świeciła zbyt ponikle, aby rozproszyć senne mary... Bo i czego miałby się bać? Wciąż miał przecież pod stopami ziemię, która go zrodziła.

Jego ziemia. Nie jego ziemia, lecz jego rodziny. A jednak jego ziemia, bo gdy buty grzęzły mu w błocie, to było tak jak gdyby nie chciała wypuścić go ze swoich objęć. Jak gdyby tęskniła za czasami, gdy krył się pośród tych wzgórz przed resztą świata – dzieciak, który uciekał samotnie na wrzosowiska, bo spokój odnajdywał tylko wtedy, gdy wicher duł mu w uszy, zagłuszając ścigające go głosy – nie odchodź, szeptała ziemia, a Alex posłusznie składał głowę na jej trawiastym łonie. Plecy opierał o kamienie, za towarzysza mając tylko książkę, której stronnicami przewracał wiatr. Psa, który odpoczywał z łebem na jego brzuchu. Własne myśli, z których wiłby wianki, tak jak ptaki wiły gniazda pośród traw. Urodził się pośród tych wzgórz – w posiadłości, którą zostawił daleko za sobą – nazywał je więc swoimi, w taki sam sposób w jaki poeta mówiłby o ukochanej: "jesteś moją". W sposób, który bardziej podkreślał, że to on należy do tej ziemi, nie ziemia do niego. Ziemia była niczyja, ziemia była jałowa. Nic na niej nie rosło, jedynie nieużytki.
Może dlatego Alexander wyrósł na tej, a nie na innej ziemi. Garbił się, podobnie jak garbiły się na wrzosowiskach skarłowaciałe drzewa, przyginane wiatrem ku ziemi, ale żył. Wciąż żył. A wokół niego bujało życie, którego brakowało mu w Londynie.

Gdy wieczorem pojawił się w Dolinie Godryka, po wichrze we włosach pozostało jedynie wspomnienie. Wciąż jednak czuł jego zimny dotyk, gdy przeczesywał ręką włosy, czuł wiatr w sposobie, w jakim uparte kędziory opadały mu na twarz. Czerń ziemi nie raziła swym widokiem spod wyczyszczonych dokładnie paznokci... A jednak czerń nudnego garnituru Alexandra przypominała rozkopaną niwę. Gdy przedzierał się przez rozsiane na podwórzu chaszcze, to było tak, jak gdyby kroczył przez rozmokłe łany wrzosowisk. W wieczornym powietrzu unosił się zapach maciejki oraz przypominająca kamforę woń wrotyczu, który ubrudził złotym olejkiem jego palce. Niemalże nie widać było ziemi spod tej gęstwiny. A jednak uniósł stopę, aby uderzyć weń, wystukać właściwy rytm, jak wędrowny wróżbiarz, wierny przybłęda, pustelnik, który oświadcza swe przybycie dziadowską pieśnią i stukaniem kostura. Stuk. Stuk. Stuk. Dwa wdechy, jeden po drugim, chwila, i wydech. Trzeci oddech, szybszy niż dwa pozostałe. Z bijącym sercem czekał, aż synogarlica przyleci go podziobać.

Przyniósł jej piosenki.

Pod pachą miał płytę z nagraniami francuskiej artystki, Édith Piaf, która lubiano nazywać przecież La Môme Piaf, małym wróbelkiem. Drugą piosenkę przyniósł na ustach, wygwizdawszy prostą nutę, ledwie przed jego oczami pojawiła się chatka na kurzej nóżce. Ostatnią zapisał na papierze wygniecionym przez wiatr, który nad ranem chciwie wyciągał ku niemu niewidzialne dłonie, próbując porwać te godne pożałowania próby uchwycenia tego, co nieuchwytne. Zapis pulsu Alexandra na kartce, wyznaczony śpiewnym drżeniem piersi ptaków.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
01.09.2025, 18:44  ✶  
Ważyła jeszcze mniej niż wspomnienie snujące się za Alexandrem przez Dolinę. Przezroczysta ręka upleciona z czystej duszy mogła podążać raz za razem we włosy wróżbity za jego palcami, lecz kędziory nie dostrzegały jej obecności i kłaniały się wyłącznie wiatrom. Nie dostrzegały jej chaszcze ani drzewa, które mijali w drodze do chaty, ale ona dostrzegała wszystko. Dostrzegała podobieństwo.
Oglądała jego czyste palce — gdy zginały się, czy zginały się tak samo, jak zakrwawiona żałobą ręka, która chwyciła ją tamtej nocy za nadgarstek? Patrzyła na jego krok, wybiegając przed niego i pozwalając mu przejść przez siebie — czy to był krok czarnego cienia z Ataraxii? Położyła widmowe palce na znajomych ustach — czy układały się w te same kształty, które już zwiedziła?
Stukał tak, jak uczyła go nocą. Jego oddech recytował pieśni, które mu zapisała.
Niknąc i rozpraszając się w głębi chaty, słyszała jego gwizdanie jednocześnie niesione dalekim leśnym echem i śpiewane ostro tuż przy jej uchu.
Przyszedł on i on.

Pierwsza jednak była chata. Wśród ugaszonej popiołem dziczy stał w pochmurnych przestworzach ten strach na wróble o wykolonych oczach. Kołysał się lekko na chudej kurzej nóżce. Szczerbaty potwór szczerzący zwęglone, pokruszone usta strawionych ogniem futryn, z których tu i ówdzie sterczały kły z resztek szyb. Szyby są ostre i zaściełają ziemię wokół całej chaty, więc nie pokalecz stopy, którą wołasz, przybłędo.
Chata uklękła, zapraszając go do środka skrzypieniem uchylających się drzwi i gdakaniem kur z tyłów podwórza. Przeciąg hulał w dziurawej skorupie, tylne drzwi trzasnęły, aż cały dom zadrżał. Nie tańczyła w środku ani jedna iskierka światła ni ciepła. Chata oddała się pokornie Naturze, która wdarła się do niej przez wytłuczone okna. Chata przyjęła królowanie jesiennego deszczu i wiatru, wrześniowej pluchy. Pod parapetami zebrały się kałuże, od których pęczniała drewniana podłoga. W tych płytkich błotnistych bajorkach zadomowiło się kilka żab, które przywitały wędrowca rechotem. Wnętrze głównej izby śmierdziało gęstą, kilkudniową, stęchłą wilgocią, która lepiła się do wszystkich powierzchni i rozmaczała w gęstą papę niezmiecione popioły. Liczne donice — stojące i podwieszane — zarzucone były lekką włókniną, upodabniając chatę do krainy grzybów o białych kapeluszach oraz lejących się z sufitu miękkich wodospadów. Czasem zdawało się, że rośliny ukryte pod nimi pulsują i poruszają się, rozciągając zdrętwiałe pędy. Przy martwym palenisku wciąż czerniała plama krwi, w korytarzu na suszarce gniła od wilgoci ostatnia partia zielnych zbiorów. Blaty, szafy i regały zdobiły odchody ptaków i nietoperzy — zza uchylonych drzwi kredensu wyjrzał utuczony wróbel, w napalonej szczelinie w ścianie popiskiwały gacki. Chata tętniła mokrym, nadgnitym, oślizgle zimnym życiem — niby opuszczona przez człowieka, rzucona na pastwę trawiącej jej dzikiej przyrody.
Niby opuszczona — dopóki odwiedzający nie spuścił wzroku na podłogę, na zaprojektowane tam kręte labirynty myśli intensywnie ludzkiej. Obraz chorobliwej obsesji, która opętała właścicielkę kurzej chatki. Warstwa po warstwie piętrzyło się szaleństwo, warstwa po warstwie coraz ciężej było cofnąć się do jego początku i sensu, który poplątał się i zjadł własny ogon.
Pierwsze były stopy. Obrysy znikłych kroków wykonane czerwoną farbą. Podeszwa klątwy, która wędrowała po domu Helloise od Spalonej Nocy — pojawiały się, znikały. Wędrowały nocą, a ona chwytała je z rana między kontury pociągnięć pędzla, zanim ruszyły w dalszą drogę.
Wszystko było połączone.
Połączone fioletową, mokrą włóczką rozpiętą na gwoździkach, które czarownica wbijała w podłogę tam, gdzie padały ślady klątwy. To aby jaśniej dostrzegać wzory. Usłyszeć je, dojrzeć boską wiadomość w tańcu błotnistego demona. Po podłodze ciągnęła się gęsta pajęczyna połączeń, wychodziła z kuchni na korytarz i zaglądała do pozostałych pomieszczeń, zainfekowała całą chatę.
Połączenia należy objaśniać. Wszystko było więc wymierzone. Rozmoczoną kredą i węgielkami przy każdym gwoździku opisane były długości i kąty między poszczególnymi śladami, wyliczone ich relacje, kolejność pojawiania się. Nieznane zależności. Próby wpisania ich w geometryczne figury, łuki, układy przerysowane z ksiąg opisujących nekromantyczne rytuały oraz alchemiczne tablice przemian. Na podłodze wykreślono rozległe średniowieczne diagramy składników mikro- i makrokosmosu, w które wpisane były demoniczne ślady, a wokół wyprowadzone z nich, a następnie spisane węglem na deskach podłogi formuły alchemiczne. Inną kredą nieudolnie próbowała Helloise odnaleźć w krokach wędrówkę gwiazd. Wpisywała w punkty wskazane przez klątwę kręgi piekieł, słońca, matematykę chaosu. Każda formuła, każde równanie, każda nałożona na podłogę teoria miała mniej sensu od poprzedniej i tchnęła coraz większym obłędem, choć nie dało się odmówić autorce upiornego wykresu skrupulatności w pracy.
Szukała w tej sieci kroków objawienia Bogini, lecz zbudowała ją na fundamencie pospolitej klątwy Voldemorta, która spadła na jej dom podczas Spalonej Nocy.

Coś zastukotało w sąsiednim pomieszczeniu i w korytarzu pojawiła się czarownica niosąca gramofon. Ostrożnie stąpała pomiędzy nićmi pajęczyny rozpiętej w chacie, aż stanęła w progu kuchni i dłuższą chwilę patrzyła na Alexandra w milczeniu, nim odezwała się zachrypniętym głosem:
— Odmieniłeś się.
Odstawiła gramofon na najbliższy blat, po czym uklękła na podłodze, aby dołączyć do sieci nowy, nieopisany jeszcze ślad. Z głębi domu wyleciały za nią ospale trzy drewniane ptaki skrzypiące metalowymi stawami skrzydeł i zaczęły krążyć pod sufitem izby. Drżącymi lekko dłońmi Helloise w skupieniu odrysowała mokry kształt stopy.
W każdym jasnym, spuszonym loku spływającym po jej plecach, w każdym zagłębieniu ciała, pod warstwami wełnianych sukien zdawały się mieszkać zimna mgła i deszcz, które powoli przesiąkały do szpiku. Włosy były ciężkie od wilgotnych kołtunów, część najniesforniejszych kosmyków spinała szpila, która po bliższych oględzinach okazała się ostruganą kością niewielkiego zwierzęcia. Kobieta pociągała zaczerwienionym nosem, tarła co jakiś czas wierzchem dłoni przekrwione, podkrążone oczy.
— Nie szkodzi. Rzadko człowiek pozostaje do końca dzieckiem — kontynuowała, gdy skończyła rysować i wstała, poprawiając otulający ramiona gruby szal. — Nie szkodzi, bo rozpoznałam cię.
Patrzyła na niego intensywnie, rozcierając między palcami resztki żółtej kredy.
— Widziałam, że niesiesz muzykę. Édith Piaf. Bardzo chciałeś, żebym usłyszała. — Wskazała mu zapraszająco przyniesiony gramofon, zakurzony od lat nieużywania. — Uważaj, gdy będziesz się zbliżał — wtrąciła nagle roztargniona, spuszczając na moment wzrok na podłogę, nim myśli wróciły na właściwy tor. — Nie wiem, czy potrzebuję ją usłyszeć. Twoja muzyka mi się podobała. — Uśmiechnęła się nienaturalnie szeroko, po czym złożyła usta i, nie urywając na moment kontaktu wzrokowego, wygwizdała w zwolnionym tempie melodię, z którą Alexander zbliżał się do chaty.


dotknij trawy
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
20.09.2025, 23:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2025, 01:38 przez Alexander Mulciber.)  
– Odmieniłem się – powtórzył w zamyśleniu, mrużąc lekko oczy: próbował powstrzymać zalew ni to premonicji, ni to wspomnień, jaki wywołały słowa Helloise. Czuł, jak przesuwają mu się pod powiekami, rojąc się niby świetliki. Jak świetliki błyszczały też spinki w ciemnych włosach Lorien, gdy siedzieli na podłodze, w łazience Agnes Delacour. "Już się nie odmienię", zaśpiewał wtedy chrapliwym głosem, oddając swej siostrze jedyne w pełni szczęśliwe wspomnienie z przemijającego lata. Trwał wtedy z rękoma wplecionymi w jej włosy, z twarzą tuż przy jej twarzy, trzymając się Lorien tak samo kurczowo, jak próbował trzymać się rzeczywistości. Ten jeden moment tylko dla niego. Teraźniejszość. Bez wizji, które zawsze czaiły się na peryferiach spojrzenia, zacierając granice między tym, co realne, a tym co prawdziwe. Bez przeszłości, drepczącej za nim jak pies z kulawą nogą, bez przyszłości, cuchnącej psią padliną. To jest prawdziwe, przekonywał się rozpaczliwie, wiedział, że to było prawdziwe, gdy Lorien rzęziła słowa tej samej piosenki, wpatrując się w niego niemal błagalnie swoimi pięknymi, smutnymi oczami. Były piękne, bo były smutne. Były smutne, bo były piękne. Przyszłość dopadła go na dnie oczu Lorien, ciemnych jak niebo nad Londynem.
"Odmieniłeś się."
Może już wtedy wiedział, że tu przyjdzie. Bo głos Helloise był mu przecież znajomym. Wszystko w niej było znajome, ręce, jak mgły, które dzisiejszego poranka zanurzyły się miękko w jego włosach, obłąkany uśmiech, jakim go przywitała. Czy zawsze witała go tymi samymi słowami? "Odmieniłeś się"? Daleko musiała wyjść mu na spotkanie. Bo przecież wygwizdała teraz melodię od początku. Jak długo szła z nim? Obok niego?
Ten jeden moment tylko dla mnie, prosił, ale to nigdy nie był tylko moment. Jasnowidz nie miał nic na własność, nawet własnych oczu. Bo jak wiele z jego wspomnień tak wyglądało? Patrząc w przeszłość, widział jak przyszłość mieszała się z teraźniejszością. Momenty na wpół zatarte, bo przerwane wizjami. Zlewające się ze sobą twarze. To, co się wydarzyło, zawsze było tuż obok tego, co mogło się wydarzyć. Czas zacierał granice. A może granic nigdy nie było. Może wszystko istniało wszędzie naraz. A jednak nie otaczała ich zielona poświata lamp, rozpraszających ciemności łazienki. Nie było już ciemnych, błyszczących loków, tylko splątane blond kołtuny, w których bielała kość. Schylił się powoli, aby móc dotknąć podłogi, ale ta ułożona została z wyprawionych gładko szczap drewna, nie z kafelków.

– Ty nie zmieniłaś się wcale, Helloise – odpowiedział, podnosząc głowę. Choć to było kłamstwo. Zmieniła się tak, jak liście na drzewach zmieniają swój kolor. Taka była kolej rzeczy, kojąca przewidywalność pór roku, odnawiających się wciąż na nowo, w kole czasu. Więc to nie było kłamstwo. Nie tak naprawdę. W końcu wypowiedział jej imię. Inne słowa były tylko maskami, za którymi skrywało się to, czego nie dało się wypowiedzieć.

Przesunął palcami po podłodze, wzdłuż skreślonych przez Helloise wyliczeń, jak gdyby próbował w ten sposób zbliżyć się do poznania. Do poznania Helloise, nie klątwy. Szukała fizycznych zależności w odległościach między widmowymi krokami. Poczuł coś na kształt rozczulenia, widząc, że próbowała ku temu wykorzystać nawet wzór na wyliczenie kąta paralaksy gwiezdnej. Poświęcił chwilę, aby sprawdzić jej rachunki. Kto nałożył klątwę na twój dom, dziewczyno z Kniei? Kto się odważył? Sunąc powoli dłońmi po zawilgotniałych klepkach podłogi, odgarniając na bok przeszkody, odkrywał alchemię jej szaleństwa. Pajęczyna, pomyślał, patrząc na sploty uplecione z fioletowej włóczki. Bo sama Helloise przypominała mu rozespaną pajęczycę, wyrwana z letargu swego kokonu. Przeziębienie, czy objawy z odbicia po odstawieniu opium? Zbyt było to podobne psychozom, w jakich pogrążał się, próbując rzucić. Niemalże za tym tęsknił.

– Muzyka nie jest moja – powiedział w końcu. – Wedle wierzeń rdzennych mieszkańców Australii, wszystko powstało z muzyki. Pieśni wznoszą się ponad światem, splatając w sobie wiedzę o geografii, micie i kulturze. Tworzą misterne sploty. Linie. Aborygeni mówią na to linie pieśni... Ale ja wolę określenie "ścieżki snów". Bo to są ścieżki. To są zarówno miejsca, namacalne, znajdujące odbicie w świecie fizycznym, jak i duchowym. Linie, przez które przepływa energia magiczna, zasilająca miejsca mocy, takie jak Knieja. Jak puls, meandry żył na ciele, które zbiegają się w sercu. Jak linia życia na twojej dłoni, na mojej dłoni, na dłoniach nas wszystkich. Kontury tych melodii – przesunął palcami wzdłuż jednej z rozciągniętych nad podłogą nici z włóczki, oplatających sterczące w górę gwoździe – wznoszą się bowiem ponad wszelkimi podziałami. Nawet tymi kreowanymi przez język. – Dopiero teraz Helloise mogła zdać sobie sprawę, że Alexander nie mrugnął ani razu, odkąd przekroczył próg jej chaty. – Pozostaje tylko zrozumienie – ciągnął. – Bo linie pieśni są w istocie mapą. Kontur melodii kreśli ukształtowanie ziemi, nad którą się wznosi… Pewne frazy, zestawienia dźwięków, są niczym odciśnięte w rytmie kroki przodków. Wprawiony pieśniarz pamięta, ile razy przekroczył wpław rzekę, ile razy musiał wspiąć się na grzbiet wzgórza. Dzięki temu wie, w którym miejscu pieśni się znajduje. Jak daleko posunął się jej szlakiem. – Zatrzymał się przy wyrysowanym kredą, archaicznym diagramie zaczerpniętym z pism Arystotelesa, który opisywał przenikanie się ze sobą żywiołów. Pokręcił chwilę palcem po płaskiej główce krzywo wbitego gwoździka, zanim ruszył dalej. – Każdy zakręt melodii jest punktem odniesienia na mapie. Wędrując, śpiewasz. Śpiewając, wędrujesz. Przez czas i przez przestrzeń. Tak przez ziemię, jak i przez niebo.

Podniósł się, ostrożnie stawiając stopy, aby nie naruszyć misternej konstrukcji, jaką wzniosła. Przytrzymał poły płaszcza, aby nie zaczepić o wystające z ziemi gwoździe. Nie chciał zburzyć jej starań. Wieloma sposobami można było dojść do właściwych rozwiązań. Alexander uważał, że nawet w szaleństwie jest metoda. Zbliżył się więc do Helloise, nad którą znów górował, choć nie zamierzał patrzyć na nią z góry, wiedząc, jak żarliwie poszukiwała wiedzy. Wyciągnął w jej stronę kopertę z płytą gramofonową, pochyliwszy się lekko, pozwalając przelecieć nad swoją głową jednemu z drewnianych ptaków, gdy ten wionął mu nad uchem swym skrzydłem.

– Chcesz, żebym opowiedział ci więcej? Czy chcesz, żebym najpierw usłyszał ciebie? – spytał prosto.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
18.10.2025, 21:18  ✶  
Odmiana w ustach Helloise była komplementem. Co się przemieniało — to żyło, doświadczało, zbierało — to było pięknem. Co się przemieniało, to i przemijało, domykając swój los.
Alexander był cieniem na jej latach szkolnych. Teraz, gdy powrócił, również poznała go pierwej jako cień, lecz nie miał on tamtego zapamiętanego kształtu młodzieńczej sylwetki. Był to cień posępny i szorstki.
Tego dnia Alexander Mulciber wyszedł z cienia. Odwiedził ją i po raz pierwszy w życiu mogła go oglądać: przejrzeć się w oczach, które chwytały i odbijały jej własne światło. Był przytłaczająco wysoki, choć zbyt wdzięczny na olbrzyma — być może szykowali go na jednego z półbogów. Ktoś musiał w trakcie aktu stworzenia zarzucić projekt Alexandra — zostały mu z boskości tylko te oczy proroka. Porzucili w nim prócz daru i to nieukojone drżenie, i to chude ciało, w którym nie zdążyli wyrzeźbić herosa, i tę szarawą cerę, w którą nie tchnięto rumieńca. Ta skóra była dla Helloise jak zrobiona z cienkiego papieru — zdawało się czarownicy, że w odpowiednim świetle widzi prześwitujące cienie tego, co w Alexandrze. I myślała, że gdyby zagłębiła w nim palce, rozerwałaby papier z łatwością i wydobyła wszystko na wierzch. To było tylko złudzenie. Wyskrobywała już jego krew i ciało spod swoich paznokci, papier nie zostawał na rękach.
Gdy dotknął jej myśli zaściełających podłogę, Helloise zastygła w bezruchu, przestała oddychać. Obserwowała ruchy Alexandra z ekscytacją podsycaną resztkami nieufności. Obchodził się z jej głową delikatnie, nie próbował burzyć niczego, pozwoliła mu więc iść dalej i dalej. Śledziła jego palce, gdy tyczyły trasy przez jej labirynt i mapowały błędne drogi.
Nie mrugał. Nie przestawał jej chłonąć.
— Aborygeni… tak, to ma sens, to zbyt melodyjne jak na Anglików. Czy tych Aborygenów już podtruli? — zapytała odległym głosem przypominającym echo wracające spomiędzy rozrzuconych przez niego po całym świecie falujących linii.
Odebrała od czarodzieja płytę, patrząc na nią oskarżycielsko, jakby i Édith Piaf miała potencjał zagłuszać pieśni Australijczyków. Mimo to kobieta wyjęła ją i umieściła w gramofonie, lecz nie uruchomiła go.
Linie na dłoniach. Wzięła tę rękę, która podała jej piosenki, i uniosła ją na wysokość oczu. Początkowo zetknęły się tam jedynie koniuszki ich palców. Helloise powoli rozprostowywała palce Alexandra swoimi, a gdy skończyła, spróbowała zajrzeć do wnętrza piramidy zbudowanej z tak ułożonych dłoni — próbowała porównywać linie. Żaden kąt patrzenia nie zadowalał jej w pełni, poddała się więc i spróbowała złożyć ich dłonie tak, żeby linie nałożyły się na siebie — w naiwnej wierze, że jeśli nie potrafi tego zobaczyć, będzie potrafiła to poczuć. Miała zimne ręce, lekko wilgotne, lecz nie lepkim potem, a deszczem — jakby zanurzyła je przed chwilą w mokrym mchu. Odbarwione na zielono koniuszki palców i pożółkłe paznokcie niosły zapach zbutwiałego drewna i trawy po deszczu.
— Tyle linii… — wymamrotała, nie spuszczając wzroku z ich rąk. — Wiesz, dlaczego choć tak mnogie, nie plączą się? Wędrujemy po krosnach. Dziewica to prządka, dziewicza jest materia, z której przędzie nici. Matka odbiera od niej wrzeciono i tka, tka materię świata, splata nasze nici, podczas gdy starucha chodzi dookoła i przecina te, dla których nie ma już miejsca w kolejnych splotach.
Helloise opuściła wzrok na swoją pracę rozpiętą na podłodze chaty i dostrzegła, że brak w niej tego tego boskiego ładu. Uprzędła nici, lecz gdy spróbowała naciągnąć je na krosno, jedynie się splątały. Wsunęła palce między palce Alexandra, krzyżując je.
— Dlaczego jedno ma mówić? — Zrobiła krok w tył, wciągając go w pajęczynę. Nie musiała patrzeć pod nogi, aby trafiać tam, gdzie trafiały kroki klątwy. Odtwarzała ją w ostatnich dniach raz za razem jak w transie. — Pleć z naszych linii. — Zachrypły głos wiedźmy zadrżał lekko. Patrzyła na jasnowidza szklistym wzrokiem gotowa pogodzić się z wyrokami losu, jeśli by prorok z boskiej woli zamykał wytyczone przez nią szlaki. — Motaj je, motaj. — Ja przędłam, ty siądź do moich krosien. Rozpięłam osnowę, ty pleć, bo tobie ukażą wzór. — Co raz splecione, będzie zawsze wpisane w gobeliny w domu bogów. Będzie istniało, mimo że skończy się, gdy Starucha poprzecina nici.
Prowadziła go więc ostrożnie w głąb pajęczyny po krokach klątwy.
— Kim jestem? — pytała, wchodząc w buty kroczącego po jej domu zaklęcia. — Dokąd idę?
Na chwilę zamilkła, gdy wśród skrzypiących klepek podłogi szukali w labiryncie myśli wspólnego rytmu, a za nimi snuły się ptaki. Wędrując, śpiewasz. Śpiewając, wędrujesz. Wędrówka zaś stała się tańcem, do którego popychał ich wrzeszczący wiatr wpadający przez wybite okna. Helloise dała Alexandrowi czas, by rozgościł się w jej głowie, a gdy ich krok nabrał naturalnej płynności, zaczęła szeptem:
— Od łąk ku Kniei nadszedł mężczyzna. Szedł, niósł ogień. Grzesznik. Grzesznik. Czarny grzesznik — oskarżyła go trzykrotnie charczącym czarcim głosem. — Sądziłam, że idzie po odkupienie. Co innego by mógł robić, idąc ku lasowi? Nie, nie szedł po odkupienie. Szedł po śmierć, lecz jej nie znalazł. Zostawił za to część swojego życia u mnie. — Gdy w tańcu mijali wygasłe palenisko, Helloise omiotła wymownym spojrzeniem czerniejącą przy nim plamę krwi. — Przyszedł tu. Pomyślałam: niech zostanie, bo może pójdzie dalej, do lasu. Naprawi, co zniszczone. Odkupi winy. Te kroki, ten bezcielesny wędrowiec. One wdarły się do środka. Też gdzieś szły. Idą do lasu. Idą do lasu. Tu u mnie nie ma nic innego niż las. Jestem ja. Jest las. Nie ma gdzie iść indziej. — Opowieść zaczynała nabierać tempa, a wraz z nią galopował oddech czarownicy. Kurczowo zacisnęła ręce na Alexandrze, aby nie mógł uciec od odpowiedzi. Ta intensywność nie była utkana ze strachu. Helloise zionęła histeryczną desperacją. — Jestem ja. Jest las. Gdzie więc szedł ten człowiek? Gdzie dziś idą kroki? Jeśli nie do lasu. Nie ma tu nic, tu jest las. Musieli iść po coś. Musieli mi coś przynieść. Po co otwieraliby drogę przez mój dom, jeśli nie w drodze do lasu? Po co zostawaliby w nim, jeśli nie by mówić?


dotknij trawy
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#5
14.11.2025, 22:05  ✶  
Jakże miała się jego Marzanna? Spalona, ale wciąż żywa, utopiona, a jednak wywleczona na suchy brzeg. Czarowała go, sunąc odbarwionymi palcami wzdłuż linii znaczących dłoń Alexandra. Nie ryła już paznokciami po skórze, jak gdyby rozdzielała łodyżki wiszących pod powałą ziół. Badała ostrożnie, gdy opowiadał, pozwalając się czarować. Opuszkami palców podążała wzdłuż zakrętów ścieżek, jakie wytyczył na jego dłoni los, ciekawa, gdzie ją zaprowadzą. "Gdzie więc szedł ten człowiek?, pytała. Gdzie dziś idą kroki, jeśli nie do lasu. Tu u mnie nie ma nic innego niż las. Jestem ja. Jest las. Nie pachniała już popiołem. Pachniała jak wiatr, a może jak ziemia po deszczu. Pachniała lasem. Patrzył w jej przekrwione, podkrążone od niewyspania oczy. Patrzył z fascynacją, jak próbuje dopasować jego linię życia do swej własnej, a potem splata ich palce ze sobą, jak gdyby była usatysfakcjonowana odnalezionym dopasowaniem.

"Wędrujemy po krosnach. Dziewica to prządka, dziewicza jest materia, z której przędzie nici. Matka odbiera od niej wrzeciono i tka, tka materię świata, splata nasze nici, podczas gdy starucha chodzi dookoła i przecina te, dla których nie ma już miejsca w kolejnych splotach."

A więc była religijna. Z liturgii wywiodła podstawy aparatu pojęciowego, jakim się posługiwała, przedstawiając mu swoje racje. Alexander w bogów jako takich nie wierzył, nie wyśmiewał jednak ludzkiej potrzeby objaśniania praw rządzących światem za pomocą paraboli. Sam wsłuchiwał się przecież w opowieści starszyzny, badał symbole, interpretował znaki. W swoich poszukiwaniach dbał o posługiwanie się językiem możliwie precyzyjnym, ale język ten rzadko cechowała odpowiednia wymowa. Nie miał takiej mocy przekonywania, jak język tych, którzy o wiedzy mówili jak o wierze.

Klątwa, jedna z tych, którą wypuścił na świat jego Mistrz, poczyniła szkody w jej domu. Ale Helloise wierzyła, że jest czymś więcej niż manifestacją zwykłej, ludzkiej nienawiści. Na fundamencie klątwy zbudowała bowiem ołtarz ku czci swej bogini. Alexander nie wiedział, czy była nią Matka, czy może sama Knieja. Być może to było dla niej jedno i to samo. Wiedział jednak, że Helloise mu pomogła. Zamierzał jej się odwdzięczyć tym samym. Jasne, że mógłby jej opowiadać dalej o liniach pieśni, o ścieżkach snów. O tym, że na ich podstawie wytyczano mapy nieba, nazywano konstelacje. Mógł opowiedzieć jej o liniach Nazca, usypanych na wysokich wyżynach Peru. O geoglifach na południu Anglii, wyobrażających ludzi i zwierzęta. O lung mei, zwanych "łzami smoków", które znajomy antropolog badał w Chinach. Miał przeczucie, że spodobałyby się Helloise, biorąc pod uwagę, że trzymała w chacie coś, co wyglądało jak czaszka smoka. Mógłby jej powiedzieć, że nie jest pierwszą, która próbuje odkryć wzór, wedle którego zbudowano wszechświat. Pocieszyć, że nie jest jedyną. Potem, zdecydował jednak, przypatrując się w skupieniu wykrzywionej przejęciem twarzy Helloise, która zasypała go pytaniami.

A potem wciągnęła go w swą pajęczynę.

Pośród lepkie nici myśli rozpiętych na osnowie obsesji. Nasączonej laudanum, a może desperacją. Pozwoliła mu się rozgościć w swojej głowie. Alexander zaglądał tam ostrożnie, przewidując kroki, które widział w zwojach jej pamięci. Na początku poczuł się przytłoczony wrażeniami. Potem zrozumiał, że właśnie dla takich chwil żył. Przestudiował pobieżnie widmowe ślady na podłodze, ale wolał łapać rytm Helloise. Kroczyć pulsującą tym samym rytmem ścieżką jej intencji, nie zaś podążać za klątwą. Poddał się więc rytmowi jej oddechów, biegowi jej myśli.

– Nie czujesz tego? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Każdy krok obsypany jest popiołem. Popiół w twych włosach. Klątwy świszczące wokół głowy. Krew na rękach i na języku. Śmierć, wszędzie śmierć. Wszystkie kroczą wraz z tobą. Śmierć. Przemoc. Ogień. Ogień. Gubisz krok. Potykasz się o czyjeś ciało, dławisz popiołem. A potem znów rzucasz się w ciemność nocy. – Przyciagnął ją do siebie bliżej, zmuszony do zmiany narzuconego rytmu, przeniesienia ciężaru na drugą nogę, gdy widmowe kroki na podłodze nagle zmieniły swój kierunek. – Dałaś mi posmakować swojej nocy, a ja pokrwawiłem cię swoją. Wraz z płomieniami odtańcowujemy jej taniec na linii ognia. Na ruinach. Możemy odtwarzać kroki tego samego tańca wzdłuż wytyczonych przez ciebie linii, bo współdzielimy to samo doświadczenie. To są właśnie linie pieśni. Możemy na nich tańczyć, bo jesteśmy częścią pieśni, która jest w nich zapisana. My... – urwał, biorąc wdech, gdy krok przyspieszył. – ...My już to wszystko przeżyliśmy. Wystarczy, że się wsłuchasz. Czy ta pieśń przypomina ci psalm? Jest plugawa. Gniewna. Gwałtowna. Nie słyszysz tego? Nie szuka odkupienia. Nie chce naprawiać, tylko niszczyć. Twój dom. Twój las. Ciebie. – Zrozumiał, że gościła jednego ze Śmierciożerców w swym domu. "Zostawił u mnie część swojego życia." Omiótł przelotnym spojrzeniem plamę krwi wsiąkłej w podłogę. Nie skrzywdził Helloise, bo potrzebował pomocy... A jednak zostawił za sobą klątwę. Głupiec. Przecież nie była im wrogiem, pomyślał obracając gwałtownie kobietą. Czy całe życie musiał użerać się z głupcami? – Pieśń ta nie ma żadnej puenty. Nie ma celu. Jedynym jej celem jest przemarszem ciężkich butów ustanowić dyktaturę strachu. – Głos jego nie był głośniejszy od szeptu. – Dyktaturę Śmierciożerców.

Klątwa nałożona na chatę Helloise niewiele różniła się od tej, którą Alexander nałożył na kamienicę swojego kuzyna. A jednak, zamiast odcisków dłoni na ścianach, zostawiała po sobie widmowe ślady kroków na podłodze. Kroki, które odtwarzali na podłodze chaty Helloise były krokami Śmierciożerców. Zapisem ludzkiej desperacji, strachu dławiącego wszystkich tych, którzy przed nimi uciekali. Skupieniem złej woli, nienawiści i gniewu. Wchodziły do domów po szczątkach wyrwanych z zawiasów drzwi. Po chrzęszczących pod ciężkimi butami odłamkach szkła, które sypały się z wybitych okien. Wchodziły do środka, żeby nieść śmierć. Mordowały, podpalały... Alexander zamrugał kilka razy, przypominając sobie o przepowiedni, która zaległa mu tamtej nocy popiołem pod powiekami. Mimowolnie przejął prowadzenie w tańcu. Poprawił uścisk nie chcąc, aby Helloise nagle rozplotła ich złączone palce. Wiedziała, kim jest, i skąd przychodzi, a jednak...

– Naprawdę myślisz, że te kroki pochodzą od twojej bogini? Czy to właśnie widzisz, gdy wznosisz ku niej rozmodlone pieśni? Dziewczynę, której ktoś gwałtem zabrał niewinność. Zanoszacą się szlochem matkę, której zamordowano dziecko. Zapomnianą staruszkę, która spłonęła we własnym domu. Co z twoim domem, Helloise? Czemu bogini miałaby skazywać na zgryzotę wygnania ciebie, która służysz jej tak wiernie. Czemu mnie, grzesznika, nagradza. Pozwala mi oglądać sploty gobelinów na swych ścianach, a ciebie pozbawia domu. Nie widzisz tego? – spytał chryplawym szeptem. Mógłby wyjaśnić to wszystko prościej, ale okrutnym marnotrawstwem byłoby zburzyć podstawy jej światopoglądu. Wyrwać z ruin zniszczonych iluzji, nie dając w zamian narzędzi, którymi mogłaby odbudować się na nowo. Tańczysz ze mną pośród ruin, Helloise. Może dlatego chciał, aby sama do tego doszła. Po nitce do kłębka. Miała możliwości intelektualne i wystarczające zasoby wiedzy, aby zrozumieć. Wszystko zależało od tego, czy zdecyduje się z nich skorzystać. – Zalegają tu odchody. Wnętrzem zawładnęły dzikie zwierzęta. Śmierdzi, jak gdyby coś zdechło. Klątwa przenika dom zimnem. Hula tu wiatr, na podłodze stoją kałuże. Helloise... – wyszeptał, owionąwszy ciężkim oddechem jej ucho. Wydawało mu się, że zaczęła drżeć. – Chcesz mój płaszcz?


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#6
26.11.2025, 17:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.11.2025, 19:12 przez Helloise Rowle.)  
Było jej długi czas dobrze. Gdy przejął prowadzenie, wydała słabe westchnienie ulgi. Poddała się mdłemu kołysaniu, gdy Alexander szedł przez jej głowę i wyprzedzał kolejne kroki. Oparła się o niego i słuchała swojej własnej melodii, niesiona płynnie przez odnajdywane darem jasnowidzenia linie. Patrzyła na nie po raz pierwszy nie jako stwórczyni-matka, która wydała to pokruczone dziecię na deski podłogi i desperacko próbowała uzdrowić gnijące truchło. Teraz płynęła gdzieś z boku, chyliła się jak gałązka tam, gdzie ją akurat prowadziły cudze ręce, a usta proroka sączyły do ucha słowa rytmem gładko zazębiającym się z rytmem jej głowy.
Rytmem tak hipnotycznym, że nie zauważyła, kiedy Alexander dołożył do niego nowe nici. Melodia zaczęła drżeć, naciągać się. Zdezorientowana Helloise sapnęła tonem skargi, budząc się ze snu, w którym tak miło czarodziej ją ukołysał. Zaczęły w niej rezonować pierwsze warkoty czujnego sprzeciwu. Pierwsza panika, gdy zorientowała się, że scenariusz, który powierzyła Mulciberowi, zaczyna zmieniać się — nadpisywać konteksty, w jakich osadziła sceny swojego domowego spektaklu.
My już to wszystko przeżyliśmy.
Nie. On to przeżył. Odciął się, odrodził, poszedł dalej. Ona wciąż żyła w Spalonej Nocy, nigdy z niej nie wyszła. Od tylu dni wdychała stęchły dym. Od tylu dni żywiła się rozmokłym ostygłym popiołem.
Jedynym celem przemarszu jest dyktatura Śmierciożerców.
Obrócił nią tak gwałtownie. Widziała na sekundę rozmyty obraz całego pokoju. Pełne dzieło rozpływające się w oczach. Gdy znów przyciągnął ją do siebie, wzięła ze świstem pierwszy boleśnie czysty wdech. Pierwszy, w którym nie czuła oblepiających gardło prochów.
Ścisnął jej dłoń mocniej. Zapragnęła uciec. Panika podchodziła jej coraz wyżej do gardła. Nie rozpoznawała już nic. Nie panowała nad oddechem. Grunt usuwał się jej spod nóg, a on nie pozwalał uciekać. Próbowała wyrzucić go z głowy, lecz gdy się szarpnęła, zacięły się ze sobą tryby ich myśli. Zębatki, które tak precyzyjnie dopasowały się do siebie, tak ciasno zeszły, że nie było którędy uciekać. Zatrzasnęła się w nich nieopatrznie jak zwierzyna wpadła we wnyki rozstawione przez myśliwego. Im mocniej próbowała się wyrwać, tym mocniej tryby się zaciskały. Odbiły ze szczękiem. Pęd sprzeciwu przekazały słowom, które tłoczył w Helloise Alexander. Porwały ją ze sobą. Płynęły dalej jego rytmem. Jej rytmem.
Skołowana wpadła w Mulcibera z powrotem. Otępiała oparła czoło o ramię czarodzieja. Plątały się pod nią pijane kroki.
— Nie — mamrotała w materiał jego płaszcza płaczliwe zawodzenie. — Nie-nie-nie-nie. Nie rozumiesz. Nie widzisz tego? Tam jest zimno, tak zimno, a noc płonęła — powtarzała w desperacji wątłe, chaotyczne argumenty. — Matka… Bogini… to nie takie proste, nie. Ja muszę na to zasługiwać. Nie zawsze zrozumiałe są wyroki. Nie jesteś wobec niej uczciwy. Nie możesz tego zrozumieć. Trzeba im ufać.
Cóż bowiem o bogach mógł wiedzieć Alexander? Czy znał to uczucie bezgranicznego ufania w boską obecność w świecie? Matkę, ucieczkę pogubionych, która czuwała nad Helloise, gdy ta pracowała nad dziełem objawienia. Oddała Jej swoje ręce, uwierzyła w przewodnictwo. Trzeba było tylko wsłuchać się, odsunąć własne ludzkie rozterki, wytrwale i ufnie poświęcić objawionej drodze…
Była tu przez cały czas sama.
NIE.
Za jej plecami stali bogowie. Byli obecni w każdej litanii wyśpiewanej nad splatanymi skrupulatnie nićmi.
Za jej plecami stali…
Kroki klątwy zaprowadziły tańczących do pracowni. Izdebki, w której powstawało wszystko, czego nie dało się uwarzyć w kotle. Wkroczyli do macierzy wszystkich zdobiących dom masek i posążków, gdzie w zacisznych doniczkach na parapetach wschodziły w bezpieczeństwie młodziutkie kiełki roślin — teraz wymordowane mroźnym, zacinającym deszczem.
Za plecami Helloise zatrzymanej w tańcu stały widma. Wszystkie ściany izby wkoło zdobiły monumentalne malunki czarnych upiorów, górujące nad Helloise, górujące nad Alexandrem. Stwory o wydłużonych, zdeformowanych kończynach zwieszające bezkształtne, głodne łby nad bluźnierczym dziełem opętanej wiedźmy. Oczyma nasączonymi czerwonym barwnikiem śledziły jej pracę — przez długie dni. Długo przed koszmarem Spalonej Nocy będącym jedynie kroplą, która przelała czarę szaleństwa. Ślepia — czerwone jak krwawy księżyc, który niektórzy powiadali, że zawisł nad Knieją — pulsowały wciąż resztkami metaliczno-dymnego, rytualnego zapachu.
Gdy Alexander skierował uwagę czarownicy na odchody, na zapach, na ruinę, w Helloise wezbrał dziki szał. Co zdechło? Co zdechło? Chciał jej dać płaszcz? Wyszarpała się Mulciberowi tak gwałtownie, że poleciała na stół roboczy, obijając się o niego boleśnie udami. Poruszone impetem uderzenia narzędzia stolarskie zagrzechotały o blat. Nogi czarownicy zaplątały się we włóczki, nici zacisnęły się wokół jej kostek, pociągnęły za sobą luźniejsze gwoździe wyrwane z podłogi. Za jej plecami na stół padły z martwym łoskotem jeden po drugim drewniane ptaki snujące się do tej pory między czarodziejami. Płakała. Nie mogła oddychać. Zanosiła się histerycznym śmiechem spomiędzy łez. Za wybitym oknem zadzwoniły wzbudzone wiatrem dzwonki uwieszone u krat klatki stojącej w ogrodzie. W szarości chylącego się dnia pośród krzewów wystawał samotnie drewniany szkielet pułapki ozdobiony piórkami, dzwonkami, kamyczkami i miriadą innych drobnych przedmiotów.
— Nie rozumiesz! — ryknęła rozdzierająco rozszalała wiedźma patrząca gniewnie na Alexandra, łapczywie łapiąc rozpierzchnięte oddechy. — Potrzebuję czegoś. Czegoś. To jest nowe. Spoza układu. Jak można zignorować pojawienie się czegoś spoza układu? — Obłąkańczym spojrzeniem wędrowała po zrujnowanej konstrukcji u swoich stóp. — Jak miałam to pominąć?! Nowy element. Cokolwiek nowego tu się pojawia… To może być. Nie rozumiesz. Rozerwę na strzępy wszystko w tej Dolinie — krzyczała, mimo że brakowało jej tchu — dopóki nie wyrwę odpowiedzi!
Co tu niby zdechło? Miotała się gniewnie w obrazie chaty. Przecież ona tu żyła, kaleczyła odłamkami Spalonej Nocy dłonie i kolana, a on śmiał tak wyrażać się o jej pracy.
— Co z tego?! Niech władają dzikie zwierzęta. Ten dom należy do nich tak samo, jak i do mnie. — Dom bogów. Dom widm. — Niech władają. Należy do nich, jak do mnie, jak do was.
Nie drżała — trzęsła się, dysząc ciężko, urywanie. Śmiała się ostro, łzy żłobiły w brudnych policzkach. Zdławiła ją wściekłość upokorzenia. Czołgała się przez chatę uczepiona śmierciożerczego buta, myśląc, że oto chwyciła skrawek boskiej szaty, z czcią dawała się jej wieść przez ostatnie dni. A owe buty miały tylko niszczyć: jej dom, jej las. Miały zniszczyć Helloise?
— Tylko tyle możecie? Niszczyć! — wypluła okrutną kpinę. — Miejcie odwagę być oddanymi swojej misji, do samego końca. Chcecie mnie zniszczyć? Zniszczcie następnym razem wszystko, nie tylko to, co wam wygodne! Jak wygodnie skazać na śmierć rośliny, które kocham, a zachować kocioł, z którego sami spijecie lekarstwo. Nie! Nie zatrzymujcie się więcej!
Ta sama rozpaczliwa manipulacja, którą wypluwała nienawistnie jako dziecko. Rzućcie mnie smokom. Zabijcie mnie, jeśli tak mną gardzicie. Gdy była zraniona, Helloise ostrzyła swój smutek i próbowała obrócić rozpacz tak, aby ranić nią innych. Kaleczyć, torturować. Zmusić, żeby cierpieli z nią. Cierpieli bardziej niż ona.
Gwałtowna histeria zaczęła dopalać wątłe siły zmaltretowanej koszmarem dni czarownicy; przeobrażać wybuch w coś innego, obrzydliwszego. Wiedźma przystąpiła ociężale z powrotem do Alexandra, a za jej stopami wlokła się poszarpana pajęczyna. Krokom towarzyszył klekot przedmiotów w innych pomieszczeniach, ciągniętych przez system splątanych, zrywających się nici.
Jak ohydnie mogło brzmieć twoje imię?
— Alex, mój słodki, nie mów już, nie do tego cię chciałam, Alex — ziała w twarz mężczyzny jadem rozedrganego oddechu. Łykała łzy, nie zamykała zaszklonych, zaczerwienionych oczu, dając mu spoglądać w szaleństwo, gdy zadzierała głowę, aby być z nim twarz przy twarzy. Wspinała się na palce, żeby go sięgnąć, wspierała na nim dla równowagi, gdy sięgnęła dłońmi jego policzków. — Alex — szeptała słodko, lecz nie było w tym nic z głęboko współdzielonej bliskości, z jaką wcześniej łączyli ręce. Teraz Helloise przemocą wyrywała z samej siebie obrzydliwie czułe gesty i słowa, a pozostawała w ich miejscu ziejąca pustka. Wraz z wyszarpaniem każdego kolejnego strzępu wymuszonej emocji traciła coś z siebie. I wpychała mu to ociekające krwią do gardła. Sączyła w niego każdą wyłuskaną w bólu kroplę toksycznego uczucia. Zadusić go, zmusić do uległości. — Alex, ja znałam drzewa. Umiałam z nimi rozmawiać. Już ich nie słyszę. Nie umiem rozmawiać z widmami. Ale ty… — Drżące palce składające pieszczotę na jego twarzy, na szyi, wchodzące pod płaszczem na ramiona. Szukały sposobu, żeby proroka spętać. — Ty wiesz na pewno. Runy? Runy, Alex, twoje runy. — Spróbowała sięgnąć Hagalaz. — Myślisz, że one umieją runy, Alex? Moje języki nic nie poradzą. Nie mówią językami drzew. Alex, myślisz, że rozumieją runy? Alex.
Gdy posypała się wcześniej pod ciężarem jego słów, w szale nie miała czasu obciągnąć szkieletu swoich manipulacji miękką skórą, która na co dzień czyniła te zabiegi zjadliwymi, kuszącymi, zdolnymi upoić człowieka. Stała przed nim obnażona z pełnią ohydy tego, jak zjednywała sobie ludzi. W ostatnim zrywie buntu próbowała truć go czułością — tę czułość chciało się jedynie wypluć.
Konstrukcja z nagich kosteczek była niestabilna. Fundament wykruszał się szarpany raz po raz przelewaniem chorobliwych ilości pasji na mężczyznę — byleby go przytłoczyć. To nie mogło potrwać długo.
Czarownica zapadła się pod kolejnym mocniejszym spazmem szlochu. Osunęła na kolana. Ostatnia fala porwała pozę, której tak rozpaczliwie chwytała się zdesperowana kobieta. Zostawiła ją bezradną i pustą — wypłukaną nie tylko z sił, lecz i krzewiącego się w niej od Spalonej Nocy obłędu. Łkając, Helloise skuliła się w sobie, jakby próbowała zatrzymać to, co jeszcze z niej pozostało.


dotknij trawy
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#7
03.02.2026, 09:09  ✶  
Najpierw był krzyk. Potem wiatr targnął dzwonkami, a graty rozstawione na stole zagrzechotały, gdy Helloise wyszarpnęła się z ramion Alexandra. Zaplątawszy się we własną sieć, runęła z pełnym impetem na stół, zanim zdążył zareagować. Drewniane ptaki, który wcześniej krążyły nad ich głowami, padły struchlałe tuż obok. Jak gdyby nagły podmuch wiatru rozwiał zaklęcie, którego użyto, aby tchnąć w nie życie. Alexander wzdrygnął się mimowolnie, słysząc głuchy łoskot, z jakim padały na blat.
Tak umierały złudzenia Helloise.
Gdyby wyciągnął wcześniej rękę, mógłby schwycić jedno z wystruganych przez nią ptasząt w locie. Ocalić przed upadkiem niewdzięcznie rozdziawiony dziób, ocalić wypełnione powietrzem kości przed złamaniem... Zamiast tego wybrał zanoszącą się ni to płaczem, ni to śmiechem Helloise. Osłonił ją odruchowo ramieniem, jak gdyby spodziewał się, że dziecinne zabawki spadną jej na głowę. Bo tam miały przecież gniazdo. Uwiły sobie dom pośród jej skołtunionych włosów, w sitowiu splątanych myśli, śpiewając piosenki zasłyszane w snach. Nie chciał zabijać jej ptaków. Nie, gdy sama była w jego rękach jak ptak trzepoczący rozpaczliwie skrzydłami. Nawet gdyby te skrzydła biły go po twarzy, zdawałyby się przecież tak delikatnymi. Tak łatwymi do złamania. Tak samo delikatnymi były jej drżące pieszczoty, palce sunące po twarzy, wzdłuż jego szyi, ramion.
A potem było jego imię, powtarzane wciąż na nowo. Ciężkie, ugruntowujące go w gęstej teraźniejszości, pętające niczym zaklęcie. Imiona moją moc, sam to przecież powiedział. Oczy Alexandra zdawały się błądzić po twarzy Helloise, gdy dłonie próbowały sobie przypomnieć, jak to jest, dotykać, nie brukając dotykiem. Znał dobrze pragnienie oddanie się czemuś cielesnemu, namacalnemu, co na chwilę zagłuszy myśli.
Trudno było jednak opisać, co czuł, gdy zaczęła wspinać się po nim ruchem uwodzącym, bluszczowym. Zaplatać miękko i natarczywie wokół jego ramion, jak gdyby chciała wciągnąć go głębiej jeszcze w swoją pajęczynę.
Jakże łatwo byłoby się jej poddać. Zanurzyć dłoń w splątanych wilgocią włosach, owionąć swym ciężkim oddechem jej ucho. Pomyśl, że to sen, wyszeptałby, cicho, niemal czule, przyciągając ją bliżej. Wdychając gorzki zapach ziół i mokrej od deszczu ziemi, dopóki sam by nim nie przesiąkł. A gdy uwiesiłaby się na nim, poprowadziłby dłoń pod jej spódnicę, i dalej, między uda. Czy były pokryte mchem, zastanawiał się, czy poczułby skroploną rosę na jej skórze? Przytrzymał Helloise, gdy naparła na niego biodrami, nie chcąc, aby się odsunęła.

Czy jakby wziął ją na tej podłodze, tu i teraz, opierałaby się, czy tylko udawała, że się opiera?

Chciał się od niej odsunąć, ale nie umiał odejść. Alex, szeptała, Alex, Alex. Pokręcił głową, przytłoczony, ale Helloise nie przestawała. Była wszędzie. Lepka jak pajęcza nić. Lepka jak pożądanie. Pożądał jej, tak, ale też brzydził się nią. Bo Helloise była obrzydliwa. Obrzydliwa w tym, jak mieliła w ustach jego imię, wijąc wokół kokon z lepkiej słodyczy. Ale przecież nie chciał, żeby przestała. Alex, Alex, Alex. Skrzywił się, gdy dotknęła jego przedramienia. Nerwy miał napięte jak sznur, na którym uwiązano psa. To dlatego reagował na nią instynktownie niczym zwierz na szarpnięcie uwięzi. Znał wszystkie te sztuczki Helloise. Znał dobrze te desperackie próby ulżenia sobie, pociągnięcia kogoś w dół, byleby nie spadać samemu. Była tak samo obrzydliwa jak jego odbicie w lustrze. Przecież właśnie tak wyglądał Alexander, gdy manipulował kobietami. Może i nisko upadłem, śmiał się potem im wszystkim w twarz, ale wciąż upadłaś niżej, skoroś mnie chciała. Czasem jedyną możliwością zachowania godności własnej było upodlenie kogoś innego. Gdy zostałeś użytym, sam zaczynałeś wykorzystywać. W pewnym sensie wszystko to pokrywało się z prawami natury, według których żyła. Tylko kto tutaj wykorzystywał kogo? Nawet wiedząc, co chciała osiągnąć, poddał się jej przecież bez sprzeciwu, gdy uwodzicielsko zaczęła wsączać mu w pierś swoją ohydę. Czy do tego mnie chciałaś, Helloise?, mógłby zapytać. Czy do tego mnie chcesz?

Ale ona tylko szeptała jego imię.

Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnio był z kobietą. W jego relacji z Lorettą zawsze było coś pokrętnego, coś okrutnego. Coś kompletnie, kurwa, nieludzkiego, pomyślał beznamiętnie, patrząc na łzy płynące po policzkach Helloise. "Nie rozumiesz", krzyczała wcześniej, a łzy mieszały się z wybuchami histerycznego śmiechu. Gdy nie dała rady krzyczeć, dyszała. Ziała bokami jaki dziki zwierz, który ucieka przed śmiercią. "Rozerwę na strzępy wszystko w tej Dolinie, dopóki nie wyrwę odpowiedzi!"
Zaczęła, oczywiście, od rozrywania na strzępy samej siebie.
Oto Alexander stanął przed obliczem gniewu starego jak świat. "Tylko tyle możecie", dyszał świat, "niszczyć!". Jak gdyby nie wiedziała tego, dotknąwszy runy wypalonej na jego przedramieniu. Tym przecież byli w swej istocie Śmierciożercy. Obietnicą destrukcji starego porządku, siejącą zniszczenie. "Chcecie zniszczyć i mnie?", warczała zrozpaczona Helloise. Rozpacz jej była nieomal namacalną. Dotykał wcześniej jej rozpaczy, splotów jej szaleństwa. Dotykał uważnie, nie niszcząc. Może dlatego pokręcił tylko głową w milczeniu, zamiast odpowiedzieć.
Helloise jeszcze nie rozumiała, że przemoc bywała ślepą. On też tego kiedyś nie rozumiał. Jakże mógłby to rozumieć, skoro stworzony został z trojgiem widzących oczu? Przemocy nie dało się opisać równaniem. Wpisać w wykreślone na podłodze linie. Statystyka nie była w stanie unieść ogromu bólu. Nie było matematycznego wzoru na nienawiść. Nienawiść była rozproszona, nieukierunkowana, tak jak i gniew. Gniew, że świat nie rządzi się ani prymitywnymi prawami natury, ani bardziej wysublimowanymi zasadami logiki.
Czy była w stanie zrozumieć okrucieństwo? Zadawanie bólu komuś, kto niczemu nie zawinił? Czy była gotowa zniszczyć coś pięknego, tylko dlatego, że mogła to zniszczyć?
To nie było coś, co zwykli ludzie mogli zrozumieć. Było wielu, co myślało, że rozumieją. Większość Śmierciożerców, stwierdził cierpko Alexander. Tymi należało pogardzać. Było niewielu, którzy rozumieli naprawdę. Być może tylko sam Voldemort. Na tym przecież polegała jego wielkość. Że potrafił nadać przemocy dokładnie ten kierunek, którego potrzebował. Użyć gniewu do własnych celów. Skupić nienawiść jak moc magiczną.
Nie było żadnej misji. Były tylko ślady ciężkich butów na podłodze, które zawierały w sobie wspomnienie gwałtu. Tak wiele było widmowych kroków. Tak samo wiele, jak celów, jakie przyświecały Śmierciożercom. Każdy chciał do czegoś wykorzystać cudzą nienawiść. Każdy myślał, że rozumie jej mechanizmy, że umie obrócić ją przeciwko tym, których sam nienawidzi.
Uchronić przed nią tych, których kocha.
Alexander nie rozumiał. Ale gdyby rozumiał, nie stałby przecież tutaj. Nie przyszedłby nigdy do tej chaty.

Alexander nie chciał niszczyć Helloise.

Chciał ją posiąść, ale nie chciał jej złamać. Chciał, by poczuła ciężar jego ciała, ale nie jego dominację. Chciał zetrzeć łzy z jej twarzy, zlizać je z policzków, jak gdyby były kolejnym eliksirem, którym miała go napoić. Chciał ją całować. Poczuć na języku smak Helloise. Niechby zaplotła ramiona wokół jego szyi. Niechby wymazała mu twarz żółtą kredą, której resztki wciąż miała na palcach. Nie dbał o to, że się ubrudzi. To wszystko to tylko sen, wyszeptałby, nie, wydyszałby jej to do ucha, między jednym a drugim pocałunkiem.
Wiedział, że uwierzyłaby.
W pewnym sensie byłoby to łaskawszym. Okłamać ją w ten sposób. Usnuć opowieść, jak stare kobiety snują przędzę na kołowrotkach. Koło było symbolem cygańskiej wędrówki, koło było też symbolem czasu... Wszystko w życiu Alexandra było pierdolonym błędnym kołem, z którego nie mógł znaleźć wyjścia innego jak kłamstwo. Nawet teraz myślał, jak nitki osnowy spleść w kłamstwo, którym mógłby otulić drżące ramiona Helloise jak szalem. Kłamstwo, które ją omota, skrępuje, tak jak włóczka krępowała teraz jej ruchy.
"Oto dzieło twojej bogini, Helloise", mógłby powiedzieć. "Oto twoja bogini, a oto ja jestem jej prorokiem. Wsłuchaj się w moje słowa, pozwól im cię prowadzić, jak gdybym był jej głosem, jej wolą."
Wiedział, że byłoby to wyrazem łaski. Okłamał tak wielu ludzi, chcąc oszczędzić im zgryzot. Kłamał, aby ocalić ojca przed wstydem. Kłamał, aby chronić Ambrosię. Kłamał, aby nie zawieść Lorien. Wciąż ich wszystkich okłamywał. Czemu więc nie mógłby okłamać i Helloise? Powiedzieć jej, że to wszystko wola bogini, której służy. Że jeśli go posłucha, wszystko się ułoży. Że jeśli go posłucha, sprawi, że wreszcie poczuje się dobrze. Pożądał jej w ten obrzydliwie niski sposób, pragnąc ciężaru jej ciała pod sobą, zapachu wdychanego z bliska, w chwili, gdy świat zawężał się do skóry i ciepła współdzielonego oddechu. Jakiego koloru byłyby po tym wszystkim nici powiązań między nimi? Czy miałyby kolor tej samej włóczki, którą została opleciona, jak zwierzę wpadłe we wnyki? Czy może odmieniłyby swoje kolory jak liście jesienią?
Z zieleni w czerwień...
Z czerwieni w czerń.
NIE.

W tym samym momencie wzrok jego napotkał czerwone ślepia czarnych widm, wymalowanych na ścianie za plecami kobiety.

"To tylko sen, Helloise", mógłby wyszeptać do jej szyi. Do włosów, w których teraz zanurzył nos, niezgrabnie uklękłszy obok niej na ziemi, w plątaninie włóczki, gwoździ i bogowie raczą wiedzieć, czego jeszcze.
A jednak nie okłamał jej. Usiadł obok, przyciągnął ją bliżej. Pochylił plecy, pozwalając, żeby ich skronie zetknęły się ze sobą. Jego ciało reagowało w sposób, który zawsze go zdradzał: napięciem karku, twardym ułożeniem ramion, ciężarem oddechu, który osiadł na jej szyi. Równym był oddech Alexandra, gdy zzuł z siebie płaszcz, żeby okryć nim Helloise, choć wiedział, że to nie z zimna drżała. Jej fizyczność była dla niego pokrętna i niepokojąca, bo krucha i nachalna jednocześnie. Kości wyczuwał zbyt wyraźnie pod skórą, wystające, ostre, jakby zbyt długo żywiła się złudzeniami. Karmiła złe sny, głodząc jeszcze gorszą rzeczywistość. Nie potrafił nic na to poradzić. Jej ciało narzucało się, wchodząc w jego przestrzeń, gdy ocierała się o niego nieporadnie, desperacko, bez rytmu. A może właśnie w rytm. Wstręt, który czuł wobec jej prób uwodzenia, mieszał się w nim z wstrętem wobec reakcji własnego ciała. Ale przecież wciąż jej chciał. Trzymał ją tak, spodziewając się, że gdy tylko się uspokoi, odrzuci jego rękę, która z karku przesunęła się na plecy. Mogła się wyrywać, mogła się z nim siłować... Trzymałby ją nawet wtedy, gdyby wyrywałaby mu się niby rozjuszona kuna.

Była żałosna.

– Do tego mnie chciałaś? – spytał ostro, nagle targnięty złością, tym zniecierpliwionym, irracjonalnym gniewem, jaki czuł od czasu ostatniej wizyty w Ataraxii. Do tego mnie chcesz? Słowa wychrypiane nad uchem Helloise utonęły jednak w spazmach jej szlochów, tak samo jak jego gniew. Brutalność grzęzła mu w gardle, gdy na nią patrzył. Trwał więc tak obok niej, z głową wciąż opartą o jej głowę, z ręką wplątaną w jej włosy. Nie warknął, żeby się uspokoiła. Po prostu czekał.
Było coś z psa w sposobie, w jaki okazywał czułość. W gestach, w których więcej było zwierzęcego instynktu niż wyrachowania. W tym jak wcześniej zderzył się z nią nosem. W tym jak szarpnął nią, gdy uznał, że zdążyła się już nieco uspokoić. Pociągnął Helloise za włosy, zmuszając, by oparła się o jego pierś, nogą zgiętą w kolanie zablokował możliwość ucieczki. Nie chciał sprawić jej bólu. A jednak przytrzymał jej głowę, obrócił tak, żeby patrzyła prosto na wymalowane na ścianie widma. Tak, żeby oboje mogli patrzeć.

Oto była rzecz spoza układu. Potwory z pogranicza światów. Obcy gatunek, gatunek inwazyjny. Oto byli jej bogowie. Poronione widma, będące wypaczeniem człowieczeństwa.

– Helloise. – Alexander wypowiedział jej imię tylko raz. – Dlaczego uważasz, że one chcą rozmawiać?

Nie pozwolił jej odwrócić wzroku.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (5323), Helloise Rowle (3400)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa