17.02.2023, 00:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2023, 21:34 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Cathal Shafiq - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Ulysses stał nieruchomo przed lustrem. Był wieczór. Jeszcze moment, ostatnia chwila przed tym, jak powinien szykować się do snu. Patrzył na swoją twarz, w nieruchome, brązowe oczy, na zaciśnięte wargi, na rozszerzone pory na nosie, na lekko błyszczącą po całym dniu skórę na czole i policzkach.
Był tak bardzo spięty, że bolały go ramiona. Ale nie podziwiał swojego wyglądu tylko analizował wydarzenia z całego minionego dnia. Odtwarzał w pamięci poranną toaletę, śniadanie, drogę do pracy, pracę, spacer po parku, powrót do domu. I to okropne uczucie śledzenia, które nie opuszczało go tego dnia niemal w ogóle. Jakby ktoś go obserwował i podążał jego śladami. Krok za krokiem. Droga za drogą. Wypita kawa. Obiad w stołówce ministerialnej. Okropne dźwięki, które wydawała uderzająca o szkło łyżka, gdy Alanna intensywnie mieszała swoją przesłodzoną kawę a on odruchowo liczył uderzenia. Szuranie przewracanych kartek. Piskliwy śmiech innej pracownicy Ministerstwa Magii, gdy rozbawił ją dowcip kolegi. Dźwięki smarkania. I to przeklęte uczucie, że był obserwowany, które zmuszało Ulyssesa do odwrócenia głowy i spojrzenia za siebie.
Dobrze, że ten dzień dobiegał właśnie końca.
Odkręcił wodę i przemył twarz, trochę mając nadzieję, że razem z zimnem zniknie to osobliwe uczucie śledzenia, które go dzisiaj nawiedzało.
To chyba był stres. Jego kolejny objaw. Tym razem chyba objawiający się paranoją. Przynajmniej tak próbował to sobie wytłumaczyć Ulysses tej nocy, gdy szykował się do snu.
***
Ulysses stał przed lustrem. Siłował się z muszką, która nijak nie chciała mu się odpowiednio związać. Z dworu dolatywały do jego uszu dźwięki prowadzonych wesoło rozmów. Głupio by było spóźnić się na własny ślub. I to przez taką błahostkę! Tylko ta przeklęta muszka nijak nie chciała się odpowiednio związać.
Poirytowany ściągnął ją. To chyba nerwy, że przestał sobie radzić z tak podstawowymi rzeczami jak zawiązanie głupiej muszki. Był perfekcjonistą. Normalnie takie rzeczy potrafił zrobić z zamkniętymi oczami. Podszedł do okna. Na dworze zbierali się już pierwsi goście. Rozpoznał kilka ciotek, które rozsiadły się już na krzesłach, zajmując na tyle strategiczne miejsca, by dobrze obserwować przyszłą ceremonię. Ojciec rozmawiał z dyrygentem, który chwilę wcześniej sprawdzał czy magiczne instrumenty, które miały same zagrać były właściwie nastrojone.
Ulysses drgnął, czując narastające w nim zdenerwowanie. Chciał wypaść tego dnia najlepiej jak tylko mógł. Nie chodziło tylko o to, żeby nie przyniósł wstydu, ale również by sama ceremonia i późniejsze wesele zapadło gościom w pamięci. A ta przeklęta muszka odmawiała współpracy. Posłał jej poirytowane spojrzenie, a potem podszedł do drzwi. Uchylił je nieco i zawołał:
- Cathal? Cathal! Mogę cię prosić na chwilę? Nie obędę się bez twojej pomocy!
Ale Cathal też gdzieś przepadł. A przynajmniej Ulysses nigdzie go w tym momencie nie widział. Korytarz był pusty. Choć zaraz po tym jak zawołał, usłyszał zbliżające się kroki. Odruchowo cofnął się o krok, czując się niewłaściwie na myśl o tym, że miał problem z tak głupią sprawą jak zawiązanie durnej muszki.
- Ca… - zaczął i urwał, gdy naprzeciwko niego stanął nieznany mu mężczyzna. Wyglądał jak jeden z zaproszonych na wesele gości. Najpewniej jakiś kolega jego ojca albo mąż, którejś z ciotek. Był w średnim wieku. Zwykły mężczyzna, już łysiejący, z mocnymi, krzaczastymi brwiami. – Mam problem z zawiązaniem…
- Ależ ja pomogę – odpowiedział, biorąc muszkę. – To nie potrwa długo. Rach, ciach…
Tylko, że nie mówił o wiązaniu muszki. Być może i nawet w pierwszej sekundzie tak to wyglądało, ale zaledwie chwilę później Ulysses poczuł jak ten dziwny człowiek zaczął go dusić.
Był tak bardzo spięty, że bolały go ramiona. Ale nie podziwiał swojego wyglądu tylko analizował wydarzenia z całego minionego dnia. Odtwarzał w pamięci poranną toaletę, śniadanie, drogę do pracy, pracę, spacer po parku, powrót do domu. I to okropne uczucie śledzenia, które nie opuszczało go tego dnia niemal w ogóle. Jakby ktoś go obserwował i podążał jego śladami. Krok za krokiem. Droga za drogą. Wypita kawa. Obiad w stołówce ministerialnej. Okropne dźwięki, które wydawała uderzająca o szkło łyżka, gdy Alanna intensywnie mieszała swoją przesłodzoną kawę a on odruchowo liczył uderzenia. Szuranie przewracanych kartek. Piskliwy śmiech innej pracownicy Ministerstwa Magii, gdy rozbawił ją dowcip kolegi. Dźwięki smarkania. I to przeklęte uczucie, że był obserwowany, które zmuszało Ulyssesa do odwrócenia głowy i spojrzenia za siebie.
Dobrze, że ten dzień dobiegał właśnie końca.
Odkręcił wodę i przemył twarz, trochę mając nadzieję, że razem z zimnem zniknie to osobliwe uczucie śledzenia, które go dzisiaj nawiedzało.
To chyba był stres. Jego kolejny objaw. Tym razem chyba objawiający się paranoją. Przynajmniej tak próbował to sobie wytłumaczyć Ulysses tej nocy, gdy szykował się do snu.
***
Ulysses stał przed lustrem. Siłował się z muszką, która nijak nie chciała mu się odpowiednio związać. Z dworu dolatywały do jego uszu dźwięki prowadzonych wesoło rozmów. Głupio by było spóźnić się na własny ślub. I to przez taką błahostkę! Tylko ta przeklęta muszka nijak nie chciała się odpowiednio związać.
Poirytowany ściągnął ją. To chyba nerwy, że przestał sobie radzić z tak podstawowymi rzeczami jak zawiązanie głupiej muszki. Był perfekcjonistą. Normalnie takie rzeczy potrafił zrobić z zamkniętymi oczami. Podszedł do okna. Na dworze zbierali się już pierwsi goście. Rozpoznał kilka ciotek, które rozsiadły się już na krzesłach, zajmując na tyle strategiczne miejsca, by dobrze obserwować przyszłą ceremonię. Ojciec rozmawiał z dyrygentem, który chwilę wcześniej sprawdzał czy magiczne instrumenty, które miały same zagrać były właściwie nastrojone.
Ulysses drgnął, czując narastające w nim zdenerwowanie. Chciał wypaść tego dnia najlepiej jak tylko mógł. Nie chodziło tylko o to, żeby nie przyniósł wstydu, ale również by sama ceremonia i późniejsze wesele zapadło gościom w pamięci. A ta przeklęta muszka odmawiała współpracy. Posłał jej poirytowane spojrzenie, a potem podszedł do drzwi. Uchylił je nieco i zawołał:
- Cathal? Cathal! Mogę cię prosić na chwilę? Nie obędę się bez twojej pomocy!
Ale Cathal też gdzieś przepadł. A przynajmniej Ulysses nigdzie go w tym momencie nie widział. Korytarz był pusty. Choć zaraz po tym jak zawołał, usłyszał zbliżające się kroki. Odruchowo cofnął się o krok, czując się niewłaściwie na myśl o tym, że miał problem z tak głupią sprawą jak zawiązanie durnej muszki.
- Ca… - zaczął i urwał, gdy naprzeciwko niego stanął nieznany mu mężczyzna. Wyglądał jak jeden z zaproszonych na wesele gości. Najpewniej jakiś kolega jego ojca albo mąż, którejś z ciotek. Był w średnim wieku. Zwykły mężczyzna, już łysiejący, z mocnymi, krzaczastymi brwiami. – Mam problem z zawiązaniem…
- Ależ ja pomogę – odpowiedział, biorąc muszkę. – To nie potrwa długo. Rach, ciach…
Tylko, że nie mówił o wiązaniu muszki. Być może i nawet w pierwszej sekundzie tak to wyglądało, ale zaledwie chwilę później Ulysses poczuł jak ten dziwny człowiek zaczął go dusić.