• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[14.09.1972] Thursday like this | Benjy & Prue

[14.09.1972] Thursday like this | Benjy & Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
27.08.2025, 00:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:02 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


14.09.1972, aleja Horyzontalna

Bletchley przemierzała całkiem szybkim krokiem ulice Londynu. Wyjątkowo jak na siebie spieszyła się. Nie było to dla niej typowe, jednak dotrzymywała słowa, i skoro coś ustaliła, to zamierzała pojawić się o czasie. Mimo, że noc nie należała do łatwiejszych, wręcz przeciwnie, mogłaby ją uznać nawet za pracowitą. Pożary spowodowały, że mieli sporo pracy, nie do końca dało się wszystko zaplanować, wiedziała jednak jedno, obiecała, że po pracy pojawi się w swoim własnym mieszkaniu, więc właśnie robiła wszystko, aby się tam znaleźć. To nie było wcale takie proste, bo została na chwilę zatrzymana, ale ciągle miała z tylu głowy dane słowo. Benjy sam zaproponował jej, że zerknie okiem na stan jej dobytku, być może doda coś od siebie, aby nie wyglądał gorzej w przyszłości. Przekazała mu swoje klucze, nie widziała w tym żadnego problemu (wcale nie było dla niej standardem to, że wszystkich odpychała od swojej przestrzeni), ale to był on, nie wydawało jej się być to zupełnie dziwne, iż postanowiła go wpuścić do swojego świata. W tym przypadku przyzwyczajenia gdzieś traciły swój sens.

Szła więc przed siebie, całkiem żwawym i sprężystym krokiem, chciała odhaczyć to jak najszybciej. Nie do końca wcześniej spieszyło się jej, by sprawdzić jak się miewało mieszkanie. Wiedziała, że okna nie podołały, nie bez powodu spakowała większą część dobytku w jedną walizkę i wyniosła się za miasto, czego nawet przez chwilę nie żałowała.

Także dreptała sobie w stronę swojego mieszkania, właściwie to kamienicy, w której się ono znajdowało. Miała na uwadze to, że Benjy wspomniał o tym, że nie może zbliżać się do ministerstwa, ale nie mogła być pewna, że nie wyjdzie jej na przeciw, z drugiej strony mógł zabunkrować się w jej mieszkaniu, było dosyć sporo możliwości. Szła więc przed siebie, nie do końca pewna tego, jak ten poranek się potoczy. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez ciemne chmury, noc właśnie kończyła swoją wartę i zajmował ją w końcu dzień.

Na twarzy Prue malowało się zmęczenie, spowodowane całonocną pracą. Nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, nie wiedziała, czy miała zakładać najgorsze, niby była w swoim mieszkaniu po tamtej nocy, ale ledwie przez chwilę od momentu, w którym pożary pochłonęły Londyn. Nie zdążyła oszacować strat, najistotniejsze było to, że budynek stał, nie wszyscy mieli przecież tyle szczęścia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
27.08.2025, 19:14  ✶  
Londyn jeszcze spał. Zwykle miasto budziło się znacznie szybciej, dudniło pierwszymi autobusami, zbyt głośnymi dostawczakami, stukotem skrzynek pełen towarów i wiecznymi kłótniami gołębi. Tym razem jednak - nic. Cisza rozlana po pustych ulicach pachniała spalenizną, tą samą, którą nosiłem w płucach od kilku tygodni. Mgła nie była mgłą, tylko pyłem unoszącym się z ruin, tak gęstym, że każdy krok wydawał się obciążać podeszwy butów. Wszedłem od strony mugolskiej części stolicy - tej, która poradziła sobie znacznie gorzej z pozbywaniem się skutków żywiołu, niż magiczne ulice, w niej w dalszym ciągu zniszczenia były bardzo odczuwalne - idąc szybciej, niż powinienem, z dziwnym uczuciem, że nie tyle zmierzałem do mieszkania Prue, co raczej do jakiegoś miejsca, którego wcale nie znałem, chociaż przecież poznałem je przy początku września.
Zastanawiałem się, dlaczego właściwie dała mi klucz. Ona. Prudence, która zawsze trzymała wszystko przy sobie tak, jakby każdy, nawet najbliższy, mógł pewnego dnia ją zdradzić. Mógłbym przysiąc, że przed wieloma laty wyrwałaby mi cokolwiek, co należało do niej, z dłoni, a potem cisnęłaby tym we mnie, gdybym tylko spróbował za bardzo się zbliżyć. A teraz? Sama dała mi możliwość zjawienia się w jej przytulnym mieszkanku, co przyjąłem, chociaż raczej z podskórnym wrażeniem, że zamierzałem to traktować tak, jakby mówiła mi „sprawdź się”, nie „ufam ci”. No i oto byłem. Z kluczem w kieszeni, wcześnie rano, praktycznie jeszcze w nocy, kilka godzin przed tym, jak miała skończyć dyżur.
Nie chciałem, żeby wracała i zastała katastrofę, którą można było zdusić w zarodku - już wystarczająco się denerwowała - pożary strawiły pół Londynu, a ona tylko raz zdołała zajrzeć do mieszkania, i to na chwilę, pośpiesznie, żeby zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Od tamtej pory nie miała odwagi wrócić, a przynajmniej tak mi się zdawało. Wiedziałem, że w głowie budowała czarne scenariusze, i dlatego  pojawiłem się przed nią. Drzwi otworzyły się łatwo, wnętrze powitało mnie chłodem i kurzem. W pierwszej chwili odetchnąłem z ulgą - nie wyglądało na to, by ktoś się włamał, nie było śladów szabru, żadnych rozrzuconych ubrań, poczucia obcej obecności. Za to… Okna - wszystkie były powybijane - szkło leżało wszędzie, połyskując w resztkach porannego światła, jakby ktoś rozsypał kawałki lodu po podłodze. Na ścianach osiadła sadza, gdzieniegdzie ciągnęły się brudne smugi, ale same meble, chociaż zakurzone i trochę osmalone, stały. Nie było najgorzej, naprawdę, mogło być o wiele gorzej. Najbardziej martwiły mnie szyby - pękły od gorąca, nie wytrzymały, i teraz mieszkanie było otwarte na każdy podmuch wiatru, na strugi deszczu, który jesienią był częstszy, niż rzadszy. Prudence wspominała, że jej brat miał się tym zająć, ale nikt - chyba nawet on sam - nie wiedział, kiedy. Mogło to być jutro, ale mogło i za trzy miesiące. A do tego czasu wystarczy jedna większa ulewa i wszystko pójdzie na marne - jeśli lunie, a jeśli zacznie lać tak, jak bywało o tej porze roku, to woda zaleje wszystko.
Nie było, na co czekać. Nie miałem planu, więc improwizowałem. Skombinowałem kilka desek, kawałek plastikowej płachty - takiej, co zwykle służyła za przykrycie roweru, i trochę taśmy - nie było w tym żadnej elegancji, ani tym bardziej fachowości, ale nie o to chodziło. Najpierw zasłoniłem największe dziury, potem te mniejsze, a na końcu takie, przez które pewnie i tak by nie wiało, ale chciałem mieć wrażenie, że zrobiłem wszystko, potem zabrałem się za szkło - wrzuciłem je do starego wiadra, które znalazłem pod zlewem, chociaż było jasne, że całość i tak wymagała porządnego sprzątania, tyle że nie miałem ani miotły, ani cierpliwości. Z każdą minutą miałem poczucie, że mieszkanie odzyskuje jakiś cień normalności - nie tej codziennej, dawnej, bo na to było zdecydowanie za wcześnie, ale tej, która wystarczyła, by wejść po nocnym dyżurze i nie zwariować od pierwszego kroku. Fachowiec by się ze mnie śmiał, ale nie chodziło o perfekcję. Skrzypiało, trzeszczało, wyglądało byle jak, ale przynajmniej przestało ziać pustką.
Przetarłem też blat stołu i kilka innych płaskich powierzchni, tylko z wierzchu, by zetrzeć warstwę kurzu i pyłu. Nie miałem miotły, więc zrobiłem to, co mogłem - butem, dłonią, po łebkach, ale nie od niechcenia - i nagle całe to miejsce, chociaż wciąż brudne, zaczęło wyglądać odrobinę mniej obco, jakby ktoś tu jednak mieszkał, a nie jak gdyby mieszkanie zostało całkiem porzucone. W końcu usiadłem na kanapie, chcąc przymknąć odetchnąć - no, dobrze - bardziej padłem, niż usiadłem. Plecy miałem wilgotnawe, ręce lekko przyszarzałe od pyłu, którego nie dało się domyć, w gardle czułem chrzęst, jak po połknięciu piachu. Przymknąłem oczy, chciałem tylko chwilę odsapnąć, poczekać, aż Prue wróci, ale nim się zorientowałem, naprawdę przysnąłem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
28.08.2025, 18:47  ✶  

Prue powoli zbliżała się do kamienicy, w której znajdowało się jej mieszkanie. Czuła coraz większy ciężar, wraz z każdym krokiem, który przybliżał ją do wejścia do środka. Nie miała pojęcia, co zastanie na miejscu. Był to moment, w którym miała zderzyć się z rzeczywistością. Być może była tu już wcześniej po tym, jak w Londynie rozpętało się piekło, ale nie skupiała się wtedy jakoś szczególnie na tym, co czekało na nią w jej domu. Pakowała się pospiesznie, nie miała wtedy zbyt wiele czasu na to, aby oszacować straty.

Już wcześniej powinna była zadbać o to, aby mieszkanie było azylem, którego nikt nie ruszy. Nie dało się chyba jednak w pełni zabezpieczyć go przed taką tragedią, mogła spróbować to zrobić, ale nie zakładała, że ktoś postanowi podpalić całe miasto. To przerosło te najczarniejsze scenariusze, które układała w swojej głowie. Aktualnie zamierzała podejść do tego nieco inaczej, zadbać o swoje bezpieczeństwo. Londyn był przecież jej domem od zawsze, teraz stał się pogorzeliskiem, nie sądziła, aby szybko znowu zaczął być miejscem, które znała. Stolica wydawała jej się być obca, a przecież nie powinna czuć się w ten sposób w tym miejscu.

Zatrzymała się na moment przed kamienicą, omiotła wzorkiem budynek, który nie wyglądał najlepiej, nie przypominał tego, co miała w swojej pamięci. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza papierośnicę, potrzebowała chwili, aby oswoić się z tym widokiem. Spaliła jednego papierosa, u powoli układała sobie to wszystko w głowie. Niby miała świadomość, jak będzie to wyglądało, jednak zderzenie z tym widokiem nie należało do najłatwiejszych. Zwróciła uwagę na okna, które były zasłonięte, najwyraźniej ktoś się zdążył już tym zająć, tyle, że nie przekazała jeszcze kluczy swojemu bratu, nie miała pojęcia, kiedy faktycznie zajmie się jej lokum. Wiadomo przecież jak to jest, najpierw oficjalne zlecenia, a na końcu znajdowała się rodzina, nie oczekiwała zresztą, że rzuci wszystko i pojawi się tutaj.

Niby mogło być gorzej, kamienica mogła runąć, spłonąć, opcji było wiele, mimo wszystko czuła lekką gorycz, że jej to nie ominęło. Poświęciła sporo czasu, aby uwić swoje idealne gniazdko, a teraz będzie musiała zacząć wszystko od nowa.

Powoli wspinała się po schodach, nie była to krótka wędrówka, bo mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze, zbliżała się w końcu do tego momentu, w którym wszystkie jej obawy staną się prawdziwe. Pamiętała o oknach, pamiętała jak zaczęła się ta tragedia w jej przypadku, gdy siedziała w swoim bujanym fotelu i czytała książkę, huk, a później rozbite szkło, które nie wytrzymało wysokiej temperatury. Wtedy nie miała pojęcia, czy będzie miała do czego wrócić, budynek stał, więc wcale nie było tak źle.

Odetchnęła głęboko nim nacisnęła klamkę, musiała w końcu to zrobić, zmierzyć się z konsekwencjami minionych wydarzeń. Nie miała pojęcia, czy Fenwick już tutaj był, czy dopiero miał się tutaj zjawić. Wreszcie weszła do środka.

Przystanęła w progu, ostrożnie rozejrzała się po wnętrzu mieszkania, zrobiła kolejny niepewny krok przed siebie i zamknęła za sobą drzwi, bardzo delikatnie.

Otaksowała wzrokiem wnętrze mieszkania, nie wyglądało, aż tak źle. Właściwie spodziewała się czegoś gorszego, książki nadal znajdowały się na półkach, całe szczęście, sporo poświęciła bowiem, aby znalazły się w jej posiadaniu. Okna były zasłonięte, nie wstawiono nowych szyb, jednak nie musiała martwić się tym, że wiatr, czy deszcz będą miały możliwość dostać się do środka. Na podłodze nie było już szkła, widok więc był zupełnie inny od tego, który zapamiętała. Jasne, nie było to jej idealne mieszkanko, ale nie wyglądało, aż tak źle. Dopiero po tym, jak postawiła kolejne kroki, które zaprowadziły ją w głąb pomieszczenia dostrzegła, że nie jest tutaj sama.

Benjy musiał zjawić się tutaj przed nią, uśmiechnęła się do siebie, gdy zobaczyła go śpiącego na jej kanapie, nie spodziewała się, że zastanie podobny widok, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nie chciała go obudzić. Trochę jej ulżyło, że faktycznie nie była tutaj sama. Tak jak obiecał pojawił się na miejscu, podejrzewała, że dużo wcześniej od niej. Powoli zaczynała sobie składać w całość to, co się tu wcześniej wydarzyło, to on musiał być odpowiedzialny za to, że wnętrze mieszkania nie wyglądało, aż tak źle, jak je zapamiętała.

Zbliżała się bardzo powoli do kanapy, nie chcąc go obudzić, aż w końcu usiadła bardzo delikatnie na jej brzegu i przymknęła oczy, była zmęczona, ale jednak czuła dziwny, wewnętrzny spokój, gdy znalazła się blisko niego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
29.08.2025, 10:47  ✶  
Nie planowałem tego - nie miałem żadnego scenariusza w głowie, kiedy przekroczyłem próg. Zajęcie się oknami przyszło mi raczej bezmyślnie, odruchowo, gdy zobaczyłem stan mieszkania. Niby nigdy nie posiadałem własnego lokum, więc ciężko mi mówić, jak to jest, ale wiedziałem jedno - gdyby moje, nawet wynajęte, przetrwało pożar, a potem zalałby je zwyczajny deszcz, czułbym się jak skończony idiota. To byłoby głupie. Najpierw ogień, dym, huk, a potem… Deszcz? Śmieszne i żałosne zarazem. A przecież dało się temu zapobiec. Właśnie dlatego od razu wziąłem się do roboty - tym bardziej, że byłem tu znacząco wcześniej po to, żeby skontrolować, jak wygląda sytuacja. Nawet jeśli nie była tragiczna, to przecież zupełnie nielogiczne byłoby teraz spocząć na laurach. Spotykaliśmy się, i to, że nasz związek nie przypominał niczego logicznego, długofalowego ani standardowego, nie miało większego znaczenia. Skoro byłem jej facetem, w tej czy innej formie, miałem też swoje obowiązki, to akurat mówiło samo za siebie.
Zabezpieczyłem więc okna - nie wyglądało to pięknie, ale przynajmniej nie groziło, że pierwsza większa ulewa spłucze mieszkanie, jak starą wannę. Trochę desek, trochę plastikowej płachty, kilka pasków taśmy - improwizacja, ale działała. Potem pobieżnie starłem pył, przesunąłem jakąś doniczkę, zgarnąłem szkło, żeby nie wbijało się w buty. Byłem niedospany, trochę na rauszu, bo wczorajszy wieczór nie należał do najtrzeźwiejszych, ale efekt ostateczny wcale nie był taki zły.
Stanąłem na środku i westchnąłem ciężko. „Może być.” Stwierdziłem wewnętrznie, jakbym sam siebie chciał przekonać, że to rzeczywiście wystarczy. W innym wypadku zacząłbym kombinować dalej, a tego już nie miałem siły robić. Padłem na kanapę. Właściwie nie było to planowane - normalnie nie usnąłbym tak szybko i na pewno nie spuściłbym gardy, nie w cudzym mieszkaniu, w mieście, które wciąż pachniało dymem i emanowało strachem. Nie wiedziałem, czemu to zrobiłem. Może czułem, że akurat tutaj mogę sobie pozwolić na to luksusowe rozluźnienie, może klucz w kieszeni robił różnicę, q może byłem po prostu za bardzo zmęczony, żeby jeszcze udawać czujnego, oczy same mi się przymknęły. Ostatnie, co pamiętałem, to ciężar własnych rąk, ciemna plama kurzu na dłoni i wrażenie, że klucz wbija mi się w udo.
I wtedy poczułem, że nie jestem sam - nie było w tym żadnego gwałtownego dreszczu ani paniki. Po prostu świadomość, że powietrze w pokoju drgnęło inaczej. Nie ruszyłem się od razu, nie było powodu - zdążyłem poznać te kroki - drobne, szybkie, z lekkim przyspieszeniem, jakby ich wykonawca zawsze trochę się spieszył, a trochę potykał o własne myśli. Rozpoznałbym je wszędzie. Leżałem więc dalej, pozwalając, żeby wrażenie narastało. Powieki uchyliłem dopiero wtedy, gdy miałem pewność, że to odpowiedni moment, i rzeczywiście jest ku temu okazja. Przesunąłem się na kanapie, unosząc jedno ramię w zapraszającym geście, chociaż moje oczy wciąż pozostawały zamknięte.
- No cześć. - Mruknąłem cicho, mój głos zabrzmiał, jakby należał do kogoś innego - był trochę zachrypnięty od snu. Nie otwierałem oczu całkiem. Nie musiałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
29.08.2025, 19:19  ✶  

Nie liczyło się to, czy wyglądało to pięknie, grunt, że spełniało swoją rolę. Prue nie spodziewała się do końca tego, co miała tutaj zastać. Na pewno kilka godzin wcześniej było dużo gorzej, teraz deszcz nie miał szansy wedrzeć się do środka, a nadchodził przecież czas, w którym stanie się on codziennością. Jesienią w Londynie praktycznie wcale nie przestawało padać. Nie miała pojęcia, kiedy w oknach pojawią się nowe szyby, bo nie ustaliła z bratem żadnych konkretów, nie wiedziała ile zajmie mu doprowadzenie tego miejsca do względnego porządku. Może inaczej byłoby gdyby chodziło o jedno okno, ale oczywiście nie mogło być tak prosto, wszystkie musiał trafić szlag.

Nadal była zła o to, że ktoś przez swój kaprys, chęć udowodnienia swojej siły postanowił spalić stolicę. Spodziewała się tego, że prędzej, czy później rozpęta się prawdziwa wojna, ale nie sądziła, że jej skutki będą takie przytłaczające. Bletchley ceniła sobie stałość, przywiązywała się do miejsc, a teraz jej dom wyglądał raczej jak ruina. To było dość przykrym zderzeniem się z rzeczywistością, teraz jeszcze miała trochę czasu, aby nie zwracać na to uwagi, jednak za kilka dni przecież będzie musiała tutaj wrócić. Na pewno sporo pracy będzie kosztowało ją doprowadzenie mieszkania do takiego stanu, w jakim było przed pożarami. Szczególnie, jeśli będzie musiała zająć się tym sama, a nie zapowiadało się, aby to miało się zmienić.

Doceniała to, że Benjy pojawił się tutaj wcześniej, ogarnął cały ten syf, nie pozwolił na to, by widziała tę wielką katastrofę, jaką było to miejsce jeszcze kilka godzin temu. Nadal przecież pozostawały po tym ślady. Miała niby sporo szczęścia, że w ogóle mogła tutaj wrócić, jednak i tak czuła rozgoryczenie przez to, że w ogóle doszło do takiej tragedii.

Nie chciała go budzić, podejrzewała, że może być zmęczony, dzień dopiero się rozpoczynał, a wyglądało na to, że spędził już tutaj trochę czasu, dlatego też starała się podejść do kanapy jak najciszej potrafiła. Powinna się jednak spodziewać tego, że nie umknie to jego uwadze, mimo tego, że jeszcze kilka sekund temu wydawało jej się, że całkiem słodko sobie śpi, to ledwie zdążyła usiąść na brzegu, a on już się poruszył.

Wyczuł jej obecność, był czujny, jak zawsze. Nie dało się go zaskoczyć. Nie wydawał się jednak być zbytnio zirytowany tym, że przerwała mu tę chwilę relaksu.

- Nie chciałam Cię obudzić. - Zaczęła od tłumaczenia, dlatego nie zaznaczyła w żaden sposób swojej obecności, nie odezwała się gdy znalazła się w mieszkaniu. Zauważyła, że się przesunął, zrobił jej miejsce, więc wsunęła się pod jego ramię. Przyjemnie było poczuć ciepło drugiej osoby po męczącej i dość pracowitej nocy.

- Cześć. - W końcu się z nim przywitała, chociaż zdążyła już całkiem wygodnie się przy nim ułożyć. - Pracowita noc? - Dodała jeszcze, bo chciała, żeby miał na uwadze to, iż dostrzegła, co tutaj zrobił. To było naprawdę miłe, nie musieć mieć wszystkiego na swojej głowie, chociaż przecież wcale nie powinien się przejmować tym, w jakim stanie znajdowało się jej mieszkanie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
01.09.2025, 12:42  ✶  
Nie spałem głęboko - nie tak naprawdę, nauczyłem się już dawno temu, że nawet kiedy zamykasz oczy i starasz się pozwolić sobie na odrobinę wytchnienia, nie można tracić czujności. Drobne zmiany w otoczeniu - krok, oddech, zapach - potrafiły obudzić we mnie instynkt, który nie chciał milknąć, i teraz też nie zawiódł. Wiedziałem, że to ona, zanim jeszcze usiadła, mogła próbować być cicha, ale i tak miałem wrażenie, że jej obecność zmieniała całą przestrzeń. Nawet ściany wydawały się trochę inne, kiedy była obok. Słyszałem, jak starała się być ostrożna - cichy krok, ostrożny ruch, jakby faktycznie wierzyła, że tak mnie uśpiła ta kanapa i kilka godzin względnego spokoju. To nawet było zabawne, bo wielu ludzi próbowało mnie podobnie podejść, i chociaż Prue nie robiła tego z zamiarem niczego złego, sama scena była dla mnie dość wymowna. Nie chciała mnie obudzić. Nie chciała przeszkadzać. Cóż. Mogłem mieć oczy zamknięte, ale od chwili, w której przekroczyła próg, wiedziałem, że tu jest.
- Wiem, sze nie chciałaś. - Mruknąłem, wciąż z zamkniętymi oczami, bo i tak nie potrzebowałem patrzeć, żeby wiedzieć, że to ona. Kroki były jej, dotyk, zapach i głos też. - Ale i tak by ci się nie udało. - Zawsze miałem lekki sen, nigdy nie ufałem miejscom na tyle, by pozwolić sobie na głębokie zaśnięcie. A u niej? Nawet jeżeli czułem się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w stolicy, to wciąż pozostawało we mnie napięcie, którego nie potrafiłem z siebie wypuścić. Podciągnąłem ramię wyżej, pozwalając jej się wsunąć pod nie wygodniej, wpasowała się obok mnie tak naturalnie, jakby to miejsce od początku na nią czekało - to wyszło naturalnie, bez zastanowienia, nie musiałem kalkulować, czy w ogóle chcę ją obok siebie mieć. Wsunęła się pod moje ramię i przez chwilę, zanim zdążyła się odezwać, poczułem coś, co rzadko się we mnie pojawiało - spokój, może nawet coś w rodzaju ulgi. Po nocy spędzonej na walce z chaosem, w jakim znajdowało się miasto, takie drobiazgi jak bliskość czy czyjeś ciepło działały prawie jak nagroda.
Otworzyłem powieki dopiero wtedy, gdy usłyszałem to jej krótkie „cześć”. Skrzywiłem się lekko w uśmiechu - jednym z tych półśpiących, które nie były ani trochę eleganckie. Na jej pytanie uniosłem brew. Zapytała, czy noc była pracowita. Dostrzegła to, co zrobiłem. Nie potrzebowałem więcej żadnych innych pochwał. Sam fakt, że doceniła, wystarczał. To, że to zauważyła, sprawiało, że moja praca miała sens. Nie chciałem, żeby miała wszystko na głowie, nie po tym, jak wyglądała poprzednim razem, gdy ją widziałem. Zmęczona, napięta, zbyt obciążona rzeczami, którymi nie powinna się zajmować sama. Więc tak, wziąłem się za to, co mogłem. Porządek w miejscu, które tonęło w chaosie, wydawał mi się prostym sposobem, żeby ulżyć jej choć odrobinę.
- Placowita? - Powtórzyłem z odrobiną ironii. - Laszej plowisolyczna. Nie ściągnąłem jednej klątwy. Tam, gdzie byłem, więc tutaj… - Przetarłem dłonią twarz, a potem gestem wskazałem na zaklejone i zabite byle jak okna. - Nie mogłem na to patsześ. Pomyślałem, sze głupio by było, gdyby pszetrwało ogień, a załatwił je deszcz. - Westchnąłem, trochę teatralnie, ale to było szczerze. Nie dodałem, że robiłem to bardziej dla siebie niż dla niej. Nie potrafiłbym usiąść w miejscu, wiedząc, że wystarczy jeden ulewny poranek, żeby całe mieszkanie zmieniło się w bajoro. A skoro już miałem być tymczasowym facetem, cokolwiek to właściwie znaczyło, to logiczne było, że przejmuję część odpowiedzialności. Poza tym… Jakby to wyglądało, gdybym tu przyszedł wcześniej, tylko obejrzał i od razu się rozwalił na kanapie? Facet chyba miał jakieś obowiązki, nie?
- Nie wyszło źle, co? - Zapytałem cicho, chociaż w moim tonie brzmiała bardziej ciekawość niż oczekiwanie na komplement. Nie powiedziałem tego, żeby ją rozczulić czy usłyszeć pochwałę - to była zwykła logika. Gdyby to było moje mieszkanie - chociaż żadnego nie miałem - wolałbym, żeby ktoś tak zrobił dla mnie. Teraz ja mogłem to zrobić dla niej, i tyle. Przesunąłem palcami po jej ramieniu, powieki same mi opadały, a jednocześnie nie chciałem zasypiać znowu, nie teraz, gdy mogłem poczuć ją obok.
- Ty tesz miałaś cięszką noc. - Dodałem po chwili, cicho, bardziej stwierdzając niż pytając. Nie potrzebowałem szczegółów, widziałem zmęczenie w jej oczach, słyszałem je w oddechu. Oparłem się wygodniej, pozwalając, by wtuliła się bardziej. Ciepło jej ciała odciągało moje myśli od wszystkiego, co na zewnątrz - od wojny,  obowiązków, wiecznej presji. Wiedziałem, że zaraz znów wciągnie nas rzeczywistość, ale przez te kilka chwil miałem zamiar zostawić ją za drzwiami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
01.09.2025, 22:54  ✶  

Nie powinno być w tym nic dziwnego. Mogła spodziewać się, że ktoś taki jak on, kto sypiał w różnych miejscach, raczej nie szczególnie bezpiecznych, nie należał do osób, które tak po prostu zignorowałyby nagłą obecność drugiej osoby w pomieszczeniu. Nie umiała się przecież materializować znikąd, jak on. Pewne naleciałości siedziały w człowieku zbyt głęboko, aby od nich odchodzić. Z czystej przyzwoitości próbowała być jak najbardziej cicha i subtelna, jednak nic z tego nie wyszło. Nie miał jej jednak tego za złe, co udało jej się już zauważyć.

- Trudno Cię zaskoczyć. - Stwierdziła fakt, nie rozdrabniała się nad tym z czego to wynika, bo była tego świadoma, i tak była nieco zaskoczona, że zmrużył oczy, a przy tym pozwolił się jej do siebie zbliżyć, kiedy trwał w tym półśnie. Zapewne od razu ją rozpoznał, nie wątpiła w to, że potrafił to zrobić. - Może jeszcze kiedyś mi się uda. - Nie traktowała tego jako wyzwanie, choć może trochę. Musiałby się czuć naprawdę bezpiecznie w jakimś miejscu, aby w pełni pozwolić sobie na sen. To miejsce póki co było dla niego zupełnie obce, ale może kiedyś? Właściwie to nie powinna myśleć o kiedyś, dość szybko więc pozbyła się z głowy tych myśli, aby znowu skupić się na teraźniejszości, która wydawała się być ich sprzymierzeńcem.

Całkiem łatwo jej to przychodziło, gdy tak zwyczajnie znajdowała się tuż obok niego, kiedy mogła wtulić się w ciepłe ciało mężczyzny, poczuć jego bliskość, było to naprawdę wiele, wystarczało jej, aby jej ciało opuściło nieprzyjemne napięcie, które pojawiło się tuż przed tym, jak znalazła się w mieszkaniu. Wszystko wydawało się prostsze, kiedy był obok.

- Jak dla mnie pracowita. - Nie zamierzała usilnie trzymać się swojego zdania, ale widziała, że włożył sporo energii w to, by doprowadzić to miejsce do względnego porządku. Chcąc nie chcąc pamiętała tę ruinę, którą zastała tutaj tamtego poranka, Bletchley miała problem z tym, aby wyrzucić ten widok ze swojej pamięci, zresztą jak wszystko inne. Bardzo łatwo przychodziło jej zapamiętywanie obrazów, dużo trudniej pozbywanie się ich ze swojej głowy. Doceniała to, że pojawił się tutaj przed nią i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, teraz będzie jej prościej odnaleźć się w tym bałaganie. Zwłaszcza, że przecież nie musiał tego robić, nie musiał się przejmować nią, ani jej mieszkaniem, ale jednak to zrobił, jakby to było całkiem oczywiste.

- Odbiłeś sobie tutaj, rozumiem. - Nie potrzebowała szczegółowych wyjaśnień, nie były jej zupełnie potrzebne. - Co z tą klątwą? Okazała się być jakaś szczególnie skomplikowana? - Skoro już wspomniał o tym, że mu nie poszło, to postanowiła zapytać dlaczego tak się stało. To było chyba całkiem normalne w przypadku par, pytania o to, jak minął dzień, czy tam noc i jak było w pracy, a oni chyba ostatnio określili się tym mianem. - Tak, to byłoby słabe, dziękuję. - Dodała jeszcze, bo naprawdę była mu wdzięczna, że o tym wszystkim pomyślał. Nie przywykła do tego, aby ktoś robił coś dla niej zupełnie sam, bezinteresownie, bez pytania, jakby to było oczywistością.

- Podejrzewam, że z takimi zasobami nie mogło pójść lepiej. - Zadbał o wszystko, o te najbardziej oczywiste rzeczy, jakimi były chociażby zabezpieczenie okien, a raczej dziur w miejscach w których się kiedyś znajdowały, no i ogarnięciu szkła i kurzu, dzięki temu to miejsce nie wyglądało jak całkowita ruina.

Przesunęła się jeszcze bliżej, tak właściwie to całkiem zgrabnie się w niego wtuliła, kiedy zrobił jej miejsce, oparła przy tym głowę o jego obojczyk, całkiem naturalnie przychodziła jej ta bliskość, była zupełnie niewymuszona, jakby to faktycznie było miejsce, do którego pasowała.

- Bywały gorsze. - Nie powinna narzekać, nie po tym, co działo się ostatnio, ale trudno było też ukrywać jej zmęczenie. To był chyba najbardziej pracowity czas podczas jej całej, zawodowej kariery i szybko nie miało się to zmienić. Musiała chyba po prostu przywyknąć do tego, że przez najbliższe miesiące raczej nic się nie zmieni, i będą mieli ręce pełne roboty, ale nie na tym chciała się teraz skupiać, to już było za nią. Teraz mogła udawać, że jej to nie dotyczy, chociaż na chwilę pozwolić sobie odpłynąć, bardzo łatwo przychodziło to Prue w jego obecności, wystarczyło, że czuła ciepło jego ciała, oddech tuż nad jej uchem, a wszystko inne wydawało się nie mieć żadnego znaczenia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
02.09.2025, 13:05  ✶  
Nie zdziwiło mnie, że powiedziała to na głos - zdążyłem zorientować się, że wyrobiła w sobie nawyk wyjątkowej bezpośredniości, od czasów, gdy ostatni raz mieliśmy ze sobą kontakt. „Trudno cię zaskoczyć.” Prawda, nic odkrywczego, ale miała rację, to było we mnie tak głęboko zakorzenione, że nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym zasnąć jak zwyczajny człowiek, odciąć się całkowicie od otoczenia. Naleciałości, jak sama je nazwała, tkwiły we krwi, w mięśniach, w nerwach. Drobny ruch, skrzypnięcie deski, oddech w innym rytmie niż mój - wszystko rejestrowałem. Nie miałem jej tego za złe, nigdy bym nie miał. Zresztą, sama widziała, że nie okazałem najmniejszego zniecierpliwienia, ani niezadowolenia z bycia obudzonym. Uśmiechnąłem się krótko pod nosem, kiedy dodała, że może jeszcze kiedyś jej się uda.
- Śmiało, plóbuj. - Wymruczałem tak, jakby chodziło o jakąś zabawę, chociaż wiedzieliśmy oboje, że to nie kwestia prób, a mojego przyzwyczajenia do czujności, i jeżeli kiedyś faktycznie nie zareaguję od razu, to będzie oznaczało, że świat wokół przestał być zagrożeniem, a taki scenariusz brzmiał naiwnie.
- Wolałem to, nisz gapiś szię w sufit. - Przyznałem krótko, gdy zauważyła, że poświęciłem temu trochę energii. Tak było - czasem cisza potrafiła dobijać bardziej niż zaklęcie, więc wolałem robić coś rękami. Zabezpieczenie okien, chociaż prowizoryczne, sprawiło, że mogłem tu leżeć i nie martwić się, że deszcz zaleje podłogę, a jeśli dzięki temu ona teraz mogła spokojnie położyć się obok, to tym lepiej. Wiedziałem, jak wyglądało to miejsce jeszcze niedawno - prawdziwa ruina - nie chciałem, żeby musiała tu wracać i czuć się jak w klatce. Sprzątając, łatając okna, po prostu próbowałem sprawić, by łatwiej jej się oddychało. Najwyraźniej z całkiem niezłym powodzeniem - kiedy oparła głowę o mój obojczyk, odchyliłem lekko brodę, żeby oprzeć policzek o jej włosy. Czułem, jak oddycha, równo, spokojniej niż jeszcze chwilę wcześniej.
Kiedy zapytała o klątwę, wydałem z siebie dźwięk, który był gdzieś pomiędzy westchnieniem a krótkim parsknięciem.
- Nic wybitnego. Tyle, sze czasem magia ma kaplysy. Zamiast szię siłowaś, odpuściłem do Mabon, wtedy to będzie pestka. - Nie zamierzałem rozwodzić się nad porażką, bo po co, była tylko częścią układanki, a ja miałem ważniejsze powody, żeby być tutaj, niż siedzieć nad parszywą robotą do rana, jeżeli za kilka dni mogłem zdjąć to bez potrzeby toczenia zażartej walki. Wzruszyłem ramionami - nie miałem ochoty rozwijać tego tematu. Klątwy, praca, całe to gówno mogło poczekać. Prue była obok mnie, i to wystarczało - ciepło, ciężar głowy na piersi, zapach jej włosów - zaskakująco łatwo przyszło mi pozwolić sobie na tę zwyczajność. Kiedy dodała swoje „dziękuję”, nie odpowiedziałem od razu. Ścisnąłem ją tylko mocniej ramieniem. Dla mnie to było naturalne - jeśli byliśmy razem, to przejmowałem się jej sprawami, nie musiała mnie o to prosić.
- Nie lób s tego wielkiej splawy - Mruknąłem w końcu, pół żartem, pół serio. Zabrzmiało to lekko, choć w środku wiedziałem, że kryje się za tym coś więcej. Zamiast martwić się tym, co i tak poza moją kontrolą, mogłem chociaż zabezpieczyć jej przestrzeń. - Telas pszynajmniej wygląda to tak, jakby ktoś tu mieszkał. - Ktoś żywy, a nie same duchy i szczury - jak na to wyglądało przed paroma godzinami. Sam chciałem - to była prawda. Nie chodziło o obowiązek ani o to, że „powinienem”. To było proste - chciałem, żeby mogła wejść do swojego mieszkania i nie czuć się, jakby musiała zaczynać od ruin. Czułem zmęczenie bijące od niej bardziej niż od siebie. Ja potrafiłem obyć się bez snu, bez wygód, bez wszystkiego, ona nie powinna. Zasłużyła na chwilę odpoczynku po nocy, i to raczej nie na kanapie, a we własnym łóżku, najlepiej po przyjemnej kąpieli albo czymś takim. Kobiety lubiły takie rzeczy, nie?
- Chcesz, szebym nalał ci wody do wanny? - Zapytałem, próbując, by mój ton brzmiał naturalnie, bez nadmiernej troski, choć pod spodem naprawdę mi zależało, żeby to wyszło przyjemnie, sugestywnie, ale nienachalnie. - Okno tam tesz zabezpieczyłem. - Dorzuciłem to tak, jakby to było najważniejsze, choć wiedziałem, że nie o deski i gwoździe tu chodziło. Mógłbym teraz wstać, nalać wody, wrzucić jakieś zioła, które znalazłem w szafce, i dać jej piętnaście minut spokoju. Tak, piętnaście minut, bo znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że więcej i tak by nie usiedziała, znów wróciłaby myślami do tego, co czeka jutro, ale piętnaście minut mogło zrobić różnicę. Nie powiedziałem jednak nic więcej - poczekałem, aż sama odpowie, bo nie chciałem jej niczego narzucać. To, że znalazłem się w jej mieszkaniu, zrobiłem porządki, to już było wystarczająco wiele dla kogoś, kto pewnie nie przywykł do cudzych ingerencji równie mocno, co ja. Mogłem to jeszcze poprawić tylko jednym - dając jej wybór.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
03.09.2025, 11:05  ✶  

Kiedy czuła się przy kimś pewnie nie miewała najmniejszych problemów z byciem bezpośrednią, to nie było dla niej typowe, raczej nieczęsto się zdarzało, ale Benjy był jedną z tych nielicznych osób. Przy nim nie musiała się zastanawiać nad słowami, które padały z jej ust. Wiedziała już, że jej nie oceniał, że mogła sobie przy nim pozwolić na więcej.

Nie sądziła, że uda jej się kiedyś go zaskoczyć, chociaż sama stwierdziła, że zrobi sobie takie wyzwanie, to raczej nie spodziewała się tego, że faktycznie ta misja może zakończyć się sukcesem. Wiedziała bowiem, że to nie bierze się znikąd, nawyków nie dało się zapomnieć, czy ich wyzbyć. Na pewno nie w takim krótkim czasie, jaki mieli ze sobą spędzić, ale mogła próbować, czyż nie?

- Jasne, to całkiem oczywiste. - Powiedziała jeszcze cicho, chociaż wcale jej się tak nie wydawało. Nie sądziła, by ktokolwiek inny przejął się nieswoim mieszkaniem, zajął się wszystkim nie będąc do tego praktycznie przygotowanym tylko dlatego, żeby jej łatwiej było się tutaj odnaleźć. Nikt wcześniej nie dbał o nią w ten sposób, to było coś zupełnie nieoczywistego, sprawiło, że poczuła się lepiej. Nie musiała zastanawiać się od czego powinna zacząć, w co włożyć ręce, bo największe szkody zostały już prowizorycznie naprawione. Resztę na spokojnie będzie mogła rozplanować w czasie, bo niedługo tutaj wróci, rzeczywistość w końcu jej dosięgnie, chociaż całkiem dobrze było oderwać się od niej chociaż na moment.

- Mabon już niedaleko, więc faktycznie ma to sens. - Zdawała sobie sprawę z tego, że niektóre klątwy, czy rytuały potrzebowały odpowiedniej oprawy, nie wątpiła w to, że Benjy odpowiednio ocenił sytuację, z jego doświadczeniem na pewno bardzo dobrze wiedział, kiedy lepiej było zajmować się sprawą. Skoro wtedy miało być prościej, to na pewno tak będzie. Czasem warto było odpuścić, aby później rozwiązać problem bez niepotrzebnej walki. Cierpliwość popłacała.

- Jak sobie życzysz, nie będę robić. - Skoro właśnie tego chciał, to nie miała z tym najmniejszego problemu, mimo, że dla niej to było dość sporo. Rzadko kiedy ktoś się o nią troszczył, przejmował jej problemami, dbał o nią - sam z siebie, jakby to było całkiem naturalne. W teorii pewnie w ten sposób postępowali partnerzy, jednak nie miała w tym zbyt dużego doświadczenia.

- Tak, powoli znowu zaczyna to mieć ręce i nogi. - Sporo jeszcze brakowało do tego, aby znowu poczuła się tu jak w domu, jednak pierwsze kroki były już za nią, dzięki Benjy'emu. Ułatwił jej sprawę. Na razie jednak nie zamierzała się tym przejmować, później pomyśli o tym w jaki sposób zająć się tym wszystkim. Była zmęczona, ale wbrew temu, co jeszcze wydawało jej się chwilę wcześniej czuła, że wszystko się jakoś ułoży, że uda jej się prędzej, czy później jakoś w tym odnaleźć.

Jej organizm był przyzwyczajony do nieprzespanych nocy, do pracy w różnych godzinach, ostatnio jednak nie miała szansy porządnie się wyspać, bo nie należała do osób, które umiały odnaleźć się w każdych warunkach. Nie mogła narzekać na stan rezydencji w której się zatrzymała, dom był na pewno bardzo zadbany, piękny, jednak łóżko w którym spała nie było jej łóżkiem, pokój gościnny nie był jej sypialnią, a sen mimo wyczerpania minionymi wydarzeniami nie był do końca snem. Przyzwyczaiła się do pewnych warunków, trudno jej było dostosować się do nowej sytuacji. Oczywiście nie narzekała, nie miała tego w zwyczaju, raczej doceniała to, że miała się gdzie podziać tuż po tej całej katastrofie.

- Nie miałabym nic przeciwko temu. - Nie zareagowała odruchowo, nie odrzuciła tej propozycji, raczej starała się przyjmować to, co chciał dla niej robić. Obawiała się, że szybko przyzwyczai się do nowego, że trudno będzie jej wrócić do tego stałego rytmu, w którym zajmowała się wszystkim sama, ale całkiem miło było się choć na moment od tego oderwać. Pewnie dla niektórych to nie było nic wielkiego, ale ona ze swoimi przyzwyczajeniami naprawdę doceniała takie gesty.

- Oczywiście, że je też zabezpieczyłeś, zadbałeś o wszystko. - Rzuciła całkiem lekko, nie powinna się spodziewać po nim niczego innego, pomyślał o każdym pomieszczeniu, nic mu nie umknęło i zrobił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie miała pojęcia, czym sobie zasłużyła na takie traktowanie, ale doceniała to.

- Wiesz, Tobie też należy się odpoczynek. - Nie była jedyną osobą, która miała za sobą nieprzespaną noc, wypadało, aby ktoś również o niego się zatroszczył, to powinna być jej rola, skoro już jasno określili, jak wygląda sytuacja między nimi, przynajmniej jak na razie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
04.09.2025, 12:06  ✶  
Zareagowałem na to wszystko krótkim, trochę bezczelnym uśmiechem - takim, którego nie próbowałem nawet powstrzymywać. To było aż dziwne, jak łatwo przy niej przychodziło mi odpuszczanie czujności. Normalnie nawet bym nie dopuścił do tego, żeby ktoś się nade mną pochylał, by siadał tak blisko, gdy ja leżałbym rozbrojony, półprzytomny, a jednak - była tu ona, byłem ja, nawet nie próbowałem udawać, że coś jest nie tak.
Kiedy wspomniała, że Mabon tuż-tuż i faktycznie miało sens odłożenie tematu klątwy, przytaknąłem bez słów. Rozumiała, że nie chodziło o brak umiejętności, a o właściwy moment, lubiłem to, że nie musiałem jej tego tłumaczyć jak dziecku. Nie wszystko dało się załatwić siłą i nocami bez snu, czasem rozsądniej było poczekać na odpowiedni moment.
Może faktycznie nie miałem własnych czterech ścian, może sam musiałem umieć radzić sobie w byle jakich warunkach, ale to wcale nie znaczyło, że nie potrafiłem zadbać o czyjeś, zwłaszcza o jej. Nie musiałem się nad tym rozwodzić, oboje wiedzieliśmy, że definicje, w jakie się zaplątaliśmy, były dalekie od standardu, ale były nasze, i to wystarczało. Jej stwierdzenie, że powoli zaczyna mieć to ręce i nogi, wywołało u mnie cichy pomruk zadowolenia. Wiedziałem, jak to wyglądało, zanim tu wszedłem - sam bałagan trochę mnie przygniótł, a co dopiero ją, dla której to miejsce naprawdę coś znaczyło, jeśli więc mogłem choć trochę przywrócić jej poczucie kontroli, to było warte każdej przeznaczonej minuty.
Słysząc jej słowa, że nie miałaby nic przeciwko tym kilku chwilom samej w łazience, uśmiechnąłem się szerzej. Widziałem, że walczyła sama ze sobą - to było wewnętrzne starcie między tym, że to dla niej za dużo, a tym, że wcale nie chce tego odrzucać. Dobrze - nie musiała. Kąpiel po ciężkiej nocy potrafiła zmyć z ciała więcej niż brud czy kurz. Potrafiła zmyć napięcie, zostawić po sobie spokój.
- To dobsze. - Powiedziałem wyjątkowo miękko, co u mnie nie zdarzało się często. - W takim lasie nie luszaj palcem. Ja szię tym zajmę. - Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mówił to ktoś inny, ale ja? Ja, który na co dzień nawet o siebie nie dbałem pod takimi względami, który przywykł do tego, że każdy radzi sobie sam i nie liczy na nikogo. To, że w ogóle chciało mi się to robić,  nawet pomyślałem o takich rzeczach - to mówiło samo za siebie, nie podniosłem się jednak jeszcze, by spełnić propozycję, chwilowo było nam tu raczej całkiem wygodnie, nie trzeba było od razu tego zakłócać nadgorliwością.
- Dokładnie, zadbałem o wszystko.  - Potwierdziłem spokojnie. Podniosłem brew sugestywnie, chociaż oczy nadal miałem półprzymknięte. - Nawiasem mówiąc… Okno w sypialni tesz jusz zabezpieczyłem. - Powiedziałem to tak, że właściwie nie musiałem dodawać nic więcej. Leniwy uśmiech, od którego nie potrafiłem się powstrzymać, sam załatwił resztę. Wiedziałem, że zrozumie, co mam na myśli. Niby to było tylko stwierdzenie faktu, ale wypowiedziane w taki sposób, że trudno było nie dosłyszeć w tym drugiego dna, i wcale się nie siliłem, żeby to ukryć. Drobna rzecz, taka sama jak w salonie czy w kuchni, ale ton zdradzał, że absolutnie nie chodziło mi wyłącznie o praktyczność. Otworzyłem jedno oko, żeby przyjrzeć się jej twarzy, a potem znowu je przymknąłem, udając, że wcale nie zależy mi na odpowiedzi.
Poprzednim razem, kiedy tu byłem, jeszcze jako kompletnie obcy jej człowiek, nie miałem w ogóle okazji obejrzeć tego miejsca, nie chodziłem po kątach, nie otwierałem drzwi, nie zaglądałem do środka. Nie moja sprawa, nie moje ściany, nie moja prywatność, teraz też nie szwendałem się bez sensu, nie naruszałem przestrzeni, która nie należała do mnie, zrobiłem, co trzeba, i nic więcej. Szkło, kurz i pył, okna - tyle, ale jeśli już tak się złożyło, że dostałem klucze, skoro wpuściła mnie do siebie tak na serio, to nie miałbym nic przeciwko… Małemu oprowadzeniu. Oficjalnemu, ale bez tej całej chaotycznej części z pokazywaniem kwiatków na balkonie. Na słowa o odpoczynku, parsknąłem pod nosem, bez kpiny, raczej z czymś na kształt rozbawienia.
- Ze mną jest inaczej. - Odpowiedziałem od razu. - Ja potlafię odpocząś, kiedy chcę. Wystalczy, sze zamknę oczy na pięś minut. - Mogłem być niewyspany, mogłem czuć to wszystko w karku i w powiekach, ale cholera, byłem czujny aż nadto - i bardziej niż świadomy, co właśnie powiedziałem - były rzeczy ważne i ważniejsze. A tu i teraz nic nie było ważniejsze od faktu, że pierwszy raz zostaliśmy zupełnie sami, poza Exmoor, bez czujnych spojrzeń, niczyjego oddechu za plecami. Pierwszy raz mieliśmy przestrzeń tylko dla siebie. Naturalne było więc, że myśli uciekały mi w bardzo konkretnym kierunku. Nie siliłem się nawet, żeby je zatrzymać.
- Odpoczywam, pszeciesz widzisz. - Dodałem, przyciągając ją bliżej, tak żeby poczuła ciężar mojego ramienia mocniej, bardziej otulająco.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4268), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (4311)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa