• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 Dalej »
[28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine

[28.09.1972] Identity theft is not a joke | Ambroise & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
17.10.2025, 21:29  ✶  
28.09.1972, USC

Jak wiadomo po ślubie trzeba było się zająć rzeczami, które mogły wydawać się mało istotne, jednak wypadało, by w świetle prawa wszystko również zostało załatwione tak jak Morgana przykazała. Błogosławieństwo Matki samo w sobie nie wystarczało, musieli załatwić tę mniej przyjemną część związaną z całą papierologią, jak chociażby zmiana nazwiska. Po ceremonii wypadało zająć się takimi sprawami. Nie, żeby Yaxleyówna przepadała za podobnymi sytuacjami.

Ministerstwo nie było miejscem, w którym czuła się dobrze, nie znosiła tutaj przebywać, miała wrażenie, że w jego murach się dusi, może nie było to tak ogromne uprzedzanie, jak to związane ze szpitalami, ale nie dało się udawać, że nie istnieje. Nie odnajdywała się między tymi wszystkimi wymuskanymi urzędnikami, którzy w jej oczach mieli kije bardzo głęboko w tyłku. Nie miała jednak żadnego wyboru, musieli to załatwić, im szybciej - tym lepiej, skoro więc udało im się wydostać ze Snowdonii to warto było mieć to z głowy.

Znalazła się tutaj, a jakżeby inaczej w towarzystwie swojego małżonka, całe szczęście, bo gdyby miała to załatwić sama... cóż. Byłaby szansa, że uciekłaby gdzieś w pizdu i przełożyła to na inny termin.

Tuptali więc razem, na odpowiednie piętro, by znaleźć ten wyjątkowy gabinet, w którym mieli załatwić wszystkie pilne sprawy. Nie było to wcale takie proste dla kogoś, kto nie bywał tu często - miała przy sobie jednak Ambroise'a który był w tym dużo bardziej rozgarnięty od niej. Dobrze, że uzupełniali się we wszystkim, dzięki temu ich wspólne życie miało być zdecydowanie prostsze.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#2
17.10.2025, 21:39  ✶  

Wrześniowy dzień ciągnął się dla panicza Cepheusa Blacka, jak rozciągnięta nić z gigantycznego motka, której końca nie sposób było dostrzec. W dusznym gabinecie Urzędu Stanu Cywilnego, pośród skrzypienia starych biurek i szelestu pergaminów, czas zdawał się zatrzymywać, a Cepheus, urzędnik starej daty, z rodowodem równie szlachetnym, co jego nazwisko, po raz kolejny odczuwał ciężar monotonii, który od miesięcy osiadał mu na ramionach niczym kurz z dawno zapomnianych tomów archiwum.

Panicz Black od rana podpisywał dokumenty, prostował błędy w rejestrach i przyjmował petentów, którzy nie rozumieli różnicy między zarejestrowaniem a potwierdzeniem narodzin dziecka. Każda rozmowa brzmiała tak samo, była uprzejma, oficjalna, pozbawiona emocji. Czasem łapał się na tym, że nie pamiętał twarzy ludzi, z którymi przed chwilą rozmawiał, byli tylko kolejnymi numerami w rejestrze, linijkami w księdze, która nigdy nie miała się skończyć.

Cepheus westchnął, wpatrując się w stos niepodpisanych dokumentów, w myślach będąc już w przytulnym wnętrzu swojego domu, w którym zamieszkiwał sam, jeśli nie liczyć jego trzech kotów i kanarka imieniem Coco. Za oknem jego gniazdka, wiatr pewnie szarpał firanką, przynosząc ze sobą zapach wilgotnych liści i mgły, ale tu, w pomieszczeniach Ministerstwa Magii, było duszno, chociaż sterylnie. Miał wrażenie, że od lat jego życie nie składało się z niczego więcej, niż z tych papierów, wymagających nieustannej uwagi. Czasem marzył, by rzucić to wszystko i wyruszyć gdzieś daleko, najlepiej w Bieszczady, Cepheus naprawdę lubił Bieszczady.

Jednak marzenia były dla tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić, a podstarzały panicz Black był urzędnikiem, lojalnym, obowiązkowym i zmęczonym. Zegar w kącie biura wybił szesnastą, a on, nie spiesząc się, odłożył pióro, poprawił mankiety szaty i spojrzał na drzwi, jeszcze tylko kilka podpisów, kilka minut, kilka oddechów, potem miał wrócić do domu, by jutro zacząć ten sam dzień od nowa.


Bard: Cornelius Lestrange
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
17.10.2025, 22:06  ✶  

Nie miała zielonego pojęcia ile pięter przeszli, ile schodów przemierzyli, właściwie dlaczego nie skorzystali z windy? Tego również nie wiedziała. Byli w tym wszystkim jednak naprawdę dzielni, ona starała się nie narzekać przy każdym mijanym gabinecie, który okazywał się nie być tym właściwym, a mogłaby to zrobić. Zdecydowanie wolała biegać po lasach, niż po takich wielkich molochach. Nie zawsze jednak można było wybierać miejsce, w którym musiało się znaleźć. Dzisiaj był właśnie jeden z takich dni, odbije to sobie jutro spędzając cały dzień w lesie. Tak - nic na pewno nie będzie mogło wpłynąć na ten jakże sprytny plan.

Stukot jej ciężkich butów dość głośno roznosił się po coraz bardziej pustych korytarzach. Najwyraźniej nie była to najbardziej oblegana godzina na wizyty w ministerstwie. Mogła jedynie podejrzewać, że większość urzędników odliczała już ostatnie minuty do końca swojej pracy, tak naprawdę to im się nie dziwiła. Musiało tu być okropnie nudno, nie miała pojęcia, jakim cudem ludzie tutaj pracowali, często przez całe swoje życie. Ona nie dałaby się zamknąć w takim miejscu, zresztą miała nawet niewielkie doświadczenie, zaliczyła staż tuz po Hogwarcie, co tylko upewniło ją w tym, że podjęła słuszną decyzję pracując dla swojej rodziny, gdzie sama sobie była szefem.

Ścisnęła mocniej dłoń Ambroise'a, powoli przestawała się już rozglądać i liczyła raczej na jego umiejętności poznawcze, bo nie służyła jej obecność w tym miejscu, była rozproszona, sama nie wiedziała dlaczego. Nie spotkali w między czasie nikogo znajomego, mimo tego, że przecież wiele osób, które kojarzyli było tutaj zatrudnionych, cóż - nie był to ich szczęśliwy dzień, być może mogliby znaleźć jakieś wsparcie.

- Jak tak dalej pójdzie to zaraz stąd wyjdziemy. - Rzuciła cicho, bo była bliska poddania się, naprawdę nie miała siły na więcej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
17.10.2025, 22:37  ✶  
Mimo okazjonalnej współpracy z Magicznym Pogotowiem Ratunkowym, jaką zdarzało mu się podejmować w ramach prowadzonej prywatnej działalności, Greengrassowi trudno byłoby stwierdzić, że kiedykolwiek miał przyzwyczaić się do wizyt w gmachu brytyjskiego Ministerstwa Magii. Jak na złość, ostatnio odbywanych z wręcz zatrważającą regularnością. Chyba jeszcze nigdy nie bywał tu tak często jak w okresie pomiędzy pożarami Londynu a końcówką września. Nawet biorąc pod uwagę dorywcze usługi medyczne świadczone dla Departamentu. Magicznych Wypadków i Katastrof.
Co prawda, tym razem był tutaj raczej ze szczególnie dobrego powodu. Nareszcie mógł powiedzieć, że coś wyjątkowo im się udało. W przeciwieństwie do jego wcześniejszych wizyt, nie musiał dochodzić swoich praw jako pogorzelca ani usiłować załatwiać spraw z konserwatorem zabytków, żeby spróbować wskórać coś w kwestii spalonej części kamienicy przy Horyzontalnej, która do niego należała. Niby podjęli decyzję o sprzedaży nieszczęsnej nieruchomości, ale od tej możliwości najwyraźniej dzieliła ich dłuższa droga niż mogliby przypuszczać.
Paradoksalnie, wychodziło na to, że znacznie bardziej zawiła niż zorganizowanie ceremonii ślubnej i wzięcie ślubu. Choć czy aby na pewno? Byli tu już wyjątkowo długo, a wciąż miotali się od drzwi do drzwi. Zaczynał podzielać entuzjazm Riny, nawet jeśli od samego początku nie pałał własnym.
Tak. Ambroise doskonale rozumiał, że po zawarciu związku małżeńskiego nie mogli uciec od przyziemnych obowiązków, które (choć z pozoru powinny być już tylko drobiazgami) należało doprowadzić do końca. Tak jak Morgana przykazała. Tak, niestety on także był w pełni świadomy faktu, że błogosławieństwo Matki było ważne, lecz nie wystarczało. Prawo wymagało dopilnowania całej biurokratycznej otoczki, w tym zmiany nazwiska, co nie należało do najbardziej fascynujących zadań. Po ceremonii wypadało jednak zająć się tym, zanim sprawy zaczęły się piętrzyć. A jednak...
- Odważne twierdzenie. Wpierw musielibyśmy znaleźć właściwe drzwi - mruknął, uśmiechając się krzywo i odpowiadając na uścisk dłoni.
Wiedział, że jego żona nie czuła się dobrze w murach Ministerstwa, nawet jeśli nie zamierzał komentować na głos tych wszystkich spojrzeń, jakimi obdarzała mijane drzwi, gdy okazywały się nie tymi. Tak, ich wędrówka w kierunku właściwego gabinetu trwała niemalże w nieskończoność. Ktokolwiek projektował gęstwinę korytarzy rozciągających się w tym miejscu, a także numerował pokoje, z pewnością miał sadystyczne zapędy i wyjątkowo mocno nienawidził petentów.
Mógł się założyć, że ten ktoś został pracownikiem miesiąca.
Po stanowczo zbyt wielu krokach, jakie zrobili, zanim znaleźli się u progu gabinetu wskazanego im urzędnika, Roise był pewien, że gdy tylko opuszczą to miejsce, Geraldine jako pierwsza zaproponuje, by następny dzień spędzili w lesie. I nie, nie zamierzał jej w tym przeszkadzać.
W zupełności wystarczyło mu, że perfidnie planował za to przeszkodzić komuś, kto najpewniej zbierał się już do domu. Tak, spodziewał się, jak bardzo ten człowiek będzie zadowolony. Mimo to, wciąż zapukał do drzwi, czekając na wezwanie i moment później przepuszczając Rinę, aby wejść zaraz za nią, wciąż trzymając jej rękę.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
17.10.2025, 23:02  ✶  

Cepheus westchnął głęboko, tak ciężko, że dźwięk ten odbił się echem od chłodnych ścian jego gabinetu, przetarł zmęczone powieki i poprawił swoje potwornie grube okulary, w których szkła przypominały denka od butelek. Przez moment widział własne odbicie w mosiężnym kałamarzu, było zniekształcone, groteskowe, z ogromnymi oczami, które wydawały mu się martwe i wcale nie ożywiły się, gdy usłyszał pukanie, przeciwnie, mężczyzna opuścił wzrok na biurko, jakby chciał zniknąć wśród sterty dokumentów.

- Proszę wejść. - Powiedział tonem pozbawionym emocji, niemal mechanicznie, dbając o to, by był to głos urzędnika, nie człowieka. Drzwi skrzypnęły, a do środka weszła para młodych czarodziejów. Zdecydowanie zbyt wysoka, jak na tak ciasny gabinet, co od razu zauważył. Spojrzenie Cepheusa spoczęło najpierw na kobiecie, wysokiej, umięśnionej, jasnowłosej, o twarzy, którą znał aż za dobrze. Black zmarszczył brwi i, z obawą graniczącą z rezygnacją, poprawił swoje wyjątkowo grube okulary, w razie, gdyby wzrok go mylił. Szkła, przypominające denka od butelek, nasunięte jeszcze bardziej na nos, powiększyły jego oczy do nienaturalnych rozmiarów. Nie, nie miał omamów. Serce zabiło mu szybciej, a gardło zaschło, przełknął ślinę, próbując zachować pozory spokoju, lecz dłonie zdradzały nerwowe napięcie.

- Panno... - Zaczął, ale słowo ugrzęzło mu w gardle. - Proszę usiąść. - Jego wzrok przeniósł się na mężczyznę u jej boku, rejestrując to, jak bardzo był wysoki i postawny. Jegomość miał szerokie ramiona i patrzył na Blacka z lekko wyniosłym uśmiechem, który... Cóż. Tak, jego też Cepheus poznał, co gorsza, Ambroise Greengrass wyglądał jak ktoś, kto był pewien swojej pozycji, a w oczach miał coś, co kazało urzędnikowi po raz drugi przełknąć ślinę. Wiedział już, że ta wizyta nie będzie należała do zwyczajnych.

- W czym mogę państwu pomóc? - Zapytał chłodno, starając się, by jego głos nie zdradził emocji, mimo tego, że nadal z niezbyt dużym entuzjazmem przyglądał się Greengrassowi i... jej, Geraldine Yaxley, Cepheus znów przełknął ślinę, tym razem boleśnie, w jego żołądku narastało natomiast nieprzyjemne uczucie. Wewnętrznie był już pewien, że to będzie bardzo, bardzo długi koniec dnia.


Bard: Cornelius Lestrange.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
20.10.2025, 16:50  ✶  

- Tak właściwie to nie? Jeśli będzie trzeba to wyjdę z drzwiami, nawet tymi niewłaściwymi. - To nie było wcale takie trudne, chyba? Kiedy Yaxley bardzo czegoś chciała, to nie przejmowała się konsekwencjami, jeśli miałaby faktycznie błądzić po gmachu budynku bez końca to prędzej, czy później skończyłoby się to w podobny sposób. Póki co jednak starała się - naprawdę starała się trzymać nerwy na wodzy, żeby nie narobić też wstydu swojemu małżonkowi. Teraz już nie była w końcu odpowiedzialna za opinię tylko na swój własny temat, nie kiedy oficjalnie stali się duetem. No prawie oficjalnie... pozostawały im te nieszczęsne sprawy urzędowe, których chyba zbyt szybko mieli nie wyjaśnić. Musieli się pospieszyć, bo pewnie zaraz te urzędasy w swoich eleganckich ubrankach zaczną wychodzić z budynku. Godzina nie była najwcześniejsza, może powinni byli pojawić się tutaj wcześniej (jakby miało im to jakoś ułatwić przemieszczanie się po Ministerstwie Magii).

Ambroise zapukał do jednych z wielu drzwi, które mijali. Czyżby faktycznie udało im się dotrzeć w miejsce, którego szukali od dłuższego czasu? Może jednak los im sprzyjał i uda im się ogarnąć wszystko dzisiaj, oby tak było. Na samą myśl o tym, że mieliby tu wrócić w najbliższym czasie robiło jej się niedobrze (nie, wcale nie były to poranne mdłości bo już dawno poranek mieli za sobą).

Zza drzwi dobiegło do nich zaproszenie, miała wrażenie, że bardzo mechaniczne, ale nie powinna oceniać człowieka który znajdował się za drzwiami po tonie głosu? No nie powinna, ale trochę to robiła. Łatwo jej przez to było go wrzucić do tego worka z wszystkimi innymi pracownikami tego miejsca, no z większością z nich, tych, o których nie miała najlepszej opinii.

Weszli w końcu do gabinetu mężczyzny. Otaksowała pomieszczenie wzrokiem. Urzędnik nie wyglądał jej na przyjemniaczka, miała wrażenie, że to będzie dość ciężka przeprawa. Wyprostowała się więc odruchowo, na jej twarzy malował się grymas, nie dało się nie zauważyć, że nie była szczególnie zadowolona z wizyty w tym miejscu.

- Pani. - Poprawiła go od razu, i posłała mu niezbyt przyjemne spojrzenie. Wykonała jednak polecenie, ruszyła w stronę krzesła, obejrzała się przez ramię, by zobaczyć, czy Roise podąża za nią. Sama by tego nie przetrwała - na pewno.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
20.10.2025, 22:42  ✶  
Należało zacząć od tego, że Ambroise po prostu miał taką twarz i zupełnie nad tym nie panował. No, przynajmniej nie w tej chwili ani tym bardziej nie w sytuacji, w której znalazł się wraz z żoną. Pomyślałby kto bowiem, że organizacja wydarzenia ślubnego na blisko dwieście osób, głównie spośród magicznej socjety, będzie ich największym wyzwaniem w tym miesiącu. No, abstrahując od konieczności przeżycia pożarów stolicy oraz radzenia sobie z ich pokłosiem. No, ale...
W przypadku całkiem sporego ślubu, na którego przygotowanie mieli niespełna dwa tygodnie, nie dało się ukryć, że poszło im wyjątkowo dobrze. Jednakże tam...
...cóż...
...tam mieli wsparcie. Tutaj? Wyglądało na to, że nieważne, co mogliby zrobić, nawet cholerne drzwi nie były po ich stronie. Zamiast tego znajdowały się daleko, naprawdę daleko od nich. Na samym końcu jednego z setek korytarzy, które dla Roisa wyglądały praktycznie tak samo. Były jasne i ciche, wręcz ogłupiająco pozbawione oznak czyjegokolwiek życia.
Głos, który przywitał ich zza drzwi także nie należał do najbardziej żywych i zapraszających. Ale czego tak właściwie mogliby spodziewać się po ministerialnych urzędniku? I to w okolicach godziny czwartej po południu w dzień taki jak ten? Był czwartek. A czwartki, jak wiadomo, w podobnych miejscach należą już praktycznie do weekendu. Oni zaś śmieli go komuś zakłócać. Ojoj.
- Założę się, że połowa z nich prowadzi donikąd - odparł w niezbyt pocieszającej, ale raczej dosyć rozbawionej manierze; był bowiem bardziej niż pewien, że rzeczywiście byłaby w stanie to zrobić. - W Mungu przynajmniej są okna - zdążył jeszcze odmruknąć na słowa ukochanej, w tym momencie naprawdę doceniając to, że jego miejsce pracy nie znajduje się głęboko pod miastem.
Dzięki temu, jeśli nie drzwiami, można było ulotnić się oknem. No, przynajmniej w teorii czy coś. Nie to, żeby kiedykolwiek miał ochotę to robić. Za to jego najdroższa? Tak, Ambroise doskonale wiedział, jak bardzo uwielbiała również szpitale. Tam także nie sposób było zaciągnąć jej wbrew woli. No, chyba że naprawdę miałoby się ku temu cholernie mocny powód, ale tutaj już także wyłącznie teoretyzował, bo w jego karierze nie zdarzyło się to...
...nigdy?
Odnosił wrażenie, że zawsze wymuszały to na nich okoliczności. Chyba nie zdarzyło się, aby to on sam prosił ją o odwiedzenie go w trakcie pracy. Chociaż może? Przypominał sobie jednak głównie te sytuacje, w których nie było to do końca zależne od któregokolwiek z nich. No. I ten jeden niechlubny moment z września, który mimo wszystko obrócił się na ich korzyść. Poniekąd z tego powodu właśnie tu teraz byli.
Przechodząc przez próg, żeby dopełnić formalności, które nie powinny zająć im aż tyle czasu. A jednak...
Nie umknął mu brak (jakkolwiek nieszczerego w takich miejscach) dzień dobry ze strony urzędnika, którego nabzdyczoną twarz kojarzył bardzo mgliście. Jak to w ich środowisku, nieczęsto trafiało się na kogoś, kogo zupełnie się nie znało, ale mężczyzna, który ich nie przywitał był dla Ambroisa niemalże całkowitym znakiem zapytania. Ot, imieniem i nazwiskiem na tabliczce stojącej na biurku, niczym więcej.
Dla odmiany, Rina najwyraźniej znała tego jegomościa, mrużąc oczy na jego widok i przybierając ten specjalny wyraz twarzy przeznaczony dla naprawdę irytujących ludzi. W tym wypadku dla Cepheusa Blacka. Urzędnik natomiast bardzo wyraźnie znał Geraldine, o czym świadczyły zarówno te pierwsze, niedokończone słowa, jak i sposób, w jaki Black zmierzył ich spojrzeniem. Greengrass był całkowicie pewien, że nie tylko głośno wzdychając w duchu, ale także rzucając w głowie jakąś niezbyt cenzuralną wiązankę na ich widok.
Tym razem wyjątkowo go to bawiło. Posłał nawet bardzo porozumiewawcze spojrzenie w kierunku małżonki, gdy ich spojrzenia się spotkały, po czym niemalże nie parsknął z rozbawieniem, gdy postanowiła poprawić przyjemniaczka przy biurku. No, nie dało się ukryć, zrobiła to wyjątkowo ładnie. Nieznacznie uniósł kącik ust, również zajmując miejsce przy blacie.
- Przyszliśmy dopełnić formalności związane z zawarciem związku małżeńskiego - stwierdził sucho, spoglądając przelotnie na swoje kolana, które standardowo musiał wyjątkowo mocno podkulić, aby nie siedzieć z dala od urzędniczego biurka.
Standardowo osunąłby się na wygodną odległość, lekko odchylając się na krześle i korzystając z prostszych słów. Ot, chcielibyśmy dostarczyć dokumenty związane ze ślubem. Lub coś w tym stylu. Jednakże w takim wypadku? On także mógł mieć kija w dupie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#8
20.10.2025, 23:51  ✶  

Wewnątrz Cepheusa Blacka narastało uczucie bezradności tak głębokie, że nawet nie potrafił go nazwać, nie miał już słów na własny los, chciał jedynie dokończyć podpisywanie dokumentów, zamknąć księgi i wreszcie zjeść swoją kanapkę z mielonką, którą od rana trzymał w szufladzie, owiniętą w pergamin. W jego oczach dzień był już skończony, te kilkanaście minut, które dzieliły go od ciszy, wydawały się wiecznością, świat mógł się walić, ministerstwo mogło płonąć, a czarodzieje wdawać się w spory o czystość krwi, ale on pragnął tylko jednego - żeby nikt więcej nie przyszedł do jego biura, by mógł wyjść o względnym czasie. Potem planował wstąpić do sklepu po ziarno dla Coco, jedynego stworzenia, które nigdy go nie oceniało, nie zadawało pytań i nie przynosiło problemów, w przeciwieństwie do kotów odziedziczonych po jego starszej siostrze, a jednak los, jak zawsze, uznał, że jego plany nie miały najmniejszego znaczenia. Ktoś, zapewne jeden z tych wesołych sadystów z departamentu, postanowił zrobić mu dziś drobną złośliwość i przysłał właśnie tę parę. Tych dwoje, przez chwilę patrzył na nich w milczeniu, licząc w myślach do dziesięciu, jak zalecał mu uzdrowiciel. Nie pomogło.

Black zamrugał, a potem zerknął na nich z mieszaniną rezygnacji i niechęci. Czuł, że nie był to przypadek. Złośliwość losu? Nie, raczej czyjaś perfidna satysfakcja. Spojrzał na kobietę jeszcze raz i poczuł znajome ukłucie irytacji, podszyte ledwie zauważalną desperacją, by się stąd jak najszybciej wyrwać. Jedyna córka Gerarda Yaxleya zawsze pojawiała się tam, gdzie panicz Black najmniej jej oczekiwał, a zawsze wtedy, gdy najmniej tego potrzebował. Miał wrażenie, że ilekroć się materializowała, coś musiało się wydarzyć, przede wszystkim chaos, którego Cepheus nienawidził z całego serca. A teraz, teraz jeszcze ten drugi, ten, który zawsze jej kibicował, z tą swoją irytującą aurą samozadowolenia, tak, jakby los specjalnie zebrał dwie osoby, które potrafiły doprowadzić go do wyczerpania zapasów chęci do życia, w mniej niż minutę.

Każdy dzień wyglądał dokładnie tak samo, te same drżące ręce zakochanych, te same zmięte wnioski i identyczne pytania o możliwość zmiany nazwiska. Wszystko, co kiedyś wydawało mu się uporządkowane i eleganckie, dawno zamieniło się w biurokratyczny koszmar, którego nie dało się już usprawiedliwić nawet obowiązkiem wobec tradycji. I jeszcze to „Pani.”, cisza, która po tym zapadła, była niemal namacalna. Cepheus patrzył na nią przez chwilę, próbując pojąć, z jakiego powodu ktoś mógłby poślubić istotę o tak nieprzyjemnym usposobieniu. Nie trzeba było być geniuszem, by zrozumieć, że stojący obok niej mężczyzna musiał wyjątkowo nie dbać o własne bezpieczeństwo albo cierpliwość, albo - co Cepheusowi wydawało się najlogiczniejsze - być równie zły, jeśli nie gorszy.

Dopiero teraz zauważył błyszczące obrączki na ich palcach, Black duchu westchnął. „Każda potwora znajdzie swojego amatora” - pomyślał, gdy spojrzał na stojącego obok mężczyznę i bez trudu odgadł, że oto ten wybitny jastrząb postanowił złapać ten wyjątkowy okaz ropuchy w swój, perfidnie wykrzywiony w uśmieszku, dziób. A może to ona go złapała, w końcu była z domu Yaxley, a ta rodzina od pokoleń słynęła z polowań.

- Oczywiście, przepraszam panią, pani Greengrass. - Powiedział z lekkim, zupełnie nieprzypadkowym naciskiem na słowo „pani” i odrobiną złośliwej satysfakcji, chciał dać jej do zrozumienia, że owszem, zapamiętał poprawkę, a nawet wiedział, jakim nazwiskiem powinien się do niej zwracać.

Kobieta zmrużyła oczy, zapewne wyczuwając nutę złośliwości w jego głosie, ale Cepheusowi było już wszystko jedno, chciał tylko, żeby zniknęli, zanim kanapka całkiem przestanie nadawać się do jedzenia. Cepheus kiwnął głową bez entuzjazmu, odsunął na bok plik innych dokumentów i wyciągnął pióro, które zdążył odłożyć na bok, miał za sobą zbyt wiele podobnych rozmów, by jeszcze przejmować się ich tonem. Jego myśli szybko powędrowały w kierunku, z którego sam nie był z siebie dumny, i gdyby ktoś teraz zapytał Cepheusa, czym jest piekło, odpowiedziałby, że to nie ogień, a biurokracja. Zamiast tego postanowił przejść do rzeczy, jak przystało na urzędnika, który pragnął świętego spokoju.

- Naturalnie. - Odparł spokojnie, choć w środku aż gotował się z irytacji, w jego głowie kłębiły się słowa, których nie mógł wypowiedzieć - o niesprawiedliwości losu, o głupocie ludzkiej, o tym, że świat naprawdę nie ma litości dla tych, którzy po prostu chcieliby raz wyjść o czasie. - W takim razie… Proszę panią. - Powiedział, z kolejnym lekkim, zupełnie nieprzypadkowym naciskiem - I pana, rzecz jasna, o okazanie wymaganych dokumentów. - Było to już dziś siódme „dopełnienie formalności”, Black przez chwilę walczył z pokusą, by po prostu podpisać, co trzeba, bez zadawania pytań, ale poczucie urzędniczego obowiązku, bądź raczej resztki przyzwoitości, zwyciężyły.


Bard: Cornelius Lestrange
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
21.10.2025, 10:10  ✶  

Były takie miejsca, w których dobrowolnie by się nie pojawiła. Omijała je szerokim łukiem, nie do końca tolerując to, jak się w nich czuła. To nie tak, że się ich bała, no może odrobinę, bardziej chodziło o to, że nie do końca mogła znieść myśl, że ludzie sami sobie to robili. Jasne, nie powinna oceniać potrzeb obcych osobników, jednak trudno jej było uwierzyć w to, że ktoś mógł być szczęśliwy prowadząc takie nudne życie. W końcu każdy miał je jedno, i raczej chodziło o to, aby jak najwięcej przeżyć, a nie doprowadzać do takiej nudnej stagnacji? Miała swoje przemyślenia na ten temat.

Dzisiaj nie pojawili się tutaj do końca ze swojej własnej, nieprzymuszonej woli, czasem bywały momenty, gdy siła wyższa sprawiała, że trzeba było pojawić się miejscach od których chciało się trzymać z daleka. Nie była w stanie nawet udawać, że ma przez to kiepski humor, może pozytywne nastawienie pomogłoby w szybszym załatwieniu sprawy, ale cóż nie należała do osób, które na siłę próbowały udawać, że wszystko jest w porządku, nie kiedy nie było.

- Prawda, przez okna można całkiem szybko wyskoczyć, kiedy robi się zbyt duszno. - Kto by się spodziewał, że dostrzeże jakiś pozytyw w szpitalu. Tych nie znosiła z racji na to, że nie kojarzyły się jej dobrze, zresztą bywała tam rzadko, starała się korzystać z usług znajomych uzdrowicieli prywatnie, by omijać Mung szerokim łukiem. Na szczęście było ją na to stać, a do tego miała dość sporo ludzi tej profesji wokół siebie co również sprzyjało temu, by nie musiała się pojawiać w szpitalu.

Niestety w przypadku papierologii nie mogli nic na to zaradzić, musieli zjawić się osobiście, znajomości nie miały tutaj żadnego znaczenia, no pewnie udałoby się komuś przyspieszyć sprawę, ale nie dało się nic zrobić bez pojawienia się w Ministerstwie.


Znaleźli się w końcu w odpowiednim biurze, a przynajmniej tak się jej wydawało, nie miała co do tego pewności, bo nie była szczególnie lotna w tych wszystkich wydziałach, które się tutaj znajdowały. Uważała zresztą, że większość z nich była zupełnie niepotrzebna, zresztą ostatnio Ministerstwo popisywało się raczej opieszałością w swoich działaniach. Widma? Z tego, co słyszała Knieja nadal była zamknięta, a minęły już chyba trzy miesiące. Pożary? Śmierciożercom udało się spalić niemalże cały Londyn, gdzie wtedy byli właściwie ci wszyscy pracownicy? Nie miała zielonego pojęcia.

Oczywiście, że musiała się odezwać. Gdyby urzędnik wykazał się odrobiną bystrości na pewno dostrzegłby obrączkę, która błyszczała na jej palcu. Zresztą podejrzewała, że większość czarodziejów słyszała o ich ślubie, bo przecież ani ona, ani Roise nie byli anonimowi - czasem jej to przeszkadzało, ale to nie był jeden z tych momentów. Bardzo prosto mógł połączyć kropki, jednak wolał wykazać się zupełną ignorancją - nie, żeby spodziewała się zbyt wiele po osobach jego pokroju.

- Greengrass-Yaxley. - Poprawiła go po raz kolejny, dlaczego? bo mogła. Nadal nie zamierzała porozumiewać się z nim bardziej wylewnie, sięgała po pojedyncze słowa, bo co by było gdyby nie nadążał? Nie zamierzała zaczynać od nowa, nie mieli na to czasu.

Rozsiadła się wygodnie na krześle (na tyle, na ile to było możliwe), nie da się bowiem nie zauważyć, że meble nie były stworzone dla osób ich rozmiarów, jakby zapominano, że niektórzy w tym społeczeństwie byli lepiej zbudowani od innych. Ambroise zaczął mówić, ona wpatrywała się w tym czasie w urzędnika nieprzyjemnym wzrokiem.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
21.10.2025, 16:40  ✶  
Mung miał swoje wady. Szpital również był dosyć zastałą i bardzo formalną instytucją. Nie brakowało im absurdów dnia codziennego, jak i tych większych, związanych choćby z ograniczeniami wynikającymi z lokalizacji budynku. Nie dało się ukryć, że podczas pożarów ukazały się niemalże wszystkie możliwe słabe strony miejsca, dla którego pracował Greengrass.
A jednak z dwojga złego, nigdy nie chciałby go zmienić na ten cholerny budynek rządowy. Poniekąd w dalszym ciągu nie dowierzał, ile znanych mu osób postanowiło to zrobić, nawet jeśli czekały tu na nich nieco wygodniejsze, bardziej niezależne posady. On sam zdecydowanie wolałby podjąć stałą prywatną praktykę na pełen etat, może nawet na półtora, byleby tylko nie trafić za życia pod ziemię.
- Zawsze zastanawiało mnie, jak wytrzymałaś tu chociażby tydzień - odmruknął, kątem oka zerkając w kierunku dziewczyny, zanim weszli do środka.
Kolejny raz w przeciągu kilku ostatnich dni, jakie spędzili w przerwie między papierologią kowenu a papierologią Ministerstwa, Ambroise naprawdę mocno zakwestionował ich miłościwie rządzących oraz przepływ informacji pomiędzy dwoma poważnymi instytucjami. W tak postępowym świecie, w jakim bycie chcieli wierzyć ludzie na wysokich ministerialnych szczeblach, to Sebastian Macmillan powinien mieć możliwość zebrania od nich wszystkich wymaganych dokumentów i dalszego przekazania ich we właściwe miejsca. W końcu to on udzielił im standardowego ślubu, ważnego z perspektywy społeczeństwa. Jakim cudem nie w świetle prawa, które wymagało od nich kolejnych i jeszcze kolejnych czynności?
No cóż. Ambroise chyba już dawno przestał dopatrywać się logiki w związku z jakimikolwiek decyzjami podejmowanymi w rządzie. Począwszy od sytuacji związanej z Knieją Godryka, poprzez wiele innych pomniejszych absurdów, aż do generowania strat czasu, pieniędzy i cierpliwości na coś, co wcale nie musiało być aż tak skomplikowane. Wystarczyło wyłącznie trochę odciążyć i tak ledwie działającą urzędniczą machinę.
Ale nie, prawda? W innym wypadku, gdzie podziałyby się te wszystkie przydatne osoby pokroju ich dzisiejszego towarzysza? Tego, który w dalszym ciągu przyglądał im się z miną kota srającego w lesie deszczowym. Miał nawet adekwatnie przylizane włosy i coś, co Greengrassowi wyglądało na kropelki potu przy górnej linii czoła. W dodatku, nie dało się nie wyczuć, że w dusznym pomieszczeniu bez realnych okien, cóż, panował naprawdę mocny zaduch. Śmierdziało. Tak, to mogła być mielonka, o której obecności jednak nie wiedział, więc zapach ten dosyć naturalnie skojarzył mu się z puszką.
Dla kogo?
Dla kota.
Kota srającego w lesie deszczowym.
Roise naprawdę nie chciał spędzać tu więcej czasu niż to było w zupełności konieczne. Nawet, jeśli trochę bawiły go te reakcje oraz ta początkowa wymiana zdań pomiędzy jego małżonką a zblazowanym koneserem żarcia dla zwierząt, raczej domyślał się, że prędzej niż później zacznie to być nawet bardziej niż irytujące.
Poza tym, mieli lepsze rzeczy do roboty niż spędzanie czasu na załatwianiu papierologii. Byli młodym małżeństwem, czyż nie? Mimo chwilowego braku możliwości wyjazdu na miesiąc miodowy, mieli trochę swobody, której nie powinni dzielić z urzędnikami.
Zachowując względnie jednorodny wyraz twarzy, sięgnął zatem do skórzanej torby, aby wyciągnąć stamtąd teczkę, którą otworzył z cichym kliknięciem zatrzasków. Moment później bez słowa przesunął wyciągniętą zawartość w kierunku Blacka, dopiero po tym fakcie zabierając głos.
- Powinno być wszystko - zakomunikował, obdarzając mężczyznę spojrzeniem.
Nie zamierzał wdawać się w zbędne dyskusje czy tłumaczenia. Nie czuł potrzeby mówić, że liczy na poprawność dostarczanych przez nich papierów. Ani tym bardziej, że z góry przeprasza za czytelność jego pisma. Tym razem nie bawił się w zbędną kaligrafię, po prostu wypełnił to, co jego. I do widzenia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2163), Bard Beedle (1758), Geraldine Greengrass-Yaxley (1917)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa