Cepheus Black z trudem powstrzymał zgrzyt zębami, gdy pani Greengrass-Yaxley wypowiedziała swoje nowe nazwisko z tą przesadną dumą, jakby samo brzmienie miało mu przypomnieć, jak dalece różniła się ich pozycja społeczna, choć oboje byli czystej krwi czarodziejami. Kiwnął głową, udając pełne profesjonalizmu zrozumienie, choć w środku aż kipiał.
- Rozumiem, pani Greengrass-Yaxley, proszę wybaczyć. - Powiedział chłodno, tonem urzędnika, który już od dawna przestał reagować emocjonalnie na ludzkie dramaty i pretensje, a jednak, jakimś cudem, wciąż czuł się striggerowany przez córkę Gerarda Yaxleya i jej szanownego małżonka. Ten pyszałkowaty typ mógł nie mówić zbyt wiele, ale wyglądał, jakby uważał, że samo jego istnienie było przywilejem dla reszty świata - no, byli siebie warci - gdy sięgnął po teczkę z dokumentami, Cepheus miał w głowie tylko jedną myśl. „Dla naszego wspólnego dobra, niech wszystko będzie w porządku” - tylko tyle i aż tyle pojawiło się w głowie Blacka, gdy zaczął wertować papierzyska.
Cepheus przyjął dokumenty, bez słowa, od razu przebiegł wzrokiem po pierwszej stronie, potem po drugiej, mrucząc pod nosem, jak zawsze.
- Wszystko się zgadza, wszystko się zgadza... Mhm. Mhm. Mmm...hm. Mhm. W porządku.
Rytuał codzienności, coś znajomego, przewidywalnego, dającego złudne poczucie porządku w świecie, w którym ludzie nieustannie komplikowali sobie życie. Aż jego spojrzenie zatrzymało się na trzeciej stronie, brwi panicza uniosły się powoli, niemal z niedowierzaniem.
„Ambroise Bertrand Greengrass-Yaxley.”
Przez sekundę nie był pewien, czy widział dobrze, przetarł szkła okularów, choć i tak wiedział, że niczego nie przekręcił. Spojrzał ponownie. Tak, wszystko było jasne, panicz Greengrass również postanowił przyjąć podwójne nazwisko. Wpływy, nazwiska, prestiż... Niby w arystokratycznych rodach zdarzały się takie decyzje, ale Ambroise wyglądał na człowieka, który nie mógłby znieść cienia kompromisu. Black’owi drgnęła powieka, gdy spojrzał na delikwenta, mierząc go dziwnym spojrzeniem. Nie dlatego, że to go oburzało, niby to mogło być normalne, a jednak... Nie miał zamiaru tracić energii na dyskusję o sprawach tak głupich, że aż przewidywalnych. Każda potwora znajdzie swego amatora. Sięgnął za siebie do przegródki, w której trzymał kolejne druki, wyciągnął stos dokumentów i położył go przed parą, zaznaczając piórem miejsca do wypełnienia.
- Tutaj, pani Greengrass-Yaxley. I tutaj, panie... Greengrass-Yaxley. - Powiedział, również tym razem z lekkim, ledwie wyczuwalnym naciskiem na słowa. Następnie sam pochylił się nad własną stertą papierzysk, od petentów, pióro zanurzył w atramencie i zaczął podpisywać kolejne arkusze z rytualną dokładnością człowieka, który w tym chaosie próbował zachować resztki godności i spokoju.