30.10.2025, 10:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2025, 14:29 przez Brenna Longbottom.)
Brenna obejrzała się po raz wtóry – i bo znów mogłaby przysiąc, że coś zaiskrzyło tuż przy granicy pola widzenia, i bo była gotowa wyciągnąć rękę, by pomóc Dorze, gdyby ta się potknęła.
– Ja przepraszam, powinnam ostrzec cię wcześniej – powiedziała, opuszczając dłoń, gdy upewniła się, że dziewczyna zdołała zachować równowagę.
To była zwykła, mugolska piwnica, niezadbana, wymagająca sprzątania. Pośród cieni nie czaiły się żadne boginy, nie było tu morderców z nożami, czających się na niewinne dziewczęta. Nic w niej nie płonęło, a chociaż gdy Brenna zbliżyła się do pieca, wciągnęła głęboko powietrze, zapach sadzy się nie nasilał. Dora miała rację: nie był źródłem tego zapachu. I może Brenna powinna się ucieszyć, bo nie wiedziałaby, jak poradzić sobie z mugolskim piecem, który zaczął zatruwać powietrze, ale niepokój tylko narastał.
A może to my?
Brenna uniosła różdżkę wyżej, gdy znów zdało się jej, że dostrzega coś w mroku. Ale niczego tam nie było poza paroma porzuconymi workami, które powinna wyrzucić.
A może to my?
Tak sądziła w pierwszej chwili. To nie byłby pierwszy raz, gdy prześladowały ją omamy i irracjonalne lęki. Po wizycie u Philippy z jednej strony czuła się trochę lepiej – odpaliła świeczkę tego ranka, by sprawdzić, jak na nią zareaguje, i chociaż wzdrygnęła się, nie wpadła w taką panikę – wiedziała jednak, że jeszcze nie wszystko jest po prostu w porządku. Do gabinetu przyjaciółki swojej matki poszła zaginiona tam narastającymi problemami, a to, co się stało później sprawiło, że na wszelki wypadek wybłagała kilka zmian w dyżurach. I martwiła się przez całe Mabon, czy nie zrobi czegoś, co narazi jej rodzinę podczas święta.
Ale… jeśli nawet obie miały halucynacje, to czy nie było dziwne, że to te same halucynacje, w tym samym momencie?
– Sądzisz, że obie mogłybyśmy czuć ten sam zapach w tej samej chwili… tak po prostu? – zapytała w końcu niepewne. Niepokój tylko się nasilił: wiedziała już, że nie jest jedyną, dziwnie reagującą na ogień, ale oczywiście, że martwiła się o Dorę. Zwłaszcza po tym, co zrobiła sama wczorajszego ranka. A potem westchnęła, opuściła nieco różdżkę, wciąż rozjarzoną światłem i wyciągnęła rękę do Dory. – Może po prostu sprawdźmy. To znaczy teleportujmy się stąd, gdzieś do ogrodu w Stawie. Zobaczymy, czy tam też będziemy czuć sadzę. A potem poszukam w notatkach. Mam nadzieję, że to naprawdę… tylko ta runa tracąca moc…
– Ja przepraszam, powinnam ostrzec cię wcześniej – powiedziała, opuszczając dłoń, gdy upewniła się, że dziewczyna zdołała zachować równowagę.
To była zwykła, mugolska piwnica, niezadbana, wymagająca sprzątania. Pośród cieni nie czaiły się żadne boginy, nie było tu morderców z nożami, czających się na niewinne dziewczęta. Nic w niej nie płonęło, a chociaż gdy Brenna zbliżyła się do pieca, wciągnęła głęboko powietrze, zapach sadzy się nie nasilał. Dora miała rację: nie był źródłem tego zapachu. I może Brenna powinna się ucieszyć, bo nie wiedziałaby, jak poradzić sobie z mugolskim piecem, który zaczął zatruwać powietrze, ale niepokój tylko narastał.
A może to my?
Brenna uniosła różdżkę wyżej, gdy znów zdało się jej, że dostrzega coś w mroku. Ale niczego tam nie było poza paroma porzuconymi workami, które powinna wyrzucić.
A może to my?
Tak sądziła w pierwszej chwili. To nie byłby pierwszy raz, gdy prześladowały ją omamy i irracjonalne lęki. Po wizycie u Philippy z jednej strony czuła się trochę lepiej – odpaliła świeczkę tego ranka, by sprawdzić, jak na nią zareaguje, i chociaż wzdrygnęła się, nie wpadła w taką panikę – wiedziała jednak, że jeszcze nie wszystko jest po prostu w porządku. Do gabinetu przyjaciółki swojej matki poszła zaginiona tam narastającymi problemami, a to, co się stało później sprawiło, że na wszelki wypadek wybłagała kilka zmian w dyżurach. I martwiła się przez całe Mabon, czy nie zrobi czegoś, co narazi jej rodzinę podczas święta.
Ale… jeśli nawet obie miały halucynacje, to czy nie było dziwne, że to te same halucynacje, w tym samym momencie?
– Sądzisz, że obie mogłybyśmy czuć ten sam zapach w tej samej chwili… tak po prostu? – zapytała w końcu niepewne. Niepokój tylko się nasilił: wiedziała już, że nie jest jedyną, dziwnie reagującą na ogień, ale oczywiście, że martwiła się o Dorę. Zwłaszcza po tym, co zrobiła sama wczorajszego ranka. A potem westchnęła, opuściła nieco różdżkę, wciąż rozjarzoną światłem i wyciągnęła rękę do Dory. – Może po prostu sprawdźmy. To znaczy teleportujmy się stąd, gdzieś do ogrodu w Stawie. Zobaczymy, czy tam też będziemy czuć sadzę. A potem poszukam w notatkach. Mam nadzieję, że to naprawdę… tylko ta runa tracąca moc…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.