Gabinet szefowej przywitał cię zapachem kawy. Na biurku Harper stał w połowie pełny kubek, ale za jej plecami, na drewnianych półkach ustawionych było jeszcze kilka. Kobieta była zarzucona stosami dokumentów, które analizowała z pomocą niewątpliwie zaklętej lupy. Dlaczego niewątpliwie? Ano dlatego, że na każdej z setek rozłożonych po gabinecie kartek, większość treści była wykreślona czarnym markerem, uniemożliwiając ci zapoznanie się z czymkolwiek więcej niż numerami spraw... lub badań. Mogłaś się jedynie domyślać. Zwłaszcza że zwyczajnie nie wypadało patrzeć.
– Dzień dobry, Victorio – przywitała się z tobą Harper, nie podnosząc się z krzesła. Nie wyciągnęła w twoim kierunku ręki, ale skinienie głowy sugerowało, że chciała, abyś usiadła naprzeciwko. Najwyraźniej zapowiadało się na dłuższą rozmowę. – O ile te cholerne dni można nazwać dobrymi... – i coś chyba jeszcze zaklęła pod nosem, ostatni raz przeglądając linijki arkusza podpisanego 72050189133. Odłożyła go wreszcie, po czym westchnęła, prostując nieco przygarbione plecy. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że była przepracowana – ale jednocześnie, w całym tym zmęczeniu, pozostawała postacią tak wyraziście silną, jaką ją zapamiętałaś. Ciężko było nazwać te czasy dobrymi – miała rację, jednocześnie mimo wielu potknięć Ministerstwa, Harper wciąż wydawała się kimś odpowiednim do dźwigania na plecach ciężaru zarwanych nocy i ludzkiej śmierci, której czasami nie dało się zapobiec.
– Przeczytałam twoją wiadomość, oczywiście – powiedziała, patrząc na ciebie spokojnie. Moody z tobą kontrastowała. Nie korzystała z żadnych upiększających mazideł, nie nosiła żadnych wyraźnych ozdób. Wiecznie roztrzepane, kręcone włosy nawijała na drewnianą szpilę, tworząc na czubku głowy chaotyczny kok.
Wiele osób z jej podejściem wyglądało dziko i niedbale, ona jednak miała w sobie jakąś iskrę, która mówiła – jestem wolna. I faktycznie, znałaś ją jako kobietę wolną. Oddaną sprawiedliwości i wierną swoim ideom, ale wolną od wszelkich społecznych klamer i uścisków. To była kobieta, której wyjątkowo bali się słabi mężczyźni. Taka, która wiedziała, co robi i rozumiała kiedy stać się przytłaczającą, a kiedy delikatniejszą wersją siebie. Przy tobie wydawała się być naturalna.
– Zazdrosne strzeżenie to ciekawe ujęcie ryzykowania życiem dla sprawy – kącik warg drgnął jej nieznacznie – dlatego nieco wygładziłam twoje słowa zgłaszając Bulstrodowi twoją chęć przystąpienia do badań na Polanie. – Otworzyła usta, chciała coś dodać, ale zaniechała. Wyglądało to tak, jakby sama weszła sobie w zdanie. – Nie uzyskałam jeszcze odpowiedzi. – To nie było zaskakujące. Zakładając, że po przemyśleniu sprawy skontaktowała się z Niewymownymi, odpowiedzi od nich można było spodziewać się najwcześniej dzisiaj. Pokręciła głową. – Sama jednak nie mam nic przeciwko temu, żebyś mogła w nich uczestniczyć. Obawiam się tylko, że twoja obecność w tym miejscu będzie wymagała odrobinę większych przygotowań. – Nieco odchyliła się w tył. – No ale nie ściągałabym cię tutaj tylko po to, żeby poinformować cię, że sprawa jest w toku. Te kwiaty. Nie ukrywam, że wracając do domu zahaczyłam o Maida Vale, aby obejrzeć ten „cud natury” na własne oczy. Chcę poznać twoją pełną ekspertyzę dotyczącą obu spraw. List, który do mnie dotarł, był w nią ubogi.