• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Mabon 1972] „Za chwilę” to pojęcie umowne

[Mabon 1972] „Za chwilę” to pojęcie umowne
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
02.11.2025, 02:24  ✶  
22/09/1972 wczesnym wieczorem, dom państwa Bletchley, obiadokolacja
Elias, Prudence, Benjy
Powietrze było cięższe, im dalej od centrum, pachniało mokrą ziemią, dymem z kominków i wilgocią, która wsiąkała w ubranie, jak wstyd i niepokój, którym zdążyłem dziś przesiąknąć. Mgła snuła się nisko nad ulicą, nie poprawiając atmosfery, tylko wzmagając to, co i tak było u mnie wystrzelone gdzieś poza orbitę - w kosmos. Tak, czułem się, jak kosmita. Szedłem krok w krok za Prudence, niosąc w jednej ręce bukiet dla jej matki, w drugiej koszyk z alkoholem i zapiekanką. Ciasto - zabezpieczone, owinięte, jakby od tego zależał przebieg całego wieczoru - miało miejsce honorowe w rękach Prue, która szła przede mną, trochę za szybko, jakby chciała mieć to spotkanie jak najszybciej za sobą. Jej płaszcz falował lekko przy każdym kroku, a ja nie mogłem oderwać wzroku od tego, jak naturalnie się poruszała. Była spokojna, pewna, nic w niej nie drżało, w moich oczach, wyglądała jak ktoś, kto wraca do miejsca, które zna od zawsze. Ja - jak ktoś, kto przypadkiem tam trafił.
Nie tak, żeby to było aż tak bardzo widać, na zewnątrz wyglądałem pewnie - prosty kręgosłup, dłonie pewnie trzymające pakunki, krok równy, postawa jak u kogoś, kto zaraz będzie sprawdzał perymetr. Problem w tym, że przypominałem ochroniarza, nie chłopaka, a już na pewno nie kogoś, kogo chciałoby się przedstawić rodzicom. Każdy, kto by nas minął, pomyślałby, że to ja pilnuję jej bezpieczeństwa, jestem jednym z tych ponurych typów, którzy nie spuszczają z oczu swoich zleceniodawców. W zasadzie - może tak było, czułem, że tak właśnie wyglądam, jak wynajęty człowiek, który nie wie, co zrobić z samym sobą, kiedy ktoś mu powie - „Usiądź, Benjy, poczęstuj się zapiekanką, chcesz osobny talerzyk na ogóreczka?”. Na to nie ma szkolenia.
Ścisnąłem bukiet mocniej, aż łodygi zatrzeszczały mi pod palcami. Kwiaty, wrzosy i astry, zostały przewiązane eleganckim sznurkiem. Pachniały ładnie, może nawet zbyt intensywnie, jakby chciały zagłuszyć to, co czułem w środku. W rękach miałem prezenty, starannie wyważone, jak kontrabanda - coś dla matki, coś dla ojca, coś, co miało udowodnić, że jestem człowiekiem, który wie, jak się zachować. Habazie, jesienne, ładne, dobry trunek, nie tani, nie przesadny. Ciasto owinięte w papier, u Prue, a u mnie w koszyku zapiekanka, jeszcze ciepła, z dynią, rozmarynem i wołowiną, pachniała jak coś, co powinno przywoływać wspomnienia domu, którego nigdy nie miałem. W głowie miałem gotową listę - mówić spokojnie, patrzeć w oczy, byleby nie za długo, nie używać sarkazmu, nie wspominać Nokturnu, nie przeklinać. Uśmiechać się. Chociaż wiedziałem, że ten mój uśmiech wyglądał dziś raczej, jak ostrzeżenie o możliwości ugryzienia i potencjalnej wściekliźnie.
Szedłem dalej, milcząc, słuchając jej cichych kroków, celowego mocnego stukotu własnych butów i tego, jak echo tego dźwięku rozchodziło się w pustce między nami. Kiwałem głową w odpowiednich momentach, odzywałem się półsłówkami, tak jak trzeba - nie chciałem, żeby zauważyła, że coś jest nie tak. Kiedy w oddali zamajaczyły światła domu, i poczułem, jak ścisnęło mnie w żołądku, zatrzymałem się na moment, niby żeby poprawić kołnierz, chociaż bardziej po to, żeby uspokoić puls. Czułem się jak ktoś, kto dostał rolę nie dla siebie, jakby wystarczyło jedno zdanie - jedna nieostrożna myśl, by zdemaskować fakt, że wcale tu nie pasowałem.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
02.11.2025, 02:24  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#3
03.11.2025, 16:22  ✶  
Wrześniowy wieczór na przedmieściach niósł ze sobą chłód, który nie był jeszcze prawdziwym zimnem, a raczej obietnicą nadchodzących zmian. Słońce już dawno zaszło za horyzont, znikając za dachami długiego rzędu szeregowców, które z minuty na minutę coraz bardziej pogrążały się w niemalże całkowitej ciemności. Tylko gdzieniegdzie dało się dostrzec łunę ciepłego światła przebijającego się przez grube zasłony. Było jednak cicho i wyjątkowo spokojnie, zupełnie inaczej niż w centrum miasta, na Horyzontalnej lub na Pokątnej.
Wraz z nastaniem zmroku, chodniki stopniowo rozświetliły się miękko rozproszonym światłem latarni gazowych rzucających złote plamy na betonowe płyty pokryte pierwszą warstwą kolorowych opadłych liści. Pachniało wilgocią i dymem z kominów, który rozpraszał się w podmuchach rześkiego wiatru. Nie padało, jedynie lekko mżyło, jednak ulice były już niemalże całkowicie puste.
Segment państwa Bletchleyów mieścił się nieco na uboczu. Był skrajny, obdarzony małym ogródkiem osłoniętym brązowiejącymi paprociami i wciąż jeszcze kwitnącymi krzewami dalii. Za zaparowanymi od środka oknami paliły się ciepłe, mleczne światła, lekko przytłumione z zewnątrz przez koronkowe firanki i zasłony w symetryczne, kolorowe kropki.
Na parapecie w kuchni od strony ulicy rosły gęste, wybujałe zioła w glinianych doniczkach. Liście mięty, tymianku, geranium i bazylii lekko dotykały szyby, bujając się odrobinę, gdy stary, czarny kot przeciągnął się i ziewnął, wyglądając na zewnątrz i zostawiając mokry ślad nosa na szkle.
Na zewnętrznym parapecie i wzdłuż wewnętrznego chodniczka stały pszczele świece w szkle, zapalone w imię jednej z tradycji Mabon:  dla zachowania równowagi między dniem a nocą. Ich płomienie drżały lekko w podmuchach wiatru, kołysząc się to w jedną, to w drugą stronę i rzucając miękką poświatę na ciemne, drewniane drzwi.
Światło na ganku zapaliło się raczej dosyć niespodziewanie. Nie towarzyszyło temu wcześniejsze poruszenie się firanki w oknie ani żaden konkretny dźwięk. A jednak najwidoczniej ulica i tak była monitorowana przez właścicieli domu.
Moment później w progu stanęła kobieta ubrana w gruby, puszysty sweter i w sukienkę w drobne, pastelowe kwiaty przewiązaną w talii kuchennym fartuszkiem. Miała niedbale upięte włosy, bez wątpienia dla komfortu przy gotowaniu, nie w formie świadomej stylizacji. Kilka kosmyków wysunęło się z koka na jej głowie i miękko opadało na zarumienione, mocno muśnięte różem policzki.
Już z odległości uniosła rękę, machając energicznie. Nie z obowiązku, ale z autentycznej, prostolinijnej radości, jak ktoś, kto naprawdę cieszył się na widok nadchodzących gości, czekając na nich, mimo chłodu, aby przywitać ich już w samym progu.
W ciepłym powietrzu ulatującym z wewnątrz domu unosiła się mieszanina zapachów. Począwszy od lekko cytrynowej nuty czystości, zapewne po niedawnym sprzątaniu, poprzez słodką nutę pieczonych jabłek i jadalnych kasztanów, aż po woń ziołowej pieczeni rzymskiej, która jeszcze dochodziła w cicho szumiącym piekarniku.
Ciepłe światło lamp z abażurami zabarwiło płyty chodnikowe na miodowo, podkreślając miękkość jednego z licznych dywanów rozłożonych praktycznie w każdym pokoju. Najbliższy akurat leżał w przedsionku za plecami kobiety, prezentując się czysto i równie kolorowo, co reszta domu.
Na niskiej komodzie w rogu przedpokoju połączonego z korytarzem stała misa z orzechami, obok niej ustawiono natomiast waniliowe świeczki w szklanych słoiczkach, których płomienie migotały, odbijając się w szybach kredensu. Z radia w kuchni, przez uchylone okno cicho sączył się głos Dusty Springfield, a rytm melodii zlewał się z głośnym, jednostajnym tykaniem zegara na ścianie.
Na głównym stole w jadalni, również widocznej z ulicy, leżał lniany obrus, trochę już sprany od wielokrotnego prania, ale zadbany, wykrochmalony i gładko wyprasowany. Przyozdabiała go kompozycja z żołędzi, róż z czerwono-złotych liści i z owoców jarzębiny. Drewniane krzesła zostały ustawione blisko siebie, aby nie zajmować zbyt wiele miejsca. Wszystko, włącznie z gospodynią, sprawiało wyjątkowo przytulne wrażenie domowego domu.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
03.11.2025, 20:49  ✶  

Szła przodem, doskonale wiedziała dokąd zmierza, z zamkniętymi oczami trafiłaby do tego miejsca. Nie musiała patrzeć, nogi same ją tutaj prowadziły. Mimo, że od lat nie mieszkała w tej okolicy, to jednak na zawsze miał być jej dom. Co by się nie działo, mogła tu wrócić, przynajmniej tak powtarzali jej rodzice, wolałaby jednak tego nie sprawdzać. Skupiona była na cieście, które trafiło w jej ręce, szkoda by było, żeby potknęła się o jakąś wystającą kostkę brukową.

Starała się myśleć pozytywnie, byli tu razem, był to kolejny krok w wejściu w tą nową rzeczywistość, w której znajdowali się wspólnie, to, że nie określili jak długo to potrwa wcale nie spowodowało, że zamierzała udawać, że nie ma nikogo w jej życiu. Nie wyobrażała sobie, aby Benjy miał spędzić ten wieczór samotnie, to było zupełnie niepotrzebnie, szczególnie, że jej rodzice nie mieli nic przeciwko temu. Być może jego obecność wprowadzi nieco świeżości do ich typowych kolacji, podczas których zwyczajowo wymieniali się historyjkami z pracy jedząc przy tym posiłek przygotowany przez matkę, czasem wychylając o kieliszek wina za dużo, by chwilę później każde z nich mogło rozejść się w swoją własną stronę. To było całkiem wygodne, gra pozorów, pokazywanie, że wszystko jest w porządku, że nic takiego się nie dzieje, że wszystko jest dobrze.

Tym razem faktycznie miała powód ku świętowaniu, sporo się zmieniło, otworzyła się na to, co los miał jej do zaoferowania i wydawało się Prue, że faktycznie warto było zaryzykować, a ona jak wiadomo raczej nie skłonna była do podejmowania spontanicznych decyzji. Chciała, żeby jej rodzice mieli świadomość, że w końcu faktycznie było u niej dobrze, wiedziała, że wcześniej mogli mieć ku temu wątpliwości, nie bez powodu bowiem zaczęła unikać wizyt w ich domu. Pytania, które jej zadawali bywały niewygodne, nie na wszystkie znała odpowiedzi.

W powietrzu unosił się ten charakterystyczny, wrześniowy zapach, zwiastujący nadejście jesieni, już nie było odwrotu, letnie dni odeszły w zapomnienie, miało być coraz chłodniej, ciemniej, wietrzniej, ale mimo tej pory roku wewnątrz czuła raczej wiosnę, która wiele obiecywała. Łatwo było jej się zatracać w tej nowej rzeczywistości, zupełnie straciła czujność, nie szukała dziury w całym, odrzuciła swoje czarne myśli.

Zatrzymała się na moment, gdy dotarli do ostatniego z domów. Odwróciła się na pięcie, by spojrzeć na swojego towarzysza. - To tu. - Powiedziała cicho, chociaż pewnie się domyślił, zresztą była pewna, że bywał u nich, kiedy byli dzieciakami, może niezbyt często, ale na pewno wiedział, gdzie mieszkał jej bliźniak, a co się z tym wiązało i ona, chociaż to nie ją wtedy odwiedzał.

Okolicę rozświetliło światło, zupełnie znienacka, odwróciła się więc w stronę drzwi, spodziewając się tego, iż zaraz znajdzie się tam jej rodzicielka, jak przystało na dobrą gospodynię.

Skinęła matce głową na przywitanie, poczekała, aż Benjy znajdzie się tuż obok niej i dopiero wtedy ruszyła w stronę drzwi. Jeszcze chwila i będą mieli to za sobą, denerwowała się nieco, jednak nie było to uczucie z tych nieprzyjemnych, raczej wiązało się z ekscytacją. Naprawdę chciała przedstawić Fenwicka swoim rodzicom, spędzić razem miło czas, a później wrócić do domu, zahaczając jeszcze o stragany. Dawno sabat jej tak nie cieszył jak ten, nie musiała przed niczym uciekać.

- Nie spóźniliśmy się, prawda? - Zagaiła rozmowę, gdy znaleźli się w progu. Niegrzecznie było ich sobie przedstawić w progu, więc dość szybko weszła do środka, przesuwając się na tyle, by zrobić obok siebie miejsce Benjy'emu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
03.11.2025, 21:50  ✶  
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz czułem się tak nienaturalnie spięty. Nie wiedziałem, co było bardziej onieśmielające - to ciepłe światło bijące z zasłoniętych okien domów, które mijaliśmy, czy fakt, że za chwilę miałem stanąć twarzą w twarz z rodzicami Prudence. Nie byłem tu od lat, ale to miejsce miało w sobie coś niepokojąco znajomego, może to przez ten zapach, może przez specyficzną atmosferę nostalgii, jakby powietrze pamiętało wszystkie dziecięce głosy, które kiedyś krążyły po tych ulicach, albo może po prostu dlatego, że wiedziałem, jak łatwo można było wpaść tu w rolę, która nie do końca należała do mnie. Teraz jednak miałem wrażenie, że idę na egzekucję, a nie na kolację. Trzymałem w jednej ręce bukiet dla jej matki, a w drugiej koszyk z zapiekanką i butelkę dla ojca, starając się nie wyglądać jak ktoś, kto właśnie szedł wręczyć łapówkę w zamian za względnie dobre wrażenie.
Prudence zatrzymała się dopiero, kiedy dotarliśmy do ostatniego segmentu w rzędzie - dom Bletchleyów wyglądał dokładnie tak, jak pamiętałem, kiwnąłem więc głową, chociaż wiedziałem to od początku. Pamiętałem tę okolicę, jeszcze w czasach, gdy mieliśmy po kilkanaście lat. Szczególnie zapadł mi w pamięć sam początek, pierwsza wizyta któregoś lata, wtedy drzwi otworzył jej ojciec i spojrzał na mnie tym samym wzrokiem, którym mierzyło się pszczołę, co przypadkiem wleciała do sypialni - z mieszanką niechęci i ciekawości. Zawsze zakładałem, że tak już zostanie, nigdy mnie nie polubił, aż wreszcie przestałem bywać w tych progach. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek miałem tu powrócić, w dodatku mocniej zaciskając sobie pętlę na szyi, przez rolę, jaką tym razem pełniłem.
Kiedy na ganku zapaliło się światło, a w drzwiach stanęła jej matka, z tym uśmiechem, który był tak ciepły, że aż nieco mnie sparzył, poczułem, jak prostuję się instynktownie, jakbym miał coś do udowodnienia. Kobieta, której wyraz twarzy mógłby spokojnie ogrzać zimną noc, uśmiechała się od ucha do ucha, machając do nas z taką szczerością, że nawet we mnie coś drgnęło. Nie wiedziałem, czemu zawsze tak reagowałem - może to była stara nawykowa defensywa, może głupi lęk, że ktoś przejrzy mnie na wylot i uświadomi sobie fałsz, jakim ociekałem. To było to „ciepło domu”, o którym ludzie mówili, ale którego nigdy nie rozumiałem. 
Stanąłem obok Prue, poprawiłem płaszcz, jakby to coś miało zmienić, i kiedy ruszyła w stronę drzwi, poszedłem za nią. Ciepło bijące z wnętrza domu uderzyło mnie, gdy tylko zaczęliśmy zbliżać się do schodków na ganek. Ze środka pachniało wszystkim naraz - cytrynową świeżością, pieczonymi jabłkami, miodem, ziołami, proszkiem do prania, rodzinnym spokojem. Tym, co zwykle mnie rozstrajało, a teraz próbowałem wmówić sobie, że to po prostu... Przyjemne. Prue odsunęła się, bym mógł wejść, a ja przekroczyłem próg z tą dziwną świadomością, że każdy krok był jak test - coś niewidzialnego patrzyło i czekało, aż zrobisz coś nie tak. W środku było jasno, przez chwilę naprawdę chciałem wierzyć, że to wystarczy, żeby nie czuć tego chłodu, który od czasu do czasu wracał mi pod skórę, zbierając się z tyłu karku, we wrażeniu, że ktoś mnie obserwował.
- Dobly wieczól, pani Bletchley. - Odezwałem się, wyciągając w jej stronę kwiaty i próbując się uśmiechnąć tak, jakby to wszystko było dla mnie naturalne. - Mam nadzieję, sze nie zlobiliśmy kłopotu. - Kłamałem. Wiedziałem, że ona niczego nie traktowała jak kłopotu, ale ja sam byłem chodzącym napięciem. Czułem, jak na karku ciągle drży mi ten sam, nowonabyty niepokój. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, odniosłem wrażenie, że cały świat skurczył się do ciepła tego domu, zapachu jabłek i cykania zegara w korytarzu, i do jednego pytania, które dźwięczało mi w głowie, cichutko, mimochodem:
Czy potrafiłbym się tu naprawdę odnaleźć, gdyby to nie była tylko rola na jeden wieczór?
Zrobiłem krok, dosłownie jeden, za to nieostrożny. Szkło zabrzęczało dźwięcznie, a witrażowa lampa bez ostrzeżenia uderzyła mnie w czubek głowy, kołysząc się na wszystkie strony.
- Mellinie… - Mruknąłem pod nosem, odruchowo chwytając ją dłonią, żeby przestała się bujać. Skończyło się tylko na tym, że trąciłem ją mocniej, a kolorowe refleksy zatańczyły po ścianach i suficie. Uniosłem ręce w obronnym geście, jak winowajca przyłapany na gorącym uczynku. Nie dało się ukryć - w tym domu wszystko było za małe. Nie w sensie dosłownym, tylko takim... Metaforycznym, domowym, w którym nie było miejsca na kanciaste kontury, a już na pewno nie na mnie. Miałem wrażenie, że gdziekolwiek się obrócę, coś potrącę łokciem - doniczkę, ramkę, filiżankę, każdy przedmiot wyglądał tu na delikatny, przepełniony historią. Uśmiechnąłem się jednak, wymuszenie, wyciągając rękę po płaszcz Prudence, by odwiesić oba, poprawiłem kołnierzyk i pozwoliłem Prue wejść przodem, mając nadzieję, że reszta wieczoru nie skończy się takim hukiem jak to pierwsze spotkanie z lampą.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#6
03.11.2025, 23:42  ✶  
- Och, ależ nie, kochani, w samą porę! - Zawołała, kiedy tylko znaleźli się na schodkach, samej cofając się odrobinę w stronę korytarza i patrząc w ich kierunku z uśmiechem, który bez dwóch zdań rozświetlił całą sień. W dłoniach wciąż miała ściereczkę, pachnącą lawendowym mydłem i ciepłem kuchni, ale natychmiast ją odłożyła, wyciągając ręce w kierunku gości, aby gestem zaprosić ich do środka.
- No chodźcie, bo przecież zamarzniecie mi na tym ganku! - Nie czekając na pozwolenie, gdy tylko wyczuła moment, podeszła bliżej, by przyjrzeć się przybyszowi.
Nie wydawała się w najmniejszym stopniu skrępowana jego posturą. Przeciwnie, jej spojrzenie było pełne zwykłej, prostej i prostolinijnej ciekawości, a gdy Benjy wręczył jej bukiet, rozpromieniła się jeszcze bardziej.
- Dla mnie? - Zapytała z nutą szczerego zaskoczenia, jakby nikt nigdy wcześniej nie wpadł na taki pomysł. - Jakie piękne! I jak pachną! - Pochyliła głowę, wciągając zapach kwiatów, a potem, nie zastanawiając się ani chwili, ujęła dłoń mężczyzny obiema swoimi i lekko ją uścisnęła. - Ależ dziękuję, kochanie. Wstawimy je do wazonu zaraz, zaraz... - Urwała, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę, że gość stoi przed nią z pewną nieśmiałością.
Przez chwilę przyglądała mu się z kolejną dozą zaskoczenia (no, bo przecież kto jak kto, ale ona nie wyglądała groźnie), po czym uśmiechnęła szerzej, jakby znała go od lat. W rzeczywistości nie miała zielonego pojęcia, jak bardzo bliskie prawdy mogłoby być to założenie. Po prostu cieszyła się na jego widok, nawet jeśli on sam nie był wobec niej zbyt wylewny. Cóż, nauczyła się czegoś na własnej córce, prawda?
- No wejdźże, chłopcze, nie stój w progu, bo tu przeciąg! Poza tym, witać się w progu, to nieszczęście! Stryjeczny wujek brata męża mojej siostry... ...wujaszek Edward, pierwszy mąż cioci Hildegardy... ...znałaś go, Prudie... ...niech mu jasność Matki przenajświętszej rozświetla ciemności zagrobne... ...witał się tak u nas w progu z... ...też już świętej pamięci, ale temu to niech już nic nie świeci, łajdak... ...wujem Edmundem i raptem miesiąc później obaj wyzionęli ducha. Przesądy, nie przesądy, zapalenie nerek to nie przelewki. - Oznajmiła i nim gość córki zdążył zareagować, objęła go na dwie, może trzy sekundy.
Lekko, serdecznie, z tym matczynym gestem, który nie zostawiał miejsca na dystans. Później natomiast wolną ręką pociągnęła mężczyznę lekko do wnętrza domu, no, a przynajmniej próbowała zasugerować mu zrobienie kilku kolejnych kroków, wyglądając tak, jakby mogła trzepnąć go szmatką (całe szczęście, odłożoną na bok), gdyby jej nie ustąpił i nadal zachowywał się, jakby połknął kij od miotły. Ech, te dzieci.
Zamykając drzwi, odwróciła się do córki, zerkając na nią z dumą, po czym znów zwróciła uwagę na swojego nowego gościa. Otarła dłonie o fartuszek, zerkając w stronę lampy, która wciąż lekko kołysała się nad nimi.
- Och! I ta przeklęta lampa znowu swoje. Twój ojciec przysięga, że ją kiedyś poprawi, ale ja już wiem, że to tylko takie czcze gadanie. - Burknęła, niemalże wywracając przy tym oczami. - Nie przejmuj się, dziecko, mam nadzieję, że nie masz guza? - Spytała, zupełnie nie zwracając uwagi ani na jego aparycję, ani na przytłaczająco wysoki wzrost, ani na szerokie ramiona, które ledwo mieściły się między futrynami.
W jej oczach nie było ani krzty dystansu, tylko to proste, matczyne zrozumienie, że ktoś, kto przychodzi z jej córką już z definicji jest swój.
- No chodźcie, chodźcie, wszystko już prawie gotowe. Tata zaraz zejdzie - mówiła dalej, już w ruchu, kierując się ku kuchni.
Firanka przy drzwiach zadrżała jeszcze lekko, gdy kot zeskoczył z parapetu z miękkim stukiem łap.
- Uważajcie na niego, ostatnio trochę oślepł - westchnęła ciężko, nie dodając już łaskawie, że chyba jak wszyscy mężczyźni mieszkający w tym domu, zamiast tego bez słowa zgarniając z podłogi leżącą na środku materiałową chusteczkę do nosa.
Oczywiście, że nie jej. Ona była dobrą gospodynią...
- Do kaduka! Ciasto! - Rzuciła nagle, w przypływie świadomości wyrywając w kierunku kuchni, gdzie dyniowy placek zaczął dymić w najlepsze.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
04.11.2025, 13:59  ✶  

Penelope... Penelope była jak zawsze bardzo intensywna, wylewna, otwarta. Była sobą. Prudence zdawała sobie sprawę, iż mogło to być bardzo przytłaczające, szczególnie dla kogoś kto jej nie znał. Niby Fenwick kiedyś miał szansę ją poznać, ale wtedy pojawiał się tutaj w zupełnie innej roli, co mogło powodować odmienne doznania. Westchnęła cicho i przeniosła wzrok na Benjy'ego, żeby zobaczyć, jak sobie z tym radzi. Bardzo różniły się z matką osobowością, były niczym dzień i noc, czasem zastanawiała się, czy byłoby jej łatwiej w życiu, gdyby to w nią się wdała. Tak właściwie może to dobrze, że nie musiała tego sprawdzać. Wydawało jej się być całkiem męczące takie tryskanie dobrym humorem i emanowanie ciepłem. Niektórzy jednak już tak mieli, przychodziło im to naturalnie, jej matka należała właśnie do tego typu osób.

- Mamo... - Powiedziała cicho, niekoniecznie chcąc wchodzić jej w słowo.
- Wolniej, mamy czas. - Bardzo dużo słów padło z jej ust. Prue miała problem z tym, żeby za nią nadążyć. Zresztą zazwyczaj wyglądało to tak, że Penelope mówiła, a ona potakiwała słownie, albo kiwając głową. Całkiem prosta metoda na przetrwanie spotkania z rodzicielką.

Kiedy Fenwick znalazł się w głębi pomieszczenia doznał bliższego spotkania pierwszego stopnia z lampą, skrzywiła się nieco, zastanawiając się, czy go to zabolało, matka oczywiście ubiegła ją w poruszeniu tego tematu. Prudence więc milczała, pozwalała aby to starsza kobieta mogła wykazać się zainteresowaniem, i tak była w tym od niej lepsza.

- W tym wieku, to niezbyt zaskakujące. - Kot pojawił się w ich domu, jeszcze kiedy uczęszczała do Hogwartu, więc miał prawo już nie do końca domagać, przeniosła na niego na moment spojrzenie, nie wyglądał najgorzej, mimo upływających lat. Nie najgorzej wyglądała jesień jego życia.

Penelope oddaliła się w stronę kuchni, mieli chwilę, aby odetchnąć, był to całkiem intensywny wstęp do wieczoru, który pewnie będzie jeszcze bardziej żywiołowy.

Zdjęła płaszcz, aby przekazać go Benjy'emu bo dostrzegła wyciągniętą po niego dłoń. Gdy pozbyła się ubrania wierzchniego poprawiła sukienkę, aby nie pojawiły się na niej żadne zagniecenia.

- Mam nadzieję, że nie jest najgorzej. - Powiedziała cicho, ledwie usłyszalnie, tak by tylko jej chłopak mógł to usłyszeć. Teraz zaczęła się obawiać, że może to nie był najlepszy pomysł, ona była przyzwyczajona do atmosfery panującej w tym domu, ale dla kogoś z zewnątrz mogła być przytłaczająca, nie chciała, żeby Benjy poczuł się źle, wiedziała, że jej matce również na tym zależało, tylko ich metody zdecydowanie się od siebie różniły.

Złapała wolną ręką Benjy'ego za nadgarstek, nim ruszyli dalej, chciała dodać sobie odwagi, a może im razem, chociaż nie spodziewała się tego, żeby ktoś jego pokroju miał obawy podczas tak błahej sprawy jak spotkanie z jej rodziną, przecież radził sobie z paskudnymi bytami, więc to nie powinno być dla niego nic wielkiego. Wkroczyli w końcu do salonu, gdzie wszystko było już przygotowane do kolacji, która miała się zaraz rozpocząć. W powietrzu mieszały się ze sobą różne zapachy, uderzała w nozdrza ich intensywność. Przystanęła na moment, gdy zobaczyła, że Elias już tutaj jest. W sumie to nie zastanawiała się nad tym, jak na obecność Benjy'ego zareaguje jej bliźniak. - Cześć. - Rzuciła lekko, a przynajmniej chciała, aby to tak zabrzmiało, przyglądała się bratu bardzo intensywnie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
04.11.2025, 19:38  ✶  
Wszystko działo się tak szybko, że przez moment miałem wrażenie, iż dom państwa Bletchley po prostu mnie wciągnął, jednym ruchem, bez ostrzeżenia. Stałem jeszcze przez sekundę w progu, jak idiota, z kwiatami w jednej dłoni, butelką i koszykiem w drugiej, i z tym absurdalnym uczuciem, że zaraz coś przewrócę samym spojrzeniem. Nim w ogóle zdążyłem zareagować na to, co się działo, już byłem wciągany i poganiany do środka. A to był dopiero sam początek. Zanim zdążyłem wymyślić, co więcej powiedzieć, zostałem porwany przez wir matczynej energii, która uderzyła we mnie niczym huragan. Lawendowy zapach, ciepło, świergot głosu, który zdawał się przeskakiwać z tematu na temat, jak upojona pszczoła z kwiatka na kwiatek. Czułem się trochę jak w oku domowego cyklonu, otoczony miękkimi kolorami, światłem, ciepłem i... Słowami. To było dużo słów. Bardzo dużo słów. Równie dużo, co innych bodźców. Każdy zapach był tu czymś - cynamonem, masłem, kurzem z książek, kwiatami, które przyniosłem, i czymś jeszcze, co potrzebowałem zidentyfikować. Pachniało ciepłem, ciastem, ziołami i... Czymś, co natychmiast wybiło się przez moje wspomnienia - takim zapachem, którego sam nie potrafiłem odtworzyć w innym żadnym miejscu.
Wręczyłem Penelope bukiet, próbując nie wyglądać przy tym jak ktoś, kto nie wiedział, co robi z własnymi rękami, a to wywołało lawinę. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, bo zanim otworzyłem usta, kobieta już ściskała moją dłoń, a chwilę później, o Merlinie, objęła mnie. Objęła mnie. Jakbym był jej synem, który wrócił z frontu, a nie obcym facetem, o dziwo… Nie czułem się z tym źle, tylko kompletnie bezradnie, moje ręce zawisły w powietrzu, nie wiedząc, co mają zrobić - oddać uścisk, przytulić ją?
Najpierw zamarłem, po czym odruchowo się pochyliłem, jakby to mogło pomóc mi zmieścić się w jej drobnych ramionach - kompletny absurd, ale w końcu po prostu pozwoliłem, żeby się wydarzyło, zakładając, że to i tak było coś nieuniknionego, jak burza, którą trzeba było przeczekać. To nie był uścisk pełen kurtuazji, tylko taki prawdziwy, domowy, pachnący mąką, lawendą i ciepłem pieca. Pani Bletchley zdecydowanie potrafiła rozbroić człowieka, który jeszcze pół godziny temu wypluwał z siebie słowa, które nie należały do niego, była ciepła - nie tylko dosłownie, ale tak po ludzku, że przez moment kompletnie straciłem język.
- Dla pani, tak. - Udało mi się wydusić, kiedy w końcu odzyskałem głos. - Nie, nie mam guza, ploszę się nie maltwiś. - Dodałem zaraz, sięgając dłonią do potylicy, jakby dla pewności. - Zlesztą, to i tak nie pielwsza lampa, s któlą pszeglałem. - Mruknąłem cicho, nie bardzo wiedząc, co z rękami. Jedną wciąż trzymałem przy sobie, drugą wypełniała rączka koszyka i butelka wina, którą teraz ściskałem tak, jakbym miał zamiar jej użyć w samoobronie.
- No. - Skwitowałem półszeptem, gdy matka Prudence zniknęła w kuchni z okrzykiem „Do kaduka, ciasto!”, Penelope poruszała się z tą bezbłędną energią gospodyni, która ogarniała całe uniwersum jednym ruchem ściereczki. Zanim zdążyłem coś więcej powiedzieć, została po niej tylko smużka zapachu lawendy i dźwięk otwieranych drzwiczek od piekarnika.
Nie wiedziałem, co to jest kaduk, ale ton, w jakim to powiedziała, nie pozostawiał wątpliwości, że to było coś pomiędzy przekleństwem a okrzykiem bojowym. Stałem jeszcze przez chwilę, jakbym nie do końca wiedział, co zrobić z własnym ciałem. Lampa nadal się kołysała nad moją głową, jakby się ze mnie nabijała. Kot przebiegł mi przed nogami, a ja instynktownie cofnąłem stopę, żeby go nie nadepnąć, lekko oszołomiony tym wszystkim - serdecznością, tempem mówienia, a przede wszystkim tym, że nie zdążyłem nawet otworzyć ust, a już byłem obcałowany, przygarnięty, wciągnięty do środka i prawdopodobnie uznany za część rodziny. Nie pamiętałem naszych interakcji sprzed lat w taki sposób, a może wyparłem je ze świadomości, bo teraz wszystko wydawało mi się bardziej intensywne i barwne.
Wyciągnąłem rękę po płaszcz Prue - odruchowo, zanim zdążyłem pomyśleć, że nie wiedziałem, co z nim dalej zrobić. Złapałem materiał, miękki, jeszcze chłodny od wilgotnego powietrza z zewnątrz, i odwiesiłem go, wraz z moim płaszczem, na wieszak obok kilku innych, które wyglądały na równie dobrze utrzymane, co cała reszta tego domu. Lampa wciąż się bujała nad moją głową.
- Co to jest kaduk? - Mój głos zabrzmiał ciszej, niż planowałem. Nie byłem gotowy na ten dom - nie byłem gotowy na żaden dom. W domu, który wydawał się mieć własny puls, nawet cisza była głośna. Czułem ją w ścianach, w tykaniu zegara, w odgłosie czyichś kroków na piętrze. Prawda była taka, że czułem się, jakbym wszedł do innego świata. W moim nie było tyle ciepła - ani tylu zapachów, ani tylu kolorów, ani tylu słów. Tutaj wszystko mówiło, pachniało, tętniło czymś, co dawno temu przestałem uważać za codzienność.
Kiedy dłoń Prudence chwyciła mój nadgarstek, ja odwzajemniłem uścisk, na chwilę przykrywając jej dłoń moją drugą dłonią, chociaż ironicznie pomyślałem, że ktoś taki jak ja nie powinien sprawiać wrażenia, jakby się bać zwykłego spotkania z rodziną.
- Jest... Intensywnie...j. - Odparłem, nie dodawszy, od czego, bo była bystra, na pewno się domyślała, skoro już wcześniej tu bywałem.
Weszliśmy do salonu, gdzie wszystko było już gotowe do kolacji. Powietrze pachniało mieszanką aromatów, które uderzały w nozdrza swoją intensywnością - pieczeń, cynamon, zioła, coś kwaśnego i słodkiego jednocześnie. Ciepło biło od kominka i od stołu, nakrytego jak do wyjątkowo uroczystej kolacji. To wszystko było… Zbyt przytulne, jak na mój gust. To, co dopiero się zaczynało, zapowiadało się intensywnie. Miałem wrażenie, że zaraz coś przewrócę.
Zatrzymałem się na moment, gdy dostrzegłem Eliasza, był tu pierwszy, a ja, mimo że zwykle radziłem sobie w trudniejszych sytuacjach, poczułem się lekko spięty. To był ktoś, kto znał mnie za dobrze, widział w sytuacjach, w których człowiek planujący być kimś więcej, niż tylko kumplem, nie chciał być widziany. Miałem wrażenie, że w jednej chwili wróciły wszystkie te rozmowy, które z nim prowadziłem. Jeśli to było możliwe Prudence wydawała się bardziej nerwowa niż ja, patrzyła na brata w bardzo intensywny sposób, co dziwnie działało na moje poczucie pewności siebie. Zerknąłem na nią, uśmiechnąłem się krótko, pozwalając, żeby napięcie trochę opadło. W końcu to tylko jej rodzina, a Elias… No, cóż, Elias był po prostu człowiekiem, z którym można było porozmawiać normalnie.
- Siema. - Wyrwało mi się w końcu, tak naturalnie, jakby nie było żadnych oczekiwań ani formalności, tylko zwykłe spotkanie dwóch kumpli.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
ᴀʟᴄʜᴇᴍɪsᴛ ᴏꜰ ɢʟᴀss
what is the point
in having a mind
if you do not use it
to make judgements
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
szklarz
178cm wzrostu; zielone oczy; ciemnobrązowe kręcone włosy; trzydniowy zarost na twarzy; dołeczki w policzkach; lekko przygarbiona postura; chód opieszały, nieco niezgrabny

Elias Bletchley
#9
04.11.2025, 22:37  ✶  
Na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że Eliasz nie miał za sobą najspokojniejszego dnia. Jego włosy wydawały się w jeszcze większym nieładzie niż na co dzień, wory pod oczami wyglądały na uwydatnione, a rozleniwione ruchy mężczyzny wyraźnie wskazywały na to, że najchętniej przeniósłby się teraz na kanapę i zakopał pod kocem. Niestety, nie wchodziło to w grę, a wizja bycia przykutym do stołu jawiła mu się raczej jako fakt niźli zwykłe przypuszczenie. Szczerze wątpił, aby matka wypuściła go przed zjedzeniem co najmniej trzech porcji domowych posiłków.

Nigdy więcej zleceń dzień przed sabatem, powtórzył sobie Bletchley, wlepiając zmęczone spojrzenie w około litrową karafkę z wodą doprawioną miętą i melisą. Cały poprzedni dzień spędził w Little Hangleton, pomagając pracownikom ''Szklanej Alchemii'' w montażu nowych okien w posiadłości Shafiqów. Posiadłość, phi. Może z zewnątrz budynek wyglądał jak zwykła posiadłość czysto-krwistych, ale wystarczyło parę kursów z jednego skrzydła do drugiego, a budynek zaczynał jawić się jak jeden wielki pałac. Na koniec prac remontowych Eliasz chyba nigdy nie był tak wdzięczny za to, że urodził się czarodziejem. Gdyby był mugolem, to zapewne zdychałby teraz w swoim osobistym lokum i zostawił rodzinę samą sobie.

— Maaamo, możemy już zacząć? — zaintonował słabym głosem, przechylając głowę w kierunku kuchni. — Jestem pewny, że Prudence prędzej czy później się pojawi. Ona po prostu funkcjonuje w innej strefie czasowej. W tych jej katakumbach czas pewnie płynie dużo wolniej i...

Przerwał, bo zazwyczaj na tym etapie matka przerywała mu i kategorycznie zabraniała sięgania po jakiekolwiek jedzenie póki wszyscy nie znajdą się przy stole. A wtedy on odpowiadał, że w takim razie najwyraźniej przeznaczone mu jest umrzeć z głodu akurat w Mabon. Tym razem tak się jednak nie stało. Zamiast tego usłyszał trzask otwieranych drzwi na froncie domu i przytłumione dźwięki rozmów. Mam nadzieję, że dostaniesz po dupie za to spóźnienie Pru, skomentował bezgłośnie, uśmiechając się do siebie zawistnie pod nosem.

Uśmiech mu nieco zrzedł, kiedy z rozmów toczących się poza jadalnią wywnioskował, że Prudence nie przyszła sama. To dopiero była niespodzianka. Eliasz obrócił się na krześle i złożył ręce na piersiach, niezmiernie ciekawy, kogo też siostra postanowiła przyprowadzić na rodzinne zbiegowisko. Przecież musiała się liczyć z potencjalnym ryzykiem, czyż nie? W tutejszych szafkach znajdowały się w końcu jedne z najgroźniejszych rodzinnych artefaktów: albumy ze zdjęciami. Z bardzo żenującymi zdjęciami. Niestety: dla nich obu. Kiedy Benjy i jego siostra znaleźli się w końcu przed nim, Eliasz momentalnie się rozluźnił.

— Cześć Benjy — rzucił do mężczyzny, uśmiechając się do niego, aby zaraz skierować wzrok na siostrę. — O co chodzi Pru? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła jakiegoś du...cha.

Dopiero, gdy ponownie zerknął na Benjy'ego trybiki w jego głowie zaczęły pracować, co zaowocowało rozdziawieniem ust. Na Merlina, czy on zapomniał, że go zaprosił? A może matka postanowiła zaprosić ich znajomych? Przed oczami stanął mu obraz Ambrożego i Geraldine, którzy przychodzili do nich na kolację w przeddzień swojego ślubu. Eliasz podniósł się niezgrabnie z miejsca, aby uścisnąć rękę przyjaciela.

— Spotkaliście się... w drodze tutaj? — zaryzykował, przeskakując wzrokiem z jednego na drugie.

Przez całe zamieszanie związane ze zleceniem dla Shafiqów mógł przecież zapomnieć o tym, że zapraszał kogoś jeszcze na obchody Mabon. Z drugiej strony, kojarzył, że podczas ogniska między Prudence i Benjym nawiązała się pewnego rodzaju nić porozumienia. Zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego siostra widziała w jego przyjaciołach grupę diabłów przez większość swojego życia, ale z drugiej strony... Kobiety miały prawo do zmiany zdania. Eliasz się na tym znał. W końcu był największym entuzjasta kobiet. Uwielbiał ich towarzystwo.
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#10
05.11.2025, 03:55  ✶  
Na górze coś trzasnęło. Drzwi o futrynę? Prawdopodobnie. Nie uderzyły tak, żeby można to było uznać za ostentacyjne, ale jednak odrobinę zbyt mocno, by dało się sądzić, że był to po prostu przeciąg, kot albo zupełny przypadek. Dźwięk odbił się echem od ścian w korytarzu, po czym zapadła cisza. Była to jednak ta bardzo specyficzna cisza, która niby w tym domu nie zwiastowała niczego szczególnego, nie kojarzyła się z awanturami albo z czymś nieprzyjemnym, ale bez cienia wątpliwości miała w sobie coś z zapowiedzi.
Wyłożone grubym, miękkim dywanem w orientalny wzór schody zdusiły każdy krok schodzącego, więc zanim ktokolwiek zdołał się zorientować, w przejściu między korytarzem a jadalnią pojawiła się znajoma sylwetka. Pan Bletchley stanął w miejscu, emanując charakterystyczną dla niego powściągliwością. Tą, która sprawiała, że nikt nigdy nie wiedział do końca, czy mężczyzna ten wchodził, by przywitać się z nowoprzybyłymi, czy też może po to, aby zadać pytanie, na które nie było dobrej odpowiedzi i wyjść.
Był mniej więcej wzrostu Eliasa, może nawet o włos wyższy, choć z dużym prawdopodobieństwem sprawiał tylko takie wrażenie. Głównie przez to, że był również bardziej zdyscyplinowany w ruchach i poprawniejszy w utrzymywaniu właściwej  postawy (i lubił to powtarzać; jak każdy uzdrowiciel edukujący własne dzieci w zakresie ich zdrowia; no, może nie psychicznego).
Nosił się elegancko, jednak niewymuszenie. W ten specyficzny sposób, który z dużym prawdopodobieństwem nie wymagał już świadomego wysiłku z jego strony. Miał na sobie sweter z wełny alpaki w kolorze przygaszonego brązu, pod spód założył piaskową koszulę z dobrze ułożonym, wyprasowanym kołnierzykiem, na nosie miał natomiast okulary do czytania, z którymi najwyraźniej się nie rozstawał, bo ich ślady odcisnęły mu się lekko na bokach chrząstki. W jego czujnych i nieco zmęczonych oczach czaiło się zwyczajowe skupienie. Coś, co można było łatwo pomylić z chłodem, jednak w istocie okazywało się tylko uważnością. Tą zawodową. Wyniesioną ze szpitala, zdobytą przez lata wykładania i praktyki medycznej. Trzymał się jej jak cholera, również w życiu prywatnym, bo tak bez wątpienia było mu najwygodniej. Stanowiło to dla niego coś na kształt tarczy przed światem zewnętrznym, jak i tym w jego własnej głowie, nawet jeśli nie lubił o tym mówić.
A mówić...
...cóż. Nie lubił od zawsze. Wcale.
Zatrzymał się w drzwiach do jadalni i spojrzał na wszystkich po kolei, wyglądając przy tym zresztą właśnie tak, jakby przez chwilę zapomniał, że to dom a nie sala wykładowa. Milczał. Tylko zegar na ścianie tykał jednostajnie, jakby odmierzał czas do pierwszego słowa, które musiało wreszcie paść. Bo kiedyś musiał się odezwać, prawda? Chwilowo tylko napawał się widokiem zastawionego stołu i dekoracji, ale skoro nigdzie nie zauważył żony, a wszyscy już bez wątpienia przybyli...
...musiał to zauważyć. Na głos. Zaczął więc od oczywistości.
Elias. Jego syn siedział przy stole, sprawiając wrażenie, jakby ktoś przywiązał go tam niewidzialnym sznurkiem (i może jeszcze dlatego nie leżał na dywanie). Niesforne włosy chłopaka tym razem wyglądały jak po zderzeniu z wiatrem znad Tamizy, natomiast cienie pod oczami Eliasa były ciemniejsze niż zwykle. John, rzecz jasna, dostrzegł to wszystko. Zanotował i zapamiętał fakt, jak bardzo jego pierworodny musiał być przemęczony, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Nie powiedział ani słowa, ale jego wzrok zatrzymał się na młodszym Bletchleyu odrobinę dłużej niż należało.
- Eliaszu - rzucił wreszcie krótko, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby powitania, bo widzieli się przecież wcześniej.
Potem wzrok mężczyzny przesunął się w stronę drugiego wejścia do pokoju. Stała tam Prudence, jego córka, jak zawsze trochę za bardzo opanowana. Zupełnie tak, jakby chciała, by świat widział tylko tę lepszą, bardziej kontrolowaną połowę jej twarzy. Jak on to rozumiał (i, oczywiście, o tym też nie mówił, a jakże).
Jednakże tym razem to nie ona przykuła jego uwagę. Nie na dłużej niż ułamek sekundy, jaki zajęło mu spojrzenie na trzecią osobę. John nie drgnął, choć coś niepokojącego bez wątpienia błysnęło w jego oku, zanim zamrugał i chrząknął. Nie był zaskoczony. No, nie do końca. Wiedział przecież, że Prue zamierzała kogoś przyprowadzić, ale wyobraźnia (jak to z wyobraźnią bywa) namalowała mu zupełnie inny obraz tej osoby. Kogoś w średnim wieku, ale raczej w dolnej granicy tego określenia, może nieco nerwowego, być może przesadnie ułożonego.
Akademickiego, gładkiego rodzaju człowieka, w typie Prudie, a więc jasnego blondyna, metr osiemdziesiąt z hakiem, tylko zawodowo kontrastującego z tragicznie zmarłym narzeczonym dziewczyny (bo z pewnością nie chciała wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, prawda? Prawda?). W oczach Pana Bletchleya miał być to ktoś z natury spokojniejszy, emanujący pewną sennością. Z kwiatkami w ręku i z miłymi oczami. A tu...
...stał ktoś zupełnie inny. Wysoki. Za wysoki. Barczysty, ciemny, niemal groteskowo niepasujący do drobnej sylwetki dziewczyny, która (i to nie umknęło uwadze pana Bletchleya) trzymała go za nadgarstek, jakby próbowała przytrzymać go przy sobie, choć z pewnością wystarczyłoby jedno delikatne szarpnięcie, by ten gest przestał mieć jakikolwiek sens. To było już samo w sobie zaskakujące, bo jego córka nie miała w zwyczaju sięgać po cudzy dotyk. Co do cholery? Co tu się odpierdalało?
Nieznajomy (a jednak, jakby... ...trochę znajomy? Hm? Leczył już kiedyś efekty głupoty brawury pecha jegomościa?) wyglądał absurdalnie na tle towarzyszki. Kontrast był tak uderzający, że aż nierealny. Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, z tą samą nieskrywaną precyzją, z jaką oceniał pacjentów podczas pierwszej wizyty. Nie po to, by osądzać, lecz by zrozumieć, z czym miał mieć dziś do czynienia. I choć nie drgnął mu nawet kącik ust, w środku pojawiło się coś na kształt zawodu.
Tak, cieszył się z wizyty. Oczywiście, że tak. Ale gdzieś głęboko, między tyknięciem zegara a cichym skrzypnięciem krzesła Eliasa, ukryła się myśl, która nie dawała spokoju Johnowi. Coś mu tu nie grało. Nie umiał jeszcze powiedzieć co, ale czuł to tak jak w jego wieku czuło się nadchodzącą zmianę ciśnienia: w kościach, w powietrzu, w samym zapachu domu, w którym pojawiła się obca nuta.
- Dobry wieczór państwu - powiedział wreszcie spokojnie, nie do końca żartobliwie, nawet jeśli chyba próbował zabrzmieć lekko jak przystało na gospodarza.
W rzeczywistości jednak brzmiał zupełnie tak, jakby przyszedł prowadzić prelekcję w Akademii Munga, nie zaś na kolację z rodziną (i dodatkami). Miał głęboki, spokojny głos. Pozbawiony ciepła, ale nie nieprzyjazny. Po prostu odrobinę zdystansowany.
Zsunął okulary do czytania, rąbkiem chusteczki przetarł szkła i odłożył je na blat kredensu, uprzednio poprawiając leżącą tam serwetkę, która (o zgrozo) leżała niesymetrycznie. John Bletchley nienawidził braku równowagi w otoczeniu. A może po prostu miał nerwicę natręctw, do której nie chciał się przyznawać.
Raz jeszcze spojrzał po wszystkich, zatrzymując się na chwilę dłużej na córce. W jego oczach pojawiło się coś, co przy odrobinie wprawy w czytaniu ludzi można byłoby określić mianem lekkiego zaniepokojenia (mhm). Kiwnął głową w kierunku gościa, uśmiechając się z chłodną uprzejmością, w której dało się dostrzec i kulturę, i nawyk przewodzenia rozmowie. Nie wyciągnął jednak dłoni na powitanie ani nie zadał pytania o imię czy nazwisko ich nowego biesiadnika. Być może liczył, że zrobi to ktoś inny. Możliwe, że wcale o tym nie pomyślał. Trudno byłoby to jasno stwierdzić. Nawet jego bliskim, którzy teoretycznie doskonale go znali. Nie był zbyt wylewny. Co racja, to racja.
- Cieszę się, że wszyscy zdążyli - rzucił spokojnie, choć w jego głosie zabrzmiała ta kolejna dziwna nuta, którą można było odczytać na wiele sposobów.
Bez słowa podszedł do stołu, zajmując należne mu miejsce na szczycie i zupełnie świadomie pozwalając na to, aby w pomieszczeniu na chwilę zapanowała ta niezręczna, ale nieuchronna cisza. Taka, w której każdy, choćby nawet nie chciał, musiał przez moment posłuchać własnych myśli (i doskonale, bo zdolność myślenia ewidentnie zaczęła zanikać u młodych pokoleń).
- Mama znowu spaliła placek? - Spytał wreszcie, po czym sięgnął po szklankę z wodą, jak gdyby nigdy nic upijając łyczek chłodnego płynu.
A jednak w powietrzu dało się wyczuć coś więcej niż tylko zapach pieczeni i jabłek. Coś więcej niż odrobinę spalenizny z ciasta. Coś, co mówiło, że chociaż John cieszył się z wizyty, to w tej układance, tak idealnie ułożonej przez jego żonę, pojawił się element, który nijak nie chciał pasować. A może to pan Bletchley jeszcze nie wiedział, gdzie powinien go wsadzić? Hm.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4408), Elias Bletchley (1760), Pan Losu (29), Paracelsus (3293), Prudence Fenwick (2856)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa