• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 Dalej »
[28.09.1972] zapuszkowani | Ambroise & Geraldine

[28.09.1972] zapuszkowani | Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
07.11.2025, 18:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2025, 18:29 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Opuszczając gabinet ministerialnego urzędnika, Ambroise miał wrażenie, że nie czuje już na sobie niczego prócz ciepłej, nieco skwaśniałej kanapki z mielonką. Takiej, która nie miała okazji napotkać chłodu, odkąd rano opuściła kuchnię w torbie człowieka najwyraźniej nie wierzącego w zachowywanie ciągu chłodniczego. Po prawdzie mówiąc, Roise miał wrażenie, że skrzywiona, niezadowolona z życia morda panicza Blacka co najmniej parokrotnie przewinęła się już przez oddział zatruć, choć równie dobrze mogła to być jego wyobraźnia podpowiadająca mu prawdopodobne scenariusze takiego postępowania z jedzeniem.
Tak czy inaczej, jeśli jeszcze kilka chwil wcześniej narzekał na cytrynowo-chemiczny smród środków do czyszczenia powierzchni w gmachu brytyjskiego Ministerstwa Magii, które drażniły jego nos jakoś bardziej niż środki do dezynfekcji używane w szpitalu. Teraz zdecydowanie nie miał już tego problemu. Wszystkie, dosłownie wszystkie nuty zapachowe zastąpiło to, co jednocześnie nieodmiennie kojarzyło mu się z kocią karmą stojącą przez cały dzień w miseczce Lili. Nie bez powodu zaczął dawać jej głównie mięso, nie mógł znieść tego smrodu.
A teraz był wszędzie. Wdarł się w jego nozdrza, zawisł we włosach, osadził się w strukturze płaszcza i na spodniej części podszewki, przesiąkły nim jego spodnie i koszula. Posłał spojrzenie w kierunku Geraldine, starając się wyczytać z wyrazu jej twarzy, czy także usiłowała wstrzymywać oddech, gdy zamknęli za sobą drzwi i szybkim krokiem zaczęli oddalać się od magicznego urzędu stanu cywilnego. Być może była to kwestia światła, może jego własnego spojrzenia na rzeczywistość, ale odnosił nieodparte wrażenie, że żona pozieleniała równie mocno, co i on musiał. Nie wątpił bowiem, że było to też widać na jego własnej twarzy.
Tyle tylko, że on nie był w ciąży. Nie miał porannych mdłości, nie był bardziej niż zwykle wyczulony na bodźce zewnętrzne. Te dobre i te... ...właśnie...
...niekoniecznie.
Miał mocną tolerancję na obrzydliwe zapachy, potrafił wiele wytrzymać z uwagi na pracę na bardzo specyficznym oddziale, a więc jeśli coś go ruszało...
...kurwa, miał wrażenie, że zaraz będzie rzygać.
Empatia. To na pewno była empatia.
- Winda? - Rzucił na półwydechu, marząc o wyjściu na zewnątrz, zaczerpnięciu względnie świeżego powietrza i powrocie do domu, żeby wziąć długi, naprawdę dokładny prysznic.
Dawno nie czuł, żeby tak bardzo jebał.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
07.11.2025, 23:14  ✶  

Geraldine nie do końca wiedziała, co to był za zapach. Kiedy trwali jednak w gabinecie Blacka nie mogła go ignorować. Uderzał w jej nozdrza bardzo intensywnie, nie umiała połączyć go z niczym, co znała, ale poruszał wyobraźnię w ten najgorszy z możliwych sposobów. W pomieszczeniu było bardzo duszno... co powodowało, że wydawało jej się iż ta woń wsiąknęła w ich ubrania. Obrzydliwe.

Sprawę udało im się załatwić całkiem szybko, mimo tego, że urzędnik nie do końca przypadł jej do gustu. Starała się jednak zagryźć zęby i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, by nie daj Morgano nie musieli tam wracać. Black chyba miał to samo zdanie, bo okazało się, że do niczego się nie przyczepił. Byli wolni, mogli wyjść z tego okropnego miejsca, zdecydowanie potrzebowała świeżego powietrza. Musiała odetchnąć, żeby nie zakończyło się to jakimś przypadkowym bełtem, które ostatnio dość często jej towarzyszyły.

Znaleźli się na korytarzu, co przypomniało jej o ich przeprawie w pierwszą stronę. Nie do końca była pewna, czy zniesie tak długą wędrówkę i tym razem. Ten zapach... nie mogła się go pozbyć. Ona nie zieleniała, niee... jej twarz przybrała raczej barwę kredy, straciła kolor, co również nie wróżyło niczego dobrego. Przeniosła wzrok na męża, sprawdzając, czy i on to czuł, nie mogła mieć bowiem przecież pewności, że to nie był tylko efekt jej nowych, wyczulonych zmysłów. Naprawdę było źle - Roise również wydawał się zmienić kolor. Nie miała pojęcia, co trzymał w gabinecie Black i czy w ogóle było to legalne, pracownicy ministerstwa chyba powinni przestrzegać jakichś norm, aby nie straszyć patentów... z drugiej strony kto wie do czego mogli się posunąć, aby szybciej skończyć pracę.

- Zdecydowanie winda. - Nie zamierzała ponownie pokonywać tych wszystkich schodów, bo marzyła tylko i wyłącznie o tym, by wreszcie znaleźli się na zewnątrz. Na szczęście jej noga nie musiała szybko ponownie stanąć w tym miejscu. To była jedyna pocieszająca rzecz w tej całej sytuacji.

Winda wydawała się na nich czekać, znajdowała się akurat na ich piętrze, mogli więc tam wejść od razu. Jeszcze chwila, jeszcze moment, a znajdą się na dole i zapomną o tym wszystkim. Oby padał deszcz, może on zmyje z nich tę charakterystyczną woń. - To było naprawdę wyjątkowe doznanie. - Powiedziała do Roise'a kiedy znaleźli się w windzie. Nikt do nich nie dołączył, drzwi się zamknęły, więc zapowiadała się nie najgorsza podróż.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
08.11.2025, 00:26  ✶  
Zdecydowanie nie mógł powiedzieć, by był jakoś szczególnie obeznany z planem pięter w Ministerstwie Magii. Nie bywał tu na tyle często, żeby dokładnie orientować się w rozkładzie korytarzy, co raczej było widać w momencie, w którym jeszcze dzielnie szli przed siebie i starali się wierzyć, że nareszcie znajdą ten właściwy gabinet. Całe szczęście, droga w drugą stronę miała to do siebie, że była łatwiejsza. Tym razem też mieli jasny cel, ewidentnie wspólny, ponieważ wystarczyło wyłącznie jedno spojrzenie na bladość lica Riny, żeby poczuł jej dyskomfort.
No, naprawdę. Przecież był wyjątkowo empatyczny. Na tyle, że teraz sam też doznawał popołudniowych mdłości, ledwo powstrzymując powracający odruch wymiotny.
Może to był jakiś sposób walki z petentami? Być może, gdy raz trafili do nory Blacka, robili wszystko, aby już nie musieć do niej powracać? Czyż nie było to wyjątkowo proste rozwiązanie dla kogoś, kto najpewniej i tak nic nie czuł przez wypalone receptory w nozdrzach?
Morganie dzięki, nie wyglądało na to, żeby popełnili jakikolwiek błąd w wypełnianiu rubryczek we wnioskach o legalizację małżeństwa i zmianę nazwiska. W innym wypadku z pewnością spędziliby tam na tyle długo, że Roise teraz czołgałby się w stronę najbliższego kosza na śmieci, nie zaś całkiem szybkim krokiem zmierzał w kierunku, w którym wydawało mu się, że mieszczą się windy.
Co prawda, nie miał zupełnej pewności, że idą dobrze, ale po prawdzie liczył na to, że ich wspólna orientacja w terenie pomoże im jak najszybciej wydostać się z tego biurokratycznego piekła. Tym bardziej, że nieuchronnie nadchodził już koniec dnia, przynajmniej według standardów tego miejsca, toteż i tak puste korytarze wkrótce miały całkowicie opustoszeć. Nadeszła najwyższa pora, aby wydostać się na powierzchnię.
Winda. Byli zgodni, co do tego, że tym razem należało ją wziąć, nawet jeśli oboje byli aktywni. Sam Ambroise zazwyczaj wybierał schody, ale tym razem po prostu potrzebował tu i teraz znaleźć się na zewnątrz. Nie musiał zbyt wiele pytać, aby być święcie przekonanym, że jego Najdroższa również pragnęła tego samego. Jak nic, oboje byli stworzeni do przebywania w tym budynku, zwłaszcza w towarzystwie najdzielniejszych i najbardziej kompetentnych z pracowników. Tak, dostrzegł tamten wyraz twarzy Cepheusa, nie, wyjątkowo go nie skomentował, ale bez wątpienia zamierzał to zrobić. Tyle tylko, że później.
Teraz bowiem niemalże głęboko westchnął, spostrzegając drzwi windy i to, jak szybko się przed nimi otwarły. Może ten dzień naprawdę miał być dla nich pomyślny?
- Co nie? Nie mogę doczekać się kolejnego razu - skwitował, starając się zignorować fakt, że w ciasnej, dusznej przestrzeni puszki na ludzi jakby intensywniej śmierdziało puszką na koty.
Otworzył usta, aby wydobyć z nich kolejny światły komentarz, zwracając twarz w kierunku żony i wtedy...
- Poczułaś to? - Trzaśnięcie, niewielkie, ale wyczuwalne, miał wręcz wrażenie, że winda trochę się...
...zachwiała?
Nie, z pewnością tylko mu się wydawało. To było Ministerstwo Magii. A w Ministerstwie Magii wszystko zawsze działało właściwie, prawda? Prawda?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
08.11.2025, 18:52  ✶  

Byli wyjątkowo zgodni w odczuwaniu wszelkich bodźców. Najwyraźniej nie było to związane z nadwrażliwym węchem, wystarczyło mieć po prostu jakikolwiek zmysł, żeby uderzył w niego ten charakterystyczny zapach. Nie miała pojęcia ile zajmie im pozbywania się go z ubrań, jednak nie spodziewała się, iż będzie to proste. Zapach przykleił się bowiem do nich bardzo głęboko, na pewno szybko będzie starała się pozbyć go z swoich włosów...

By uniknąć sytuacji niekomfortowych, takich jak wymiotowanie do koszy na śmieci, nie daj Morgano jeszcze nie zdążyliby do niego dobiec zdecydowali o tym, że skorzystają z windy.

To nie był typowy dla nich ruch, raczej nie korzystali z takich udogodnień, bo nie było takiej potrzeby, nie w przypadku ich sprawności ruchowej, jednak to był bardzo wyjątkowy dzień. Musieli uciec stąd jak najszybciej, a winda zapewne pomoże im uniknąć błąkania się po korytarzach. Wybór był całkiem prosty i oczywisty, argumenty przemawiały za tym, żeby do niej wejść. Mieli w tym zgodność - zdecydowanie każde z nich chciało szybko znaleźć się na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem.

- Na szczęście nie nadejdzie zbyt szybko. - Na ten moment chyba załatwili już chyba wszystkie papierkowe sprawy. Nie poszło im wcale tak źle, dokumenty, które przygotowali musiały być odpowiednio wypełnione, inaczej pewnie siedzieliby nadal w biurze Blacka i wypełniali kolejne formularze. Dokładność w tym wypadku była wskazana, dzięki niej mogli oszczędzić czas, a również kolejne doznania, które towarzyszyły im podczas obecności w tym miejscu.

Drzwi windy się za nimi zamknęły, gdy znaleźli się w środku. Jeszcze chwila, moment, a znajdą się na dole, będą mogli przekroczyć wyjście i udać się do domu. To była naprawdę wspaniała myśl. Gdyby tylko wiedzieli, że nie wszystko pójdzie po ich myśli.

Oparła się o jedną ze ścian, winda powoli zaczęła zjeżdżać w dół. Nic nie wzbudzało niepokoju Geraldine, bo niby dlaczego? Byli w windzie, wykonywała ona dziennie tysiące takich kursów, wszystko powinno pójść jak z płatka.

Zmrużyła na moment oczy, coś szarpnęło? Nie, to niemożliwe, pewnie jej się wydawało, przeniosła wzrok na Ambroise'a chcąc zobaczyć, czy on też to poczuł, nie musiała jednak szukać odpowiedzi w wyrazie jego twarzy, bo zadał to pytanie.

- Tak, poczułam to, jak mniemam Ty też. - Skoro o to zapytał, to oznaczało, że i on to poczuł.

- Ja naprawdę chciałam, żebyśmy jak najszybciej stąd wyszli. - Odetchnęła ciężko, bo miała wrażenie, że i ten plan nie do końca wypalił. Po raz kolejny winda się zachwiała, wydała też dziwny dźwięk. Chyba nie powinna działać w ten sposób?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
10.11.2025, 19:17  ✶  
Z jednej strony, gdyby nie było mu teraz aż tak niedobrze, pewnie kiwnąłby głową. Udało im się załatwić wszystko na tyle sprawnie i bez większych potknięć w wypełnianiu wszelkich możliwych druczków, że nie spodziewał się dalszych trudów związanych z koniecznością powracania w to przeklęte miejsce. Oznaczało to zatem, że jego małżonka faktycznie miała rację.
Nawet jeśli gdzieś w głowie Ambroisa tliła się myśl o tym, że nie unikną kolejnej biurokratycznej wizyty, na szczęście, rzeczywiście miało to mieć miejsce w całkiem odległej przyszłości. Być może nie tak dalekiej jak mógłby chcieć sobie tego życzyć (bo najlepiej nie odbywałby jej wcale), ale na tyle odroczonej w czasie, że miał to być problem ich dwojga z przyszłości. A co jak co, nawet biorąc odpowiedzialność za własne uczynki, Roise naprawdę lubił te nieliczne momenty, gdy mógł machnąć ręką i stwierdzić, że zajmie się tym w swojej porze.
Z drugiej strony, wraz z chwilą, kiedy przyszły Ambroise zmieniał się w teraźniejszego Ambroisa, na ogół nie było mu już aż tak bardzo do śmiechu. Wręcz przeciwnie, nie raz i nie dwa naprawdę sążnie psioczył na swoją teraźniejszo-przeszłą wersję za tak luźne podejście do sprawy. Tyle tylko, że jednocześnie nigdy nie zarzekał się, że jego podejście ulegnie jakiejkolwiek zmianie.
Nie, jego decyzje na ogół stanowiły całkiem jednorodny ciąg wyborów. Co z tego, że często logicznych wyłącznie z jego perspektywy i z jego punktu widzenia? Nie bez powodu miał się za wyjątkowo prostego człowieka. Szare było dla niego szarym, czarne ani białe nie istniało, bo świat nigdy nie składał się z jednoznacznie dobrych albo złych wyborów. Istniały tylko mniejsze albo większe konsekwencje dokonywania takowych.
Na przykład winda...
...cholera jasna, gdyby tylko wiedział. Jak dotąd bowiem nie czując specjalnej potrzeby korzystania z takich udogodnień, tylko raczej poruszając się wszędzie przy użyciu schodów, nie od razu pojął, jak wygląda sytuacja. Z początku był to wyłącznie trzask, lekkie bujnięcie, nawet bez zamigotania lampy. Nie był do tego przyzwyczajony, ale po prawdzie mówiąc, nie był w ogóle przywykły do podobnej technologii. To nie tak, że nigdy wcześniej z niej nie korzystał, ale chyba nie do końca był świadomy, jaką anomalię właśnie przyszło im napotkać.
Co prawda, zwrócił wzrok w kierunku żony, aby zadać jej pytanie, ale nie uznał tego za powód do paniki. Na ogół nie panikował w stresujących sytuacjach, czyż nie? A tej nie rozpatrywał jeszcze w podobnej kategorii. Chwilowo zbyt mocno skupiał się na tym, żeby nie czuć tej przeklętej kociej puszki.
Zmarszczył brwi i czoło, odrobinę mrużąc przy tym oczy i spoglądając wpierw na panel nad nimi, później zaś pod ich nogi. Kolejne trzaśnięcie przedarło ciszę, w której przez chwilę było słychać wyłącznie ich ciężkie, powstrzymywane oddechy.
Chrrrrrrrrup!
Kolejny dźwięk był już inny. Bardziej trzeszcząco-przesuwny, nieprzyjemnie metaliczny, z jednoczesnym szumem przypominającym przesypujące się ziarenka suchego piasku, po których ktoś coś przeciągał.
- Wiem, ja też - odpowiedział, wyciągając rękę, żeby dwukrotnie wcisnąć guzik odpowiadający piętrze budynku, na które zmierzali.
Miał jednak wrażenie, że winda zaczęła zwalniać aż wreszcie...
...nie czuł, by w ogóle ruszała w jakąkolwiek stronę.
- No nie żartuj - mruknął bardziej do siebie niż do dziewczyny, kolejny raz wciskając guzik. - I niby na to idą nasze podatki - chwilowo był bardziej poirytowany niż zaniepokojony, bo mimo wszystko, to był rządowy budynek, raczej nie odwaliliby tu zupełnej samowolki technicznej, musieli dbać o przeglądy i inne pierdoły.
Więc...
Klik.
...czemu...
Klik.
...ta...
Klik.
...jebana...
Klik.
...winda...
Klik.
...nie...
Klik.
...chciała...
Klik.
...ruszyć.
Łup.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
10.11.2025, 20:06  ✶  

Geraldine nie myślała o tym, że będą musieli tu wrócić. Tak naprawdę, najchętniej odwiedzałaby to miejsce raz na kilka lat, a może najlepiej wcale. Wiedziała jednak, że zmiany, które aktualnie działy się w ich życiu niosły ze sobą konieczność kolejnych wizyt w tym miejscu. Jakoś sobie z tym poradzą, oby wszystkie przebiegały tak jak ta, no może mogliby pominąć ten okropny zapach, który unosił się w gabinecie Blacka, no i urzędnik mógłby się trafić milszy - to jednak chyba nie było takie proste. Miała wrażenie, że pracujący tu ludzie podchodzili do swoich zadań raczej mechanicznie, właściwie nie ma się co dziwić, jeśli przyjmowali codziennie hurtowe ilości patentów, chociaż, czy zwalniało ich to od ludzkiego podejścia do nich? No nie wydawało jej się.

Wybrali windę, co miało im ułatwić wydostanie się z Ministerstwa. Dzięki temu uniknęliby ponownego zagubienia się na korytarzach, chociaż może droga powrotna nie należałaby do takich skomplikowanych. Nie mieli tego sprawdzić, bo postanowili skorzystać z tego, jakże wspaniałego udogodnienia. Gdyby tylko miała świadomość, że okaże się to złym wyborem... nie mogli jednak tego przewidzieć, żadne z nich nie było jasnowidzem. Czy właściwie jasnowidz mógłby uniknąć takiej sytuacji? Nie miała pojęcia, czy korzystali ze swoich zdolności do przewidywania wszystkich możliwych niespodzianek, czy raczej trafiało to w nich zupełnie przypadkowo i dostawali informacje zupełnie od czapy. Nigdy jakoś specjalnie się w to nie zagłębiała.

Winda drgnęła, zachwiała się, nie sądziła jednak, że to od razu musi zwiastować coś złego. Czasem tak się działo, czyż nie? To wcale nie oznaczało, że utkną w niej, czy spadną na sam dół, bo przecież i to mogło im się przytrafić. Czy mogliby tu umrzeć? To byłaby chyba najbardziej głupia śmierć z możliwych, wolałaby, żeby ją coś zeżarło...

Kolejny dźwięk dotarł do ich uszu. Nie wróżył niczego dobrego. Winda stanęła. Nie poruszała się. Zawisła w eterze i najwyraźniej póki co nie miała zamiaru dowieźć ich na dół, nie wyglądało też, aby miała ruszyć się do góry.

Geraldine ciężko westchnęła. Naprawdę bardzo chciała znaleźć się na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem, tymczasem zostali zamknięci, chuj wie na jakim piętrze, w jebanej windzie. Co teraz?

- Ja pierdole. - Zaczęła elokwentnie jak zawsze, ale nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Roise wiedział, co się działo. Na pewno również domyślił się, że tu utknęli, przynajmniej na jakąś chwilę.

Podeszła do panelu, to było jedyne, co przyszło jej na myśl. Jako, że była zirytowana to zaczęła naciskać wszystkie guziki jednocześnie, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc im się stąd wydostać. Po krótkiej chwili uderzyła w nie pięścią. Nigdy nie należała do szczególnie cierpliwych osób.

- Co za syf. - Mruknęła jeszcze pod nosem.

- i co teraz? - Odwróciła się do męża, w jej oczach widać było irytację, nie sądziła, że ma na to jakiś plan, bo chyba żadne z nich nie było na to przygotowane.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
10.11.2025, 23:24  ✶  
Jedna wizyta w miejscu takim jak to, w gabinecie takim jak tamten, to było dla niego dostatecznie dużo obcowania z ministerstwem, żeby Ambroise zaczął poważnie rozważać, czy aby na pewno nie dałoby się załatwiać kolejnych spraw poprzez pracę cudzych rąk. Być może istnieli ludzie, którym mógłby udzielić paru mniej istotnych upoważnień, aby załatwiali za nich przynajmniej część papierologii. Tak jak na przykład miało to miejsce w przypadku zakupu domku w Whitby czy przy formalnościach w związku z remontem części wspólnej spalonej klatki schodowej na Horyzontalnej. Z drugiej strony, czy to było warte konieczności zaufania komuś, kto nie był nim samym? No niekoniecznie. Całe szczęście, teraz mogli już opuścić gmach, udać się przez Atrium do wyjścia.
Wystarczyło tylko wsiąść do windy.
Mhm.
Może nie był ekspertem od wind, a po tej akcji zdecydowanie nie zamierzał tego zmieniać, ale wydawało mu się, że takie sprzęty powinny być raczej niezawodne. Tym bardziej, jeśli codziennie z pewnością transportowały setki, jeżeli nie tysiące ludzi przelewających się przez ministerialne korytarze. Co prawda, zupełnie bez powodu, rzecz jasna, niespecjalnie wierzył w funkcjonowanie tej instytucji samej w sobie, ale nie wydawało mu się, żeby problemy zaczynały się tu nawet od tak niskiej skali.
No cóż, najwyraźniej się pomylił. I to dosyć niefortunnie, bo nie chodziło przecież o coś, co uniemożliwiłoby im szybką podróż do docelowej części budynku i wymusiłoby na nich powrót na schody. W takim wypadku nawet nie próbowałby psioczyć na podobne okoliczności. Najpewniej jedynie wywróciłby oczami i tyle. Ruszyliby w drogę, nie starając się czekać aż winda postanowi łaskawie ruszyć z miejsca.
Tyle tylko, że oni stanęli już w trakcie drogi. Drzwi były zamknięte na trzy spusty, a on nie miał pojęcia, czy powinien spróbować je otworzyć. A jeśli tak, to czy nie ucięłoby mu rąk? Niby nie tak dawno temu mówił Rinie, że poradziłby sobie jako uzdrowiciel, nawet gdyby skończył z uciętymi palcami, ale...
Wciskanie przycisków też zdecydowanie nic nie dawało, nawet gdy Geraldine postanowiła naklikać każdy możliwy guzik praktycznie w jednym momencie. Winda nie drgnęła, drzwi się nie rozsunęły. Z dwojga złego, chyba przynajmniej przestali się bujać, chociaż...
...miał nieodparte wrażenie, że to jeszcze nie był koniec.
Jak to było z tym wykrakiwaniem?
Nim bowiem zdążył szerzej otworzyć usta, odpowiadając na pytanie, światło w windzie nagle zamigotało i zgasło, za to sama przeklęta puszka postanowiła zrobić coś przeciwnego. Zadziałała. Ruszyła, dosyć gwałtownie, ale w dół, nie w górę. Co gorsza, trochę za mocno przypominało mu to niekontrolowane spadanie. Może to była prędkość sama w sobie, może fakt, że światła awaryjne, jeśli takowe istniały, nie postanowiły się zapalić i ciemność potęgowała doznania.
Najważniejsze, że chociaż już nie stali w miejscu, nie było mu ani trochę do śmiechu. Wręcz przeciwnie, z jego gardła wydobył się dźwięk, jednak przypominało to raczej bardzo nerwowe zaskomlenie. Przełknięcie śliny połączone z czymś, co wyłącznie w jego uszach nie było wyrazem zupełnego zaskoczenia przemieszanego z paniką. I nawet jeśli ułamek sekundy później spróbował się zreflektować, być może trochę zbyt mocno ścisnął rękę stojącej obok dziewczyny, jednocześnie sięgając po różdżkę.
Po co?
Cholera wie.
Chyba chciał...
...podnieść Geraldine? Przelewitować ją w górę? Unieść? Cokolwiek, co sprawiłoby, że nie zostałaby plackiem, podczas gdy jebnęliby o ziemię?
Nie miał pojęcia. Nie myślał. Nie chciał zginąć w tej puszce. Tym bardziej we troje.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
11.11.2025, 00:56  ✶  

Geraldine spróbowała załatwić to siłą. Nie udało jej się. Cóż, szkoda. To była jedyna metoda, która przyszła jej na myśl. Pierdolnięcie w przyciski nie przyniosło żadnego efektu. Rozczarowana jedynie głośno westchnęła. Naprawdę nie chciała tutaj być, zależało jej na tym, by jak najszybciej znaleźli się na zewnątrz i co? I gówno. Utknęli w windzie, która nie chciała się ruszyć. Została zawieszona między piętrami.

Czy ktoś w ogóle to zauważył? Czy mogli liczyć na czyjąś pomoc, ile jeszcze mieli tu siedzieć? Tak wiele pytań, żadnych odpowiedzi, ba nie zapowiadało się nawet, że zbyt szybko je dostaną. Miała wrażenie, że czas płynął bardzo powoli. Nie znosiła zamkniętych pomieszczeń, czuła się w nich przytłoczona, tylko co z tego? Nie mogli stąd wyjść, nie było drogi powrotnej, ani w jedną, ani w drugą stronę. Co za posrany dzień.

Światło zaczęło mrygać. No, tylko tego im brakowało. Czy naprawdę mieli tutaj umrzeć, to miał być ich koniec. Przymknęła na moment oczy, nie do końca wiedziała, co innego mogła zrobić. Jak ta winda jebnie o ziemię, to będzie po nich, uderzą w podłogę, co najwyżej zostanie z nich czerwona plama do starcia... naprawdę nie chciała, żeby tak skończyła się ich podróż. To miał być spokojny dzień, mieli załatwić sprawy niecierpiące zwłoki, by mieć święty spokój, to jednak nie mogło być zbyt proste.

Winda ruszyła w dół, Geraldine mocniej złapała się drążka, nie sądziła jednak, aby miało jej to w czymkolwiek pomóc. Ambroise wydał z siebie dziwny dźwięk, czyżby pogodził się ze śmiercią? Nie, na pewno nie, nie mieli dzisiaj umrzeć. Przymknięte oczy zostały zamknięte na dłużej, nie chciała na to patrzeć, zwłaszcza, że czuła, że spadają, żołądek zaczął podchodzić jej do gardła. Znowu była bliska zwymiotowaniu, ale wtedy winda zaczęła zwalniać.

Zatrzymała się w końcu, rozległ się dźwięk świadczący o tym, że zaraz otworzą się drzwi, jakby nigdy nic, jakby nie przeżyli tej dziwnej sytuacji, jakby wszystko było w porządku. - Ja pierdole, spierdalamy stąd. - Powiedziała łapiąc swojego męża za rękę, nim drzwi windy się otworzyły. Gdy tylko to się stało pociągnęła Ambroise'a za drzwi windy, a później ministerstwa, chciała stąd jak najszybciej uciec.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (1924), Geraldine Greengrass-Yaxley (1615)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa