Tak czy inaczej, jeśli jeszcze kilka chwil wcześniej narzekał na cytrynowo-chemiczny smród środków do czyszczenia powierzchni w gmachu brytyjskiego Ministerstwa Magii, które drażniły jego nos jakoś bardziej niż środki do dezynfekcji używane w szpitalu. Teraz zdecydowanie nie miał już tego problemu. Wszystkie, dosłownie wszystkie nuty zapachowe zastąpiło to, co jednocześnie nieodmiennie kojarzyło mu się z kocią karmą stojącą przez cały dzień w miseczce Lili. Nie bez powodu zaczął dawać jej głównie mięso, nie mógł znieść tego smrodu.
A teraz był wszędzie. Wdarł się w jego nozdrza, zawisł we włosach, osadził się w strukturze płaszcza i na spodniej części podszewki, przesiąkły nim jego spodnie i koszula. Posłał spojrzenie w kierunku Geraldine, starając się wyczytać z wyrazu jej twarzy, czy także usiłowała wstrzymywać oddech, gdy zamknęli za sobą drzwi i szybkim krokiem zaczęli oddalać się od magicznego urzędu stanu cywilnego. Być może była to kwestia światła, może jego własnego spojrzenia na rzeczywistość, ale odnosił nieodparte wrażenie, że żona pozieleniała równie mocno, co i on musiał. Nie wątpił bowiem, że było to też widać na jego własnej twarzy.
Tyle tylko, że on nie był w ciąży. Nie miał porannych mdłości, nie był bardziej niż zwykle wyczulony na bodźce zewnętrzne. Te dobre i te... ...właśnie...
...niekoniecznie.
Miał mocną tolerancję na obrzydliwe zapachy, potrafił wiele wytrzymać z uwagi na pracę na bardzo specyficznym oddziale, a więc jeśli coś go ruszało...
...kurwa, miał wrażenie, że zaraz będzie rzygać.
Empatia. To na pewno była empatia.
- Winda? - Rzucił na półwydechu, marząc o wyjściu na zewnątrz, zaczerpnięciu względnie świeżego powietrza i powrocie do domu, żeby wziąć długi, naprawdę dokładny prysznic.
Dawno nie czuł, żeby tak bardzo jebał.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down