• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence

[13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
13.11.2025, 18:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 00:53 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Chatka nad jeziorem z zewnątrz wyglądała, jakby nie miała przeżyć jeszcze jednego, co dopiero kilku sezonów, ale w środku była zadbana bardziej, niż się spodziewałem. Drewniane ściany nadal miały swój kolor, stół w kącie był czysty, a półki pełne naczyń i starych książek sprawiały wrażenie, że ktoś dbał tu o porządek, mimo odosobnienia i wrażenia porzucenia. Poniekąd mogłem się tego spodziewać - przyzwyczajeń nie dało się tak łatwo wykrzewić, a to wciąż był teren posiadłości, wiadomo, że nic nie mogło tu być porzucone i szpetne. Za potrójną szybą okna jesienny wiatr szarpał liśćmi i trzaskał gałęziami, przez szczeliny, przynosząc do wnętrza zapach wilgotnych liści, mokrego drewna i chłodu, który uderzał w szyby z siłą przypominającą nadejście huraganu. Koniec lata taki był - pogoda zmieniała się, jak w kalejdoskopie, więc prawdopodobnie mieliśmy szczęście, zostając tutaj, zamiast wracać przez las.
Było już chyba bardzo późno, kiedy wreszcie przestałem się trząść jak idiota. Trzy koce, jeden na drugim, grube, zakurzone, ale o dziwo - nie śmierdziały stęchlizną, więc na pewno ktoś musiał tu zaglądać. Jesień pachniała zimną wodą i liśćmi, ale wewnątrz było sucho, przyjemnie, prawie swojsko. Czułem, jak moje całe ciało powoli poddawało się ciepłu, które wnikało we mnie od kominka, rozpalonego przy pomocy prostego zaklęcia. Zimno ustępowało, chociaż wciąż jeszcze częściowo pozostawało pod moją skórą, w mięśniach, które jeszcze niedawno kurczyły się z chłodu i stresu. Ledwo wystawiałem noc spod okrycia, przysunięty do ognia, który trzaskał w jednoizbowym pomieszczeniu. Drżenie ustępowało powoli, a oddech stawał się równy i spokojny, wreszcie pozwalając ciału wrócić do normy, a mózgowi zająć się czymś innym niż przetrwanie - to była ulga, prawdziwe odetchnięcie po chaosie i lodzie, który wdarł się do moich żył. Zacząłem czuć się lepiej - nie na tyle, by biegać po lesie, ale przynajmniej czułem, że nie umrę z hipotermii po walce z tymi piekielnymi druzgotkami. Dłonie mi drżały, mięśnie bolały, a w płucach wciąż miałem resztki lodowatego powietrza, oparłem się o stary, ale stabilny fotel, wciągając głębiej powietrze i wystawiłem głowę spod kocy. Przez chwilę siedziałem tak, półprzytomny, półprzytomnie zadowolony, aż mój wzrok odnalazł ją. Prudence.
- Powinnaś zdjąś s siebie chociasz połowę tego. - Rzuciłem chrapliwie, kiwając głową na jej ubrania, przemoczone z mojej winy, głos wciąż miałem ochrypły po lodowatej wodzie. - Wiesz… Nie wysuszą się na tobie.
Jej ubrania przylegały do ciała, lekko wilgotne, a ja czułem, jakby coś we mnie w środku drżało, nie do końca chcąc, a jednocześnie pragnąc, by pochyliła się nade mną, choćby na moment, pozbywając się warstwy po warstwie.
- Nie powiem, sze nie kusi, ale… Obiecuję nie zachowaś się, jak nastolatek. - Mruknąłem, podnosząc jednocześnie ręce w geście kapitulacji. Mimo to, w moim głosie pojawił się nieco figlarny ton, taki, jakim kiedyś posługiwał się ten chłopak z Hogwartu, który nieustannie ją zaczepiał. - To czysta tloska. - Powiedziałem, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, starając się wyłapać najmniejszy sygnał reakcji. - Nie mówię jusz nawet o tym, sze czuję się tlochę… Zlobiony w konia. - Dodałem, wyraźnie ironicznie, pozwalając, by te słowa wybrzmiały ponad trzaskiem drewna w kominku. Niezależnie od tego, że być może dla innych byłoby to śmieszne albo absurdalne, dla mnie to było lekkie rozczarowanie, nie tyle co zawód, co poczucie niewykorzystanej okazji. Przecież wyobrażałem sobie, że bycie z czarnoksiężnicą, raczej świadomą tego, że w moim własnym zawodzie rzadko kiedy zdarzali się spokojni, powściągliwi ludzie, mogłoby sugerować… Cóż, zbereźne rytuały, dużo akcesoriów, sporo oprawy, a my mielibyśmy grać w te gry bez żadnych hamulców. A tymczasem, trochę teatralnie żałowałem, że nie będziemy bezbożnie korzystać z sytuacji. No, cóż. - Tyle lat stalań, końskich zalotów, zawlacania ci głowy… A telas? Plofilaktyczny celibat. W dodatku z tloski o moje szycie. - Zawiesiłem głos, przekrzywiając głowę z udawaną powagą. - To się nazywa dopielo oklutna ilonia losu. Naplawdę tak nas potlaktujesz? - Wiedziałem, że to nie jest wymuszenie, ani nawet prowokacja, raczej wyraz bezsilności wobec własnej fizycznej reakcji. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, całe lata poświęcone na to, by zwrócić na siebie jej uwagę, drobne zaloty, nawet jeśli nieudane - czasem łamałem własne zasady, robiłem rzeczy, których się wstydziłem, sięgałem po podstępne gesty, wszystko po to, żeby choć na chwilę zobaczyć, że zwraca na mnie uwagę, choćby trochę na nią działam… I teraz, kiedy w końcu zostaliśmy parą, Prudence zamierzała wprowadzić surowy celibat? - Pewnie, długowieczność to świetna nagloda, ale zawsze myślałem, że czalnoksiężnice mają… Jakby to ująś… Balsiej kleatywnw podejście do magii. Duszo akcesoliów, kadzidła, półmlok, szkalłatne wstęgi… - Odwróciłem się, chcąc udawać, że patrzę na coś w oddali, a jednocześnie wyraźnie liczyłem, że złapie sens mojego tonu - zaczepkę, prowokację, kontynuację, tym razem bardziej świadomą, naszej rozmowy. Zanim zdążyła odpowiedzieć, oparłem się z powrotem w fotelu, wyciągnąłem nogi ku ogniowi i zamknąłem oczy. Nie zrobiłbym nic wbrew jej woli, nawet jeśli instynktownie reagowałem na każdy jej dotyk, chociaż teraz, przez chwilę, całkiem świadomie starałem się nie pozwolić, by postanowiła przyjrzeć się bliżej śladom po mojej nieostrożności w jeziorze. Byłem tylko człowiekiem i w tej świadomości tkwiła cała moja ograniczona siła samokontroli.
- Nie zlozum mnie źle… - Mruknąłem jeszcze, półgłosem,ekko bezczelnie, bo przecież tak było zawsze - ona wprowadzała zasady, ja próbowałem znaleźć ich granice. - Ale jak dla mnie, czalnoksięstwo bez odlobiny niepszyzwoitości tlaci cały sens.
Ogień trzaskał, wiatr jęczał w kominie, a ja czułem, jak ciepło coraz bardziej rozlewało się po ciele. Czułem się żywy, wreszcie, i jeśli miałem długo pożyć dzięki temu, że Prudence nie zamierzała mnie „wykończyć w łóżku”, to pewnie rzeczywiście miałem szczęście. Choć, Merlinie, co to była za cena.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
13.11.2025, 18:15  ✶  
Słyszysz go. Słyszysz kroki czarnoksiężnika, który znajduje się tak blisko. Czujesz smród zgnilizny jego duszy. To omamy? Przez moment tak sobie wmawiasz, bo to lżejsze niż pogodzić się z prawdą, że być może jakaś część Niego będzie w tobie już na zawsze.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
13.11.2025, 23:13  ✶  

Niekoniecznie była przekonana co do wizyty w chatce, która wyglądała raczej zastanawiająco. Zgodziła się tam pójść, obawiała się jednak tego, że i w niej mogą się czaić jakieś potwory. Wyglądała bowiem na opuszczoną, nie mogli mieć pewności, że jakieś stworzenia nie postanowiły tam zamieszkać. Do wizyty w tym miejscu podeszła więc z typową dla siebie dozą ostrożności. Zdawała sobie sprawę z tego, że na ten moment nie mieli lepszego rozwiązania. Benjy musiał nieco odetchnąć, ogrzać się, nie mogli ruszyć w drogę, nie kiedy znajdował się w takim stanie. To był jedyny argument, który przemawiał za tym, aby weszli do środka, no i może wiatr, który przybrał na sile, pogoda się zmieniała, nie powinni więc wyruszać z powrotem, gdy silniejsza część ich duetu akurat musiała się trochę pozbierać, bo mogłoby się to zakończyć jeszcze gorzej.

Miejsce jednak okazało się nie być tak straszne jak jej się wydawało na pierwszy rzut oka, w środku było całkiem przytulnie, jak na chatkę, która miała być opuszczona. Ktoś o nią dbał, mimo, że sam nie bywał tutaj zbyt często. Czekała na przybyszów, może więc dobrze, że tutaj trafili, przynajmniej nie została zupełnie zapomniana.

Obserwowała Benjy'ego kątem oka, nie ciągle, rzucała w jego kierunku pojedyncze spojrzenia, aby kontrolować sytuację. Musiała się upewnić, że jakoś się trzymał. Nie miała jeszcze szansy spojrzeć na jego nogi, co nieco ją irytowało, bo nie lubiła siedzieć bezczynnie, jednak ogrzanie organizmu w tej chwili było dużo bardziej istotne. Oczywiście, że zamierzała wrócić do drugiego problemu, czekała tylko na odpowiedni moment.

Fenwick powoli nabierał kolorów, ciepło bijące od kominka i koce, w które się utulił przynosiły oczekiwany efekt. To dobrze, może nawet uda mu się uniknąć jakichś większych konsekwencji zdrowotnych, wiedziała, jak mogło się to skończyć, zapalenie płuc wcale nie było takie przyjemne, a nie przygotowała się jakoś specjalnie do tej wyprawy, nie miała pod ręką eliksirów które mogłaby mu podać na wzmocnienie, czego okropnie żałowała, podeszła do tematu bezmyślnie, na pewno więcej nie powtórzy tego błędu, raczej się na nich uczyła, by nie doprowadzać kolejny raz do podobnych sytuacji.

Uniosła wzrok tym razem wcale nie tak dyskretnie i wbiła w niego swoje spojrzenie. Wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę. - Widzę, że zależy Ci na tym, żebym pozbyła się ubrań. - Może faktycznie martwiło go to, że nieco zmokła podczas tego epizodu, który wydarzył się na plaży, jednak nie wydawało jej się, aby chodziło tylko i wyłącznie o to. Siedziała zresztą na tyle blisko kominka, że nie czuła nawet chłodu mokrych ubrań, nie miały szybko wyschnąć, nie w ten sposób, ale przynajmniej nie było nieprzyjemnie.

- Jesteś pewien, że potrafisz dotrzymać tej obietnicy? - Nie powinna może podważać jego słów, ale nie dało się inaczej. Na pewno potrafił się kontrolować, prawda? Mimo tego rozczarowania o którym wspomniał. Los nie był dzisiaj ich sprzymierzeńcem, ten wieczór mógł się zakończyć zupełnie inaczej, tak właściwie nadal było wiele możliwości.

- Reklamacje powinieneś złożyć do druzgotków? - To chyba one były odpowiedzialne za to, że ten wieczór przebiegł w ten, a nie w inny sposób. Nie było w tym jej winy, już niedługo pewnie będą się z tego śmiać, jednak jeszcze kilkanaście minut temu wcale nie było im tak do śmiechu.

- Sam to na siebie ściągnąłeś, wiesz, że traktuję bardzo, ale to bardzo poważnie takie gwarancje. - Były to wielkie słowa, użyte może zupełnie niefortunnie, ale zamierzała się przez nie nad nim trochę poznęcać, bo ociupinę, jak za starych czasów. Wykorzystała kartę, którą włożył jej do ręki.

- Oczywiście doceniam starania, były naprawdę imponujące, nie da się ukryć, że wzbudzały wiele emocji. - Lata starań, lata doprowadzania jej do szału, nie zliczyła ile razy miała ochotę wydrapać mu oczy, ale nie tylko, pod tym gniewem kryło się coś więcej, co mogło się skończyć w zupełnie inny sposób, gdyby tylko wtedy sobie na to pozwolili, od zawsze było między nimi napięcie, które musiało w końcu wybuchnąć.

- Wiesz, trzeba bardzo skrupulatnie wybierać priorytety. - Wzruszyła jeszcze ramionami, jakby to była najbardziej oczywista oczywistość. Skoro nie miał dać się zabić... zanim w końcu nie przekroczą kolejnej granicy, to mogła wziąć na siebie tę odpowiedzialność i pilnować, aby się to nie stało. Przynajmniej próbowała udawać, że tak jest. Gdyby znajdowała się nieco bliżej, poczuła na szyi jego oddech, czy dłonie sunące po jej ciele zapewne szybko zmieniłaby zdanie, ale póki co znajdowała się w na tyle bezpiecznej odległości, że nie musiała się tym martwić.

- Kadzidła, świece, rytualne sztylety, maski, można by wymieniać bez końca. - Tak naprawdę była niemalże pewna, że miał okazję z jakąś poznać się bliżej, nie, żeby ją to specjalnie ruszało. - Widzę, że masz już w tym pewne doświadczenie. - Nie chodziło tylko o to na co się napatrzył podczas swoich podróży, nie mogła powstrzymać się przed tym drobnym uszczypnięciem.

- Nie da się ukryć, że magia z której korzystają czarnoksiężnice jest bardzo interesująca, mało kto jest sobie w stanie z nią poradzić. - Już dawno przestali rozmawiać o magii prawda? Przyglądała mu się uważnie, nie odrywała wzroku nawet na chwilę od jego oczu.

- Masz rację, zgadzam się z tym co mówisz, może nawet nieco więcej niż odrobinę, w końcu coś musi wyróżniać czarnoksiężników na tle wszystkich innych, nie bez powodu niektórzy uważają ich za zło wcielone, degeneratów, prawda? A tak naprawdę robią po prostu to, co inni by chcieli, ale się boją, przekraczają granice, dzięki czemu mogą wznosić się wyżej, czuć więcej. - Była to cała prawda, przynajmniej zdaniem Prudence, która może nie wyglądała jak typowa czarnoksiężnica, co nie zmieniało faktu, że nią była.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
14.11.2025, 00:47  ✶  
Zacisnąłem język za zębami, walcząc z uśmiechem, który próbował mi się wymknąć. Naturalnie, że zależało - nie umiałem nawet udawać, że jest inaczej. Wpatrywałem się w nią spod przymrużonych powiek, słuchając tego wszystkiego, co mi serwowała z tą swoją absolutnie niewinną miną, która nigdy w życiu nie zwiastowała niczego niewinnego. Ogień trzaskał, ciepło powoli wracało do palców, a ja… Cóż, jeśli wcześniej byłem na granicy, to teraz już wyraźnie czułem, jak coś we mnie drgało, niepokorne, znajome, całkiem ludzkie. Spojrzałem na nią, unosząc brew, i poczułem, jak powietrze w pokoju nagle staje się gęstsze, chociaż kominek szumiał i trzeszczał w tle, a wiatr jęczał w starym kominie.
- Zaleszy mi na tym, szebyś nie siedziała w moklych walstwach, bo za godzinę pszestaniesz byś seksowna, a zaczniesz kaszleś, jak staly gluślik. - Mruknąłem, chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, że to tylko połowa prawdy. Podniosłem brew. - Dbam o ciebie, a jeśli przy okazji mam mieś ładny widok, to chyba nie zblodnia. Zlesztą, mogę ci to łatwo udowodniś, powiedz tylko słowo. - Nie odwróciłem wzroku, nawet na moment. Słyszałem w jej głosie tę prowokację, miękką, niby przypadkową, ale wyjątkowo precyzyjną. Prudence nigdy nie robiła niczego bez świadomości skutków, nawet jeśli udawała, że to tylko niewinny komentarz. - Potlafię dotszymaś obietnicy. - Odparłem, nieco zbyt spokojnie, nieco zbyt poważnie. Przesunąłem dłonią po karku, udając, że poprawiam się w fotelu, chociaż w rzeczywistości próbowałem wrócić do jakiegokolwiek stanu równowagi. - Mimo sze niektóle s nich są ewidentnie nastawione na moją kszywdę. - Kąciki ust uniosły mi się wolno, prawie niedostrzegalnie - oczywiście, że przyszła pora na druzgotki. Oczywiście, nie był to żaden plan - nie wywabiłem jej nad jezioro, żeby skończyć razem przed kominkiem, ja osłabiony, a ona w wilgotnych ubraniach, ale nie mogłem zaprzeczyć, że gdyby los był ciut bardziej uprzejmy, wszystko potoczyłoby się inaczej. Przesunąłem dłonią po kocu, poprawiając go, żeby przykrył mnie lepiej.
- Och, oczywiście, że im ją złoszę. - W teorii żart, w praktyce miałem bardzo konkretne wyobrażenia na temat tego, jak wymierzyć im sprawiedliwość. Zerknąłem na nią uważniej, gdy przypomniała mi o „gwarancjach” - Merlinie, jak ona potrafiła to wykorzystać - uniosłem brew, powoli, teatralnie, tak jak robiłem to, gdy miałem siedemnaście lat i bardzo chciałem, żeby to zauważyła. Oparłem głowę z powrotem o fotel, czując, jak ciepło rozlewa się po ciele. Mimo zmęczenia głos miałem już bardziej stabilny, niż kilkanaście minut wcześniej.
- Widzisz, Plue. - Mruknąłem, a uśmiech stawał się coraz bardziej prowokujący. - Pludence… - Poprawiłem się chrapliwie, przeciągając słowo, jakby wina leżała w moim akcentowaniu, a nie w tym, że miałem w głowie najgorsze możliwe myśli. - To imię do ciebie nie pasuje. Nigdy nie pasowało. Mnie nie oszukasz, bo wiesz, sze ja wiem. - Odchyliłem się w fotelu, unosząc nogi ku ogniowi, i pozwoliłem, by w moim głosie pojawił się figlarny ton, tak charakterystyczny dla mnie, gdy naprawdę byłem sobą, a nie przykładałem zbyt wielkiej uwagi do konwenansów. - Gdybyśmy wtedy dali sobie szansę… - Przerwałem, pozwalając, by uśmiech lekko się rozciągnął. Chciałem, żeby poczuła, że jestem świadomy wszystkiego, co kryło się za jej pozornym chłodem. - Powiedzmy, sze pewnie całkiem zgrabnie koszystalibyśmy s pszywilejów pani plefekt naczelnej. Szkoda. - Nie chciałem, żeby brzmiało jak żart, było w tym coś więcej - świadomość czasu, który straciliśmy, i tego, że wciąż mogliśmy grać w tę grę, tylko… Na innych zasadach.
Wsunąłem dłonie głębiej pod koc, udając, że już niemal zdrzemnąłem się przy ogniu, ale jej słowa trafiły we mnie wyjątkowo celnie. Uniosłem powiekę, tylko jedną, powoli, z tym całym udawanym spokojem, który w praktyce niewiele miał wspólnego z tym, co działo się w środku.
- Widzę, sze wiesz, na czym polega cała zabawa. - Rzuciłem, unosząc brew i kierując wzrok na wilgotną odzież, którą jeszcze trzymała na sobie. Mój wzrok zatrzymał się na jej dłoniach, szyi, na drobnych szczegółach, które zdradzały więcej niż słowa. Nie było w tym ani grama pruderyjności, żadnej skrępowanej powściągliwości. Byliśmy tylko my i cała przestrzeń między nami, pełna możliwości, które, jeśli zechcemy, wciąż możemy eksplorować. - Chociasz, szczesze mówiąc, nie wiem, skąd wzięło się twoje załoszenie o moim doświadczeniu. - Roześmiałem się cicho, bezgłośnie, a moje spojrzenie powędrowało po jej twarzy. Przeniosłem wzrok na jej oczy, które wydawały się tak spokojne, a jednak pełne niedopowiedzianych rzeczy. - Fakt, mało kto wie, sze to nie jest tylko kwestia akcesoliów. To magia, lytuały, te wszystkie dlobne gesty, któle dla większości ludzi byłyby niezlozumiałe… - Powiedziałem z lekkością, unosząc brew. - Wiesz, jakie znaczenie ma kaszdy detal, kaszde pociągnięcie łańcuszka, kaszdy klótki gest palcem, nawet sposób, w jaki kogucie pióla poluszają się pszy luchu lęki… A potem ta siła, enelgia momentu. Jak tu nie zlozumieś czalnoksięstwa? - Cisza rozciągnęła się na chwilę, a ja tylko patrzyłem, czekając, aż jej spojrzenie spotka moje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
14.11.2025, 15:05  ✶  

- Jak zawsze potrafisz odwrócić kota ogonem. - Oczywiście, że przede wszystkim się o nią troszczył, to był jego główny argument, tak właściwie to nawet miał sens. Tak, na pewno, nie, żeby to negowała tak do końca, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że w tym wypadku akurat niedopuszczenie do ewentualnego przeziębienia było raczej na drugim miejscu na liście priorytetów. Na szczycie znajdowało się coś innego.

- Żadna zbrodnia, prawda, raczej drobna korzyść, zresztą po tym co przeszedłeś przed chwilą należy Ci się coś miłego na pocieszenie, czy coś. - Prawie utopił się w tym jeziorze, chyba mogłaby więc nieco mu to wynagrodzić, to nie mogło być jednak takie proste, czerpała przyjemność z tych niedopowiedzeń, rzucania w siebie drobnymi zaczepkami, w końcu musiały doprowadzić do czegoś konkretnego, jednak cierpliwość była naprawdę bardzo niedocenianą cnotą. Dobrze by było nieco nad nią popracować.

- Słowo. - Uniosła głowę, rzuciła mu wyzwanie, na jej twarzy malował się uśmiech. Tak naprawdę nie potrzebowała, żeby nic jej udowadniał, jednak po raz kolejny sam prosił się o to, żeby to zrobiła. Była ciekawa, co on na to, chciała go sprawdzić, bo mogła, bo sam tego chciał, nie miała zamiaru do przed tym powstrzymywać.

- Wiem, że potrafisz, zastanawiam się jednak, czy każdej. - Obietnica przecież obietnicy nie równa, ta mogła być uznana za zupełnie niepotrzebną, tak właściwie to chętnie przeprowadziłaby pewien eksperyment, ale mieli jeszcze czas, noc była całkiem młoda.

- Powinieneś więc wybierać takie obietnice, które Cię nie skrzywdzą. - Całkiem prosta rada, prawda? Pojawił się problem, trzeba było znaleźć na niego jakieś rozwiązanie. - Wiesz, wtedy byłoby prościej. - No i nie musiałby się męczyć, by ich dotrzymywać.

- Powątpiewam w to, czy to przeżyją. - Nie, żeby jakoś szczególnie ją to martwiło, w końcu były bliskie utopienia jej chłopaka, należało im pokazać, że popełniły błąd, przynajmniej będą mieli pewność, że to się więcej nie powtórzy. Nie, żeby miała zamiar wejść do tego jeziora... po tym, co dzisiaj widziała ten pomysł wolała odsunąć w czasie, no i może skorzystać z innego miejsca do jego realizacji. Na pewno jeszcze znajdą się bardziej sprzyjające okoliczności.

- Tutaj może być gorzej, jeśli chodzi o niepasujące imię, to powinieneś złożyć reklamację do moich rodziców, a podejrzewam, że Twoje argumenty mogą nie przemawiać za jej pozytywnym rozpatrzeniem. - Imiona mogły nieść ze sobą większe znaczenie, w tym przypadku to jej nie było do końca trafione, chociaż z drugiej strony tworzyło wcale nie najgorszą zasłonę. Pasowały do tego, co starała się sobą reprezentować, do maski, którą zazwyczaj zakładała, kiedy ją ściągała można było wyczuć pewien zgrzyt.

- Tego się już nigdy nie dowiemy. - Nie wątpiła w to, że mogło tak się zdarzyć, jednak nie było im tego dane sprawdzić, wolała jednak nie wracać do tamtych lat, bo docierało do niej, że sporo ją ominęło, ich ominęło. Naprawdę szkoda, na szczęście wszystko można było nadrobić. No, przynajmniej po części.

- To nie jest zabawa Benjy, to bardzo poważne rytuały, trzeba do nich podchodzić z odpowiednim szacunkiem. - Nawet na moment nie opuszczała spojrzenia, wpatrywała się w mężczyznę z ogromną ciekawością, nie miała pojęcia dokąd zaprowadzi ich ta rozmowa i to było w tym najlepsze, wiedziała, że byli bliscy przekroczenia granic, bo pojawiło się między nimi przyciąganie, które nie miało nic wspólnego z logiką. Zresztą istniało od tak dawna, że trudno było z tym walczyć.

- Wydaje mi się, że jeśli posiadasz taką bogatą wiedzę teoretyczną, to musiałeś liznąć nieco praktyki. - Całkiem łatwo przyszło jej to założenie, może niepotrzebnie, jednak nie wydawało jej się, iż nie miała racji. Pewnie i tak nigdy się nie dowie, chociaż, jeśli posiadał takie doświadczenie, to na pewno nie będzie miał problemu z tym, aby się nim podzielić.

- Nie wszyscy chcą pozwolić sobie na zrozumienie, to również potrzebuje czasu, zaangażowania, odpowiedniego podejścia. - Jak wszystko inne.  - Nie może być potraktowane po macoszemu, wtedy dopiero można docenić w pełni te doznania, magia jest naprawdę potężna, tylko trzeba jej się odpowiednio poświęcić. Zresztą wiele zależy też od odpowiednio zaangażowanego towarzystwa, wiesz, z odpowiednim partnerem w zbrodni można zdziałać cuda. -  Nie uciekała spojrzeniem, wręcz przeciwnie, zauważyła, że na nią patrzy więc uniosła głowę i wpatrywała się w jego oczy nie mrugając przy tym ani razu, oczy mogły też ją zdradzić, bo w nich było widać wszystko, czego nie mówiła w głos, starała się bowiem pokazać, że wcale jej ta rozmowa nie rusza, choć było zupełnie inaczej. Nie dało się wyczuć, że atmosfera robiła się coraz gęstsza.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
14.11.2025, 19:33  ✶  
Wiedziałem, że robiła to celowo - ten ton, ta drobna złośliwość skrywana pod słodkim uśmiechem, to przeciąganie struny, które w jej wykonaniu zawsze balansowało na granicy niewinnej zabawy i czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego. Zmieniła się, w przeciągu tych kilku chwil, jej oczy były ciemniejsze, moje pewnie też. Kiedy powiedziała, że odwracam kota ogonem, uniosłem brew, tak lekko, że trudno było odczytać, czy to kpina, czy rozbawienie, przynajmniej, dopóki nie zaśmiałem się krótko, chropawo - nic dziwnego - śmiech musiał się przecisnąć przez podrażnione gardło, w którym nadal trzymała się pozostałość po lodowatej wodzie. Opierałem się o oparcie kanapy, otulony trzema kocami, nagrzany jak kamień w kominku, chociaż jeszcze przed chwilą trząsłem się jak idiota.
- Intelesuję się ogonem tylko wtedy, kiedy ktoś pszede mną nim macha. - Mruknąłem z tym półuśmiechem, który ukrywał bardziej instynktowną reakcję. Jasne, że potrafiłem odwrócić kota ogonem - robiłem to całe życie i byłem w tym nieznośnie dobry, ale nie zamierzałem udawać, że jej słowa nie trafiały w punkt. - A ty machasz nim od doblego kwadlansa. - Nie dodałem, że myśl o niej stojącej tak blisko, z mokrą tkaniną przylegającą do skóry, była czymś, co sprawiało, że granica mojej cierpliwości stawała się coraz cieńsza - gdyby została w tych ubraniach, wcale nie byłoby mi łatwiej wytrzymać, niż wtedy, gdyby je z siebie zdjęła i otuliła się kocem. Miała rację - troszczyłem się o nią, ale nie zamierzałem udawać, że to jedyny powód.
- Wiesz co… - Mruknąłem nisko, powstrzymując chęć wywrócenia oczami, ale w końcu „słowo” się rzekło. - Moses wziąś moją suchą koszulę. Tę, któlą sama tu pszyniosłaś… Leszy lasem s lesztą moich szeszy, tych, któle dziś miałem na sobie. Pszebiesz się w łazience, zanim się pszeziębisz. - Mój ton brzmiał niewinnie, ale oboje wiedzieliśmy, że niewinności zostało między nami może na pół oddechu. Wskazałem brodą na stosik rzeczy, które sama przyniosła - moje ciuchy zdjęte na pomoście, zanim poszedłem walczyć z jeziorem. - Nie maltw się. - Dodałem, tonem niby lekkim, chociaż prawda była cięższa. - Nie zwykłem przedwcześnie zlywaś układów, tylko dlatego, sze zaczynają się lobiś skomplikowane. Zwłaszcza takich, któle mają mnie podobno… Ocaliś. - Obietnice, które można złamać albo których można dotrzymać, hm, zasugerowała, że powinienem wybierać te, które mnie nie skrzywdzą, jakby już nie wiedziała, że przez wiele lat pchałem się prosto w ogień. Rzuciła mi rękawicę, świadomie, i obserwowała, czy się po nią pochylę, wciągała mnie w tę grę jak nikt inny, a ja byłem idiotą, bo zawsze brałem udział.
- Masz lację. Powinienem wybielaś takie obietnice, któle mnie nie skszywdzą. - Uśmiechnąłem się krótko. Jej rada o obietnicach szczególnie mnie rozbawiła, bo brzmiała jak coś, czego nigdy bym nie zrobił. - Ale to właśnie te inne mają najwięcej smaku. - Gdyby w tej chwili dotknęła wnętrza mojego nadgarstka, poczułaby przyspieszone tętno, nie zamierzałem jednak ułatwiać jej tego odczytu. Sama wiedziała, jak szybko atmosfera między nami gęstniała, jak łatwo było mi poddać się temu, co od lat wisiało w powietrzu - zawsze byliśmy zawieszeni gdzieś między chłodem a wybuchem, między dystansem a czymś znacznie ciemniejszym.
- Nie mam najmniejszego ploblemu s tym, szeby wlóciś tam i powybijaś te gówno. - Rzuciłem bez potrzeby obijania w bawełnę. Może nie dziś, może nie jutro, ale któregoś wieczoru z przyjemnością zanurzę je w tym samym strachu, który poczułem, kiedy ciągnęły mnie pod wodę - każda decyzja ma swoje konsekwencje, one spróbowały na mnie zapolować, reszta była jasna. Przesunąłem dłonią po karku, czując jeszcze tamten chłód. - Wytłukę je jedno po drugim. Powoli. - Wypowiedziałem to tonem równie lekkim, jak gdyby chodziło o wyrywanie chwastów. Nie było w tym bramy do moralnego dylematu, nie miałem z tym żadnego problemu - one próbowały mnie zabić, ja też spróbuję, tylko skuteczniej - proste równanie. Nie zamierzałem się z tym kryć, zwłaszcza nie przed Prudence, która raczej powinna być w stanie zrozumieć moje myślenie.
To imię faktycznie mogło być zasłoną, ale jej maska i tak nie miała przede mną żadnej wartości. Nie dlatego, że przez nią przenikałem - po prostu nigdy nie próbowała jej trzymać w moim towarzystwie szczególnie mocno. Lubiłem to - lubiłem te wszystkie drobne niekonsekwencje, które robiły z niej kogoś o wiele bardziej interesującego niż ktokolwiek inny.
- Leklamacja do twoich lodziców… Tak, to na pewno pszyniosłoby genialny efekt. - Powiedziałem z takim tonem, który zdradzał, że w mojej głowie przeszła właśnie cała absurdalna wizja tego zdarzenia. - Podejszewam, sze papa Bletchley wyrzuciłby mnie za dszwi, zanim zdąszyłbym powiedzieś „dzień dobry”, zawsze mnie nie tlawił. Zwłaszcza po tamtej akcji. - Wzruszyłem ramionami, nawet nie próbując tego ukrywać. Nie byłem święty, nawet nie próbowałem tak wyglądać. Owszem, troszczyłem się o nią, chociaż nie zawsze umiejętnie, ale to zawsze była tylko połowa prawdy - cała reszta to były moje własne pragnienia, moje słabości, moje impulsy, których nigdy nie próbowałem ubierać w eleganckie uzasadnienia. Nie miałem w sobie tej cnotliwej potrzeby udawania, że jestem kimś lepszym. W życiu wychodziło mi tylko jedno - brać to, co życie akurat rzucało mi pod nogi, a jeśli nie rzucało, to pchać rękę po to samodzielnie.
Było w niej coś, czego nie dało się przecenić - to, że rozumiała nasze niespełnione „co by było, gdyby” i nie próbowała udawać, że czas da się cofnąć.
- Nie dowiemy się. - Przyznałem. - Ale mosemy splawdziś, co da się jeszcze naplawiś. Albo zepsuś, jeśli będzie tszeba.
Noc naprawdę była młoda, a granica, której mieliśmy nie przekroczyć, wyglądała na tak cienką, że wystarczyłoby pochylić się odrobinę bardziej, by przestała istnieć. W końcu wszystko, do czego prowadziła ta rozmowa, miało w sobie smak czegoś, co i tak wymknie się spod kontroli - prędzej czy później, to już nie do końca była moja decyzja - prawda? Nie ja wymyśliłem ten cały celibat, nie ja nim sobie pogrywałem. Opadłem na oparcie fotela tak, jakby wreszcie dopadło mnie całe zmęczenie dnia, ale to nie miało nic wspólnego z druzgotkami ani z zimną wodą - to była ona, jej głos, zaczepny ton, spojrzenie, które nie drgnęło ani o milimetr, gdy mówiła o czarnej magii, rytuałach i partnerach w zbrodni. Zjechałem wzrokiem niżej, zatrzymałem go na mokrej, przylegającej do ciała tkaninie. Nie musiałem nic mówić - to było aż nazbyt oczywiste, dlaczego oddychałem ciężej i nie miało to nic wspólnego z gardłem, które jeszcze niedawno paliła lodowata woda. Kiedy wspomniała o poważnych rytuałach, zrobiła to takim tonem, jakby mówiła o czymś, co powinno budzić respekt, a mnie… Cóż, mnie zwykle bardziej bawiło.
- Powaszne lytuały? - Uniosłem brew. - Zazwyczaj kończyłem je w sposób, któly splawiał, sze nikt nie śmiał nazywaś ich jusz powasznymi, ale jeśli masz balsiej klasyczne podejście… - Przeciągnąłem wzrok po jej ustach. - Mogę się dostosowaś. Na chwilę.
Merlin świadkiem, że mówiła o czymś innym niż zaklęcia, i wiedziała, że wiem, jej spojrzenie wbijało mi się w oczy równo, bez mrugnięcia, jakby badała, jak blisko granicy już stoję.
- Plaktyka… - Zacząłem cicho, niskim, niepoprawnie chropowatym tonem, który brzmiał teraz bardziej jak obietnica niż wypowiedź. - Powiedziałbym laczej, sze teolia bes plaktyki jest jak… Zaklęcie szucone bes intencji. - Nie odwróciłem wzroku, ani na sekundę. - Liznąłem tego i owego. - Przesunąłem powoli językiem po wewnętrznej stronie dolnej wargi, zupełnie nieświadomie, chociaż wyglądało to inaczej. - Skolo coś ma być potęszne i ekscytujące, walto splawdziś, czy naplawdę smakuje tak, jak obiecują, wiesz. - Nie powinienem tak mówić, ale milczenie byłoby kłamstwem, a ja rzadko kłamałem w tych sprawach, byłem zbyt szczery we własnym upadku. Było w tym coś zwierzęcego, coś niestosownego, ale nie zamierzałem udawać potulnego baranka.
Jej oczy zmieniły się niepostrzeżenie - przed chwilą odbijały ogień z kominka, teraz wydawały się głębsze, ciemniejsze, jak studnie, w które człowiek wpadał z pełną świadomością, że nie będzie powrotu - to samo w sobie było sugestią, jedną z tych, których nie trzeba wypowiadać. Może właśnie dlatego pozwoliłem sobie na coś równie otwartego, jak kolejne przesunięcie wzrokiem po jej twarzy, niżej, jeszcze niżej, zatrzymując spojrzenie na miejscu, gdzie mokra tkanina wyjątkowo sugestywnie przylgnęła do jej ciała. Wymowne. Nie trzeba było słów. Czułem, jak mój oddech staje się cięższy, wcale nie przez tamten chłód jeziora, tylko przez to, jak blisko była, jak wyglądała, jak działała na mnie sama świadomość, że patrzy z tą samą nie mrugającą intensywnością, której nie dało się zignorować.
- Zlesztą, jeśli to takie powaszne, by odpowiednio dbaś o standaldy… To chyba powinnaś mi najpielw pokazaś, o jakim poziomie zaangaszowania mówimy. - Westchnąłem, udając, że próbuję przybrać poważny ton, ale kąciki ust i tak uniosły mi się w charakterystycznym, pół zaczepnym uśmiechu. Paradoksalnie - nie musiała mówić więcej - widziałem w jej oczach wszystko, co próbowała ukryć, i wszystko, czego wcale nie ukrywała. Atmosfera zgęstniała do tego stopnia, że kominek przestał mieć znaczenie. To, co było między nami - to grzało o wiele mocniej.
- Łazienka jest za jedynymi innymi dszwiami. - Mruknąłem ciszej, bardziej szorstko. - Idź. Zanim mi się odwidzi to całe bycie słownym. - Wyciągnąłem rękę, nie żeby ją dotknąć, tylko by zaznaczyć gest, kierunek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
15.11.2025, 00:07  ✶  

Oczywiście, że wszystko było przez nią bardzo przemyślane. Prue rzadko kiedy pozwalała sobie na zupełnie bezmyślne wyrzucanie z siebie słów, i wiedziała, że Benjy zdaje sobie z tego sprawę, to bawiło ją jeszcze bardziej. Na pewno już dawno wyczuł, że rozpoczęła tę dobrze im znaną grę. Teraz wypadało być czujnym, żeby nie dać się złapać w pułapkę, z drugiej strony przeczuwała, że akurat w tym rozdaniu mogą być sami wygrani, może przez to sprawiało jej to jeszcze większą przyjemność. Igrała z ogniem, ale sama również potrafiła poparzyć.

- Och, jasne to mój ogon, moja wina, postaram się go schować, tak, żeby nie prowokował. - Oczywiście, że zamierzała to zrobić... tylko raczej nie w tym momencie, na to było zdecydowanie zbyt późno, zwłaszcza, że widziała jego reakcję, to zachęcało ją do ciągnięcia tematu, a może nawet większego zagłębiania się w niego. Męczył się, a ona czerpała z tego powodu jakąś dziwną satysfakcję, nawet jeśli sama też musiała trochę mocniej nad sobą panować, bo robiło się zbyt gęsto.

Przeniosła wzrok na stos jego ubrań, nie było to wcale takim głupim rozwiązaniem, mogłaby wysuszyć swoje rzeczy, przy okazji otulić się czymś co należało do niego, otoczyć się jego zapachem, to mogłoby pomóc jej przetrwać tę grę do której doprowadziła, albo wręcz przeciwnie - doprowadzić ją do zguby, nie dowie się tego dopóki nie spróbuje.

- Myślę, że to nie jest najgorszy pomysł, faktycznie łatwo idzie ci udowadnianie Twoich intencji. - Nie sądziła wcale, że były takie niewinne, ale doceniała gest. Naprawdę powinna skorzystać z tej propozycji, zapewne za chwilę to zrobi, póki co jeszcze przez chwilę miała zamiar się nad nimi poznęcać, wiedziała, że to nie uderza tylko i wyłącznie w niego, ona również zaczynała czuć ten ogień, wcale nie pochodził z kominka, co dopiero byłoby gdyby przestali rozmawiać i dorzucili do tego coś poza słowami. Zamierzała to sprawdzić, tylko to jeszcze nie był odpowiedni moment.

- Nie wydajesz się być kimś kto potrzebuje ocalenia, jednak doceniam, że podchodzisz do tego z odpowiednią troską. - Słowo się rzekło prawda, sam je powiedział, ona tylko postanowiła wprowadzić to w życie. Jeśli przymusowy celibat miałby ocalić go od śmierci, gotowa była do takich poświęceń.

- Coś za coś, rozumiem, nigdy nie bałeś się ryzykować. - Doskonale przecież o tym wiedziała, znała go, kiedyś i teraz powoli zaczynała poznawać na nowo. Niektóre rzeczy się nie zmieniały.

- Słabo by było gdybyś musiał obejść się smakiem. - To nie tak, że w ogóle zakładała taką możliwość, wiedziała, że znajdują się bardzo blisko tego, żeby przestać prowadzić tę rozmowę, jednak póki co każdy z nich, jak zawsze zresztą był wyjątkowo zawzięty. Potrafili grać w tę grę, wiedziała zresztą, że nie znalazłaby dla siebie godniejszego przeciwnika, właśnie dlatego tak chętnie to tego doprowadzała.

- Chętnie zobaczyłabym takie przedstawienie. - Skoro była świadkiem tego, jak one próbowały utopić go w ciemnej toni jeziora, to może miałaby szansę zobaczyć jak odpłaca się im tym samym, ba, miała wrażenie, że to mogłoby być jeszcze gorsze i jakoś niespecjalnie ją to odrzucało. Winny powinien ponieść konsekwencje za swoje czyny. Całkiem prosta sprawa. Przy okazji chętnie zabrałaby sobie do mieszkanka jednego druzgotka, mogłaby się mu bardzo dokładnie przyjrzeć, może nawet rozłożyć go na części pierwsze. O tym jednak nie wspomniała.

- Należy im się to. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Przynajmniej będą mieli pewność, że to się nigdy nie powtórzy, nikogo innego nie spotka podobna sytuacja. Nie wydawało jej się, aby ktoś inny poradził sobie z tym co zaszło równie dobrze, co Benjy. Inna osoba pewnie nie pojawiłaby się już na powierzchni, aktualnie pewnie znajdowałaby się za zasłoną. Bletchley nie miała najmniejszego problemu z szukaniem sprawiedliwości, czy tam zemsty, oko za oko, ząb za ząb. Całkiem proste zasady.

- Nie da się ukryć, że nie byłeś jego ulubieńcem, ale odpowiedziałby Ci na dzień dobry, później trzasnął drzwiami przed nosem, ma swoje zasady. - Nie powinno go to dziwić. Po pierwsze znał jego ojca, z którym cóż dogadywał się powiedzmy, że średnio, a raczej na tyle, na ile musiał. Po drugie John ostrzegał ją przed takimi jak on, Prue musiała jednak sprawdzić, czy jego słowa faktycznie mają sens, była pewna, że się myli, wyszło na jego, chociaż może nie do końca. Mogłaby mu teraz powiedzieć a nie mówiłam, okazało się bowiem, że Benjy naprawdę nie był jak ci wszyscy przed którymi próbował chronić ją ojciec.

- Chyba właśnie jesteśmy na tym etapie, sprawdzamy to, albo psujemy. - Przynajmniej tak się jej wydawało. Co właściwie robili to się pewnie dopiero okaże. W ich przypadku nic nie było proste, zawsze wszystko się komplikowało. Przeczuwała, że i tym razem będzie podobnie. Niby wiedziała, że nie powinna się w to angażować, ale nie do końca umiała inaczej, bo kiedy w coś wchodziła to całą sobą, a przecież ją ostrzegał, tyle, że jak niby miałaby zaakceptować, że to było tylko tymczasowe? Na pewno będzie ciężko, ale musiała sobie z tym poradzić, wolała zresztą się skupić na tu i teraz, które było wyjątkowo pobudzające.

- Warto doceniać klasykę, w końcu to na niej opiera się cała reszta. - Nawet nie mrugnęła, kiedy zaczęła mówić, już dawno ich rozmowa przestała dotyczyć magii i rytuałów, miała wrażenie, że właściwie od samego początku mówili o czymś zupełnie innym i doskonale sobie z tego zdawali sprawę.

- Mam bardzo elastyczne podejście. - Nadal wpatrywała się w niego uważnie. - Jestem naukowcem, musimy badać nowe możliwości, to nasza rola. - Oczywiście, że był to idealny moment, aby wyciągnąć również to. Nie zamierzała pozwolić na to by wrzucił ją w jakieś śmieszne ramy, zresztą kiedyś mu pokaże.

- Oczywiście, że warto, chociaż prawdziwy smak wymaga nieco więcej, przynajmniej tak mi się wydaje, ale przynajmniej wiesz czego się spodziewać, chociaż odrobinę. - To mogło zachęcić do działania, pobudzić. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, mimo wszystko miała swoje zdanie na ten temat i uważała, że zbyt wiele czynników decydowało o smaku, mógł się różnić w zależności od nich, mimo, że mogłoby się wydawać iż tak nie będzie.

Nie mogła zignorować tego spojrzenia. Miała wrażenie, że jego wzrok pozostawia po sobie palące ślady, a to było tylko spojrzenie, co by było gdyby... przymknęła na moment oczy, by odsunąć od siebie te myśli. Nie było z nią najlepiej, wiedziała, jak bardzo blisko przekroczenia granicy się znajdują, granicy, którą sama wyznaczyła i to było najgorsze.

- O najwyższym poziomie zaangażowania, nigdy nie wybieram nic pomiędzy, powinieneś o tym wiedzieć. - Rzuciła jeszcze, chociaż wspomniał o pokazaniu, tak nie umknęło jej to, tyle, że nie uważała iż powinno się to stać teraz w tej chwili, bo liczyła na nieco dłuższą grę, nie chciała tego przegrać, a miała wrażenie, że jeszcze chwila, i naprawdę tak się stanie. Musiała wstać, powód sam się znalazł. Odpowiedni czas na zrzucenie z siebie ubrań, a jakże.

- Dobrze. - Uratowało ją to. Powoli podniosła się na nogi i ruszyła w stronę stosu ubrań, które sama tu przyniosła. Nie spoglądała na niego, obawiała się, że jeszcze jedno spojrzenie wystarczy do tego, by zmieniła zdanie, ale musiała być silna, na tym polegała gra.

Wzięła w dłoń koszulę i ruszyła we wskazanym kierunku, gdy mijała Benjy'ego pozwoliła sobie dotknąć palcem jego policzka, nie zatrzymała się przy tym, szła dalej przed siebie, był to odruch.

Odnalezienie drzwi o których wspomniał nie było szczególnie trudnym wyzwaniem, bo faktycznie były jedyne. Zniknęła za nimi. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, widziała to, jak wyglądały jej oczy, właściwie to nie musiała nawet na siebie patrzeć, by wiedzieć w jakim stanie się znajdowała. Całkiem szybko pozbyła się przemoczonych ubrań i założyła na siebie jego koszulę, która cóż - sięgała jej jakoś do kolan, utonęła w niej, ale przynajmniej była sucha.

Wróciła do niego po kilku minutach, gdy znalazła się w pomieszczeniu obróciła się w kółko, by zaprezentować swój nowy strój. - Leży idealnie. - Dodała jeszcze nim usiadła na podłodze, tym razem trochę bliżej niego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
16.11.2025, 14:08  ✶  
Oparłem się plecami o fotel, wciąż otulony trzema kocami, a w głowie kołatała mi mieszanka adrenaliny i… Czegoś, co trudno było nazwać inaczej niż napięciem. Od samego początku, gdy ruszyliśmy w kierunku jeziora, wiedziałem, że ta noc nie będzie zwyczajną nocną kąpielą, liczyłem na coś więcej niż zwykłe zanurzenie się w ciemnej, odbijającej księżyc wodzie. Miało być romantycznie, powolnie, później niekoniecznie - miałem w głowie obrazy naszej bliskości, ciepło jej skóry w świetle księżyca, nasze oddechy mieszające się w nocy nad taflą jeziora. Potem miało przyjść coś namiętnego, coś, co pamiętałbym jeszcze długo. Wyobrażałem sobie nasze ciche śmiechy, plusk wody, ciepło, ale rzeczywistość szybko wpakowała nas w chaos. Te jebane druzgotki prawie mnie utopiły, a jej strach, to błyskawiczne cofnięcie się, a potem doskoczenie, „przepraszam”, które wyryło w mojej pamięci każdy ułamek jej obawy… I przez chwilę poczułem, że całe moje wyrachowane oczekiwania rozpadły się w ciemnej toni jeziora. A jednak - uśmiechnąłem się lekko, przeciągle, odsuwając część koca od szyi, bo zaczęło mi się robić ciepłej, niż potrzebowałem.
- Wiesz, Plue, niestety jest jusz tlochę za póśno, szebyś plóbowała mnie nie plowokowaś. - Powiedziałem, przechylając głowę nieco w bok. Jej słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jakby przechodziły przez filtr, który skupiał się wyłącznie na tym, co robiła ze mną jej obecność. Wiedziałem, że grała - robiła to świadomie, perfekcyjnie, z takim wyczuciem, że aż miałem ochotę parsknąć śmiechem. Nie zrobiłem tego, nie byłem w stanie, jej wzrok trzymał mnie za gardło, a cała reszta - słowa, intencje, ta lekko zaczepna nuta - jedynie wbijała mnie głębiej w to, co i tak już czułem. - Nie spodziewałem się tego twoich ust. - Odparłem powoli, pozwalając, by moje słowa zawisły w powietrzu. - Wydawało mi się, sze kobiety lubią latowaś takich, jak ja, lubię lysyko, pszyciągam kłopoty, właściwie, to kłopoty mnie kochają. Wspaniały plojekt naukowy, nie? - Oczywiście, to była prowokacja, raczej nie zakładałbym u niej pociągu do każdego problematycznego mężczyzny, jaki tylko by się napatoczył. Patrzyłem na nią, wyraźnie zdając sobie sprawę, że nasze spojrzenia kryły więcej niż jakiekolwiek słowa - to nigdy nie było tak banalne. - Nie sądzę, szebyśmy musieli dojść do tego etapu. - Powiedziałem, zerkając na nią uważnie. - Ale jeśli się upszesz, kto wie…
Nie zamierzałem tak łatwo kapitulować, nawet jeśli pożądałem jej, cholernie, tak samo, jak kiedyś. Może bardziej, bo tym razem nie było w nas niczego, co można by nazwać niewinnością. Nie mogłem oderwać od niej wzroku - mała, drobna, a jednocześnie tak cholernie… Absorbująca. Każdy jej ruch powodował, że napięcie w moim ciele rosło, jakby krew w żyłach stawała się gęstsza. Kiedy rzuciła kolejną zaczepkę, nie mrugnąłem - nie mogłem, zbyt mocno wpatrzony w jej oczy - te, które tak subtelnie zmieniły odcień. Ściemniały od wewnętrznego ognia i od tego, co między nami wisiało, i nagle nic nie istniało, nic poza nią.
Nawet tamto jezioro - zamierzałem wrócić tam za jakiś czas, żeby powybijać druzgotki, ale w tym momencie nie byłem przekonany, że Prudence powinna obserwować moje popisy. Byłoby brzydko, zbyt brutalnie, a nie chciałem od razu niszczyć jej wyobrażenia o mnie. Świadomość własnej niepokojącej natury jest jedną rzeczą - pokazanie tego w całej pełni to rzecz zupełnie inna, nawet w obliczu czarnoksiężnicy. Widok mnie w gniewie, w chaosie, byłby inny niż świadomość, że nie jestem spokojnym człowiekiem. Prue znała mnie z teorii, a nie z widowiska - chciałem, żeby tak pozostało.
- Ach tak? - Mruknąłem, unosząc brew i spoglądając na nią spod koca. Te nasze uwagi o druzgotkach, o sprawiedliwości, o tym, że należało się im to, tylko utwierdziły mnie w tym, że cholerna Bletchley nigdy nie przestała być najbardziej popieprzoną, fascynującą osobą, jaką znałem. - Dlusgocenie dlusgotków? - Zaśmiałem się cicho. - Mhm. Zasłuszyły. - Zgodziłem się, przeciągając dłonią po karku. - Ale nie zapominaj, sze mój sposób na zemstę jest balso… Osobisty. - Odparłem, bo pewne rzeczy nie tyle się nie zmieniały, co intensyfikowały. Powinna to wiedzieć.
Pamiętałem jej ojca - nigdy mnie nie lubił. Ledwo tolerował mnie, kiedy byłem kumplem jego syna. Zawsze uważał mnie za zwyrola, syna rodu, człowieka, którego nazwisko, przeklęty Rookwood, samo w sobie było ostrzeżeniem. Moje pochodzenie, moje poprzednie życie - wszystko to sprawiało, że byłem dla niego praktycznie nie do zaakceptowania. Teraz byłem kimś innym, zdrajcą krwi, zmieniłem nazwisko, ale wciąż wiedziałem, że jego tolerancja wobec kogoś takiego jak ja byłaby minimalna - jeśli jakakolwiek. Pewnie wciąż miałby problem, gdybym wszedł do jego domu. Człowiek kultury, tak, ale zasad nie zmieniał, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie zależało mi na jego aprobacie, nigdy, zresztą pozwalał mi zadawać się z Eliasem, ale świadomość jego spojrzenia ciążyła. Głównie dlatego, że miał swoje powody, by tak patrzeć - przynajmniej połowa z nich była bliska prawdy.
- Nie mam nic pszeciwko klasyce. Nie zapominaj, sze s załoszenia, fundamentalnie, jestem tladycjonalistą. - Powiedziałem, zerkając na nią uważnie. - Natomiast powinnaś, Plue, zwłaszcza jako naukowiec, pamiętaś, sze nasza klasyka jusz u samych podstaw nie jest do końca klasyczna, ale pszeciesz to szaden ploblem, nie? To kwestia wymiany doświadczeń, dobolu dogodnych loswiązań, koszystania s wielu… Powiedzmy… - Lubiła to słowo. - Naukowych pozycji. - Uniosłem brew, wskazując niebezpośrednio na fakt, że - no, cóż - niektóre standardowe rozwiązania odpadały już na starcie, przez kilka tych nie tak drobnych różnic, nie tyle repertuarowych i doświadczeniowych, co fizycznych. Natomiast nie była to żadna komplikacja dla kogoś lubiącego zgłębiać temat, prawda? Słowa o elastyczności, o badaniu nowych możliwości, o roli naukowca wywołały we mnie coś między chęcią śmiechu a bardzo realnym obrazem tego, jak wyglądałaby ta jej „naukowa ciekawość”, gdyby pozwoliła sobie na to, czego oboje chcieliśmy. Wiedziałem, że to już dawno przestało być rozmową o magii, rytuałach, teorii - o elastycznym podejściu wyłącznie w naukowym sensie. Głos miała pewny, ale widziałem, jak jej oddech się zmieniał, jak jej źrenice się rozszerzyły, jak minimalnie poruszyła się jej dolna warga.
- A smak… - Powoli przesunąłem językiem po zębach od wewnątrz, ledwie zauważalnie. - Zaleszy od wielu szeszy, ale najlepszy jest wtedy, kiedy jest intensywny. - A w tym wypadku zawsze tak było. Odnajdywałem w niej niepokój, rozbawienie i równie niecierpliwą ciekawość, co we mnie. Byliśmy jak dwa magnesy, które czasem przyciągają, czasem odpychają, ale nigdy nie pozostają obojętne. - Tyle sze, jak pewnie wiesz, nasze definicje „pełnego zaangaszowania” mogą się lekko lószniś.
Wiedziałem, że nie bawiła się w półśrodki, ja też nie zamierzałem - jeśli oczekiwała ode mnie pełnego zaangażowania, mogłem je dać. Tyle tylko, że nasze definicje „całkowitego poświęcenia sprawie” mogły obejmować trochę inny zakres myślowy, czyż nie? Uniwersalnych definicji nigdy nie było, a tym bardziej między nami. Patrzyłem na nią, gdy podniosła lekko brew i uśmiechnęła się do mnie tym swoim cichym, inteligentnym uśmiechem, który zawsze wywoływał lawinę myśli w mojej głowie. Jej oczy zdradzały, że rozumiała wszystko, a jednocześnie zamierzała wykorzystać każdą chwilę, by mnie sprawdzić. To było coraz bardziej niebezpieczne.
Uniosła się i odeszła - nie tak po prostu, oczywiście, że nie - kiedy przechodziła obok mnie i dotknęła palcem mojego policzka, poczułem coś, co nie zdarzało mi się często, napięcie tak mocne, że musiałem zacisnąć szczękę, żeby nie ruszyć za nią od razu. Sam fakt, że zrobiła to mimo wszystko, mimo całej ostrożności, sprawił, że oddech uciekł mi z piersi. Zniknęła za drzwiami, a ja siedziałem, czując jak moje ciało próbowało na nowo odnaleźć punkt ciężkości.
- No, no… - Mruknąłem, unosząc brew, tak lekko, że trudno byłoby uznać to za poważny komentarz. Wróciła, w tej koszuli, która sięgała jej niemal do kolan, wyglądała jednocześnie niewinnie i jak najgorsza pokusa, jaka mogła wejść mi do domu - co z tego, że ten tutaj nie należał do żadnego z nas, teraz, na chwilę, był całym naszym niewielkim światem. Gdy obróciła się, prezentując się jakby robiła to przede mną od lat, dolna warga sama uniosła mi się w połowie, odsłaniając zęby. Serce uderzyło mi szybciej, ciężej. Przeniosłem na nią wzrok, w którym nie było już ani jednego pierdolonego niedopowiedzenia, spojrzałem od stóp, przez kolana, uda, biodra, talię, piersi, szyję, aż po oczy. Ani razu nie mrugając.
- Gdyby leszała idealnie… - Dokończyłem półszeptem, jeszcze raz przesuwając wzrokiem po jej sylwetce, od ramion, przez linię talii, aż do tego miejsca, gdzie materiał przyklejał się do jej ciała, sugerując więcej, niż powinien. - Byłaby telaz na podłodze. - Powiedziałem, chowając palce w ciepłej tkaninie koca. - Niemniej, wyglądasz balso ładnie. - Spojrzałem na nią, śledząc każdy szczegół jej ruchu, każdy gest. Usiadła bliżej - nie mogłem tego zignorować, więc, oczywiście, że to zignorowałem, przymykając oczy i opierając głowę o oparcie fotela.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
17.11.2025, 00:12  ✶  

Nie mogło być zbyt prosto, czyż nie? Rzeczywistość potrafiła o sobie przypomnieć w najmniej oczekiwanym momencie. Nie wydawało jej się, aby żadne z nich zakładało, że ten wieczór przebiegnie w tak chaotyczny sposób. Mieli spełnić jedną z jej zachcianek, nie było to szczególnie skomplikowane, jedyne, co mogło im przeszkodzić, przynajmniej w teorii to była woda, która końcem lata mogła okazać cię bardzo chłodna, oczywiście, jednak w ich przypadku wszystko musiało się bardziej skomplikować. Naprawdę liczyła na to, że spędzą całkiem przyjemny wieczór na plaży, nie do końca jednak im się to udało przez druzgotki, które postanowiły pojawić się zupełnie znikąd i wciągnąć Benjy'ego pod wodę. To nieco wybiło ich z rytmu, skomplikowało plany. Wystraszyła się z początku, nie spodziewała się bowiem, że coś takiego mogło im się przydarzyć podczas tego wieczoru. Nie skończyło się to jednak tak źle, jakoś udało im się ponownie odnaleźć odpowiednią drogę. Chatka miała swój urok, a rozmowa, którą prowadzili od kiedy się w niej znaleźli całkiem skutecznie pozwalała jej zapomnieć o tym, co stało się wcześniej. Nie miało im to w niczym przeszkodzić, nie miała już co do tego nawet najmniejszych wątpliwości.

- Nigdy nie jest zbyt późno. - Praktycznie od razu odpowiedziała spoglądając na niego z błyskiem w oku. Mogłaby się tak droczyć z nim godzinami, on mówił słowo, ona kolejne, czerpała z tego dziwną satysfakcję. Wiedziała, że on zdaje sobie sprawę z tego, iż jest to gra, robili tak wiele razy, dzisiaj jednak miało się to zakończyć trochę inaczej, niż wszystkie poprzednie. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, nic nie było w stanie ich przed tym powstrzymać, pozostawało tylko sprawdzić, które z nich pierwsze pęknie i przekroczy granice. Trudno jej było stwierdzić, kto okaże się być bardziej cierpliwy, póki co więc robiła co mogła, aby nie pokazać mu, że sama zaczynała przepadać. Czuła, że ciało może ją zdradzić i będą znaki, ale się tym nieszczególnie przejmowała.

- Nie da się zaprzeczyć, że lepszy nie mógł się trafić, chociaż to moja pierwsza próba, muszę być ostrożna. - Podkreśliła to, nie wiedzieć czemu. Zdawała sobie sprawę z tego, że tacy jak on mogli fascynować kobiety, sama jednak nigdy nie szukała podobnych obiektów zainteresowań, tak właściwie od dawna raczej nikogo do siebie nie dopuszczała, nie czuła takiej potrzeby. Coś się zmieniło, gdy stanął na jej drodze, w końcu to ona pocałowała go wtedy, kiedy pomógł jej podczas pożarów. Nie zachowywała się w ten sposób, poczuła jednak dziwną potrzebę, aby ten jeden raz postąpić inaczej, i dokąd ją to zaprowadziło? Nie mogła zaprzeczyć, że nie był to naprawdę ciekawy eksperyment, pełen dziwnych zwrotów, których się nie spodziewała, aczkolwiek zamierzała go kontynuować, szczególnie kiedy już tak wiele wiedziała.

- Nie zamierzam być dla nas aż taka okrutna. - Mogła odsuwać to w czasie, jednak nie potrafiłaby być obojętna na to, co się między nimi działo. Powietrze gęstniało, w chatce robiło się coraz cieplej i nie było to wcale zasługą ognia, który palił się w kominku. Coś przyciągało ich do siebie od lat i w końcu mogli sprawdzić, jak miało się to zakończyć, albo rozpocząć, bo właściwie zaczynali właśnie tworzyć coś nowego. Nie dało się ignorować tego, co wisiało w powietrzu.

- Czemu nie? To może być ciekawym doświadczeniem. - Nie, żeby miała go zbyt wiele, ale skoro stawała się swoją nową wersją siebie, to mogłaby pokusić się nawet na druzgocenie druzgotków. Nie przerażało jej to jakoś specjalnie, zresztą widziała w tym wyższe dobro, nie miał robić tego dla przyjemności, chociaż może trochę zemsta była przyjemnością, coś o tym wiedziała, jednak cel był całkiem szczytny - pozbyć się istot, które mogły kogoś zabić. Zresztą chciała zobaczyć jego prawdziwe oblicze, wiedziała, że może jej się spodobać.

Nie dało się ukryć, że w ich przypadku raczej nie będzie innej możliwości, jak włączenie do klasyki nieco bardziej osobliwych elementów. Myślała o tym już wcześniej, chcąc nie chcąc jej myśli krążyły wokół tego już od kilku dni. Nie dało się ignorować tego, że gabarytowo bardzo się różnili, ale to nie było żadną przeszkodą dla światłych i doświadczonych ludzi, szczególnie takich, którzy bardzo chcieli sprawdzić te różne naukowe tezy. - Nie śmiałabym o tym zapomnieć. - Odparła może nieco za bardzo teatralnie, chociaż miała co do tego pewne wątpliwości. Od zawsze miał problem z tym, aby trzymać się zasad, norm, w tym wypadku musiało być podobnie, co tylko jeszcze bardziej wzbudzało jej ciekawość i chęć przekroczenia granicy, sprawdzenia tego, jak to jest. Ciągnęło ją do niego od lat, nawet wtedy kiedy nie powinno, teraz nic nie stało na przeszkodzie by sięgnąć po to, czego pragnęła i ona i jej ciało, które prosiło się o to, by wreszcie przestała gadać.

- Czego się nie robi dla nauki, można się nieco poświęcić, co nie? Nie ma powodu by usilnie trzymać się klasyki, jeśli może ona nie przynieść oczekiwanych efektów, na szczęście nie mamy nic przeciwko pewnym udoskonaleniom. - Wiedziała, że mają co do tego zgodność. Wyczuwała, że pragną tego samego i nic nie jest w stanie stanąć im dzisiaj na przeszkodzie. Znajdowali się w swoim własnym świecie, rzeczywistość była gdzieś obok, nic nie mogło im przeszkodzić w zatraceniu się w tej chwili. Byli coraz bliżej tego, by sięgnąć po wszystko i bardzo jej się to podobało. Nadal jednak jeszcze nie wiedziała, które z nich przegra tę grę, właściwie chyba nie miało być dzisiaj żadnych przegranych.

- Tak, nie ma nic gorszego od mdłego smaku. - Nie wątpiła w to, że to będzie intensywne, zresztą po Benjy'm mogła spodziewać się wiele, ale na pewno nie nudy i mdłości. Udowadniał jej to na każdym kroku, nie sądziła, że w tym przypadku mogłoby być inaczej, tak miała pewne oczekiwania, i była pewna, że spełni je wszystkie. Zresztą samo to, jak na nią spoglądał wiele mówiło, to spojrzenie paliło jej skórę.

- Mogą się różnić, jednak ważne jest, żeby dojść do jakiegoś konsensusu, prawda? - Nie musieli się przecież zgadzać co do wszystkiego, najważniejsze to znaleźć jakiś wspólny grunt, który będzie satysfakcjonował każde z nich. To nie powinno być trudne, zwłaszcza jeśli będą odpowiednio się angażowali.

Czuła na sobie jego spojrzenie, kiedy prezentowała się przed nim w jego koszuli. Było coraz bardziej intensywne, wiedziała, że tak jak i ona znajduje się na granicy, co było nieco pocieszające, bo nie tylko ona miała problem z tym, aby ciągnąć tę farsę. Mimo wszystko postanowiła usiąść na podłodze, czego właściwie dość szybko pożałowała. Uniosła głowę, przygryzła dolną wargę, spoglądała na niego przez dłuższą chwilę. Przymknęła na moment oczy, jakby się nad czymś zastanawiała, chociaż nie miało to większego sensu.

- Więc może ją w końcu ze mnie zdejmij? - Mogłaby dalej upierać się przy swoim, jednak chyba nie do końca była w stanie. Nie, kiedy tak na nią patrzył. Jej oddech robił się coraz cięższy, powietrze gęstsze i coraz bardziej lepkie, nie było na co czekać. Uniosła się z tej nieszczęsnej, drewnianej podłogi i wdrapała mu na kolana, chciała znaleźć się bliżej, jak najbliżej, by poczuć ciepło jego ciała, oddech na skórze. Ten cholerny koc, a raczej trzy, trochę jej w tym przeszkadzały.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
17.11.2025, 19:56  ✶  
Mogliśmy znajdować się w pewnej odległości od siebie, ale jej głos wślizgiwał mi się pod skórę tak, jakby mówiła tuż przy moim uchu. Za każdym razem, gdy wypowiadała te swoje ostrożne, niby‑naukowe zdania, coś we mnie napinało się mocniej, ciaśniej, jakby ktoś oplatał mnie niewidzialną liną i powoli zaciągał w jej stronę.
- Pielwsza plóba, hm? - Parsknąłem cicho, spoglądając na nią spod łuku wygiętej brwi, jak człowiek, który właśnie usłyszał coś, co wyjątkowo mu się spodobało. - To sobie wyblałaś balso… Ambitny stalt. - Wypuściłem powietrze przez zęby, wolno, żeby mogła dokładnie wychwycić zmianę w moim tonie - nie chciałem mówić, że powinien być to także równie ambitny koniec, nie widziało mi się bycie „pierwszą próbą”, podczas gdy wszystko we mnie chciało żądać od niej, by zmieniła to określenie na „jedyną”, nie „pierwszą”, ale… Byliśmy tylko tymczasowo ekskluzywni, to nie było coś takiego, a jednak to „ostrożna” brzmiało z jej ust jak prowokacja, nie jak hamulec. Gdyby naprawdę chciała ostrożności, stałaby ode mnie dalej, mówiłaby inaczej, oddychała inaczej. Nie trzymałaby dłoni splecionych tak mocno, jakby sama próbowała powstrzymać własny instynkt. Ja też próbowałem - na swój pokraczny, moralnie sfatygowany sposób, jednocześnie nie wykluczający pożerania jej wzrokiem.
Patrzyłem na nią, tak długo, bez mrugania, aż zrobiło się z tego dotykanie bez dotyku, długa linia napięcia rozciągnięta między nami niczym sznurek, który tylko czekał, żeby ktoś go przegryzł. Pierwsza próba, ostrożność - brzmiało to jak ironia, biorąc pod uwagę, jak usiadła na moich kolanach zaledwie parę chwil później, ale wtedy, w tej wcześniejszej minucie, kiedy między nami dopiero skręcały się węzły, poczułem uderzenie czegoś niepokojąco miękkiego. Nie przyznałbym tego na głos, lecz jej słowa dotknęły miejsca, które wolałem trzymać w mroku - naprawdę chciałem być jedynym takim projektem, nie początkiem ciągu. Cały mój życiorys składał się z decyzji podejmowanych bez namysłu, bez planu, bez zabezpieczeń, a jednak kiedy patrzyłem na nią, na jej twarz tak blisko, coś we mnie próbowało trzymać pion - tak w przenośni, jak dosłownie. Być kimś… Kompromisującym.
Wiedziałem przecież, jak to się zaczęło - jej usta na moich wśród tego pieprzonego dymu, żaru, chaosu, żaden scenariusz nie przewidywał, że to ona przekroczy granicę, jako pierwsza, ani że w ogóle to zrobimy. Nie poznałem jej, nie sądziłem, że to ona, chociaż nawet nie próbowałem myśleć, co by było, gdybym to zrobił. Już to kiedyś powiedziałem - nic by to nie zmieniło w podjętych wtedy decyzjach. Wystarczyło, że nawet wtedy, gdy uważaliśmy się za nieznajomych, nie widziałem dla nas miejsca na łamanie konwenansów i przekraczanie granic, robiłem to wszystko, bo chciałem, nie dla tego, co się teraz działo - nie sądziłem, byśmy mogli zanurzyć się w tym wszystkim, nie byliśmy z tego samego świata, nie na tym samym poziomie, a jednak teraz to grało. Zbyt dobrze.
A potem padło pytanie o druzgotki.
- Nie. - Odpowiedziałem natychmiast, bez żartu, bez mrugnięcia. - Nie chcę, szebyś tam była. - Nie dlatego, że się o nią bałem, a może trochę też, ale to nie było sedno. Widziałem, jak jej oczy błyszczały na myśl o „ciekawym doświadczeniu” - to było w niej piękne, cholernie piękne, to pragnienie wyjścia poza siebie. Nie miałem zamiaru niszczyć tego jednym popisem brutalności, którą potrafiłem w sobie rozkręcić, jeśli coś mnie sprowokowało. - Plue… - Zacząłem cicho, nie po to, żeby ją hamować, tylko żeby wybrać słowa, bo te, które zwykle miałem na końcu języka, były cholernie niewłaściwe. Potrafiłem być brutalny, nie z konieczności, nie z dumy, po prostu taką miałem naturę, tę część, którą nauczyłem się wykorzystywać, kiedy trzeba było ratować własną skórę albo cudzą. Druzgotki, po tym co mi zrobiły, nie miałyby najmniejszych szans, ale my mieliśmy szanse - szanse być dla siebie normalni, no, normalniejsi niż kiedyś. Nie chciałem tego spartaczyć. - Naplawdę nie chcesz na to patsześ. Zlesztą… - Spróbowałem na nowo, lepiej, pozwalając sobie na półuśmiech. - Chcę, szebyś wiedziała, kim jestem, ale niekoniecznie w tej welsji.
Miałem dużo gorszych twarzy niż ta, którą przy niej nosiłem, i choćbym nawet pluł sobie za to w brodę, a nie plułem, nie chciałem pokazywać jej tej najciemniejszej. Nie teraz - nie wtedy, kiedy dopiero otwieraliśmy drzwi, które tyle lat były zaryglowane. - Jak będziesz naplawdę chciała wiedzieś, co potlafię,Pluey, znajdziemy lepszy sposób, szeby to splawdziś. - Dodałem miękko, licząc na to, że tym jednym słowem mogłem kupić sobie zakończenie tej dyskusji, nawet jeśli ona mogła chcieć się uprzeć. Nigdy nie lubiła mnie do końca słuchać.
Od zawsze byłem marnym wyznawcą zasad, a jeszcze gorszym ich praktykiem. W tej chwili wszystkie normy, prócz tej jednej, były dla mnie jedynie drażniącym szumem w tle. Jej ciało mówiło więcej niż jej słowa, a ja byłem dość wyczulony, żeby to słyszeć - równie wyraźnie, co własne pragnienia. Zawsze lubiłem kontrasty, fakt, że fizycznie byliśmy tak różni, zamiast nas od siebie odpychać, działał jak magnes. Przyciągało mnie do niej od lat, długo przed tym, zanim wolno nam było się do tego przyznawać, ale teraz nic już nie stało na drodze.
Popatrzyłem na nią od stóp do głów, powoli, bez wstydu i już bez udawania, że mogę to zatrzymać. Moja szczęka naprężyła się tak mocno, że poczułem ból. Wszystko wskazywało, że myślała dokładnie o tym samym co ja. Nawet „mdły smak” wypowiedziany jej ustami zabrzmiał jak zaproszenie do czegoś zdecydowanie intensywniejszego. Mówiła to tonem naukowca, ale oczy… Oczy miała takie, że każdy eksperyment tracił pozory obiektywizmu.
- Mdłe smaki są dla posbawionych wyoblaśni. - Wymamrotałem, lekko przechylając głowę, jakbym ją analizował, ale prawda była taka, że wcale nie zamierzałem traktować tego naukowo. Nigdy nie potrafiłem trzymać się zasad, regułek, konieczności, formuł - od zawsze były czymś, co łamałem, zanim zdążyłem je zrozumieć. A byłem już zmęczony - zmęczony udawaniem, że potrafię patrzeć, nie dotykając, zmęczony słowami, które ociekały obietnicami, a jednocześnie utrzymywały nas na granicy. Granicy, którą mogłem rozwalić jednym ruchem dłoni, tak samo skutecznie, co ona.
- Dla nauki zlobię wsystko. - Dodałem, głosem ochrypłym od zimnej wody i narastającego pożądania. - Patszysz na człowieka gotowego na wiele. Zwłaszcza jeśli wyniki mają byś… Innowacyjne.
Odprowadzając ją wzrokiem do łazienki, wciąż czując dotyk na policzku, czułem, jak moje ciało napięło się tak gwałtownie, że musiałem oprzeć dłonie o uda, żeby nie zrobić kroku, którego jeszcze nie powinniśmy robić. Chcieliśmy zobaczyć, do czego miała nas doprowadzić ta rozmowa - tak? Sekunda, tylko sekunda, i wszystko by pękło.
Nie, by w rzeczywistości miało to potrwać znacznie dłużej - nie po tej prezentacji koszuli. Nie gdy usiadła na podłodze, mając w oczach ten błysk zadowolenia, jakby sama siebie zdziwiła tym ruchem. Wystarczyło, że przygryzła wargę, bym poczuł, że już po nas - to był moment, w którym całe to napięcie przestało mieć gdzie się podziać. Gdy tylko uniosła głowę i wypowiedziała te osiem słów, które brzmiały bardziej jak rozkaz niż prośba, coś we mnie po prostu pękło. Prawie zawyłem w myślach. „W końcu.” Tak, też mnie męczyło to przeciąganie, ale to już było bezczelne. To pytanie było niczym otwarcie drzwi, które i tak już trzymaliśmy uchylone od dłuższego czasu, dźwięk jej głosu przeszedł mi dreszczem po kręgosłupie.
- W końcu? - Powtórzyłem niżej, niż planowałem. - Wiesz dobsze, sze czekałem na to zdecydowanie dłuszej, nisz wypada.
Nie zdążyłem nawet unieść ręki, bo już była na moich kolanach. Wślizgnęła się tam tak naturalnie, jakby robiła to od lat, to było najnaturalniejsze zachowanie na świecie. Jej ciało otuliło mnie ciepłem, które uderzyło we mnie szybciej niż jakakolwiek adrenalina - i to był koniec zabawy w dystans, koniec odwlekania, koniec „naukowych rozważań”. Empirycznie ta różnica wzrostu działała na naszą korzyść, różnica siły jeszcze bardziej - mogłem ją przytrzymać jedną ręką, drugą robiąc absolutnie wszystko, na co miałem ochotę. A miałem ochotę na wiele.
Zachłannie przyciągnąłem ją jeszcze bliżej, ignorując ślady po druzgotkach na udach i łydkach skrytych pod zbyt grubą warstwą kocy, zadrapania i wszystko, co nie było związane z nami dwojgiem, czując, jak jej biodra dopasowują się do mnie w sposób, który prawie wyrywał mi jęk z gardła. Koszula… Moja koszula… Na niej wyglądała jak cholernie wyraźne spełnienie fantazji, którą nosiłem ze sobą od dawna. Od bardzo dawna - jeszcze zanim całowaliśmy się w garażu, zanim przeszkodziły nam druzgotki, zanim wydarzyły się te wszystkie inne, przerwane, niepełne chwile, gdy już byliśmy blisko, a jednocześnie tak daleko.
Biorąc płytki oddech, spuściłem wzrok na guziki, i tylko przez sekundę, może nawet krócej, udawałem, że mogłem je rozpiąć jak człowiek. Nie miałem w sobie nawet krzty cierpliwości, by to zrobić. Wsunąłem palce między poły materiału i odciągnąłem je od siebie, nonszalancko, prawie bez wysiłku, odsłaniając odrobinę skóry przy dekolcie Prue z siłą, która powinna mnie zawstydzić, ale nigdy w życiu nie należałem do wstydliwych. Czekałem na to dłużej niż powinienem. Dłużej, niż myślałem, że będę musiał.
Te cholerne koce faktycznie przeszkadzały. Jeden częściowo i tak ześlizgnął się z moich pleców, drugi zsunął mi się po ręce, trzeci zawisł nieporadnie między nami, jakby jeszcze próbował bronić resztek dystansu. Zsunąłem je brutalnym, niecierpliwym szarpnięciem, jakby były tylko kolejną przeszkodą, którą noc wcisnęła między nas przez złośliwość losu. Czułem, jak jej ciało w końcu przestaje udawać, że jest w stanie czekać, tak samo jak moje. Czułem to drżenie, ten drobny bezwiedny ruch w biodrach, to napięcie karku. Przechyliłem głowę, a gdy jej oddech przesunął się po moim policzku, jakby błagał o to, żeby już przestać gadać, przestać grać, przestać trzymać się pozorów… Zamknąłem usta na jej ustach. Nie był to pocałunek, jak te wcześniejsze - ten był ciężki, nasycony, zachłanny, tak pełny wszystkiego, czego nie potrafiliśmy wypowiedzieć przez te wszystkie lata. Wsunąłem jedną dłoń w jej włosy, na kark, przyciągając ją jeszcze bliżej, tak że jej biodra otarły się o moje z siłą, która wciągnęła mi powietrze z płuc. Druga dłoń zjechała w dół, po kręgosłupie, po plecach, zatrzymała się niżej, żeby poczuć więcej, przyciągnąć mocniej.
- Nie będziemy się s tym pieldoliś, Sha. To jest moja koszula. - Wymamrotałem jej w usta, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Na mojej kobiecie. Za długo kazałaś mi na to czekaś. - Dotknąłem jej ud, przesuwając dłoń wzdłuż linii koszuli, aż do miejsca, gdzie zaczynały się guziki. Wsunąłem między nie palce… I nawet nie próbowałem ich odpinać. Palce wślizgnęły się pod materiał bezwstydnie, szukając każdego fragmentu skóry, którego jeszcze nie poznałem - przesunąłem rękę wzdłuż jej talii, mocniej, pewniej, bawełna napięła się pod moimi dłońmi, lekko strzelając, kiedy przesuwałem palce głębiej, między przerwy, ignorując zapięcia, ignorując wszystko poza tym, jak bardzo jej pragnąłem. Nie mogłem powstrzymać mimowolnego rozszerzenia źrenic - to, co się działo, wciągało mnie całkowicie. Jeden z guzików puścił z cichym trzaśnięciem, które zabrzmiało jak pierwszy dźwięk właściwej melodii - kolejne zaczęły strzelać pod palcami, jeden po drugim. Czułem jej ciepło pod sobą, idealnie dopasowane, i choć fizycznie nie mogłem być już twardszy, to wewnątrz zawrzała mi krew, serce waliło jak szalone, a każda część mnie krzyczała, że nie chcę, żeby to się kończyło. Noc była jeszcze młoda, tak jak my i to, co się między nami działo.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12694), Pan Losu (42), Prudence Fenwick (9003)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa