Deszcz bębnił w blaszany dach nade mną miarowo, jednostajnie, a ja wciągałem w płuca chłodne, jesienne powietrze, które drażniło mi skórę na ramionach, bez sensu, wiedziałem to, ale jakoś nie chciało mi się wracać do środka po coś cieplejszego. Tam było duszno, tu mogłem przynajmniej oddychać. Ostatnio i tak nie mogłem spać. Nawet gdy zamykałem oczy, czułem, jak coś w środku we mnie wciąż kiwa się niespokojnie, jakby nerwowy oddech nie potrafił znaleźć właściwego rytmu.
Patrzyłem na linię horyzontu, na ciemne szczyty ledwo odcinające się od nieba. Czasem pojawiała się tam pojedyncza, nikła plamka światła z jakiegoś domu, ale znikała od razu. Wiedziałem, że jeśli wrócę do środka, tylko usiądę na kanapie i będę patrzył w ścianę, aż znów minie godzina, może dwie, a potem jeszcze jedna, dlatego zwlekałem, stojąc tu jak uparty pień, pozwalając, żeby chłód wpełzał mi pod skórę. Może liczyłem na to, że coś drgnie, jakaś myśl w końcu się wyklaruje - nic takiego nie nastąpiło.
Skręt tlił się powoli, a ja obserwowałem, jak dym rozwiewa się na wietrze, ginąc po chwili między kroplami deszczu. Wydawało mi się, że wygląda to jak coś, co próbowało zaistnieć, lecz nie starczyło mu siły, by zostać. Brzmi znajomo? Zaciągnąłem się lekko, dym był gęsty i miał w sobie tę lepką, słodkawą nutę, która zawsze zostawała na języku.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)