• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [26.09.1972] Addicted to the end | Rodolphus, Astoria

[26.09.1972] Addicted to the end | Rodolphus, Astoria
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
13.11.2025, 23:01  ✶  
26.09.1972, wieczór
Szkocja

I'm addicted to the end,
I can't stop now,
I can't stop now

Niewielka rezydencja rodziny Urquart stała ukryta na obrzeżach lasu, niedaleko Aberdeenshire. Nie była to imponująca, rozległa posiadłość, a raczej solidny, niski budynek z szarego granitu, doskonale wtapiający się w surowy, ale piękny krajobraz Szkocji. Ogród był odzwierciedleniem szkockiej natury i minimalnej ingerencji właścicieli. Nie było tu równo przystrzyżonych trawników i fantazyjnych, równiutkich drzew, lecz dzika łąka usiana kępami wrzosu i kaskadami paproci, które sięgały do kostek. Żywopłoty z twardego, ciemnozielonego cisowca otaczały posiadłość, zapewniając intymność i osłonę przed porywistym wiatrem. Przy tylnej ścianie domu, na kamiennej pergoli, agresywnie wspinały się dzikie róże i bluszcz, których pędy wdzierały się w każdą szczelinę. W rogu ogrodu, pod starym, rozłożystym dębem, znajdowała się mała, okrągła studnia z omszałego kamienia, nad którą wisiał zardzewiały żelazny czerpak. Zapach wilgotnej ziemi i świeżej sosnowej żywicy unosił się w powietrzu. Przez ogród prowadziła kamienna ścieżka, po bokach której wetknięto długie pochodnie. Wiła się między trawą i wrzosami, które zachwycały swoją barwą nawet wieczorem. Prowadziła do masywnych drzwi, które otwierały się gdy tylko kolejni goście zbliżali się do domostwa.

Wnętrze rezydencji było ciepłe i przytulne, witało przybyłych surową elegancją i czerwonymi, długimi dywanami. Wchodząc do środka, goście natychmiast czuli ciepło bijące od dużego kominka w salonie, gdzie stale palił się torf. Ściany były wyłożone boazerią z ciemnego, postarzałego dębu, a w przestronnym salonie brakowało kanapy i foteli - została zastąpiona kilkoma okrągłymi stolikami, przykrytymi obrusami, oraz pojedynczymi krzesłami, ustawionymi w kątach pokoju. Fotele znajdowały się w bibliotece, w której ustawiono także stół do ruletki.

Dla gości pozostał otwarty także jeden pokój - bardziej kameralny, będący przedsionkiem salonu. Meble były ciężkie i solidne: skórzana sofa o głębokich siedziskach, masywny stół z rzeźbionymi nogami oraz barek, na którym postawiono różne butelki z alkoholami. Aczkolwiek alkohol można było znaleźć nie tylko tam: stoliki uginały się pod nim, a służba uwijała się, podając na tacach kolejne kieliszki wina, szampana, whisky i kolorowych koktajli. Nie było tu skrzatów, te pracowały w kuchni, przyrządzając wykwitne przekąski, które potem ludzka służba roznosiła wśród gości.

Co on właściwie tu robił? Nie miał pojęcia, ale zadawał sobie w kółko to samo pytanie, gdy tylko przekroczył próg posiadłości, a jeden z mężczyzn natychmiast odebrał jego płaszcz. Z reguły unikał tego typu spotkań towarzyskich, ale dzisiaj... Dzisiaj nie mógł. Ojciec wyraził się jasno - to było kameralne przyjęcie, ale musiał w nim wziąć udział. Jako dodatek do prezentu, który Reynard posłał wcześniej. Bo tym właśnie był młody Lestrange: dodatkiem, który uśmiechnie się do gospodarza, pokiwa kilka razy głową i po dwóch godzinach wróci do siebie. Przybył trochę spóźniony ze względu na pewne problemy po drodze, lecz gdy tylko dostrzegł Arthura Urquart, wiedział że ten nie będzie mu miał tego za złe. Nie dlatego, że był uprzejmy: ale dlatego, że był kompletnie pijany.
- Młody Lestrange, jak miło cię widzieć! - mimo iż był nie pierwszej świeżości, mówił jeszcze całkiem wyraźnie, chociaż nie tylko przeciągał kolejne sylaby, ale i źle je akcentował. - Masz, napij się.
Niemal od razu w dłoni Rodolphusa znalazł się kieliszek szampana. Nie chcąc urazić gospodarza umoczył w trunku usta, powstrzymując się przed skrętem żołądka. Jeżeli ktokolwiek jeszcze zastanawiał się, czy warto było pić alkohol - mieli przed sobą żywy dowód w postaci Artura, że absolutnie kurwa nie warto.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#2
14.11.2025, 03:16  ✶  
Płomienie w kominku zapłonęły szmaragdową zielenią, gdy wsypała do nich garść proszku, a ogień buchnął wyżej, oplatając palenisko niemal po kolana.
Wdech. Krok naprzód. I świat zawirował.
Wir zieleni, trzask magicznych iskier, szarpnięcie gdzieś na granicy obojczyka znane od dziecka, a mimo to zawsze lekko nieprzyjemne. Dźwięki mieszały się w jednolity szum, aż nagle wszystko ucichło, a w nozdrza Astorii uderzył zapach świeżo polerowanych podłóg, kadzidła drzewnego i delikatnego aromatu wrzosu.
Rezydencja Urquartów materializowała się wokół niej stopniowo, jakby świat potrzebował chwili, by ułożyć się na nowo po krótkim oszołomieniu po użyciu Fiuu.
- Toria! - Usłyszała znajomy, jasny głos jeszcze zanim zdążyła całkiem otrzepać z ramion resztki zielonego pyłu.
Velma Urquart pędziła w jej stronę z energią, którą Astoria zawsze podziwiała i której równie konsekwentnie nigdy nie potrafiła naśladować. Zatrzymała się tuż obok, jej blond włosy podskakując lekko na ramionach.
- Nareszcie jesteś! - Velma chwyciła ją za dłonie. - Wyglądasz olśniewająco.
Astoria pozwoliła sobie na delikatny, kontrolowany uśmiech i odwzajemniła komplement miłym słowem na temat sukienki blondynki. Dziewczyna pomogła jej oczyścić się z pyłu z ubrania. Jej suknia, odcień głębokiego burgundu z cieniem starodawnego wina, opływała sylwetkę miękko, a gorset delikatnie podkreślał talię, nie krępując oddechu. Materiał mienił się subtelnie w świetle - czasem bardziej czerwienią granatu, czasem niemal czernią, zależnie od kąta, w jakim padło światło. Włosy ułożyła z chirurgiczną precyzją, by żaden kosmyk nie mógł drgnąć. Usta musnęła odcieniem przygaszonej róży, a w cieniu powiek tliła się cienka, grafitowa kreska, nadająca spojrzeniu głębię.
- Panie Urquart, w imieniu własnym oraz moich rodziców pragnę złożyć panu najserdeczniejsze życzenia - jej głos był miękki, melodyjny, wyuczony. - Prezent przekazałam już skrzatom, zgodnie z życzeniem pańskiej małżonki.
Po oficjalnej części, Velma pojawiła się obok niczym zmaterializowana z powietrza i wciskała jej w dłoń puchar wina - niemal z triumfem na twarzy.
- Tata się obrazi, jeśli nie wzniesiesz z nami choć jednego toastu - zawołała, szturchając ją lekko w bok i Astoria wymusiła uśmiech, pociągając drobnego łyka. Wiedziała, że nie zniesie tego wieczoru na trzeźwo, więc nawet się nie opierała.
Po jakimś czasie atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Solenizant ewidentnie wypił kilka toastów za dużo, więc unikała go jak ognia. I nawet Velma, choć była tu głównie dla niej, bo naprawdę lubiła ją i jej rodziców, teraz stała istną katapultą słów. Przeskakiwała z tematu na temat, z prędkością godną dziennikarki Proroka Codziennego na eliksirze pobudzającym. Astoria przestała nadążać w połowie opowieści, a głowa zaczęła jej pulsować rytmicznie. Przeprosiła ją, by uciec jak najdalej, w poszukiwaniu wina, które pomoże jej przetrwać. I kiedy miała już pełny puchar i z zadowoleniem mogła poszukać ustronnego miejsca. Gdyby nie to, że usłyszała za sobą głos Velmy i odwróciła ku niej głowę. Przez co nie zauważyła przeszkody na swojej drodze.
Kielich w jej dłoni zachybotał, a ciemne wino wylało się jak fala, rozcinając przestrzeń, po czym rozprysło się po bogatej fakturze męskiego stroju.
Astoria zamarła.
A potem serce zjechało jej do żołądka.
To musiał być okrutny żart losu, żeby po tym wszystkim spotkali się w takich okolicznościach. Przez krótką, sztywną sekundę nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa. Stała jak wmurowana, czując jak gorąco wstydu wspina jej się po szyi i policzkach.
- Co ty tu... Nie widziałam cię - odezwała się cicho, ale potem jakiś buntowniczy głosik w głowie przypomniał jej o jego odpowiedzi na list. O odmowie, o bezczelnym tonie, o jego gierkach. - Nie powinieneś stać na środku.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#3
14.11.2025, 11:49  ✶  
Wcale nie miał ochoty tu być nie tylko dlatego, że uważał, że urządzanie suto zakrapianych przyjęć było głupotą. Nie chciał tu być z naprawdę wielu powodów - alkohol to trucizna, ludzie po nim zachowywali się gorzej niż zwykle, a on kochał ciszę. Poza tym miał dużo pracy i gdyby nie to, że ojciec kazał mu się tu zjawić, to najchętniej zaszyłby się w swoim gabinecie i przeglądał kolejne wyniki badań. Był też jeden powód. Od kilku tygodni z tyłu jego głowy uwierała go pewna osoba. Jej imię wypływało co i rusz na powierzchnię świadomości, mimo że uparcie je topił. Jej głębokie spojrzenie prześladowało go w najmniej oczekiwanych momentach dnia, równo ułożone, ciemne pukle goniły jego wspomnienia jak szalone.

Był wściekły - po tym, jak go potraktowała na początku września, a potem kontynuowała swoje zachowanie przez kolejne tygodnie mimo faktu, że uratował jej życie, powinien dawno zakopać o niej wspomnienia. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafił. Planował zaszyć się w jednym z pokoi i być może poprzeglądać rzeczy, które Arthur zdążył zgromadzić, gdy uderzenie w klatkę piersiową wyrwało go z zamyślenia.
- Ty... - syknął, a jego spojrzenie pociemniało. Nie dlatego, że koszula, którą miał na sobie, była do wyrzucenia - kolejna, co za różnica? - lecz dlatego, że była ostatnią osobą, którą spodziewał się tu zastać. To miało być kameralne przyjęcie, nie miał pojęcia że Astoria przyjaźniła się z kimkolwiek z tej rodziny. Nie, nie Astoria - poprawił się w myślach. Panna Avery.

Powiedzieć, że uraziła jego dumę, to jakby nie powiedzieć nic. Dawno nie poczuł takiej niewdzięczności od nikogo, mimo że z reguły nie ufał ludziom. Dopuszczał do siebie niewielki krąg osób, którym pokazywał swoją prawdziwą twarz - i gdy to robił, ludzie niemalże od razu się zadurzali w tej wersji, o dziwo: prawdziwej. Tylko nie ona. Ona go odrzuciła, a potem miała czelność zmienić zdanie. Ale było już za późno. Rodolphus Lestrange nie błagał o atencję. Takich jak ona mógłby mieć na pęczki.

A więc dlaczego nadal był sam?

Gdy na niego wpadła, odruchowo wyciągnął rękę i podtrzymał ją w talii, żeby nie odbiła się od jego ciała jak szmaciana lalka.
- Proszę uważać, panno Avery, pełno tu szklanych przedmiotów, które mogłyby panią zranić - rzucił sucho, z wyraźną urazą w głosie. Puścił ją, pozwalając by mogła się odsunąć. Wystarczyłoby, żeby wpadła na jednego ze służących z tacą pełną szklanych kieliszków i nieszczęście gotowe. Spojrzał na nią uważnie, chcąc ocenić stan jej trzeźwości. To był odruch - powinien po prostu sobie pójść, ale nie mógł nie upewnić się, że z kobietą było wszystko w porządku. Ostrożnie uniósł dłoń do kieszeni marynarki i wyciągnął chustkę, którą przetarł szyję. Kilka kropel wina i jego własnego szampana zrosiła skórę. Kiedy ludzie przestaną oblewać go alkoholem? To jakieś rytuał, o którym nie miał pojęcia? Chichot losu?
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#4
18.11.2025, 03:12  ✶  
Przez ułamek sekundy, tuż po zderzeniu, zanim jeszcze dotarł do niej obraz jego twarzy, poczuła znajome ukłucie irytacji. A gdy już rozpoznała sylwetkę Rodolphusa, stojącego przed nią w oblanej winem koszuli, pierwszą myślą, jaka przeszła jej przez głowę, było: oczywiście. Oczywiście, że los postanowił w najgorszym możliwym momencie wrzucić ją prosto w jego orbitę. Oczywiście, że akurat teraz, kiedy desperacko marzyła o chwili ciszy.
Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, dostrzegła w jego spojrzeniu najpierw zaskoczenie, później niechęć. I właśnie to spojrzenie roznieciło w niej jeszcze większą irytację.
Tak, uratował jej życie. Ten fakt tkwił w niej jak cierń, którego nie potrafiła ani wyciągnąć, ani zignorować. Była mu winna wdzięczność, a świadomość tego dławiła ją bardziej niż jakikolwiek ból po pożarze. Nie dlatego, że nie potrafiła docenić jego interwencji, ale dlatego, że od tamtej chwili każdy ich kontakt przywoływał w niej trudną do przełknięcia mieszaninę zawstydzenia i podejrzliwości.
Nie wierzyła w jego troskę. Nie potrafiła. Szczególnie po tym, gdy próbowała wyciągnąć rękę, późno - może - ale jednak. A on zatrzasnął drzwi, jakby była jedynie kaprysem chwili, już niewygodnym. A teraz los zderzył ich w próg jednego z najnudniejszych przyjęć tego roku, oboje spętanych dumą, która nie pozwalała cofnąć ani kroku.
Ta krótka chwila, w której ją podtrzymał, wytrąciła ją z równowagi bardziej niż samo zderzenie. Jakby jego dotyk miał w sobie coś niepokojącego: znajomego, niechcianego, a jednocześnie niebezpiecznie skutecznego. A potem usłyszała jego ton. Suchy, spięty, ociekający tą urazą, którą tak starannie pielęgnował. Panno Avery? Męskie ego jest doprawdy kruche. Gdy ją puścił, wyprostowała się, niemal odruchowo, jak gdyby ramiona same chciały przyjąć chłodny, arystokratyczny dystans. A jego uwaga o szklanych przedmiotach, które mogłyby ją zranić, zawisła między nimi.
- Czy pan również się do nich zalicza? - zapytała chłodno, unosząc brodę nieznacznie, choć w jej oczach błysnęły ogniki irytacji. Również potrafiła grać w tę grę i skoro budował dystans, to ona mu dopiero pokaże. Skrzywiła się lekko, poprawiając palcami ułożenie bordowej sukni, jakby chciała strząsnąć z siebie to nieproszone wrażenie jego dłoni na swojej talii. Nawet jeśli w pierwszym impulsie chciała przyciągnąć go jeszcze bliżej. - Bo mam wrażenie, że to nie szkło stwarza tu największe niebezpieczeństwo - dodała z precyzją ostrza wsuwanego dokładnie tam, gdzie mogło najbardziej zaboleć. Stała prosto, nie uciekając wzrokiem. Jakby chciała mu pokazać, że nawet jeśli ją zranił, nawet jeśli urażona duma wciąż ją paliła, to nie zamierzała się cofnąć.
Gdy zaczął wycierać szyję chustką Astoria poczuła, jak coś w niej napina się wbrew logice. Powinna patrzeć gdzie indziej.
Odsunąć się, może nawet obrócić na pięcie, by uniknąć kolejnego, zupełnie niepotrzebnego spięcia emocji. Ale coś w sposobie, w jaki jego palce sunęły po skórze, drażniło ją na poziomie, który nie miał nic wspólnego z rozsądkiem.
Dość. To tylko efekt uboczny wina, które zdążyła już wypić. Zmuszając się do opanowania, uniosła brodę i rzuciła sucho, z tą lodowatą wyniosłością, która ratowała ją w najbardziej krępujących sytuacjach:
- Przez ciebie straciłam cały puchar. Uznaję więc, że jesteś mi winien następny.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#5
18.11.2025, 09:51  ✶  
Lestrange zmrużył nieco oczy w odpowiedzi na jej pytanie. Można było je interpretować na wiele różnych sposobów, lecz najbliższe rzeczywistości były chyba zaledwie dwa. Albo uważała go za kruchy kieliszek, który pod wpływem jej słów i dotknięcia może się rozlecieć na milion drobnych kawałków (ach, to męskie ego), lub chodziło jej o tę drugą część. Potwierdziła to też sama Astoria, mówiąc wprost o tym, że nie tylko szkło było tu niebezpieczne. Nie rozumiał, w jaki sposób miałby jej zagrozić - byli przecież wśród ludzi, a on dał jej dokładnie to, o co prosiła, prawda? Dał jej spokój. Dlaczego więc wciąż jej zapach przypominał mu się w najmniej oczekiwanych momentach, a głos dźwięczał w uszach wieczorami, odbijając się jak echo w jaskini? Dlaczego gdy widział miękkie, czarne pukle u kogokolwiek na ulicy, oglądał się z nadzieją, że mignie mu też jej jasna skóra?

Cholerna Astoria Avery. Cholerna Avery, która ogonem swoich intensywnych perfum sprawiała, że kręciło mu się w głowie. Cholerna Avery, która tą wyniosłą postawią sprawiała, że krew gotowała mu się w żyłach i tracił panowanie nad sobą. Cholerna Avery, która najpierw posądzała go o rzeczy, których nie miał na myśli, a gdy w końcu odpuścił: ponownie wsadziła stopę w szczelinę między framugą a drzwiami, nie pozwalając na ich zatrzaśnięcie.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział takim samym tonem - suchym i chłodnym, z naleciałością irytacji. Nie zamierzał jej jednak dawać tej satysfakcji i pokazywać, jak bardzo go zdenerwowała. I jak bardzo denerwowała go teraz, żądając kolejnego pucharu wina, zamiast po prostu odejść w spokoju. Najchętniej to on by się odwrócił na pięcie i odszedł, lecz nie tak go wychowano. Była kobietą, a tym z gruntu należał się szacunek, nawet jeżeli były irytujące. Mimo że go uraziła, to nie zrobiła nic, co ten szacunek by zniwelowało. Matka naprawdę dużo wysiłku włożyła w to, by zaszczepić mu taki a nie inny światopogląd, obawiając się, że skończy tak, jak Louvain - i to zbierało teraz swoje żniwo. - Uznajmy, że to była moja wina.
Oczywiście, że to nie była jego wina. Astoria powinna była się rozejrzeć i nie być tak gwałtowną w swoich ruchach, ale wiedział, jak działał alkohol a ona była tu ewidentnie dłużej niż on sam. Odłożył więc swój prawie pusty kieliszek, a następnie zrobił krok w kierunku kobiety. Chciałby westchnąć na fakt, w jaki sposób wyraziła swoje żądanie, ale zrezygnował, by nie rozjuszyć jej dodatkowo. Oparł więc delikatnie dłoń na jej plecach - nie niżej, bez tego wstrętnego uczucia obłapiania, które zapewne kojarzyła - a następnie delikatnie skierował ją w stronę przedsionka. To tam znajdowały się stoły, uginające się pod ciężarem butelek z najróżniejszymi alkoholami. Było tam odrobinę ciszej, niż w salonie, gdzie toczył się gwar rozmów, od którego pękała głowa. Odpuścił suszenie się i wycieranie. I tak planował stąd zniknąć stosunkowo szybko, a Avery dała mu bardzo dobry pretekst, by to zrobić szybciej, niż planował. Niechcący ten mały wypadek stał się idealną wymówką, którą planował niedługo wykorzystać.
- Na które masz ochotę? - zapytał uprzejmie, dbając o to, by ton był formalny, nienaznaczony irytacją. Gdy zeszli z widoku, a gwar nieco odpuścił, on sam się nieznacznie rozluźnił. Nie było tajemnicą, że nie lubił tego typu spotkań. Oczywiście dało się spotkać Rodolphusa na przyjęciach, lecz z reguły bywał na nich na tyle krótko, na ile to było możliwe. I nie na każdych. Przed Astorią rozciągał się jednak teraz miły widok: stolik z tacą, na której ustawiono wina. Białe, czerwone. Wytrawne, słodkie, półsłodkie. Owocowe, bardziej ciężkiej, lekkie. Butelek było kilka, na kolejnym stoliku były następne. Miała w czym wybierać.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#6
19.11.2025, 14:24  ✶  
Zaprzeczył. Oczywiście. Zmrużyła oczy nieznacznie, niemal niezauważalnie, tak, że każdy inny uznałby to za drobny tik, może reakcję na światło. Ale w niej to powątpiewanie było jak ostrze wsuwające się pod skórę. Przyglądała mu się dłużej, niż wypadało: spokojnie, wręcz podejrzliwie, jakby próbowała dostrzec choć jeden mikroskopijny grymas zdrady na jego twarzy. Czy naprawdę odpowiedziałby jej prawdę? Miała dość tej drażniącej niepewności, której nie umiała zignorować. Nie wiedziała, czego powinna od niego oczekiwać - ochrony czy zagrożenia, szczerości czy kolejnej warstwy perfekcyjnie wymalowanej fasady. A on, jak zwykle, stał przed nią z tą spokojną, wyważoną twarzą, jakby sam fakt, że budzi w niej chaos, był mu kompletnie obojętny.
Była pod wrażeniem, że postanowił wziąć jej oskarżenie na klatę, mimo że sama miała świadomość, że nie był winien tej sytuacji. Czyli jednak potrafił schować dumę do kieszeni. Poczuła satysfakcję, choć starała się tego nie okazać, kiwnęła jedynie głową i ruszyła w stronę przedsionka. Przez całą tę drogę czuła jego dłoń na plecach, tuż na wysokości łopatek. Nie był to dotyk nachalny, zawłaszczający, jak w przypadku niektórych "dżentelmenów" na salonach. Ten gest był przyzwoity. Zaskakująco przyzwoity, jak na kogoś, wobec kogo jeszcze niedawno warczała w obronie własnej dumy.
W przedsionku stał długi stół zastawiony szklanymi karafkami i kryształowymi butlami, w których odbijały się płomienie świec. Wyciągnęła rękę miękkim, eleganckim ruchem, choć w jej wnętrzu chaos nadal buzował, i lekko musnęła palcami szyjkę jednej z karafek. Stała tuż obok, obserwując uważnie, jak Rodolphus chwyta wskazaną przez nią karafkę. Poruszał się z irytująco spokojną precyzją, jak ktoś, kto nigdy się nie śpieszy, bo świat i tak zawsze robi mu miejsce. Kiedy uniósł naczynie, burgundowy trunek zawirował miękko, a potem cienką strugą popłynął do jej pucharu. Gdy podał jej naczynie, ich palce musnęły się, a napięcie pojawiło się natychmiast, jakby w powietrzu pomiędzy nimi coś się naprężyło, czekając tylko na minimalny ruch, by pęknąć.
- Dziękuję - powiedziała miękko. I dopiero wtedy, z pucharem w dłoni, poczuła lekkie ukłucie trzeźwej myśli, że może jednak nie powinna już dziś więcej pić. Powinna zachować czujność, przytomność umysłu - szczególnie przy nim, skoro jego zamiary raz wydawały się szczere, a raz kompletnie nieprzeniknione.
Potem, jakby impuls przepłynął przez jej ciało, wyrwało się z niej bez ostrzeżenia: - Musisz być takim dupkiem? - Zanim jednak dotarły do niego, sama zdążyła zarejestrować uderzenie własnej szczerości, ostre jak sztylet wbity w ciszę przedsionka. - To wszystko tylko gra pozorów, prawda? Dobre maniery podszyte nienawiścią. - oskarżyła, prostując się wyzywająco, a jej spojrzenie było podejrzliwe, jakby oczekiwała wybuchu. Chciała go sprowokować, wyrwać z niego coś prawdziwego, coś równie intensywnego, jak to, co w niej samą niepokojąco buzowało, kiedy tylko się do niej zbliżał. Ale nie mogła się do tego przyznać, nawet przed samą sobą. Dlatego schowała tę prawdę pod warstwą ostrości, jak ktoś skrywający miękkie wnętrze dłoni w zaciśniętej pięści. Wino drżało w naczyniu, odbijając światło jak płynny rubin, a ona sama stała wyprostowana, z pozoru opanowana, choć wewnątrz była raczej jak tafla wody naruszona kamieniem.
Przez jedną, ulotną sekundę ich spojrzenia znów się spotkały nad szkłem. I znów nie była pewna, czy bardziej chciała go od siebie odepchnąć, czy może… w końcu zrozumieć.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#7
19.11.2025, 14:56  ✶  
Duma dumą, ale Rodolphus uważał się za cholernie inteligentnego, a domeną ludzi inteligentnych był fakt, że potrafili odpuszczać - szczególnie jeżeli sprawa, o którą mieli walczyć, była błaha. Bo to, czyja to była wina, było tak naprawdę nieistotne. Astorii nic nie było, mu również. Nie zamierzał jej w żaden sposób pociągać do odpowiedzialności za ubrudzoną koszulę, jaki był więc sens w tym, by uparcie stawiać na swoim? Być może duma, o której myślała, że schował ją do kieszeni. Bo faktycznie jeszcze te kilkanaście lat temu darłby z nią koty o to, czyja to była wina. Wtedy był młody, impulsywny, a jego ego było jeszcze bardziej wyjebane w kosmos, niż teraz. Nie potrafił się kontrolować tak, jak teraz. Wtedy uważał, że cały świat jest mu coś winien. Teraz wiedział, po tych kilku latach, że to nie świat był mu winien - on był winny światu. Był winny światu prawdę, odpowiedzi, jego celem było zadbanie o to, by uczynić ten świat lepszym. Z tym, że wybrał do tego metody, za które wylądowałby w Azkabanie, ale to był szczegół. Intencje miał czyste i naprawdę wierzył w to, co robił. A skoro miał tak dużo na głowie, to czymże była kolejna kropla czerwonego wina na białym materiale?

Jej miękki ton głosu sprawił, że na moment uniósł na Astorię spojrzenie. Przypadkowe dotknięcie palców sprawiło, że wzdłuż jego kręgosłupa przeszedł dreszcz. Przez ułamek sekundy naprawdę myślał, że spór został zażegnany i tak jak on odpuścił chwilę temu, tak Astoria odpuści ich przeszłość. A jednak tak się nie stało: kolejne buńczuczne słowa sprawiły, że nie mógł dłużej utrzymać tej maski chłodnej obojętności. Gdyby to był kto inny, wzruszyłby ramionami i po prostu odszedł, nie kłopocząc się odpowiedzią. Usta Rodolphusa wykrzywiły się nieznacznie. Zmrużył oczy na tak bezpardonowe słowa. Dupkiem? Kiedy on jej dał powód do tego, by tak mogła o nim mówić?
- Och, proszę wybaczyć - syknął jadowicie, a dłoń nieznacznie się poruszyła, jakby chciał zacisnąć ją w pięść. - Proszę wybaczyć za to, co robiłem do tej pory. Prośba o pomoc? Tak, dupkowata. Uratowanie ci życia? Jeszcze bardziej dupkowata, zapomniałem. Tak samo chamskie było podarowanie ci eliksirów, żebyś mogła szybciej wrócić do zdrowia. A może chodzi o to, że chciałem wyjaśnić z tobą przeszłość, której tak uporczywie się trzymasz? Naprawdę, jestem jednym z najgorszych chamów na świecie.
Zrobił pół kroku w jej stronę. Była od niego niższa, co nie było w zasadzie żadnym zaskoczeniem, patrząc na to jak wysoki był - przyzwyczaił się już do patrzenia na ludzi z góry. Dosłownie i w przenośni.
- Dlaczego tak bardzo nurzasz się w tym, co było? Czego się boisz, Astorio? - nachylił się nad nią, zniżając głos do szeptu, który miał dotrzeć tylko do jej ucha. Zapach Avery doprowadzał go do szału i sam nie wiedział dlaczego. - Może boisz się przyznać sama przed sobą, że się mylisz. Tkwisz w błędnym przekonaniu od lat, ale jesteś zbyt uparta, żeby to zaakceptować.
Dlaczego uważasz, że jesteś kimś, kto zasługiwałby ode mnie na tak silne uczucie, Astorio? Dlaczego twoje perfumy drażnią mnie, ilekroć je poczuję? Czemu nie mogę odwrócić wzroku, gdy rzucasz w moją stronę kolejne oskarżenia?
- Przerzucasz swoje własne odczucia na mnie - powiedział w końcu, mimowolnie unosząc dłoń do jej włosów. Machinalnie założył kosmyk ciemnych pukli za jej ucho. - Czym zasłużyłem sobie na twoją nienawiść, maskowaną nieudolnie przez uprzejme słowa i beznamiętny wyraz twarzy?
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#8
19.11.2025, 18:16  ✶  
Astoria poczuła, jak słowa uderzają w nią z siłą, której nie była gotowa przyjąć, jakby każde kolejne zdanie cięło powietrze pomiędzy nimi na cienkie, drżące pasma. Jego ton był jadowity, przepełniony tym chłodnym ogniem, którego w nim nienawidziła… i którego, ku własnej zgubie, coś w niej szukało.
Zamarła, gdy zrobił krok w jej stronę. Niby niewielki, ledwie pół ruchu, a jednak wystarczył, by świat skurczył się do niewielkiego kwadratu przestrzeni pomiędzy nimi - klaustrofobicznego i dusznego od napięcia, które narastało bez jej zgody. Różnica wzrostu, tak oczywista i przewidywalna, tym razem zadziałała jak dodatkowa przewaga w jego dłoni: musiała odchylić głowę nieco wyżej, żeby go obserwować, a to sprawiało, że czuła się wystawiona na widok, odsłonięta.
Jego wyliczenia - pomoc, życie, eliksiry, przeszłość - wrywały się w nią każde jak osobne uderzenie. Z każdą kolejną rzeczą, którą rzucał jej w twarz, jej własna krew zaczynała krążyć szybciej, pulsując w skroniach, w klatce piersiowej, w nadgarstkach trzymających puchar. Złość? Wstyd? A może coś o wiele, o wiele bardziej niebezpiecznego? Przełknęła ślinę, próbując wyrzucić z siebie tę przewrotną świadomość, że jej ciało reagowało na niego szybciej, niż jej rozum zdołał interweniować. Jego pytania wbijały się w nią jak szpilki. Każde z nich było zbyt blisko miejsc, do których nikt nie powinien mieć dostępu. A potem dotknął jej włosów. I ten jeden delikatny ruch sprawił, że oddech ugrzązł jej na moment w gardle, jakby ciało zapomniało, jak funkcjonować. Wino w jej pucharze zadrżało nieznacznie, a policzki zapiekły ciepłem, które natychmiast próbowała stłumić.
A potem... To stało się zanim jej rozum zdążył wydać choćby jedno sensowne polecenie. Zanim zdążyła nazwać to, co gotowało się w niej od kilku długich minut. Zanim zdążyła odsunąć się, odwrócić wzrok, zamknąć emocje w szczelnej klatce. Jej dłoń zacisnęła się w palcach na jego koszuli, a potem przyciągnęła go ku sobie z siłą, która nie miała w sobie nic subtelnego. Jej usta odnalazły jego w brutalnie szczerym, pełnym nagromadzonych tygodniami emocji pocałunku - niespokojnym, gorącym, tak intensywnym, że aż drżały jej palce. Złość, frustracja, strach, przyciąganie, ból. Wszystko wymieszało się w niej w jednej fali, której nie była w stanie powstrzymać. Pocałowała go mocno, głęboko, tak jakby chciała zamknąć mu usta przed kolejną z jego jadowitych, rozszarpujących ją kwestii; tak jakby chciała zagłuszyć w sobie wszystko, co w niej krzyczało, że to błąd.
A potem nagle, gwałtownie, jakby ktoś oblał ją lodowatą wodą, jej ciało napięło się, usta oderwały od jego ust, a dłoń, która jeszcze przed chwilą kurczowo trzymała jego poplamioną koszulę, puściła ją jakby parzyła. Zrobiła krok w tył, odrywając od niego całe ciało z tej samej siłą, z jaką wcześniej się do niego przycisnęła. Oddychała ciężko, za szybko, jak po długim biegu. Policzki miała rozpalone, w gardle paliło ją coś gorzkiego, a w oczach błyszczało oszołomienie, którego nie potrafiła ukryć.
- Przepraszam. Ja... niczego się nie boję - zaczęła, próbując wyprostować się, odzyskać kontrolę, odzyskać dystans. Próbowała znaleźć wyjaśnienie, bo przecież nigdy nie działała impulsywnie, wszystko zawsze miała przemyślane. Wino, tak to musiało być wino. Jakby lampka wina miała zmienić całą jej osobowość i cokolwiek tu wyjaśnić. Jakby to nie było najżałośniejsze kłamstwo, jakie próbowała wcisnąć samej sobie.
- M-muszę się przewietrzyć - wymamrotała wreszcie, a choć chciała, żeby to zabrzmiało ostro i zdecydowanie, wyszło zbyt słabo, zbyt miękko, jakby wciąż brakowało jej powietrza. Odwróciła się, unikając jego spojrzenia. Przekroczyła próg, drzwi balkonowe uchyliły się pod lekkim pchnięciem, a nagły napływ chłodnego powietrza uderzył ją w policzki. Wyszła na zewnątrz. Zatrzymała się dopiero przy balustradzie tarasu, opierając dłonie o zimny kamień. Oddychała ciężko, głęboko, jakby próbowała wypłukać z płuc resztki jego zapachu, jego bliskości, jego ust, które wciąż czuła na swoich.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#9
19.11.2025, 19:44  ✶  
Nagle wszystko ucichło. Gwar rozmów ludzi, którzy nie zwracali na nich uwagi, odbijał się od gęstniejącego wokół nich powietrza. Każdy zajmował się swoimi sprawami. Pili, śmiali się i rozmawiali, nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się przy stoliku z winem. Z daleka mogli wyglądać jak przyjaciele - zmniejszający się dystans, szeptanie do ucha, początkowe mrużenie oczu w gniewie. Gdyby ktoś spojrzał na nich w tym momencie, szybko odwróciłby wzrok: nie było tu nic interesującego, nic co mogłoby zająć ich przyćmione alkoholem umysły. Z każdą kolejną chwilą, gdy wyliczał rzeczy, które dla niej zrobił, czuł jak wielki to był błąd. Nie powinien tego mówić, nie jej. Nie dlatego, że były nieprawdziwe lecz dlatego, że mogło to zabrzmieć tak, jak Astoria tego chciała: jak wyliczanie przysług, które musiała mu oddać. A przecież nie robił tego w żadnym momencie po to, by odebrać coś w zamian. Na samym początku, gdy odnowili kontakt, uraziła go, wyrzucając ze swojego gabinetu w OdNowie. I kolejny, gdy nie odpisała na jego list z wyjaśnieniem tematu obrazów. Była to zadra, maleńka i nieznacząca, ale na tyle wyczuwalna, że pewnie by odpuścił rozmowę z Avery, gdyby się zobaczyli. Lecz przypadek sprawił, że tamtej nocy nie mógł przejść obojętnie. Kim by był, gdyby pozwolił jej umrzeć? Z początku tak to sobie tłumaczył - była czystokrwistą czarownicą, nie zasługiwała na to, by szlama podnosiła na nią plugawą rękę.

Dopiero później, gdy niósł jej wątłe, prawie bezwładne ciało na rękach, zdał sobie sprawę że nie o to chodziło. Nieważne kto - nikt nie miał prawa podnosić na nią ręki. Ta myśl zawładnęła jego umysłem, wbiła się głęboko i uparcie odmawiała wyjścia, burząc porządek i spokój, który dopiero co odzyskał. I gdy tamtego poranka upewnił się, że z Avery wszystko było w porządku, był gotowy przeprowadzić na własnym umyśle eksperyment, pozwalający wypchnąć Astorię z pamięci. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego: szanował, chociaż nie rozumiał tego. A teraz stała tu przed nim, unosząc dumnie głowę i pieprząc o tym, że jej nienawidzi. Nie powinien był jej dotykać. Powinien był odejść, lecz zamiast tego jego ciało zareagowało odruchowo. Wmawiał sobie, że to dlatego, że ten nieszczęsny kosmyk nie pasował do reszty misternie ułożonej fryzury. Burzył porządek, który okalał śliczną twarz kobiety i doprowadzał go do szału, ale prawda była inna. Tak jak Astoria jednak, nie dopuszczał do siebie tej prawdy. Umysł ludzki był naprawdę potężną, skomplikowaną bronią - potrafił kreować nową rzeczywistość i projektować wszystko tak, jak chciał jego właściciel. Problem w tym, że żaden człowiek na tym świecie nie miał na tyle kontroli, by robić to świadomie. Wszystko to odbywało się w podświadomości: tak jak teraz w umyśle Rodolphusa. Chciał wierzyć, że to, co zrobił, było przypadkiem, wynikającym z jego nerwicy natręctw. Nie, nie chciał w to wierzyć: on musiał w to wierzyć. Zbyt wiele kobiet i mężczyzn bawiło się jego uczuciami, by mógł pozwolić sobie na dopuszczenie do siebie kogokolwiek. Nawet Cynthia, która przecież była idealną partią i podziwiał jej urodę oraz inteligencję, nie mogła przebić się do jego serca tak, jak właśnie robiła to Astoria. Nie wiedział co takiego w niej było i w jaki sposób jej się to udawało, ale powoli wyważała drzwi, które wydawało się, że zamknął na dobre.

Gdyby trzymał kieliszek w dłoni, jego palce rozwarłyby się w zaskoczeniu i upuściły szkło, zwracając na ich dwójkę uwagę. Szczęściem jednak nie trzymał nic w dłoniach - zdążył puścić kosmyk czarnych włosów, gdy Avery chwyciła go za koszulę i przyciągnęła z taką siłą, o którą nigdy by jej nie podejrzewał. Przyjemne ciepło rozlało się po jego ciele, gdy poczuł na swoich ustach jej miękkie wargi. Były zachłanne i łapczywe, tak jakby przez ostatnie tygodnie ona również walczyła ze swoimi myślami. A może to był po prostu wpływ alkoholu? Zapewne zdążyła wypić więcej niż kieliszek wina, zanim się tu pojawił. Jego serce tłukło się w klatce piersiowej, a dłoń, która jeszcze przed chwilą była koło głowy Astorii, zniżyła się i opadła na jej plecy. Przyciągnął ją do siebie, oddając pocałunek. W przeciwieństwie jednak do jej pocałunku - jego był delikatny. Nazbyt delikatny, jeżeli brać pod uwagę fakt, że całkiem niedawno z ogromną siłą i pasją w oczach zabił co najmniej jednego człowieka. Nie był ostrożny, był... Nawet nie zachowawczy. Był to pocałunek kogoś, kto bardzo pragnął uczucia. Nie kogoś, kto zagarniał wszystko dla siebie. W jego odczuciu trwał on wieczność. Cofał do czasów, gdy nic nie miało znaczenia. Gdy Voldemort jeszcze się ukrywał, a on nie zdążył rozpocząć badań, które zawładnęły jego życiem i wykrzywiły moralność. Cofnął się do czasów, gdy był jeszcze bardziej sobą, gdy nie musiał uważać na każdy swój krok i każdy gest. Ten pocałunek cofnął go do beztroski. Na moment sprawił, że otoczenie wokół nich się rozmyło i nikt więcej się nie liczył.
- Co? - nie wiadomo co było głupsze: jego pytanie czy jego mina, gdy Astoria oderwała się tak samo gwałtownie, jak do niego przylgnęła. Nie trzymał jej, stał tak i patrzył z niedowierzaniem, jak rumieniec pokrywa jej policzki jeszcze mocniej, a błyszczące oczy próbują uciekać. A więc o to chodziło? Chciała mu coś udowodnić? - Cholera, Tori, wracaj.
Nie zamierzał jej tak po prostu pozwolić odejść. Pieprzona Avery - ta mantra odbijała się w jego czaszce echem, chociaż coraz mocniej zagłuszało ją łomotanie własnego serca. Wyszedł za nią na balkon i zamknął przeszklone drzwi, odcinając ich od hałasu. Chłód przeniknął jego ciało i owiał rozgrzaną skórę, ale nie przyniósł ukojenia.

Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiedział, co powiedzieć, żeby nie zabrzmieć tak, jak określiła go jeszcze przed chwilą. Stał więc, opierając się plecami o szybę, i patrzył na Astorię w milczeniu, a w głowie miał zupełną, kompletną pustkę. Jakby nagle ktoś nacisnął przycisk "wyłącz".
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#10
19.11.2025, 22:26  ✶  
Przez kilka długich sekund stała nieruchomo, pozwalając, by chłód wrześniowej nocy gładził jej skórę jak lodowata dłoń, która miała zamrozić w niej wszystko, co przed chwilą wymknęło się spod kontroli. Oddychała głęboko, rytmicznie, niemal brutalnie narzucając własnym płucom porządek, bo tylko to potrafiła teraz zrobić - wprowadzać dyscyplinę tam, gdzie jeszcze przed momentem panowało coś dzikiego, nieokiełznanego, przerażająco żywego. Jej myśli nie układały się w jedną linię. Rozpryskiwały się we wszystkie strony jak szkło po gwałtownym rozbiciu. Była teraz mieszanką sprzecznych emocji. Ale przede wszystkim była tam panika, która wcale nie wynikała z samego pocałunku, lecz z faktu, że dopuściła go do siebie bliżej, niż planowała. Przerażało ją, że przestawała panować nad własnymi odruchami, gdy tylko znajdował się (zbyt) blisko.
Czuła jego wzrok na plecach, intensywny, nieodpuszczający. Mógłby nic nie mówić, mógłby nawet nie oddychać, a i tak wiedziałaby, że tam jest. Oparł się o drzwi, blokując jedyną drogę ucieczki, jakby wiedział, że to właśnie będzie jej pierwszy instynkt.
Astoria zacisnęła palce na kamiennej balustradzie, aż pobielały knykcie. Wdech. Wydech. Powolność wymuszona, chłód brany na żyletki, aż w końcu mury, które pękły jeszcze chwilę temu, stanęły znów - wysokie, równe, gładkie. Nienaganne jak ona. Dopiero kiedy nic na jej twarzy nie drżało, kiedy żaden ślad wcześniejszej słabości nie mógł się już przez nią przebić, obróciła się w jego stronę. Jej spojrzenie było zimne. Tak chłodne, jakby pocałunek nigdy nie miał miejsca. Jakby jego smak nie był wciąż obecny na jej ustach. Jakby w jej żyłach nie krążyła przed chwilą furia, pożądanie i coś jeszcze, czego nazwać nie miała odwagi. Chroniąc własne bezpieczeństwo i spokój, wybrała okrucieństwo, na które być może nie zasłużył.
- Zamierzasz teraz podążać za mną jak zagubiony szczeniaczek? - warknęła, chcąc uwolnić się od niego jak najszybciej, by nie mącił dłużej spokoju jej umysłu. Twarz odzyskała arystokratyczną niewzruszoność, rysy wygładziły się, a głos gdy przemówiła, był tak lodowaty, że mógł zaprzeć dech. W tym momencie jej życia nie potrzebowała żadnych nowych komplikacji. Potrzebowała spokoju, potrzebowała dystansu, potrzebowała skupić się na pracy - jedynej przestrzeni, w której czuła, że panuje nad sobą absolutnie. - To nic nie znaczyło. Zwykły upust emocji, nic więcej. - dodała, jakby była to oczywistość, czego dopełniał kpiący uśmieszek. I choć mówiła to z perfekcyjną obojętnością, w której mogła stanąć cała sala gości i nie odnaleźć żadnej rysy - w środku wciąż czuła echo jego ust, echo jego szeptu, echo własnej słabości.
- Myślałeś, że zapomnę o tych wszystkich żartach w Hogwarcie? O złośliwościach, przytykach? - zapytała, wracając do jego wcześniejszych wypowiedzi; wyliczeniach, co dobrego dla niej zrobił i jak bardzo niewdzięczna była. Oczekiwał, że ucałuje mu stopy? - Ludzie się nie zmieniają. Jesteś taki sam, nawet jeśli nosisz swoje maski, Rodolphusie - ciągnęła, wierząc, że jest tym samym Rodolphusem z Hogwartu - uosobieniem wszystkiego, czego nie znosiła: arogancki, złośliwy, nieprzewidywalny, który zawsze trafiał celnie w miejsca, gdzie inni nie dostrzegali słabości. Ten, który potrafił jednym komentarzem wyprowadzić ją z równowagi, a potem jeszcze dorzucić wykrzywiony uśmieszek, jakby sprawdzając, ile potrzeba, by ją złamać. Teraz role się odwróciły, Astoria nie pozwoli sobą manipulować, nie kiedy tak dobrze strzeże dostępu do swojej wrażliwej strony... a przynajmniej do tej pory strzegła.
Chłód wrześniowej nocy owiał jej szyję, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Nie zwróciła na to uwagi, zbyt pogrążona natłokiem emocji.
- Uratowałeś mnie, to fakt. Ale czy z dobroci serca? Czy może z chęci ukarania mugolaków? Zdobycia mojej wdzięczności? Kto wie, kiedy mogłaby okazać się przydatna, prawda? - zapytała miękko, niemal delikatnie, jakby stawiała pytanie czysto teoretyczne, pozbawione emocji. Przechyliła głowę nieznacznie, jak ktoś, kto analizuje skomplikowane równanie. A potem uniosła podbródek odrobinę wyżej, przywróciła pełnię swojej arystokratycznej maski. - Choć może nie w kwestii obrazu, skoro próbowałeś podkopać mój profesjonalizm, oskarżając mnie o fałszowanie wyników - zauważyła chłodno, prawie uprzejmie, jakby komentowała czyjeś niedociągnięcia w wypracowaniu, a nie wyrzut, który wciąż palił ją pod skórą. Oddychała spokojnie, choć w środku wszystko w niej drżało. Wiatr znów musnął jej drobne ciało, znów wywołał drobne dreszcze, jakby przypominając, że stoi tu wystawiona - na chłód, na niego, na własne emocje, które powinna była zakopać jeszcze głębiej.
- Nie wspominając o twojej reputacji - wypomniała jeszcze, jakby miał to być gwóźdź do trumny.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (2883), Rodolphus Lestrange (3599)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa