• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine

[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
21.11.2025, 22:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:51 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Rumunia
Drzwi baru nagle wydały mi się wyjątkowo skomplikowanym mechanizmem, wymagającym całego mojego genialnego skupienia, więc nawet nie próbowałem udawać, że mogę je otworzyć przed moją towarzyszką. Kiedy Geraldine pchnęła je za mnie, oślepiło mnie światło, jakby ktoś zapomniał zgasić światło po drugiej stronie gór. Słońce, nie powinno go tam być o tej porze - wczesnej, nieprzytomnie wczesnej - a jednak wisiało nad rumuńską uliczką jak coś podejrzanie radosnego. O tej porze powinno być jeszcze ciemno, mgliście, powinno padać, albo przynajmniej wiać tak, żebym miał wymówkę, czemu zataczam się jak debil, ale nie - było chłodno, przejrzyście i tak kurewsko pogodnie, że tylko bardziej mnie to wkurwiało. Nie lało - to mnie najbardziej wkurwiło, bo po takim wieczorze pogoda powinna być równie zjebana, co ja, a zamiast tego wszystko wyglądało podejrzanie spokojnie - góry w tle miały ten jasny kontur.
Wysunąłem się za nią, próbując wyglądać jak człowiek, który miał mocną głowę i nie wypił prawie nic. Niestety - już pierwszy krok, postawiony na zewnątrz na podejrzanie falującej ziemi, złapał mnie na kłamstwie, zatoczyłem się tak, że omal nie walnąłem ramieniem w framugę. Nie upiłem się aż tak, naprawdę nie, moja głowa zwykle wytrzymywała więcej niż wieczór spędzony w towarzystwie lokalnych, rumuńskich specjalistów od rakiji. A jednak chwiało mną tak, jakby mój mózg właśnie wyszedł z wirówki.
Może wina leżała w tym, że przez chwilę naprawdę wierzyłem, że nie mam wstrząśnienia mózgu, zupełnie nic mi nie jest, nawet z tą pękniętą, ułamaną jedynką nie jest tak fatalnie. Po wszystkim, co wydarzyło się na balkonie - a właściwie po tym, jak Geraldine wypchnęła mnie z niego z wprawą kogoś, kto robił to przynajmniej raz w kwartale - powinienem był się tego spodziewać. Nie stało się nic poważnego, teoretycznie, ale biorąc pod uwagę, że widziałem podwójnie każdą witrynę sklepową, zaczynałem się zastanawiać nad własnym stanem. Idąc za nią na chłodne powietrze, czułem się jak ktoś, przez kogo przejechał powoli, uprzejmie i metodycznie cały konwój.
Sam nie wiedziałem, czemu właściwie została ze mną w barze. Ludzie normalni mają instynkt samozachowawczy, a ona zamiast tego siedziała, rozmawiała z lokalsami i udawała, że nie widzi, jak powoli odpływam. Próbowałem przypomnieć sobie, jakim cudem wieczór minął tak szybko. Pamiętałem śmiech, kilku miejscowych, którzy mówili rzeczy, których pewnie nie powinni mówić obcym, i Gerdę, która kiwała głową, jakby wszystko od dawna wiedziała - to było to dobre zakończenie, ta część, którą mogłem uznać za względnie pozytywną.
Ale potem…
No, właśnie. Potem otworzyłem ryj - znowu.
Doskonale pamiętałem ten moment, gdy byłem już na wpół przytomny, a jednak udało mi się wypowiedzieć słowa, które normalny, trzeźwy ja wsadziłby sobie z powrotem do gardła. Coś w rodzaju:
- Gel… Ge’e… Ge’aldine… Kulwa… Ej… To… To ws’ysko. To… pfffhlkkk Ge’e… Ge’ald’n… Ja nie chcę… ghrrk… Nie chcę byś s-samotny i szało…ghrk…Szałosny… Śmieciem… Ja Sun… Ja ją koch—hluuugh… bleeehghhh…
A potem zdążyłem jedynie wywalić głowę przez okno i zwrócić barowi połowę tego, co od niego dostałem.
Powietrze było rześkie, takie, które normalnie bym docenił, ale teraz wwiercało mi się w zęby - a właściwie w jedynkę, tę złamaną, pękniętą na pół, wystawioną na światło dzienne i błysk witryny sklepu, w której odbiciu wyglądała zdecydowanie gorzej niż zakładałem.
- O-ohoho… Kulwa… - Wymknęło mi się, kiedy świat mi zrobił jeden z tych powolnych piruetów. Brzmiałem, jakbym był co najmniej po czterech butelkach, a nie po… Co to właściwie piłem? Rakija? Bimber? Cokolwiek to było, paliło jak benzyna. Zatrzymałem się na środku uliczki, bo kolejny krok groził upadkiem, zacisnąłem palce na zimnym murku obok i syknąłem, kiedy drgnęła mi ręka - pewnie też poobijana po tym, jak Geraldine uprzejmie wypchnęła mnie z balkonu.
- Uuugh… Ja pie…p-pld… - Syknąłem, łapiąc równowagę.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
21.11.2025, 22:36  ✶  

Była bliska tego, żeby odwrócić się na pięcie i odejść. Tak właściwie to prawie to zrobiła, jednak jak przystało na dorosłą, odpowiedzialną kobietę, postanowiła zostać. Musiała mieć na niego oko, zwłaszcza przez to, że to ona go poturbowała. Oczywiście miała ku temu swoje powody, zasłużył na to, co go spotkało, tylko jednak spacer w tym stanie mógł się skończyć źle, a nie chciała mieć go na sumieniu, musiałby się zresztą tłumaczyć z tego przed Roisem, słabo by to trochę wyglądało, no bo co miałaby mu niby powiedzieć, no wypchnęłam go przez balkon, jebnął o beton, potem sobie poszedł, chuj wie gdzie jest no i nie wrócił? No nie. To brzmiałoby głupio. Tak czy siak pewnie będzie musiała powiedzieć mężowi dlaczego jego przyjaciel wyglądał, tak, a nie inaczej, ale kiedy była obok przynajmniej miała pewność, że jakoś doprowadzi go do ich tymczasowego mieszkania.

Znaleźli bar, chyba jeden, jedyny otwarty w całym tym miasteczku. Był to spory sukces, spore osiągnięcie, jak na to, że szli zupełnie na ślepo. Czuła, że potrzebował się najebać, ba sama po tej rozmowie chętnie by się napierdoliła, ale nie mogła, więc polazła tam za nim. On wlewał w siebie rakije, czy inne lokalne trunki, które jebały tak, że krzywiła się na samą myśl, że można było to tak po prostu wypić, a ona piła jebaną herbatę, niesamowita atrakcja. Benjy bawił się całkiem nieźle, nawiązał nowe znajomości, spodziewała się, że w tym wiselczym nastroju może prosić się o wpierdol, ale było zupełnie inaczej. Spoglądała na niego uważnie, kontrolnie, co jakiś czas by mieć pewność, że zaraz jej tu nie odleci, bo mocno jebnął o posadzkę, a teraz wlewał w siebie hektolitry alkoholu.

Z jego ust padło wiele słów, spoglądała na to z rozbawieniem, przymrużeniem oka, okazywało się bowiem, że jak się najebał, to potrafił być całkiem zabawny i może nawet nieco bardziej przystępny niż normalnie. Nawet nie spodziewała się tego, że ta noc może okazać się tak względnie udana, mimo zmęczenia, mimo tego, że zdecydowanie marzyła o tym, aby się porządnie wyspać, przyjęła jednak rolę niańki. Całkiem wyluzowanej niańki, która nie miała nic przeciwko temu, żeby wlewał w siebie ten cały alkohol. Nie wpadła na to, że później będzie musiała go jakoś zabrać ze sobą do mieszkania, że droga będzie długa i bardzo kręta. Zapamiętywała wszystko co mówił, i zamierzała skorzystać z jego słów jako argumentów przy kolejnej rozmowie, bo nie miała zamiaru przemilczeć tego co słyszała, być może miał to być monolog...

Bardzo spektakularnie się zbełtał nim to zrobił pokusił się jednak o szczerość, której się nie spodziewała, zarejestrowała to bardzo dokładnie, chociaż język tak mu się plątał, że trudno było go zrozumieć, nie przesłyszała się jednak, głupkowato uśmiechała się do siebie, gdy rumuński alkohol postanowił opuścić jego żołądek. Wiedziała, kurwa wiedziała, że to nie było takie proste. Najebany był szczery, wiadomo, że alkohol powodował szczerość, miała rację, lubiła mieć rację. Ten rzyg, to był jednak znak, że powinny opuścić to miejsce, zresztą słońce już wstawało.

Nie padało, było to zajebistą nowiną, zdążyli się już bowiem wysuszyć, jednak nadal jej ciało przechodziło to dziwne uczucie chłodu, wiedziała, że trochę minie, gdy się porządnie rozgrzeje, milion wypitych herbat nic nie dał. Próbowali wyjść, Benjy miał lekki problem, by zmieścić się w drzwiach, odbił się od lewej do prawej, może od prawej do lewej, ale nie wyszli z drzwiami. Drobny sukces, a cieszył.

Trzymała się krok za nim, żeby przypadkiem nie dostać jakimś niekontrolowanym ruchem, jednak na tyle blisko, aby móc go asekurować jeśli wiatr zawieje zbyt mocno, a wiał, wiał okropnie mocno, a przynajmniej tak to wyglądało kiedy Benjy się przemieszczał. To będzie zajebiście długa droga, przynajmniej robiło się całkiem malowniczo.

Podparł się o murek, burknął pod nosem ciche ja pierdole, to nie wróżyło niczego dobrego, na szczęście była tuż obok, gotowa spełnić się w tej swojej nowej roli. - Przytrzymać Cię, chcesz chwilę posiedzieć, potrzebujesz wody? Cokolwiek? - Starała się być naprawdę wyrozumiała, a jak chciała to potrafiła.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
22.11.2025, 01:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2025, 01:13 przez Benjy Fenwick.)  
- Ghrh—Gel’ldine… Kulwa… Ja muszę coś zlobiś… - Wymamrotałem, próbując trafić słowami w jej ogólnym kierunku, co było wyzwaniem, bo świat wirował jak pojebany, mimo to zauważyłem, że przez jedną, krótką chwilę wyglądała tak, jakby liczyła do dziesięciu, albo do stu, albo do tylu, ile już razy byłem dla niej problemem - a gdy wypaliłem kolejne „Gel… Ge’e… Ge’aldine” - zatrważająco podobne w rytmie do „Sweet Caroline” Neila Diamonda - zaczęła wyglądać na kogoś, kto naprawdę nie wiedział, dlaczego tam ze mną siedział.
Jasne, logiczne, że nie dla mnie - wypchnęła mnie z balkonu, rozwaliła mnie jak paczkę po chipsach, więc teraz miała moralny obowiązek nie pozwolić, żebym rozjebał sobie głowę o pierwszy lepszy krawężnik, bo byłem przyjacielem jej męża. Nie najlepszym, po prawdzie, raczej najgorszym. Najlepszym najgorszym przyjacielem, którego teraz musiała obserwować w środowisku, cóż, naturalnym, pijąc swoją piąta rano o’clock herbatę, bo żadne „no, wypchnęłam go przez balkon, jebnął o beton, potem poszedł w tango, zwiał w góry, jak jebana kryptyda, no i nie wrócił” nie wchodziło w grę. To nawet mi brzmiało jak głupia wymówka, a ja miałem dwie i pół czynnej synapsy. W sumie dobrze, bo gdyby mnie teraz zostawiła, to faktycznie… Chuj wie, gdzie bym skończył, podejrzewałem, że nie wróciłbym do tego tymczasowego mieszkania, chyba że taksiarza przekonałby mój urok osobisty… Może doczłapałbym się tam pod wieczór, ale z pewnością nie na ustaloną ósmą rano.
- Ghrmm… Pllllh.Ge’aldine… ja… Ja muszę, kulwa… Szeby Sun w ogóle chciała mnie jeszcze widzieś. - Wymamrotałem, zanim zdążyłem pomyśleć, to był mój wstęp do wszystkiego, co potem poszło jeszcze gorzej. - Ghrrk… Pfffh—eeeghh… - Wysapałem, zanim w ogóle do mnie dotarło, że siedzę, a może wiszę, a może dryfuję w jakiejś pizdawatej pozycji między ziemią a powietrzem. - Ty… Ty jesteś kobietą… Tak jakby… W sensie, no jesteś… Kobietą, no. - Mrugnąłem, bo świat zrobił mi fllluu–fllluu, taką falą, jak ze starych, mugolskich telewizorów, kiedy sygnał siadał, zaczynając śnieżyć. Zamrugałem znowu, próbując złapać ostrość na jej sylwetce. - Chrrk, No… To znasz to całe… To… Myślenie… Kobiece… Balsiej nisz ja… Ja… Ja ją chcę, losumiesz? Chcę splóbowaś. Ja to, kulwa, muszę naplawiś. Po latach… Tylu… Ja dalej… Pffhhh,, no nie mogę… To ta jedyna… To musi byś ta jedyna. I wiesz co, Ge’eda…? Lubię cię… Selio. Całkiem, kulwa… Lubię. Bo jesteś… - Nie dokończyłem, chyba, trochę szwankowała mi pamięć.
Świat postanowił mnie zabić. Oślepiło mnie słońce, słoneczne słońce, nad rumuńską uliczką, o tej porze, jakby ktoś zapomniał zgasić jebane światło nad górami. Było chłodno, czysto, góry miały ten jasny, ostrzejszy kontur, wszystko było ciche, spokojne i niewiarygodnie nie w parze z tym, jak się czułem. Nie lało, nawet nie mżyło - najgorsza zniewaga od pogody, jaka mogła mnie spotkać.
Wyszliśmy z tego baru, jedynego czynnego przybytku w całej tej rumuńskiej dziurze. Chyba trafiliśmy tam przez pomyłkę, intuicję, albo mój naturalny talent do znajdowania alkoholu w każdych warunkach pogodowych. Nim się obejrzałem - szedłem przodem, przekonany, że idę prosto, chociaż, gdybym spojrzał w tył, jej twarz powiedziałaby mi, że moje „prosto” wyglądało jak linia wykreślona przez pijanego kartografa. Nie wiedziałem nawet, jakim cudem znalazłem się przed Geraldine, skoro wysunąłem się za nią. No, nic, starałem się iść przed siebie i wyglądać, jakbym absolutnie nie zamierzał wykonać żadnego kontrolowanego upadku. Niestety - ziemia miała w chuj innych planów.
Zatrzymałem się przy murku, bo świat mi odpłynął, oarłem się o niego ręką i wymamrotałem to swoje „ja pierdolę”, bo nic innego nie przyszło mi do głowy, a nawet jakby przyszło, to i tak by uciekło zanim złożyłbym zdanie.
- Nie… Nie tszeba… - Udało mi się wydobyć z siebie, chociaż brzmiało to bardziej jak bełkot niż odpowiedź. Odsunąłem rękę od murku, bo nagle uznałem, że dam radę bez niego - nie dałem, złapałem się z powrotem, zanim ziemia zdążyła pierdolnąć we mnie, nie na odwrót, oczywiście. A potem, oczywiście, się zrzygałem. Całe szczęście - za murek, na kawałek łąki, za którym stado owiec patrzyło na mnie oceniająco. Zupełnie tak, jakbym potrzebował więcej widowni - doskonale.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
22.11.2025, 01:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2025, 01:53 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Nigdy nie spodziewała się tego, jak interesującym doświadczeniem może być znajdowanie się między pijanymi osobami, jako jedyna trzeźwa. To nie było dla niej typowe, to była wymuszona przez jej niezwykły stan odmiana, póki co nie wydawała się wcale taka najgorsza. Jasne, nie spodziewała się tego, nie wiedziała z czym się to jadło, ale mogła się do tego dostosować, a przynajmniej tak się jej wydawało, przynajmniej do momentu w którym Benjy nie zaczął nucić, a może i śpiewać, ja pierdole, nawet ona miała swoje granice, wiedziała, że szybko nie wyrzuci z głowy tej melodii, a szkoda.

Czy faktycznie istniał jakikolwiek sens w tym, aby rozmawiać z nim o tym, co powinien robić w momencie, w którym toczył jakąś dziwną walkę z niewidzialnym wrogiem? Potykał się o własne nogi. No nie, nie do końca. Mimo wszystko nie mogła sobie tego odmówić, taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć i być może jednak miał coś z tego poranka pamiętać. To zmotywowało ją do działania, bo czemu nie, w przeciwieństwie do niego - jej umysł w tej chwili był nieskalany żadnymi substancjami, myślała zupełnie trzeźwo.

- Musisz to się ogarnąć. - Mruknęła cicho, aczkolwiek bardzo wyraźnie. Okazało się bowiem, że Benjy - tak jak się jej wydawało darzył tą swoją pannę jakimś uczuciem, przynajmniej podczas tego wyjątkowego stanu, gdy alkohol przemawiał za niego. Zdaniem Geraldine musiała być w tym choć odrobina prawdy, bo najebani ludzie byli wyjątkowo prawdziwi. Wiedziała jednak, że rady których mogłaby mu teraz udzielić mogły nic nie zdziałać, bo był najebany jak dzwonek.

- Niesamowite, że to zauważyłeś. - Tak była kobietą, może nie do końca typową, jednakże trudno było mieć co do tego wątpliwości, nie miała kutasa, miała cycki, to mówiło same za siebie, że też musiał wlać w siebie tyle alkoholu, aby to dostrzec, a niby był taki bystry.

- To do niej napisz i jej o tym powiedz, na pewno to doceni. - Może nie była to najlepsza rada zważając na jego stan, tyle, że jak otrzeźwieje na pewno będzie się przed tym wzbraniał rękoma i nogami, to był odpowiedni moment na to by wykorzystać jego niedyspozycję, nieco rozpleciony język, postanowiła więc go podjudzić, bo czemu by nie. Niech pisze, później będzie musiał się z tego tłumaczyć.

Zmrużyła oczy, kiedy wspomniał o tym, że ją lubi. Było z nim źle. Zdecydowanie. Bardzo źle. Nawet nie wiedziała, jak powinna się do tego odnieść, miała mu podziękować? Pojebana akcja.
- Wiesz, to napisz, napisz o wszystkim, pozwól sobie na szczerość, powiedz że ją chcesz, tak po prostu i zobacz co ona na to? - Na szczęście nie były to czasy telefonów komórkowych, bo ktoś dostałby całą serię bardzo niewygodnych smsów, sowom zajmowało to dużo więcej czasu.

Widziała jak walczył. Odsunął się od murku, próbował stanąć o własnych siłach, ale poległ. Znowu się oparł. To nie wyglądało najlepiej. Najgorsze było to, że był od niej większy, jasne Ger miała sporo siły, ale kurwa on ważył więcej od niej, o kilkadziesiąt kilo, i co teraz? Potrafiła ocenić realia, zwłaszcza, że był tej nocy wyjątkowo trzeźwa.

Odwróciła głowę, gdy zobaczyła, że się nachyla, nie uniknęła jednak tego jakże uroczego widoku. Znowu rzygnął, w akompaniamencie muzyki owiec, niesamowity to był widok, emocjonujący, nie mogła o tym jednak myśleć, bo była kurewsko bliska do dołączenia do tej orkiestry.

- Wygląda na to, że jednak coś trzeba, tylko musisz powiedzieć co, przecież po to tu jestem, żeby Ci pomóc, jestem Twoją koleżanką, musisz tylko powiedzieć. - Wiedziała, że z ludźmi bywa różnie, jedni potrzebowali butelki wody, inni ramienia, o które mogli się oprzeć, inni spowiednika, a czego potrzebował Benjy? Zamierzała się dowiedzieć.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
22.11.2025, 05:09  ✶  
Nie wiedziałem, kiedy dokładnie zacząłem nucić. Nie pamiętałem słów, melodii też nie do końca, ale brzmiało to jak coś między pijacką przyśpiewką, a zawodzeniem psa, którego ktoś nauczył przeklinać. „Mmmh-mm-hmm-tra-ta-taa-kuu-rwaaa”
- Mmmgnnn… M-mmmm… Szu-dszu-dszu… - Coś w ten deseń, mniej więcej poziom pięciolatka próbującego udawać orkiestrę. Nawet mnie to wkurwiało, a skoro mnie to wkurwiało, to wyobrażałem sobie, co czuła Geraldine.
Gerda. No, właśnie - Geraldine szła obok, potem już kilka kroków za mną, i wyglądała tak, jakby rozważała ewakuację, chociaż podejrzewałem, że gdyby miała przy sobie broń, to właśnie wkładała by w lufę naboje. Mogła mnie zostawić na pastwę losu i rumuńskich krawężników, ale nie zostawiła. Została, chociaż mogła zrobić w tył zwrot i udawać, że mnie nie zna. Trzymała się za mną jak cień, ktoś bardziej odpowiedzialny - to wkurwiało i cieszyło jednocześnie, ale ja byłem zbyt pijany, żeby to zrozumieć, więc zamieniło się to we mnie w jedno wielkie „głuhhh… dzię… yhm.” W pewnym momencie dorzuciłem do tego „mm-hmmm–ghhrrr”, co miało znaczyć, że przyjąłem jakieś tam informacje do wiadomości, ale mój mózg był zajęty próbą zsynchronizowania kroków z falującą ziemią.
„Musisz to się ogarnąć.” No, świetnie, kochałem takie rady, zwłaszcza od ludzi, którzy wypychali mnie przez balkony z troski.
- Hhhgghrrrn? - Zapytałem inteligentnie, bo w tej chwili to było maksimum moich możliwości. - Ja… - Zacząłem, ale wyszło bardziej jak „Jaaagh…”. - Jaaa… Ja się ogal… Ogarrr… Ogar… Mniam… - Odburknąłem, ale język mi się zaplątał w połowie słowa, jakby ktoś go przegryzł po drodze - no, całkiem ciekawe, kto i kiedy. - Patsz, patsz… Idę pszeciesz… Prrrooo… Ooo… Oooł kurwa.
Bo właśnie odbiłem się biodrem o murek - ten murek, swoją drogą, okazał się najlepszym przyjacielem tej nocy, dnia, nocy, dnio-nocy - stabilny, cichy, nie zadawał pytań. Kiedy zaczęła gadać o tym, że zauważyłem, że jest kobietą, miałem ochotę jej powiedzieć, że ja zawsze wiedziałem, że jest kobietą, ale alkohol spowodował, że mój język zrobił „g-gghhhh—szslwaaa”. Brzmiało to, jakby ktoś próbował odkręcić zardzewiały zawór, kluczem francuskim.
- Ja… L-lubię ją… No… Tak… No… Wiesz… - I zrobiłem ręką dziwny ruch w powietrzu. - Ona… No, ona… Ona jest…Ugh… Yhm… No… - Bełkot, czysty bełkot, ale szczery jak jasna cholera. Pstryknąłem palcami. - Słuchaj… Ja… Ją… No, kurw—no. Mmgh, ona jest… To nie to… To znaczy… Ja wiem… Ja wsystko wiem. - Och, Rumunio, czemu?
A wtedy Geraldine, jebana prowokatorka, zasugerowała mi jedno z najprostszych rozwiązań, a zrobiłem bardzo wymowne „ghhh…?” i spojrzałem na swoje ręce, jakbym sprawdzał, czy były zdolne do pisania - nie były, w ogóle nie były zdolne do niczego, poza trzymaniem mnie przy murku, który właśnie ratował mi życie. Mimo to zacząłem grzebać po kieszeniach, najpierw lewa - pusto. Prawa - scyzoryk, chusteczka, coś jak papierek po gumie do żucia, ale nie papier. Jeszcze druga wewnętrzna - nic, nawet pieprzonego paragonu.
- Hhhhh… - Wydałem z siebie, nie do końca wiedząc, co właściwie miało to znaczyć, ale brzmiało poważnie, to było mądre, a przynajmniej tak mi się wydawało - mieć świadomość własnych ograniczeń - pierwszy krok do… No, nie wiem, czegoś. Rozłożyłem dłonie, jakby to tłumaczyło wszystko - papier był podstawą, absolutną, fundamentalną. Bez papieru nie istniało nic, co można było wysłać, a ja nie zamierzałem pisać do Sun jakiegoś gównianego liściku na serwetce. Już raz to zrobiłem - co mi z tego wyszło? Ten list nadal spoczywał głęboko w kieszeni jakichś spodni, nawet jeśli był szczery, szczerszy niż ten, który ostatecznie do niej trafił.
A potem poddałem się grawitacji i własnej słabości.
Geraldine odwróciła głowę, ale na pewno nie zdążyła uciec od dźwięku. Zrobiłem to tak głośno, że kilka rumuńskich owiec odpowiedziało mi chórem, a ja sam przez sekundę myślałem, że umrę - przez następną, że umrzeć byłoby eleganckim rozwiązaniem.
-Huuuuee… Ughh… - To byłem ja.
- Chpfff… - To chyba też byłem ja.
Po wszystkim oparłem czoło o ten błogosławiony, zimny murek. Owca gdzieś w tle zrobiła „beeee”, co brzmiało jak komentarz - wyjątkowo pogardliwy. Zamknąłem oczy, spróbowałem skupić dwa działające neurony i złożyć z nich odpowiedź, która nie brzmiałaby jak modlitwa pijaka.
- Ge… Gee’l… - Wymamrotałem. - Potszebuję… Mmmllhgh… Potszebuję… - Wyprostowałem się odrobinę, spojrzałem w niebo, które było za jasne, za ostre, za rumuńskie. - Szeby ktoś… Mnie… Pszestał zostawiaś, kurwa. - Chyba właśnie pierwszy raz od kilku godzin powiedziałem coś całkiem trzeźwego, wiedziałem jednak, że właśnie zapisywała to sobie w głowie na potem. Na „Benjy, pamiętasz, co powiedziałeś?” Kurwa.
- Tszymaj… - Podałem jej rękę, trochę jak dziecko. - Bo… Bo ja…
Potrzebowałem czyjegoś ramienia. Musiałem zdobyć tę zajebaną pocztówkę i usiąść - w tej kolejności.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
22.11.2025, 10:29  ✶  

Geraldine starała się być cierpliwa. To nie było do końca zgodne z jej charakterem, czy temperamentem, ale on był pijany, musiała mieć chociaż odrobinę dystansu do tego, co robił. Zacisnęła więc zęby i przyglądała się swojemu towarzyszowi, wyglądał tragicznie, ale trochę też komicznie, chwiejąc się z tą pizdą na policzku, ukruszonym świeżo zębem, nie umiała stwierdzić, czy bardziej ją ten widok śmieszył, czy bardziej jej go było szkoda.

Nie mogła go w tej chwili zostawić, wcześniej też nie, wzięła na siebie konsekwencje spowodowane wypchnięciem go przez balkon, została jego tymczasową opiekunką, a Benjy, jak to duże dziecko sprawiał odrobinę kłopotów. Mogło być gorzej, z nikim się nie potłukł, nie prowokował, robił krzywdę tylko sobie odbijając się co jakiś czas od rzeczy, które stanęły mu na drodze.

Nie był w tej chwili najlepszym rozmówcą, oczy miał zaszklone, wyraz twarzy... nie należał do tych najbystrzejszych kiedy próbował składać słowa, język nie do końca z nim współpracował, była jednak dzielna, miała spore doświadczenie w obchodzeniu się z najebanymi ludźmi. Zdarzało jej się wyprowadzać papę Gerarda z posiadówek, kiedy bawił się na nich zbyt dobrze.

Próbował jej udowodnić, że idzie prosto, mogła go teraz podpuścić, powiedział, żeby stanął na jednej nodze i zademonstrował, że świat wcale nie rozmywa mu się przed oczami, ale nie była, aż taka wredna, zresztą i tak był już nieźle poturbowany, nie chciała mu dokładać. Zdawała sobie sprawę z tego, że alkohol potrafił uśmierzać ból, skrzywiła się na samą myśl o tym, jak będzie się czuł za kilka, chociaż może kilkanaście godzin patrząc na jego stan upojenia. Przyjdzie kac, któremu będzie towarzyszył ból po upadku, nie chciałaby być wtedy na jego miejscu.

- Jeśli to dla Ciebie znaczy prosto... - To nie było dobrze, przynajmniej jakoś próbował trzymać pion, to, że mu to nie wychodziło... to zupełnie inna sprawa.

Starała się nie śmiać kiedy zaczął machać rękoma i jej tłumaczyć, jaka to nie była ta jego dziewucha, bardzo się to różniło od tego, do czego zmierzał jeszcze kilka godzin temu, jakże alkohol potrafił zmienić punkt widzenia, a może wyciągać, to co faktycznie było w środku? Stawiała na to drugie.

- Napisz jej to, powiedz co czujesz, wiesz, nie warto tego trzymać w sobie, niech wie. - Nie powinna tego robić, prawda? Nie powinna go podpuszczać, aby w takiej chwili pozwalał sobie na korespondencję, jednak wątpiła w to, że na trzeźwo by to zrobił, być może była to jedyna okazja podczas której udało się wyciągnąć z niego te wszystkie bardzo głęboko skrywane uczucia i emocje. Geraldine okazała się być bardzo nieodpowiedzialnym towarzystwem, przynajmniej jeśli chodziło o kwestie związane z pisaniem do byłych, powinna go powstrzymać, tyle, że była team powrót, więc postępowała zupełnie przeciwnie.

Zachęciła go najwyraźniej do tego, by to zrobił, było to małe, naprawdę małe zwycięstwo. Widziała, że czegoś szukał po kieszeniach, tylko, że niczego nie znalazł. Niedługo powinni zacząć otwierać lokalne sklepy, dzień powoli wstawał, więc na pewno nadarzy się okazja ku temu, by zorganizować coś do pisania i papier, jeśli trzeba będzie sama wsadzi mu to w ręce, ba nawet to za niego napisze, jeśli nie potrafi utrzymać długopisu, na pewno jej podziękuje za tę determinację.

Odwróciła się, a raczej próbowała się odwrócić, kiedy tak spektakularnie zbełtał się za murek, zacisnęła zęby, przymknęła oczy, jednak nie dało się zignorować tego dźwięku, coś poruszyło się w jej żołądku. - Nie zrobisz mi tego, nie teraz. - Naprawdę nie miała ochoty do niego dołączać.

Mrugnęła słysząc jego kolejne słowa, było z nim źle. - Dobra, póki co, ja Ciebie nie zostawię, później musisz zrobić tak, żeby inni też tego nie zrobili. - Nie wspomniała o tym, że aktualnie to raczej on kogoś zostawił... nie chciała mu dopierdalać, brakowało jej tylko jeszcze zobaczenie go w tym najgorszym stanie z możliwych, bo mógł się tutaj jeszcze przecież rozkleić, a tego by chyba nie zniosła tak lekko.

- Dawaj łapkę. - Niańki musiały prowadzać swoje dzieciaczki w ten sposób, to, że dzieciak którym ona miała się zajmować miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ponad sto kilo niczego nie zmieniało.

Chwyciła go za dłoń, całkiem pewnym uściskiem, musiała być jego podporą, łatwiej będzie go prowadzić pod ramię, niż trzymać po prostu za rękę, bo będzie jej się plątał po całej szerokości drogi, dlatego też po tym jak się podniósł po prostu wsunęła mu rękę pod jego. W ten sposób mogła kontrolować go bardziej.

- Dobra, i teraz krok za krokiem, powoli, żebyś nie wyjebał się przez ten murek, jasne? - Doprowadzi go do tego, czego szukał, tylko musiał jej kurwa posłuchać.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
22.11.2025, 18:23  ✶  
Gerda mnie obserwowała, a ja wiedziałem, jak musiałem wyglądać - jak żałosny, wielki kloc, który nie potrafił się upilnować, typ, którego trzeba było prowadzić za rączkę, bo się przewróci o własną stopę. Cholerny wstyd palił mnie w karku, ale nie miałem siły nawet go odepchnąć, jedynka bolała przy każdym zassaniu powietrza - wyglądałem jak żart. Chciałem jej odpowiedzieć, ale jak otworzyłem usta, najpierw wyszło powietrze, potem jakieś „mmgh”, a dopiero potem słowa, nieskładne, niewyraźne.
- To… Jest… Plosto. - Wymamrotałem I zrobiłem krok, żeby to udowodnić. Chciałem iść prosto, naprawdę, wierzyłem w ten koncept całym sobą. Próbowałem iść prosto, pokazać, że mogę, potrafię - nie byłem małym, jebanym chłopcem do prowadzenia. Byłem facetem - dużym, ciężkim, zawsze za ciężkim, prawie dwumetrowym, więc zrobiłem krok - wielce szlachetnie wyglądający - długi, mocny, zanim nagle mój błędnik powiedział „pa, jebnij się”. Czułem, że mój język również działał jak oddzielny organizm, próbujący mnie ośmieszyć - po prostu nie byłem w stanie nad tym zapanować. Słowa rozmazywały mi się w ustach. „Partner”, „związek”, „trzymać”, „nie zjebać” - nic mi się nie formowało całkiem, tylko jedna rzecz była jasna -
to, co czułem, nie zniknęło, wcale.
- No… Widzis… Ona… To… Ona… - To brzmiało głupio nawet dla mnie, ale w tej chwili żyłem własną logiką. Próbowałem jej tłumaczyć o Sun, o tym, jaka nie była, jaka była, jaka nigdy nie miała być, ale jest. Gadałem, machałem rękami, coś pokazywałem, cholera wie, co. Wiedziałem, że mówię za dużo - że mówię wszystko, na trzeźwo prędzej bym sobie język odgryzł, ale nie mogłem przestać. Alkohol zdejmował mi warstwę po warstwie, aż zostawało to miękkie, wrażliwe gówno, którego nikt nie powinien oglądać, a już na pewno nie ona, ale mówiłem.
Geraldine podpuszczała mnie, chyba nawet o tym wiedziała. „Napisz jej, powiedz jej, nie trzymaj w sobie”. Pewnie miała rację, ale mój mózg próbował jednocześnie znaleźć papier, długopis, sklep, sens i stabilność, nic z tego nie miałem. Zacząłem grzebać po kieszeniach, żeby tylko coś znaleźć, cokolwiek, karteczkę, paragon, chuj, bilet autobusowy sprzed trzech lat - szukałem papieru, jakbym szukał lekarstwa na wszystkie moje dolegliwości - raz po lewej, raz po prawej. Macałem wszystkie możliwe miejsca, po kolei, lewą, prawą, wewnętrzną kieszonkę, nawet tę, która była tylko atrapą.
- Nie ma… Kurwa… Niczego nie ma. - Mruknąłem, przechylając się bardziej, niż to było rozsądnie. - Muszę… Papiel. Papiel i… Coś… Do pisania. Bo jak inaczej…? Jak? To ma byś… Powaszne… - Szukałem czegoś, czegokolwiek, w kieszeniach, przetrząsałem je jak kretyn, całą dłonią, machając barkiem, prawie wpadłem na nią. W końcu tylko wsparłem się o murek, bo już nie wiedziałem, gdzie była moja równowaga. Z włosami lecącymi do przodu, przyklejającymi mi się do policzków, oddychałem przez usta, bo nos już nie współpracował, a świat falował. Wyglądałem jak poturbowany wilkołak w przerwie między etapami transformacji.
W innym stanie może bym się z tego zaśmiał, teraz tylko skrzywiłem się, jakby próbowałem powiedzieć „dzięki”, ale wyszło coś między „ghhh” a „mhm”. Geraldine odwróciła głowę, marząc zapewne o teleportacji, ale słyszałem jej oddech - ten krótki, przez nos, świadczący o tym, że naprawdę nie była daleko od przyłączenia się do orkiestry.
- Dobla… - Mruknąłem ochryple, wycierając usta w dolny fragment koszulki, jak ostatni menel, chociaż miałem w sobie trochę godności… Teoretycznie. Stałem tam, prawie dwumetrowy chłop, ciężki jak cholera, a mimo to chwiałem się jak gałązka szarpana wiatrem - śmieszne i żałosne jednocześnie. Geraldine mnie słuchała, nie musiała, ale słuchała - to był chyba najgorszy rodzaj litości - ten, który wyglądał jak cierpliwość. Podniosłem na nią wzrok, kompletnie niepasujący do mojej postury, i podałem jej „łapkę” - wielką, jak łopata, ciężką, ciepłą, drżącą. Nie protestowałem, gdy wsadziła mi rękę pod ramię, jakbym był wujkiem po weselu. Trzymałem ją pod rękę, chociaż brzmiało to jak upokorzenie, ten dotyk był jak jedyna stabilna rzecz we wszechświecie, a wszechświat był mocno przechylony. Widziałem to jej „cierpliwe” spojrzenie - to nie była prawdziwa cierpliwość, to było „nic już mnie dzisiaj nie zdziwi” z domieszką „jak, kurwa, on jeszcze żyje”.
- Ja się… Nie wyjeb… - Zacząłem. - Nie wyjebie…Eeee-hhuuu. - Powiedziałem, robiąc krok, wtedy mój żołądek powiedział „jednak tak.” Prawie się wyjebałem, już w połowie słowa coś mi znowu podskoczyło w gardle. Zrobiłem wielkie oczy. - O kul— Chwila… - Ostrzegłem, bo tylko tyle zdążyłem.
I już się znowu nachylałem.
I znowu było:
- HHRRUUUGH-KRAAH-fflghhhh.
Jeszcze gorsze niż poprzednie. Włosy, te jebane półdługie włosy, lepiły mi się do twarzy i co chwilę musiałem je odgarniać, ale trafiałem w oko albo w ucho, nie w to miejsce, co trzeba.
- Ge… Gee’l… Ja… Ja po plostu… Jestem zakochany. Nieszczę… Nieszcz… Chuj, no. Źle zakochany i to jest… Nie fail. - To było jedyne zdanie, które wyszło idealnie wyraźnie - tak wyraźnie, że aż mnie przestraszyło. Przyciągnąłem jej ramię bliżej - nie, żeby się przytulać - żeby nie wylądować twarzą w rumuńskim żwirze. Bujałem się, nienawidząc siebie kompletnie - prawie dwa metry wzrostu, ponad sto kilo żywej masy, a zachowywałem się jak wrak, nie jak mężczyzna, którym miałem być. Wyszedłem na naprawdę żałosnego, ale nie mogłem przestać, to było silniejsze ode mnie, jakbym wyrzygiwał prawdę, zanim wyrzygam resztę. Pochyliłem się drugi raz, bez ostrzeżenia.
- HUUUUEEERRRKKKGGH-PFFFCHH-ggghhhh.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
22.11.2025, 19:12  ✶  

To nie tak, że ruszał ją jakoś specjalnie ten widok. Geraldine była przyzwyczajona do tego, że ludzie odreagowywali w różny sposób, tak właściwie to spora część z tych osób, które znała sięgała właśnie po alkohol, doprowadzała się do stanu, w którym przestawała nad sobą panować, aby jakoś poradzić sobie z nie do końca wygodną rzeczywistością. Sama zresztą tak robiła, zaliczyła podobny moment w czerwcu, gdy wydawało jej się, że jej życie się kończy, Roise ją wtedy odebrał i zaprowadził do domu, bo ktoś stwierdził, że to będzie dobry pomysł... wolała nie wracać do tamtego wieczora, bo był dla niej dość mocno upadlający. Benjy miał to szczęście, że przytrafiło się mu to przed nią, nie miała zamiaru go oceniać. Najlepszym się to przecież zdarzało.

- Jak to jest prosto, to wolę nie wiedzieć, jak wygląda krzywo. - Widziała, że próbował pokazać jej, że panował nad swoim ciałem, cóż - jednak przegrał walkę z grawitacją, znaczy nie do końca, chwiał się nie zaliczył gleby, co na to w jakim stanie się znajdował było sporym sukcesem.

Nie spodziewała się tego, że zaskoczy ja jego wylewność, ale mówił jeszcze więcej, niż wcześniej, w nocy, najwyraźniej był to moment, w którym postanowił całkowicie się uzewnętrznić, słuchała go uważnie, starała się ze zrozumieniem, kiwała nawet głową, żeby nie było, że nie docierają do niej jego słowa. Faktycznie wpadł po uszy, chociaż próbował na trzeźwo udawać, że tak nie jest, nie wydawało jej się, żeby to co mówił nie było prawdziwe. Biedny, zakochany dureń, który uważał, że nie zasługiwał na szczęście. Nie byli przyjaciółmi, a jednak czuła do niego sympatię, co spowodowało, że stwierdziła, że może być jego dobrą wróżką, wcale nie musiała go jakoś specjalnie namawiać do tego, by napisał list, stwierdził, że to dobry pomysł.

- Pomogę Ci, znajdziemy papier... nie przejmuj się. - Zdziwiła ją ta piękna, wyraźna kurwa, która padła z ego ust, alkohol chyba pomagał mu mówić. Wziął sobie też najwyraźniej do serca to, że ta wiadomość miała jakoś wyglądać, poważnie... jak to ujął. Nie, żeby sądziła, żeby w tym stanie łatwo przyszło mu pisanie, ale z tym też jakoś mu pomoże.

Potem nastąpiło to preludium, wtedy jeszcze nie wiedziała o tym, że koncert dopiero miał się zacząć. Udało jej się powstrzymać swój żołądek, podała mu rękę, jakoś udało mu się wstać, wspólnymi siłami osiągnęli kolejny sukces, podparł się o nią. Tak jak się spodziewała był kurewsko ciężki, na szczęście Geraldine miała dość sporo siły mogli ruszyć dalej.

- Nie pozwolę Ci się wyjebać. - Miała go ustabilizować, pomóc mu jakoś się poruszać, to było całkiem prostym zadaniem, raczej nie dało się tego spierdolić, tylko później znowu.... ostrzegł ją, a później wydobył z siebie te dźwięki, które nie zwiastowały niczego dobrego,  ona znajdowała się tuż obok, jeszcze jedna taka akcja, a sama do niego dołączy.

Po krótkiej chwili na niego spojrzała, nachylał się, coś ją tknęło, te włosy, nic tak bardzo nie wkurwiało podczas rzygania, jak włosy, które wchodziły do oczu, czy ust. Spodziewała się, że te jego sporo dzisiaj przeszły, ale mogły skończyć jeszcze gorzej, nie zastanawiała się zbyt długo nad tym, co powinna robić. Ściągnęła gumkę do włosów z nadgarstka, nadal podtrzymywała go jedną ręką, a drugą, wolną próbowała mu związać te kudły, robiła to nieudolnie, złapała nie wszystkie pasma, ale większość została poskromiona. Spojrzała po tym na swoją dłoń, skrzywiła się przy tym i wytarła ją o swój sweter, powinni znaleźć jakąś wodę, aby się nieco ogarnąć, mogli też ją wyczarować, chociaż wolała nie zwracać na nich uwagi.

- Jeszcze będziesz szczęśliwie, tylko kurwa musisz się ogarnąć. - Nie wspominała o tym, że sam to przecież zjebał, że zniknął, że powinien zostać, bo w tym stanie w którym aktualnie się znajdował, to nie miało niczego zmienić. Później, gdy otrzeźwieje na pewno nie omieszka mu wspomnieć, co sądziła o tym wszystkim, teraz jednak nie był na to odpowiedni moment. Miała zamiar ruszyć się nieco do przodu, jakby przeszli kilkadziesiąt metrów, znaleźliby pewnie jakiś otwarty sklep., papier, wtedy mogliby ruszyć do ich tymczasowego mieszkania, a to wydawało jej się najlepszą opcją, tyle, że znowu postanowił pozbyć się tego co miał na żołądku.

- Ja pierdole, ile można rzygać? - Wydawało jej się, że ma w sobie jakieś niezliczone ilości kwasów żołądkowych, spojrzała na swoje buty, miała nadzieję, że nie ucierpiały, bo nie miała na stopach pierdolonych skarpetek, skrzywiła się na samą myśl, że w ogóle jego wymiociny mogłyby znaleźć się w jej trepach.

- Skończyłeś już? - Zapewne sam tego nie wiedział, ale miała na uwadze to, że powinna wlać w niego nieco wody, to może mogłoby mu pomóc, chociaż efekt też mógł być odwrotny, zdecydowanie nie była specjalistką od takich sytuacji, jej ojciec może się chwiał, może chodził w podobny sposób, ale kurwa mać nigdy nie rzygał po alkoholu.

- Dobra, chociaż kilka kroków. - Otaksowała wzrokiem okolicę, wydawało jej się, że w jednym z niewielkich sklepików zauważyła światło, powinni tam wejść, może nie był to nawet sklepik, a niewielka kawiarnia, powinni mieć tam papier i wodę, a to były chyba w tej chwili ich przedmioty pierwszej potrzeby.

Zrobiła krok w przód, trzymała go przy tym kurczowo za rękę, żeby nie daj Morgano jej się tutaj nie wyjebał, obawiała się, że jak legnie na ziemię, to już nie wstanie.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
22.11.2025, 21:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2025, 21:39 przez Benjy Fenwick.)  
Geraldine była cierpliwa, za cierpliwa, patrzyła na mnie tak, jak się patrzyło na wielkiego psa, który właśnie połknął coś, czego nie powinien, i teraz trzeba było mu pomóc to przeżyć. A ja… Mówiłem… Duuużo mówiłem, za dużo, bełkotałem, ale prawda wylewała się ze mnie jak bardziej zdatna do użytku wersja rzygania - to, nie wymioty, chyba najbardziej mnie przerażało. Chciałem jej powiedzieć, żeby mnie zostawiła, bo dam radę, kurwa, ja zawsze „dam radę” - zawsze. Tyle że powiedziałem:
- Ja nie… Nie wyjeb… Nie wyjebę się… Ooobiecuję… - Miałem ochotę jej odpowiedzieć, że przecież idę prosto, byłem na dobrej drodze do odzyskania równowagi, tylko świat jest krzywy i nieprzystępny, ale język odmówił współpracy. Nie wiedziałem, jak ona to robiła - miała w sobie tyle spokoju, patrząc na mnie w takim stanie, podczas gdy ja sam nie mogłem na siebie patrzeć. Gdybym miał lustro, pewnie bym je wypierdolił w krzaki, żeby mnie nie prowokowało, ale Geraldine patrzyła, cierpliwie, za długo, jak na normalnego człowieka. A ja, chwiejąc się jak żagiel w burzy, czułem się… Trochę jak gówniarz, trochę jak wrak. Odchyliłem się, próbując ratować równowagę - moje ramiona poszły na boki, nogi chciały uciec w różne kierunki, a ja wyprodukowałem z siebie dźwięk, który brzmiał jak „oooOOOpph” połączone z „fuuuh”. Tak - wbrew prawom fizyki, NIE pierdolnąłem o ziemię, co uznałem za sukces, spory. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie był ten moment, kiedy przestałem kontrolować cokolwiek - wydawało mi się, że to było gdzieś między pierwszym uderzeniem zimnego powietrza w pysk a jej komentarzem o tym, że „prosto” nie wygląda jak prosto. Parę sekund później już nie wiedziałem, co jest górą, co dołem, a co jest moją własną nogą, o którą się potknąłem.
Ale najgorsze nie były nogi - najgorsze było mówienie, coś we mnie pękło i nagle wszystko zaczęło wychodzić. Ja naprawdę chciałem, żeby to było poważne - by nie wyglądało jak pijacki wybryk, aby miało… Wagę, nawet jeśli ja w tym momencie ważyłem głównie tyle, ile moje poczucie winy.
- Powaszany papiel… - Powtórzyłem, starając się brzmieć jak człowiek, który wiedział, czego chce, chociaż z pewnością widziała, że mój mózg zaczynał pracować w tempie dial-upu. - Bo… Ja to napiszę powasznie. To musi wyglądaś jak… Jak człowiek… By… Napisał… -  Wybełkotałem i, o dziwo, Geraldine chyba nie parsknęła śmiechem na to „człowiek”, albo po prostu nie zwróciłem na to uwagi między dźwiękami szurania moich ciężkich butów o żużel, a potem bardzo gwałtownych wymiotów. Miała szczęście, że celowałem w mur, nie w jej buty - fakt, szczególnie gdy nie mogła się za bardzo odsunąć. A potem… Potem poczułem jej rękę na mojej głowie - odruchowo chciałem się wycofać, nie lubiłem, kiedy ktoś mnie dotykał tam, gdzie robiłem się nerwowy. Zawsze mnie to doprowadzało do szału, bo nie lubiłem, gdy ktoś pchał mi palce we włosy, ale teraz… Ten cholerny kosmyk spadał mi w oczy i ja nie miałem siły, żeby go odgarnąć. Uniosłem na nią zamglony wzrok - widziałem tylko, jak jej ręka szła do mojej głowy, jak ściągała te pasma, związywała he gumką - nieudolnie, krzywo, ale wystarczająco, żeby mi nie latały po ryju. Zacisnąłem szczękę, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. Jęknąłem tylko, ciężko wzdychając, ale bardziej w sensie „czemu ty to robisz dla mnie”.
- BLRRGH—khuuRRR. - Chciałem jej powiedzieć, że szczęście nie dotyczyło takich jak ja, ale byłem zbyt zajęty walczeniem o życie - kolejny raz. Głośniej, z żałosnym pogłosem. Chciałem jej również odpłacić jakąś wdzięcznością za to, co dla mnie robiła, ale zamiast tego moje ciało dało sygnał ostrzegawczy - ta fala gorąca, ten znajomy ścisk, to „o nie”. Zgięło mnie, ale przynajmniej tym razem nie miałem już włosów w ustach. Związała je tak krzywo, że musiałem wyglądać jak skończony debil, złapała niektóre pasma, inne zostały na policzkach, ale nagle mogłem oddychać. Walczyłem z tym, żeby nie rzygnąć po raz kolejny, szczególnie jej na włosy czy sweter, ale walka była krótkotrwała. Pytanie o pojemność mojego żołądka było jak najbardziej zasadne.
- Ja pieeerdooo… - Było ostatnim, co wyszeptałem - trzeci, a może czwarty raz, zwracając alkohol i treści żołądkowe, nie liczyłem. Nie miałem, czym liczyć - moje synapsy dawno się poprzepalały. Otarłem usta wierzchem dłoni, czując drżenie całego ciała, ramiona miałem ciężkie jak beton, kolana miękkie jak gówno, głowę pulsującą, włosy spięte krzywo, boleśnie, ale dzięki Merlinowi - spięte.
- T-to… Chyba… Na tyle… - Głos mi się załamał, czknąłem, ale nie poszła za tym fala wymiotów. - Ja jusz… Kulwa… Nie mam… Nic więcej w sobie…
I choć wiedziałem, że to nieprawda, że jeszcze niejedno we mnie zostało, rzyganie na teraz chyba się skończyło. Geraldine wyglądała tak, jakby modliła się, żeby jej buty przeżyły, ale została, nie rzuciła mnie na ziemię, nie uciekła. Ruszyliśmy dalej, chociaż bardziej to ona mnie ruszyła niż ja ruszyłem siebie - ciężar mojego ciała spoczął na jej ramieniu, nawet jeśli była w wyjątkowo dobrej kondycji fizycznej, samą wagą, mogłem ją połamać bez wysiłku, gdybym się przewrócił, ale trzymała mnie, uparta cholera.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
22.11.2025, 22:32  ✶  

Najwyraźniej przez stan w którym się znajdowała miała w sobie dużo więcej empatii niż zazwyczaj, chociaż, czy na pewno? Nigdy nie można było jej odmówić tego, że potrafiła znaleźć w sobie ukryte pokłady cierpliwości, kiedy sprawy dotyczyły bliskich jej ludzi. Benjy poniekąd też był jej bliski, może się nie przyjaźnili, bywali dla siebie ostrzy, ale jednak potrafili jakoś razem egzystować. Zresztą pamiętała, że był przy niej w dość trudnym momencie jej życia, kiedy nie do końca wiedziała, co się z nią dzieje, nie przeszedł obok, gdy to ona wykazywała podobne objawy, chociaż w jej przypadku chodziło o zupełnie inną diagnozę niż złamane serce.

- Przykro mi, ale obiecanki cacanki. - W tej chwili nie była mu w stanie uwierzyć, nie wyglądał jakby był w stanie się utrzymać na nogach, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że niewiele brakuje do tego, żeby jebnął na ziemię jak długi. Był najebany, kurewsko najebany, o czym świadczyło również wszystko to, co z siebie wylewał i nie chodziło o wymioty. Mówił, dużo mówił, mówił szczerze, miała wrażenie, że będzie tego żałował, ale było mu to potrzebne, będzie musiał się pogodzić z tym, że to właśnie przed nią pękł. Cóż, mieli jakąś dziwną umiejętność odnajdywać się w momentach, w których było z nimi nie najlepiej.

Och, obawiał się tego, że list może nie zabrzmieć odpowiednio. Był to kolejny argument świadczący o tym, że zależało mu dużo bardziej, niż mówił wcześniej. Właściwie nie miała już do tego żadnych wątpliwości, bo w ten sposób nie zachowywał się ktoś komu nie zależało, nie przeżywał wszystkiego, aż tak bardzo. Naprawdę było jej go szkoda, potrafiła zrozumieć to, że próbował z tym walczyć, starał się odpuścić, udawać, że wcale tak nie jest, ale prawda była jedna i właśnie w dość brutalny sposób wychodziła na zewnątrz.

- Na pewno uda nam się razem jakoś to napisać. - Nie wątpiła w to, że potrafił pisać, jak człowiek, no, na pewno nie miał z tym problemu na trzeźwo... teraz jednak nieco obawiała się tego, co mogłoby wyjść spod jego ręki po pijaku, na szczęście tutaj była, mogła to nieco skontrolować, chociaż nie ma się co oszukiwać, Geraldine było daleko do poety, wyrażała swoje myśli raczej w prostych, żołnierskich słowach - Benjy mógł trafić lepiej, ale musiał sobie poradzić z tym, co miał dostępne pod ręką.

Później nadeszła kolejna fala, jedna i druga, przed pierwszą ją ostrzegł, przed drugą nie zdążył. Odruchem było to, że związała mu włosy, wiedziała, jak to jest rzygać, kiedy one majtały Ci się po twarzy, skoro mogła pozwolić mu uniknąć tej przyjemności, to to zrobiła. Poczuła, że nieco się spiął, gdy jej dłoń znalazła się w jej włosach, ale pozwolił jej to zrobić, dobrze, to jemu dzięki temu miało być łatwiej, chociaż tyle mogła w tej chwili dla niego zrobić.

No, nie dziwił ją ten komentarz, to było bardzo intensywne, takie serie rzygów nie należały do najprzyjemniejszych rzeczy, nawet jeśli przeżywał je wielki i silny facet, każdy odczuwał to w ten sam sposób. Liczyła na to, że wreszcie nadeszli do momentu, w którym pozbył się już wszystkiego ze swojego żołądka.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz, jakoś udało mi się przed tym uchronić, póki co. - Obawiała się, że jeśli dojdzie do kolejnego razu, to skończy jej się limit szczęścia na dzisiaj, i tak trudno jej było powstrzymać swoje odruchy, kiedy czuła od niego ten specyficzny zapach, nie dość, że walił żulem, to jeszcze dochodził do niej zapach wymiocin. Jesteś silna Yaxley, musisz sobie poradzić. Brakowało tylko tego, żeby zaczęła haftować.

Geraldine nie miała w zwyczaju się poddawać, szczególnie, kiedy misje wydawały się dość trudne do zrealizowania, a za taką uważała doprowadzenie Benjy'ego w jednym kawałku do ich kwatery. Zrobili pierwszy krok - było to sporym sukcesem, teraz będzie łatwiej, tja, na pewno, musieli się jednak jakoś zsynchronizować, co do tego nie miała wątpliwości.

- Trzymaj się mnie mocno.- Miała nadzieję, że miał jeszcze w sobie odrobinę siły, musiał jej nieco pomóc, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że osoby jego gabarytów nie były zbyt łatwe do ogarnięcia, ale nie miała zamiaru się poddawać.

Szli, chociaż szli, to było może nawet zbyt wiele powiedziane. Jakoś sunęli do przodu, krok za krokiem, powoli, w ten sposób pewnie będą wracać kilka godzin, ale doceniała ich drobny sukces. Doturlali się do sklepu, który zauważyła, zatrzymała się przed nim. Nie mogli tam zrobić rozpierdolu, bo mieli sprawy do załatwienia. - Dobra, wejdziemy do środka, nie puszczasz mnie tam, ja będę gadać, mam nadzieję, że nas nie wypierdolą. - Nie mogła bowiem przewidzieć tego, jak zareagują na ich obecność. Może przywykli do tego, że rano pojawiały się w ich progach osoby w stanie wskazującym.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7941), Geraldine Greengrass-Yaxley (7235)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa