• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu Biały Wiwern [08.10.1972] back to black | Prudence & Benjy

[08.10.1972] back to black | Prudence & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
22.11.2025, 00:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:04 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


08.10.1972, Nokturn

Był to jeden z tych zwyczajnych dni. Nie działo się nic interesującego, nic co mogłoby powodować, że zostałby zapamiętany. Prue musiała się tu znaleźć, miała swoje obowiązki, które musiała wykonać. Nie czuła się może w pełni na siłach, ale nie mogła tak po prostu sobie odpuścić. Znajomości na Nokturnie... Być może nie powinna się nimi chwalić, nie było bowiem sensu zwracać na siebie uwagi, jej umiejętności uzdrowicielskie były jednak wyjątkowo docenianie w tym miejscu. Nie mogła udawać, że było inaczej. Tutaj przydawali się tacy jak ona - nie wypytujący o przyczyny, świadczący po prostu swoje usługi. Pan Carter był zresztą, całkiem miłym staruszkiem, może sprowadzał księgi, które nie mogły trafić w ręce byle kogo... To jednak nie było istotne, grunt, że mogła mu pomóc, a przy okazji dostała nagrodę, która chociaż na chwilę przyniosła uśmiech na jej twarz.

Ostatni czas w to nie obfitował, musiała zmienić swoje przyzwyczajenia, ktoś rozpieprzył jej mieszkanie, musiała wrócić do rodziców, nic nie układało się po jej myśli, cały świat się jej walił, jakby naprawdę sobie czymś na to zasłużyła. Miewała wrażenie, że ktoś się pomylił wziął ją za kogoś innego, przecież nie rzucała się w oczy, nie zwracała na siebie uwagi, trwała sobie gdzieś z boku i było jej z tym całkiem dobrze, ale pojawił się ten napis na jej ścianie, wiedziała, co mogło to sugerować. Tyle, że teraz? Teraz? Nic nie mogła z tym zrobić, bo on się przecież rozmył, zignorował ją zupełnie, był gdzieś daleko stąd, a szkoda.

Bary nie były jej pierwszym wyborem, raczej po nich nie chadzała. Miała jednak ochotę napić się czegoś gorzkiego, co mogłoby nieco przytłumić gorycz jej życia. Jeden drink, później stąd wyjdzie, pójdzie do siebie... To znaczy do rodziców. Nadal nie mogła się do tego przyzwyczaić. Nikt nie powinien wypytywać jej o nokturnowe znajomości, posiadała je od lat, od kiedy zainteresowała się tą mniej przyjemną stroną magii, której większość się bała. Przysługa za przysługę, to było całkiem proste.

Więc tak, jeden mocny, gorzki drinki, może kolejny? Nie chciała jeszcze iść do rodziców, u niej nie było bezpiecznie, więc wybór sam się nasuwał. Musiała zostać tutaj, w tym obrzydliwym barze, za którym nawet nie przepadała, ale to miała być tylko chwila, gotowa była się poświęcić. Potrzebowała jeszcze odrobiny alkoholu, nie więcej. Prue nie była jedną z tych osób, które lubiły przesadzać, chociaż jej sytuacja życiowa, aktualnie prosiła się o więcej, miała jednak swoje zasady, których pilnie przestrzegała.

- Gin i tonik, poproszę. - Powiedziała cicho, aczkolwiek pewnie, gdy opierała się o ladę spoglądając na młodego barmana. Może nie do końca pasowała do tego miejsca, jednak, czy tak naprawdę ktokolwiek pasował. Na szczęście nikt nie pytał, nikt nie próbował zrozumieć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
22.11.2025, 02:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2025, 05:15 przez Benjy Fenwick.)  
Był późny, październikowy wieczór, wilgotny na tyle, że powietrze kleiło się do skóry, ale bez deszczu - taki, który tylko pogarszał nastrój. Prawie zapomniałem, jak śmierdział Londyn w październiku. Powietrze na Nokturnie zawsze szczególnie jebało czymś, czego nikt nie chciał nazywać, ale tego miesiąca cuchnęło wyjątkowo intensywnie - wilgocią, dymem i ludźmi, którzy dawno stracili cokolwiek, co trzymałoby ich, już i tak niskie, morale. Nie powinienem był wracać z Rumunii, wiedziałem to od momentu, w którym przekroczyłem granicę, ale oczywiście zrobiłem To, bo coś w środku mnie wciąż liczyło, że może… Że jak wrócę, to coś się samo naprawi.
Gówno się naprawiło, gówno się zmieniło - tak samo byłem pojebany tam, jak i tutaj, tak samo nie wiedziałem, co miałem zrobić ze swoją kobietą, już nie swoją, jak to wszystko odkręcić, jak przestać być chodzącą katastrofą, której nawet najlepsze chęci nie ratowały przed rozwaleniem wszystkiego, czego dotknie. Dlatego właśnie siedziałem tu, a nie u niej. Dlatego grzałem tę barową ławę, zamiast walić do jej drzwi i błagać o… O co właściwie? O uwagę? O rozmowę? O jeszcze jedną szansę, której nie miałem prawa żądać? Nie wiedziałem, nic nie wiedziałem.
To nie było dobre miejsce, blat przede mną kleił się od rozlanego piwa i czegoś, czego nie miałem ochoty sprawdzać. Bawiłem się kluczykiem od pokoju, obracając go między palcami, słysząc cichy, metaliczny klik za każdym razem, gdy uderzał o kostkę mojego kciuka - robiłem to już od dobrych piętnastu minut, może dłużej. Przez uchylone drzwi, które prowadziły na podwórze między kamienicami, widziałem wąską uliczkę, lśniącą od wilgoci, ciemną, bez gwiazd. Lampy tu nie działały od lat, jeszcze zanim wyjechałem, najprawdopodobniej nikt nie przychodził ich naprawiać.
Zacisnąłem palce na kluczyku mocniej, aż metal wbił mi się w skórę, gówniany stop metali, a nie porządny klucz, aż dziw, że się nie wygiął. Wiedziałem, że jeśli chciałem tu zostać, kiedyś czekała mnie rozmowa, którą jednak odkładałem, nie próbując odbyć jej od razu po powrocie, dzisiaj, jak tchórz, a ja przecież tchórzem nigdy nie byłem. Wystarczyła jedna kobieta, jej głos, jej spojrzenie, jej pieprzona umiejętność obchodzenia się ze mną lepiej niż ja sam… I byłem rozłożony na łopatki, sparaliżowany. Nie mogłem do niej wrócić, nie mogłem od niej uciec, więc oczywiście, że uciekłem do Rumunii. Jasna cholera.
Rumunia miała swoje uroki, pewnie, poza turystycznym syfem, kryła wiele możliwości. Ja akurat potrafiłem takie możliwości wykorzystać -  zrobiłem to, nie po to tam byłem, ale skoro los podstawił mi pod nogi okazję, to czego miałem nie brać? Torba leżała pod stołem przy mojej lewej nodze, niby niepozorna, nic wielkiego, ale wystarczył jeden rzut oka na mój sposób siedzenia, żeby każdy w tej spelunie wiedział, że nie oderwę od niej nogi, nawet gdyby cały bar poszedł z dymem. Problem w tym, że mój kontrahent się spóźniał, ponad dwadzieścia minut, które spędziłem na sączeniu tej samej whisky - teraz już ciepłej - w ciemnym, ponurym kącie lokalu. Westchnąłem, odchylając głowę i opierając ją o chropowatą ścianę - czułem, jak wilgoć z kamienia wżerała mi się w kark, w powietrzu unosiła się woń starej skóry i rozgrzanych lamp oliwnych. Po lewej grał gramofon, chociaż igła co chwilę przeskakiwała i sprawiała, że muzyka brzmiała jak skowyt poturbowanego wilkołaka. Z sufitu kapała jakaś cholernie stara rura - kropla, pauza, kropla, pauza - w rytmie, który doprowadzał mnie do szału.
Główne drzwi baru skrzypnęły cicho - ktoś wszedł, ktoś wyszedł. Odwróciłem głowę, z nawyku oceniając prawie każdego, kto pojawiał się w zasięgu wzroku. Był to odruch łowcy, albo zwierzyny, zależnie od dnia - każdy coś ukrywał, każdy czegoś chciał, ja chciałem tylko, żeby człowiek, z którym miałem umówione spotkanie, wreszcie postawił nogę w lokalu, bo zaczynałem mieć ochotę wrócić na ulicę, przejść się, rozładować nerwy na kimś, kto akurat będzie miał pecha przechodzić obok. Do środka wszedł szczupły mężczyzna w zbyt eleganckim płaszczu, jak na to miejsce. Zmrużyłem oczy - to nie był mój kontrahent. Za ładny, za czysty, za… Nie z Nokturnu - nawet nie musiałem na niego patrzeć, żeby to poczuć - skóra na karku mrowiła, jakby ktoś przykładał mi tam zimną monetę - śliski typ, naprawdę śliski typ, ale dopóki niczego ode mnie nie chciał… Pokręciłem lekko głową i wróciłem do stukania kluczykiem o blat mojego stołu. Elegancki typ przeszedł przez bar, z tą swoją nienaganną, niemal odpychającą pewnością siebie. Nie szukał nikogo spojrzeniem, nie omiatał tłumu, nie próbował wypatrzeć twarzy - po prostu ruszył prosto do barmana, jakby świat wokół niego nie istniał. Usiadł na wysokim stołku, nonszalancko, pewien, że miejsce będzie wolne mimo tłoku. Oparł łokieć o blat, jak ktoś przyzwyczajony, że przestrzeń sama się przed nim układała. Zamówił coś krótkim gestem, jakby barman znał jego preferencje, a może jakby one nie miały najmniejszego znaczenia. Nie odwrócił głowy, nie przeczesywał spojrzeniem pomieszczenia, patrzył tylko w blat przed sobą, jakby wszystko inne było nieistotne.
Na zewnątrz ktoś krzyknął, ktoś inny odpowiedział śmiechem, a potem rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Za drzwiami baru ktoś krzyknął, jedno z tych pijackich „zaraz ci pokażę”, które zwykle kończyły się nożem w plecach albo zębem na podłodze.

Młody barman kręcił się jak zwykle, próbując udawać, że ogarnia ten bałagan. Był młody, ledwie starszy niż praktykant, ale w tym miejscu nawet praktykant mógł połamać komuś nos. Dopiero po dłuższej chwili postawił przed tobą szklankę z drinkiem - tym, który zamówiłaś wcześniej, kiedy wreszcie zauważył twoje istnienie.
- To od pana. - Powiedział z opóźnieniem, jakby musiał zebrać się na odwagę, by w ogóle otworzyć usta. Jeszcze zanim zdążyłaś zaprotestować albo zapytać „od którego?”, barman skinął głową w stronę eleganckiego mężczyzny przy barze - tego samego, który właśnie unosił swoją szklaneczkę w twoją stronę - nieznacznie, uprzejmie, z taką nonszalancką pewnością, która zwykle należała do ludzi wiedzących dokładnie, czego chcą. Nie wyglądał na kogoś, kto z tobą flirtował - nic w jego spojrzeniu nie było miękkie ani lekkie, raczej oceniał cię, jakby ważył w myślach, czy nadajesz się do czegoś konkretnego - do interesu, do rozmowy, do planu, który istniał tylko w jego głowie. Nie spuszczał z ciebie wzroku, ale nie w sposób zalotny, to było spojrzenie człowieka, który już coś postanowił, zanim ty cokolwiek powiedziałaś.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
22.11.2025, 18:38  ✶  

Prudence rozpięła kilka guzików płaszcza, nie była jednak na tyle odważna, aby go z siebie zdjąć i położyć na krześle obok, nie wyglądało szczególnie atrakcyjnie, raczej jakby wiele razy ktoś przed nią coś na nie wylał, lub jeszcze gorzej. Nie podjęłaby się takiego ryzyka, za bardzo lubiła swój płaszcz.

Zresztą wiedziała, że nie ominie jej przesiąknięcie tym charakterystycznym zapachem tego miejsca, trochę zajmie jej pozbywanie się jej go z siebie. Nokturn śmierdział, można było przywyknąć do tego zapachu, jednak wiedziała, że gdy wróci do domu będzie mogło to spowodować pytania, na które chyba nie była do końca gotowa. Będzie musiała więc przejść naokoło, pozwolić by wiatr pozbył się z niej tej charakterystycznej woni. Kiedy mieszkała u siebie - nie musiała się z niczego tłumaczyć. Miała jednak na uwadze to, że trochę się zmieniło przez ostatni czas. Rodzice nie do końca na wszystko przymykali oko, może i była dorosła, ale wolała nie doprowadzać do konfrontacji. Wiele kosztowało ją wyspowiadanie się z tego, dlaczego wróciła do domu rodzinnego, mimo, że nie powiedziała całej prawdy, zwaliła to w większości na stan nieruchomości po pożarach, a i tak mimo, że byli co do tego wyrozumiali była na siebie zła, że nie dźwignęła tego sama. Nie znosiła prosić o pomoc. Sytuacja, w której się znalazła jednak nieco ją przygniotła. Rzeczywistość ostatnio była kurewsko pochmurna.

Nie rozglądała się po Wiwernie, nie szukała tu znajomych, czy obcych twarzy. Miała całkiem jasny cel, wypić drinka, czy dwa po skończonej pracy, odetchnąć na moment, by udać się do domu. Czekał ją dość długi spacer, ale i tak nie miała nic lepszego do roboty.

Obserwowała uważnie barmana, który miał całkiem dużo obowiązków, co chwilę ktoś coś od niego chciał, młody chłopak ledwie dawał sobie radę. Przeniosła spojrzenie na rząd butelek, który całkiem ładnie odbijał światło, to przykuło jej uwagę na dłuższą chwilę. Sączyła drinka powoli, nigdzie jej się nie spieszyło, już nie, chociaż może powinno, to nie było miejsce dla takich osób, jak ona, sama nie powinna się tutaj tak szlajać, raczej załatwić swoje i zniknąć, ale dzisiaj rozsądek poszedł w diabli, zawsze istniało przecież ryzyko, prawda? Potrafiła sobie z nim poradzić, a przynajmniej tak sobie wmawiała. Była całkiem odważna, chociaż może nie powinna.

Ktoś usiadł niedaleko niej, usłyszała dźwięk ciała opadającego na krzesło, rzuciła krótkie spojrzenie w tamtym kierunku, a po chwili wróciła do wpatrywania się w butelki. Nie musiała się przecież przejmować tym, że ktoś znalazł się niedaleko.

Czekała na to, aż dostanie alkohol, najwyraźniej znalazła się na samym końcu kolejki, nie ma się co dziwić, gdyby była na miejscu tego chłopaka też pewnie wolałaby zacząć wydawać zamówienia od tych, które dotyczyły typów, co wyglądali jak spod jakiejś ciemnej gwiazdy, oni mogli siłą zademonstrować swoje niezadowolenie z chujowej obsługi, Prue nie wyglądała, jak ktoś, kto się tym w ogóle przejmował. Miała czas, nigdzie się nie spieszyła.

W końcu chłopak postawił przed nią wysoką szklankę, najwyraźniej przypomniał sobie o jej zamówieniu, kiedy się do niej odezwał zmrużyła nieco oczy i zmarszczyła nos, jakiego niby pana? Dostrzegła, jego skinięcie, spowodowało to, że przeniosła wzrok w stronę nieznajomego mężczyzny. Nie miała pojęcia niby dlaczego postanowił postawić jej drinka, ale to nigdy nie wróżyło niczego dobrego, zwłaszcza, jeśli raczej miało się zamiar nie rzucać w oczy. Decyzja była prosta, skoro w końcu znalazła się przed nią ta szklanka, to nie miała zamiaru wzgardzić tym alkoholem, uniosła więc szklankę w podzięce, kiedy spoglądała na mężczyznę poczuła się nieco dziwnie, niepewnie, bo nie miała pojęcia, co właśnie działo się w jego głowie, a nie wyglądał na kogoś, kto postępował irracjonalnie, tym gorzej.

Smak alkoholu nie należał do najlepszych, ale nie spodziewała się cudów, nie w tym miejscu, chciała, aby był gorzki, był gorzki, to było najbardziej istotne, sączyła go powoli, nigdzie się nie spieszyła, nie spoglądała też więcej w stronę dziwnego faceta, bo wolała nie kusić losu, zbyt wiele ostatnio sytuacji nie szło po jej myśli.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
22.11.2025, 20:45  ✶  
Czekałem długo, zbyt długo. Zbyt długo, jak na kogoś, kto miał już wszystkiego po kokardę. Mój kontrahent spóźniał się tak bardzo, że zdążyłem policzyć wszystkie pęknięcia w drewnianym blacie przede mną, każde odrapanie na ścianie, każdą parszywą chwilę, którą zmarnowałem w tym barze. Byłem tu tak długo, że zacząłem rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie wykańczali swoich kontrahentów za spóźnienia - nie z powodu nieudanych interesów, złych intencji, tylko zwykłej ludzkiej irytacji. Siedziałem tam jak kretyn, wciśnięty w kąt, z torbą przy nodze, kluczykiem w dłoni, jakbym potrzebował talizmanu, żeby nie rozjebać się emocjonalnie na kawałki. A humor miałem… Właściwie żaden, nie - gorzej niż żaden, byłem tak mocno nie w sosie, że każdy oddech brzmiał jak zgrzyt. Whiskey zdążyła zwietrzeć, a ja - znienawidzić własne odbicie w jej powierzchni.
Za cholerę nie wiedziałem, co robiłem ze swoim życiem, to właśnie było najbardziej popierdolone, pierwszy raz od lat, bo ostatni raz czułem się tak chyba… Nie pamiętałem, kiedy - zawsze miałem wszystko mniej więcej pod kontrolą. Kontrakt tu, robota tam, przemyty, klątwy, pieprzony porządek w nieporządku. A teraz? Teraz siedziałem, jak idiota, w miejscu, gdzie nawet szczury w ścianach wiedziały lepiej, co mają robić. Właśnie to uczucie było najbardziej gówniane - ta świadomość, że przez długi czas wszystko miałem mniej więcej poukładane. Może nie normalne, nie w standardowy sposób, ale po swojemu - stabilne, zrozumiałe priorytety, a teraz byłem jak ten kluczyk, którym kręciłem między palcami - porysowany, zużyty, bez komfortowego miejsca, do którego faktycznie pasowałem. Nie żałowałem niczego - to akurat było prawdą, ale życie było łatwiejsze, kiedy trzymałem się mojego starego sposobu funkcjonowania - twardo, prosto, bez uczuć, bez prób naprawiania czegokolwiek, zwłaszcza siebie - tego, do którego prawdopodobnie powinienem wrócić, skoro nie dostałem odpowiedzi na żaden z listów. Szkoda tylko, że ta kartka…
No, właśnie. List napisałem najebany - to był pierwszy błąd. A wysłanie pocztówki, żeby się zrehabilitować - drugi, jeszcze większy. Co dostałem w zamian? Nic. Ani „pierdol się”, ani „zostaw mnie w spokoju”, ani jednego, pieprzonego słowa, którego można byłoby oczekiwać nawet po moim godnym pożałowania zachowaniu, skoro napisałem jej coś, na co wypadałoby odpowiedzieć… No - cokolwiek, ale w pewnym sensie, ta cisza była bardziej wymowna niż jakakolwiek odpowiedź, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy miałem tę głupią, upartą myśl, że powinniśmy porozmawiać - powinienem, po prostu powinienem, bo tak było trzeba, ale przecież obiecałem się nie narzucać, jeśli nie będzie chciała. A wyglądało na to, że nie chciała - proste jak konstrukcja cepa.
Minuty zlewały się ze sobą, a tłum w barze gęstniał tak, jakby wszyscy przyszli tylko po to, żeby mnie dodatkowo wkurwić. Zerknąłem na drzwi - kontrahenta nie było, już dawno powinien tu być, jeśli w ogóle zamierzał się pojawić. Może coś go zatrzymało, może już nie żył, może nigdy nie planował przyjść - w gruncie rzeczy gówno mnie to obchodziło. Wreszcie westchnąłem, dopiłem ognistą jednym haustem - tak dużym, że poczułem ciepło aż do żołądka, i odsunąłem krzesło. Złapałem torbę, schowałem kluczyk do kieszeni, miałem dosyć - dosyć czekania, tego wieczoru, dosyć całego tego zasranego myślenia. Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia.

Elegancki mężczyzna nadal siedział nieopodal, nie spuszczając z ciebie wzroku, ale nie w sposób, który sprawiałby, że czułaś się jak zdobycz. On patrzył jak ktoś, kto oceniał przedmiot - rzadki, drogi, cenny, ale nie seksualnie, nie w ten tani, nokturnowy sposób. Kiedy wyniósł tamten lekki, niemal symboliczny toast, nie odwróciłaś wzroku - raczej zarejestrowałaś go z ostrożnością kogoś, kto doskonale wiedział, że takie gesty rzadko są przypadkowe. On również nie patrzył na ciebie jak ktoś, kto planuje tanie podrywy, wręcz przeciwnie, było w nim coś z człowieka, który wchodził do pokoju już po tym, jak ustalił wynik rozmowy. Nachylił się lekko do młodego barmana, który od razu pochylił się w odpowiedzi, z wyraźnym szacunkiem. Facet powiedział coś bardzo cicho, a barman skinął głową, jakby usłyszał instrukcję, którą musiał wykonać. I wtedy spojrzenie mężczyzny wróciło do ciebie. Nie zmrużył oczu, nie uśmiechnął się, nie wykonał żadnej miny. Wyglądało to tak, jakby oceniał, czy jesteś właściwą osobą, jak gdyby coś w twoim wyrazie twarzy potwierdziło mu to, co już przypuszczał.
Wreszcie się odezwał - w jeden z najbardziej nieoczekiwanych sposobów, w jaki mógł to zrobić, chociaż na Nokturnie raczej nic nie powinno cię dziwić.
- Wydajesz się kimś, kto nie bywa tu przypadkiem. - Jego głos był niski, równy, pozbawiony uśmiechu. Nie zbliżył się - nie musiał, miał tę cholerna umiejętność wypełniania przestrzeni, nawet siedząc - mówił… Na odległość. To brzmiało, jakby jego głos trafiał bezpośrednio do twojego ucha, nawet jeśli elegancik nie poruszał ustami. - Choć… - Przechylił lekko głowę, jakby przyglądał się dziełu sztuki. - W twoim przypadku bardziej zastanawiające jest to, czego szukasz, nie wyglądasz na kogoś, kto przyszedł po alkohol.
Spojrzenia innych ludzi nie istniały. Tłum nie istniał. Byliście tylko wy dwoje, a on mówił dalej, jakby otwierał rozmowę, która i tak miała się wydarzyć:
- Jeśli zechcesz, mogę ci pomóc znaleźć to, po co przyszłaś. - Ton nie sugerował flirtu, sugerował transakcję.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
22.11.2025, 21:57  ✶  

To miał być spokojny wieczór, przynajmniej na tyle na ile dało się, aby wieczór na Nokturnie był spokojny. Miała wypić jednego drinka, wrócić do domu, przed spaniem trochę popłakać nad tym, jak wyglądało jej aktualne życie, poużalać się nad sobą, zmęczyć tym na tyle, aby przyszedł sen. To było całkiem proste do zrealizowania. Ostatnio jednak żadne z jej założeń się nie spełniały, nie miały racji bytu, zawsze coś musiało popsuć jej plany.

Wzbudziła zainteresowanie jakiegoś typa, widziała to po jego spojrzeniu, oceniał ją, ale nie w taki sposób w jaki zazwyczaj robili to najebani faceci w tym miejscu. On wydawał się mieć w tym większy cel. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, obawiała się obcych, szczególnie w tym miejscu, nigdy nie mogła przewidzieć przecież, co planowali. Dotknęła opuszkiem palca jednego z guzików płaszcza  i zaczęła nim obracać. Póki co nic takiego się nie działo, ale miała to dziwne przeczucie, że był to dopiero początek. Jej intuicja rzadko się myliła.

Mogłaby wstać i ruszyć w kierunku drzwi, to wydawało się w tej chwili chyba najbardziej rozsądnym posunięciem, szczególnie, że powoli dopijała zawartość swojej szklanki, idealny moment na to, by opuścić to miejsce w całkiem naturalny sposób. Skończyła pić, nic tu po niej, wyszła. Nie zdążyła jednak tego zrobić. Usłyszała głos, spodziewała się do kogo może należeć, był przecież jedyną osobą, która zwróciła na nią tutaj uwagę, no poza barmanem, który raczej nie miał innego wyjścia.

Mężczyzna korzystał z jakiejś osobliwej umiejętności, tylko, czy faktycznie powinno ją to dziwić, Nokturn był pełen ludzi, którzy posiadali specyficzne zdolności. Nie wiedziała jeszcze, czy chce wchodzić z nim w konwersację, nie robiła zazwyczaj takich rzeczy, trzymała się z dala od obcych, bo nigdy nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Była całkiem ostrożna, jak na kogoś, kto się tutaj zapuszczał.

Jego słowa... mówił tak, jakby ją znał, jakby wiedział z kim ma do czynienia, to było dziwne, wzbudzało w Bletchley dziwne uczucie, poczuła się bardzo nieswojo, jakby rozgryzł ją tak po prostu, a wydawało się jej, że nie jest najgorsza w kamuflowaniu się. Trudno jednak było nie zauważyć, że nie do końca pasuje do tego obrazka, wyglądała zbyt porządnie jak na Nokturn, tacy jak ona pojawiali się tu z jakiejś przyczyny.

Dopiła zawartość szklanki, nie odpowiedziała mu jeszcze, musiała zastanowić się nad tym, jak do tego podejść. Z jednej strony nie chciała ryzykować, z drugiej, rozmowa do niczego jej nie zobowiązywała, a wzbudził jej ciekawość, jak wiadomo ciekawość była pierwszym stopniem w drodze do piekła.

Podniosła się wreszcie, bardzo spokojnym krokiem ruszyła w kierunku tego typa, przystanęła jedno krzesło od niego, nie miała pojęcia, czy czytał w myślach, czy w jaki sposób działał, dlatego też znalazła się bliżej.

- Tak, to powiedz mi po co tutaj przyszłam? - Powiedziała cicho, starała się, aby jej głos brzmiał pewnie. Niesamowicie interesowało ją to, co miał zamiar jej odpowiedzieć, bo póki co sama chyba nie wiedziała po co tutaj przyszła, być może on miał ją uświadomić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
22.11.2025, 22:30  ✶  
Planowałem wyjść tyłem. Zawsze wychodziłem tyłem, jeśli miałem wybór - mniej spojrzeń, mniej gadania, mniej okazji, żeby ktoś wpadł na pomysł, że mój kark jest idealnym miejscem na wbicie noża, ale jak tylko pchnąłem drzwi prowadzące na zaplecze, usłyszałem wrzask. Niski, przeciągły, który kończył się czymś między kaszlem a jękiem. Potem łomot. Coś - albo ktoś - uderzył o ścianę tak mocno, że kurz posypał mi się na buty. No i zajebiście. Miałem ochotę się tam wpakować, właściwie ręce aż mnie świerzbiły. Nie, żeby to była dobra decyzja, ale człowiek w moim nastroju nie szukał dobrych decyzji - szukał pretekstu, żeby komuś przypierdolić. Jeden solidny strzał, dwa, cokolwiek, żeby wytrząsnąć z siebie wszystko, co kisiło mi się w środku, odkąd wróciłem, a nawet jeszcze wcześniej. Tylko że… Miałem torbę. Moja torba była zdecydowanie zbyt cenna, żeby rzucać się w sam środek tej jatki, zacisnąłem szczękę tak mocno, że poczułem puls w skroniach.
- No, świetnie, kulwa. - Syknąłem pod nosem - wyjście tyłem odpadło, musiałem iść przodem. Zawróciłem w stronę sali i momentalnie dostałem w twarz falą gorąca, potu i hałasu - ludzi było nagle dużo więcej, nie miałem pojęcia, kiedy bar się tak zapchał, ktoś musiał otworzyć niewidzialny kurek i wypuścić tu pół Nokturnu. Ścisnąłem torbę bliżej ciała i ruszyłem do przodu.
- Suń się. - Warknąłem do jakiegoś gościa, który pachniał, jakby się wykąpał w starym, skwaśniałym piwie. Nie przesunął się, więc przesunąłem go ja - barkiem, mocno, bezceremonialnie. Obejrzał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale spojrzał na mnie, na mój wzrost, na moje ramiona i stwierdził, że jednak nic nie powie. Kurwa, a naprawdę chciałem komuś przywalić.
Ktoś za mną mruknął coś umiarkowanie obraźliwego, niestety nie do mnie, więc miałem to gdzieś - szło o wyjście, o to, żeby nie musieć głowić się nad własnym życiem w miejscu, którego nawet nie lubiłem. Odepchnąłem kolejnego typa, potem jeszcze jedną osobę, aż w końcu między ludźmi zobaczyłem drzwi prowadzące na ulicę. Światło lamp na zewnątrz wpadało do środka bladą smugą - jedyną cholernie sensowną rzeczą, jaką widziałem tej nocy.

Zauważyłaś, jak uniósł lekko brwi, kiedy podeszłaś. Nie zdziwiło go to, że przyszłaś - wyglądał wręcz tak, jakby liczył, że tak zrobisz. Oparł palce o blat, delikatnie przesuwając po nim szklankę z bursztynowym alkoholem, ten ruch był powolny, wyważony, jakby każde gest miał swoją wagę. Przez krótką chwilę nic nie powiedział, przyjrzał ci się uważniej, przesuwając spojrzeniem od twojej twarzy do wiszącej na pasku torebki. Nie było w tym oceniania w sensie fizycznym, raczej nie chciał ukraść ci portfela - tylko analiza, niemal zawodowa, jakby to, co widział, musiał dopasować do jakiegoś wewnętrznego katalogu. Kiedy wreszcie się odezwał, tym razem na głos, jego głos był cichy, ale niosący się wystarczająco, byś nie mogła go zignorować.
- Przyszłaś, bo myślałaś, że tu będzie łatwiej niż w domu. - Podniósł szkło, przechylił je, obserwując lód obracający się w płynie. - Nie, nie łatwiej… Bezpieczniej, to nie to samo, ale w tym kontekście… - Nie patrzył na ciebie jak na ofiarę, raczej jak ktoś, kto dostrzegał pewne schematy, bo widział je już tysiąc razy. - Przyszłaś, bo szukałaś życia. - Kontynuował. - Żeby zagłuszyć to, co ostatnio nie daje ci spokoju. To, co w tym momencie odbija się w twojej aurze. - Powiedział to tonem, jakby mówił o pogodzie, nie próbował prowokować emocji, po prostu stwierdzał fakt, który jego zdaniem był oczywisty. Mówił inaczej, niż ktokolwiek w dniach tygodniach - w ten zimny, przenikliwy sposób, który człowiek kojarzył raczej ze starymi magami albo ludźmi, którzy spędzili życie na badaniu cudzych słabości. Uniósł brwi, jakby czekał, czy zaprzeczysz, jednocześnie oparł się lekko o krzesło.
- Nie wiem dokładnie, po co ty tu przyszłaś. dokończył, jakby chciał ci oddać ostatnie słowo. - Ale wiem, że nie szukałaś mnie, a mimo to podeszłaś. - Lekko, niemal niezauważalnie, uniósł kącik ust, to nie był uśmiech - raczej cień idei uśmiechu. - To znaczy, że czegoś potrzebujesz. Jeszcze nie wiesz, czego, ale… - Podsunął ci krzesło obok siebie, jedną spokojną dłonią. - Możemy to razem ustalić, jeśli tylko będziesz chciała.
Nie próbował cię zatrzymać, nie próbował cię zachęcić - po prostu zostawiał przed tobą opcję, jakby był absolutnie pewien, że prędzej czy później usiądziesz, bo ludzie, którzy szukali odpowiedzi, zawsze siadali.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
22.11.2025, 23:01  ✶  

Usłyszała jakieś zamieszanie, gdzieś za sobą. Spojrzała tam dosłownie przez chwilę, krótki moment, z tej perspektywy nie do końca była w stanie dostrzec, co się działo. Bójki w barze nie były niczym nietypowym, wolała się trzymać od nich z daleka, dlatego niemalże od razu odwróciła wzrok. Nie powinna się tym interesować, to nie był jej problem. Ktoś pewnie wypiła za dużo, spojrzał na kogoś nie tak, jak trzeba i teraz musieli to sobie wyjaśnić.

Wtedy podjęła decyzję o tym, że postanowi porozmawiać z tym dziwnym mężczyzną, który zwrócił na nią uwagę. Nie wiedziała, czy robi dobrze, czy postępuje nieodpowiedzialnie, nie wydawało jej się jednak, że ma do stracenia zbyt wiele. Jakoś sobie poradzi, gdyby coś poszło nie tak, zawsze przecież sobie radziła, dzisiaj nie mogło być inaczej, powtarzała to sobie w głowie, aby dodać sobie pewności siebie.

Znalazła się w końcu odpowiednio blisko. Postanowiła mimo wszystko trzymać dystans, jakby to miało coś zmienić. Zadecydowała przecież, postawiła na interakcję, chociaż nie wiedziała, co może jej przynieść, ostatnio często zdarzało jej się podejmować irracjonalne decyzje, śmieszne, Prue raczej nie postępowała w ten sposób, ale chyba przez to co wydarzyło się w jej życiu chciała czegoś więcej, bo spodobało jej się to, w jaki sposób to smakowało.

- Potrafisz ją zobaczyć? - Nie znała żadnych aurowidzów, jeśli faktycznie potrafił to zrobić, to mógł wiele z niej wyczytać, w sumie nie zdziwiłoby jej to, że łatwo przyszło mu odczytanie tego, co jej dolegało. Nie była w stanie panować nad swoim nastrojem, a ten był raczej wisielczy, to nie był najlepszy czas w jej życiu, bywało dużo lepiej, czy gorzej - co do tego nie była przekonana. Jeśli potrafił to robić, to na pewno nie miał większego problemu z tym, żeby założyć, co jej dolegało, nie wiedziała, czy to było tak oczywiste, jednak jego słowa trafiały, bardzo celnie, w miejsca, które wolałaby chować.

Nie wiedziała kim jest, miał jednak w sobie coś, co wzbudzało respekt, wydawało się jej, że wiele wiedział, a to mogło być niebezpieczne. - Znalazłam życie. - Wymsknęło jej się, nie powinna była tego mówić, nie powinna się tym dzielić, bo przecież mu nie ufała, ale skoro stwierdziła, że wejdzie w tę rozmowę, to cóż - jakoś same jej się nasunęły te słowa na język. - Znalazłam i straciłam. - Dodała jeszcze, bo skoro zaczęła to postanowiła dojść do meritum.

- Czego chcesz w zamian? - Musiała o to zapytać, wiedziała, że tacy ludzie wymagali zapłaty. Musiała wiedzieć wcześniej, czego może od niej potrzebować, bo jasne - może postanowiła zaryzykować, podejść, jednak wiedziała, że może się to wiązać z czymś więcej, a czy była gotowa na zapłatę? Tego nie mogła stwierdzić, nie mogła mieć pewności, czego będzie chciał od niej w zamian.

- Mogę chcieć, ale wiem, jak działa ten świat. - W końcu jednak usiadła na miejscu, które jej wskazał, przecież nie miała nic do stracenia, już nie. Jaka nie byłaby to zapłata, to będzie w stanie ją dźwignąć. Może nie było to w jej stylu, ale naprawdę chciała wiedzieć, chciała dostać jakieś odpowiedzi, a typ wyglądał na kogoś, kto wiedział co robi, wyglądał jakby swoje już przeszedł, jakby miał wiedzę, której ona nie posiadała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
23.11.2025, 00:03  ✶  
Czułem coś dziwnego, lekkie mrowienie między łopatkami, jakby ktoś wycelował we mnie spojrzenie z drugiego końca sali - nie wiedziałem dlaczego, a jednak coś tutaj sprawiło, że włosy na karku stanęły mi dęba. Dreszcz przeszedł mi po plecach, płytki, nieprzyjemny, pokręciłem głową, jakbym chciał strząsnąć to uczucie z siebie - nie miałem czasu ani ochoty na jakieś dziwne przeczucia. Torba ciążyła mi w dłoni - mentalnie, nie fizycznie - tłum pchał się w losowych kierunkach, a ja naprawdę chciałem po prostu wyjść, zapalić i pomyśleć, jak najmniej o wszystkim. Wychodziłem, właśnie miałem zrobić ostatni krok, obrócić się i ruszyć do drzwi. I wtedy, w ułamku sekundy, coś się wydarzyło.
- Uważaj, kurwa! - Usłyszałem, zanim poczułem - ktoś zahaczył łokciem o kogoś innego, ten ktoś potknął się na rozlanym czymś, a w efekcie cały kufel piwa - zimnego, gęstego, śmierdzącego tanim słodem - wylał mi się od obojczyka aż po pas, chlusnął jak fala przybojowa.
- O, na Merlina…! - Wybełkotał sprawca, typ w za dużej koszuli, który już wyglądał, jakby sam w siebie nie wierzył. Stałem tak przez moment, wpatrzony w mokrą plamę, krople spływające mi po szyi, lodowate kratery wyżłobione w materiale, palce zacisnęły mi się na rączce torby tak mocno, że aż mnie zabolało. Żołądek skręcił mi się z wkurwienia tak ostrego, że poczułem ostry, metaliczny smak pod językiem. Przez ułamek sekundy przyszła mi do głowy myśl, żeby się odwrócić i wyjebać mu w nos tak, żeby usłyszeć chrupnięcie - głośne, satysfakcjonujące, ale torba… Torba była najważniejsza.
- Spokojnie. - Warknąłem bardziej do siebie niż do niego, bo spokojnie nie było ani trochę. Zacisnąłem zęby i wziąłem wdech, który wcale mi nie pomógł.

Zadałaś to pytanie i natychmiast poczułaś, jak coś w powietrzu się zmieniło - nie gwałtownie, raczej subtelnie, jakby przesunęła się temperatura rozmowy. On nie był zaskoczony, właściwie, wyglądał tak, jakby czekał, aż je zadasz. Przechylił lekko głowę, wpatrując się w ciebie tym spokojnym, nienachalnym, a jednak cholernie przenikliwym spojrzeniem.
- Tak. - Odpowiedział po chwili, głosem, który był zbyt spokojny, jak na kogoś siedzącego w pieprzonym barze na Nokturnie. - Widzę. Wiele rzeczy.
Wiedziałaś, że mówił prawdę.
- Twoja aura nie jest trudna do odczytania. - Dodał. Ujął szklankę dwoma palcami, przesunął ją dalej, jakby zostawiał sobie przestrzeń tylko po to, by móc przyjrzeć ci się lepiej. - Jest… Rozdrgana, niespójna, jak płomień, który powinien zgasnąć, ale coś wciąż go trzyma. - Nie powiedział tego, jakby mu było przykro, ani jakby chciał ci współczuć. Raczej jak ktoś, kto dobrze znał stan rzeczy i nie widział w nim niczego zaskakującego. Mówił to tak spokojnie, tak pewnie, jakby stwierdzał, że niebo na zewnątrz było ciemne, a noc - zimna, a jednak w tym słowie było coś… ostatecznego. Jakby nie tylko widział, ale rozumiał - jakby nie czytał aury, a ciebie. Nachylił się minimalnie, tyle co nic, ale na tyle, byś poczuła, że jego spojrzenie przesunęło się po tobie z precyzją kogoś, kto już nie raz widział takie kolory, takie pęknięcia, takie osłabione linie ludzkiego życia.
- Znalazłaś i straciłaś. - Powtórzył cicho, nie tonem kpiny, nie tonem pochwały, po prostu przyjął to do wiadomości, jak informację, której się spodziewał. Nie skinął głową, nie potwierdził, ale przez jego spojrzenie przemknęło coś, czego nie potrafiłaś nazwać. - To jest akurat najstarsza historia świata. - Stwierdził, podnosząc i obracając powoli szklaneczkę, przez chwilę wpatrując się w jego taflę - lód stuknął o ścianki, dźwięk był krótki, zimny.
Twoje pytanie o zapłatę nie zaskoczyło go wcale. Wręcz przeciwnie - usiadł nieco wygodniej, jak ktoś, kto doceniał, że rozmówca nie był głupi. Jego spojrzenie lekko się przyciemniło, chociaż w żadnym świetle, w żadnym odbiciu nie wyglądałby inaczej. Miał w sobie coś z obecności, która nie była przypadkowa, nie pojawiała się w życiu człowieka bez powodu, i nigdy - nigdy - bez ceny.
- W zamian? - Powrócił do tematu. - Nie chcę galeonów, nie chcę przysług, nie chcę twojej krwi. - Mówił to tak beznamiętnie, że zimno przebiegło ci po karku, jakby faktycznie wcale tego nie potrzebował. Brzmiało to jednocześnie uspokajająco i cholernie niepokojąco. Nie wyglądał na człowieka, który dawał drugą szansę, nie wyglądał też na kogoś, kto prosił o rzeczy błahe.
- Chcę tylko jednego drobiazgu. - Powiedział - słowo „drobiazgu” zabrzmiało tak, jakby oznaczało coś znacznie większego, niż sugerował. - Kiedyś, nie dziś, nie jutro. Kiedy twoja ścieżka skrzyżuje się z moją… - Zawiesił głos na ułamek sekundy. - Przyniesiesz mi jedno wspomnienie. - Kontynuował spokojnie, już bez teatralnych pauz. - Nie pierwsze z brzegu. Nie przypadkowe. - Uniósł palec, jakby kreślił w powietrzu linię. - Chcę wspomnienie, którego nie oddaje się lekko. Wspomnienie, którego się trzyma. Tego, które człowiek zabrałby ze sobą, gdyby musiał odejść.
Nie uśmiechnął się, nie blefował, nie wywierał efektu, nie straszył - po prostu składał ofertę.
- Zostanie ze mną. Na zawsze. - Dźwięk „na zawsze” przeszedł przez ciebie jak zimne szkło. - A w zamian dostaniesz odpowiedzi, których nie daje nikt inny.
Wskazał delikatnie na miejsce przy sobie, chociaż już siedziałaś.
- Nie dziś będziesz płacić. Nie jutro. Ale przyjdzie dzień, w którym wrócę po mój drobiazg.
Spoglądając mu w oczy, miałaś wrażenie, że jego spojrzenie sięgało głębiej niż powinno. Nie w duszę, nie w pamięć… Bardziej w miejsce, do którego człowiek nie zaglądał sam.
- Jeśli to jest dla ciebie za dużo - dodał miękko - możesz odejść. Jem tylko to, co mi podają. Nigdy nie biorę siłą.
Nie było w nim cienia zachęty, żadnego „przemyśl to”. Zamiast tego panował nad rozmową jak ktoś, kto całe życie słuchał ludzi mówiących mu „nie” i wiedział, że na końcu i tak powiedzą „tak”.
Kiedy usiadłaś, nawet na moment nie odwrócił spojrzenia, przyjął twój ruch jak coś nieodwracalnego, krok, którego konsekwencje już przewidział. W tle wciąż brzmiało zamieszanie - wrzaski, stukot szkła, czyjś śmiech, który brzmiał bardziej jak zdławiony kaszel, ale gdy siedziałaś naprzeciwko niego, te dźwięki dziwnie przygasały, jakby obecność tego mężczyzny wyciszała świat dookoła.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
23.11.2025, 00:30  ✶  

Słuchała uważnie tego, co mężczyzna miał jej do powiedzenia. Widział aury, nie musiała nawet zadawać tego pytania po tym co jej powiedział, ale wolała się upewnić. Dostała odpowiedź, czy jej się spodobała? Nie wiedziała sama, co o tym myśleć. Nieco martwiło ją to, że niektórzy potrafili tak łatwo czytać z ludzi, zdecydowanie wolałaby, aby tak łatwo nie przychodziło im rozkładanie jej nastrojów na czynniki pierwsze. Kolor aury przecież mógł mówić naprawdę wiele, nie trzeba było wiedzieć praktycznie niczego o rozmówcy, można było wyciągać wnioski bez tego.

Kolejne słowa, które padły z jego ust były po prostu stwierdzeniem faktu, widział coś, dołożył do tego tezę, która okazała się być wyjątkowo trafna. Miał rację, widział, co się z nią działo. Już dawno powinna zgasnąć, coś jednak jej na to nie pozwalało, nadal walczyła, nadal szukała czegoś, czego nie wiedziała sama, zwłaszcza, że wiedziała, że znalazła już w swoim życiu wszystko, czego potrzebowała, teraz musiała się pogodzić z tym, że to nie miało mieć żadnego znaczenia, że niczego nie zmieniło w jej życiu, bo znowu musiała kroczyć przez nie sama, najwyraźniej do tego właśnie była stworzona.

Musiał chcieć czegoś w zamian, nie było innej opcji, tacy ludzie nie wyciągali ręki do kogoś, kto potrzebował ich rady, robili to z premedytacją, szukali ofiary, która mogła im się ugiąć. Gdyby to były galeony... to nie byłoby wcale tak najgorzej, to nie była najgorsza waluta, nie w tym świecie. Przysługa... to mogło być gorsze, nie wiadomo bowiem, kiedy mógłby się do niej odezwać i czego potrzebować, krew... zależy czyja, z tym pewnie mogłaby coś zrobić.

Gdy wspomniał o drobiazgu... wiedziała już, że to nie będzie żaden drobiazg, ton jego głosu sugerował coś zupełnie innego. Dreszcz przeszedł jej po plecach, nadal nie dostała żadnych konkretów, ale już wiedziała, że nie będzie kolorowo, przeczuwała to.

Przyglądała mu się uważnie, kiedy wspominał o tym, jak miałaby wyglądać zapłata. Wspomnienie, no jasne. Niby nic takiego, ale jednak te słowa, które padły z jego ust... nie mogła tego zrobić. Wspomnienie, którego nie oddaje się lekko, jego brak mógł zmienić jej całą wizję świata, wiedziała bowiem ile mogło to zmienić, jak silny wpływ miały wspomnienia na aktualne życie. Nie chciała pozbywać się żadnego ze swoich, zwłaszcza, że nie miała pojęcia, co jeszcze może wydarzyć się w jej życiu. Nie mogła oddać żadnego wspomnienia, w przypadku kogoś, kto jak ona skupiał się głównie na przeszłości, to nie było możliwe, nie było szansy na to, by zgodziła się na taki układ, nie ona.

- Nie. - Odpowiedziała krótko, nie było tutaj się nad czym rozwodzić. Nie mogła się zgodzić na coś takiego, wspomnienia miały wpływ na teraźniejszość i przyszłość, może ta nie malowała się zbyt pozytywnie, ale nie zamierzała mieszać w swoim życiu, nie chciała tego robić. Prue była zbyt rozsądna jak na takie rozwiązania.

- Dziękuję, ale nie. - Jego wzrok był przeszywający, dotykał miejsc, których nie powinien. Nie zastanawiała się zbyt długo nad swoją reakcją, nie miała zamiaru dłużej tu zostać, niby mówił, że nie brał siłą, ale ciężko było jej temu zaufać.

- Dziękuję za propozycję, ale nie. - Powtórzyła się, po czym stwierdziła, że nic tu po niej, czuła się bowiem bardzo nieswojo. Wreszcie podniosła się z krzesła, odwróciła na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi, musiała stąd wyjść, odetchnąć, zniknąć w mroku. Gdy się odwróciła nadal wydawało jej się, że czuje na sobie jego wzrok, że potrafił ją czytać, to, że do niego podeszła było głupie. Żadne z pytań, które nasuwały jej się na myśl nie było warte tego, by oddawać za nie wspomnienie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
23.11.2025, 01:41  ✶  
Stukot kufla o mój bark rozszedł mi się w głowie jak sygnał alarmowy, zimne piwo ściekało mi po szyi, spływało za koszulę, a ja stałem tam, jak idiota, mokry, lepki i coraz bardziej zirytowany. Zacisnąłem palce na torbie, aż skóra na dłoniach pobielała, i policzyłem do trzech - nie pomogło. Policzyłem do pięciu - też nic. Gdybym był w normalnym nastroju, może bym tylko warknął, może popchnął go barkiem i poszedł dalej. Tyle tylko, że nie byłem - tak samo, jak to nie było przypadkowe. Już miałem przełknąć frustrację, obrócić się i wyjść - udawać, że nie mam ochoty komuś połamać palców, ale wtedy to poczułem - delikatne, zwinne szarpnięcie materiału spodni, ledwo wyczuwalne, tak subtelne, że ktoś pijany nawet by tego nie zauważył. Mój mózg przestał rejestrować zimno, zaczynając rejestrować intencję - człowiek od piwa za bardzo próbował się odsunąć, za bardzo udawał potknięcie, za bardzo dramatyzował z tym „sorry”. Typ, który we mnie wpadł, nie był aż tak pijany, jak udawał - jego spojrzenie było za trzeźwe.
W jednej chwili cały chłód piwa wyparował z mojej świadomości. Zostało tylko gorące, ciężkie, brudne wkurwienie, które rozlało mi się po wnętrznościach jak ogień. Znieruchomiałem, jakby mi ktoś wcisnął szpilę w kręgosłup. W jednej sekundzie - absolutnie jednej - cały mój gniew, ten nagromadzony przez dni, tygodnie, miesiące, lata, przez Rumunię, przez listy, przez pocztówki, przez tę jebną pustkę w środku, skupił się na tym dotyku.
Cudzym dotyku, cudzej ręce, w mojej kieszeni.
- Nosz, kulwa maś. - Wycedziłem przez zęby, a potem odwróciłem się tak gwałtownie, że typ, który grzebał przy moich spodniach, zachwiał się jak pajac. Był nieduży, kościsty, śmierdział czymś, co mogło być tanim rozpuszczalnikiem. Miał oczy rozszerzone, nerwowe, takie, jakie mają szczury złapane w pułapkę. - Ty mały skulwielu… - Wysyczałem, pochylając się tak, że czuł mój oddech. - Chcesz mnie oklaść? Mnie? - Warknąłem, a mój głos zabrzmiał tak nisko i zimno, że nawet ja bym się w tym momencie nie pierdolił ze sobą w dyskusje. Cały gniew, cały stres, cały ciężar tego wieczoru wybuchł we mnie bez żadnego ostrzeżenia, jak odbezpieczona klątwa, która tylko czekała, aż ktoś przekroczy cienką linię. Złapałem go za nadgarstek jedną ręką, ściskając tak mocno, że usłyszałem krótkie, ostre sapnięcie bólu. Drugą chwyciłem za kołnierz, przyciągając go do siebie. Mógł mnie błagać, mógł płakać, mógł coś tłumaczyć - nie miało znaczenia. Wszystkie emocje, które tłumiłem, wszystkie niewypowiedziane przeprosiny, niewysłane odpowiedzi, wszystkie listy, które nie przyszły - to wszystko wybuchło we mnie jak rozlane paliwo przy zapalniczce.

Słuchałaś go uważnie, chociaż z każdą kolejną sekundą czułaś, jak coś w tobie zaczyna się napinać do granic. Mówienie o aurze było jedną rzeczą, ale sposób, w jaki ją opisywał - jakby widział nie kolor, a wszystko, co za nim stało, to było… Zbyt wiele. Nie był tylko obserwatorem. Był kimś, kto patrzył głębiej, niż powinni patrzeć obcy, głębiej, niż powinni patrzeć ludzie. Kiedy mówił o twojej aurze, o jej pęknięciach, o tym, że powinnaś była już dawno zgasnąć, miałaś wrażenie, że nie mówił wyłącznie o energii. Mówił o tobie - o twoich kościach, o twojej historii, o twoich bliznach, widocznych i tych, których nie pokazywałaś nikomu, może o tych najbardziej.
Przez chwilę, bardzo krótką, przeszło ci przez myśl, że on faktycznie mógłby wiedzieć coś, czego nikt inny nie dostrzegał, odpowiedzieć na pytania, których nawet nie zadałaś, ale równie szybko zdałaś sobie sprawę, jaką cenę za to proponował.
W jego spojrzeniu nie pojawił się gniew, ani rozczarowanie, ani zawód. Zupełnie, jakby spodziewał się tej odpowiedzi, jak gdyby odmowy były dla niego równie naturalne, co zgody, może nawet lepsze.
- Jak chcesz. - Odpowiedział cicho - ton miał łagodny, ale to tylko sprawiało, że brzmiał jeszcze groźniej, bardziej ostatecznie. - Powiedziałem, że nie biorę niczego siłą.
Jego wzrok zamigotał przez krótką chwilę, jakby coś w nim się przestawiło, z pozycji kogoś, kto oferuje układ, przeszedł w pozycję kogoś, kto rejestrował reakcję odmowy. Odwróciłaś się na pięcie, ruszyłaś w stronę drzwi, a on? Nic nie zrobił - nie zatrzymywał cię, nie mówił „wróć”, a jednak powietrze stało się cięższe, gęstsze, wciąż czułaś uwagę, której nie chciałaś już czuć - jego spojrzenie, zimne jak mgła, którą pamiętałaś z jesiennych poranków, podążyło za tobą. Kiedy dotknęłaś klamki, jego głos - miękki, równy, nieproszony - dotarł do ciebie przez szum rozmów i stukot kufli, znowu w ten sam, niewerbalny sposób.
- Tylko jedno, querida… - Powiedział tak, jakby dopowiadał ostatnią linijkę historii, którą i tak już zapisał. Hiszpańskie brzmienie tego słowa wyszło mu zbyt naturalnie, zbyt miękko, jakby mówił tak od lat, chociaż nic w jego wyglądzie nie sugerowało, skąd mógł pochodzić - wyglądał neutralnie, całkowicie i niezaprzeczalnie, jakby mógł być stąd i zewsząd - może nawet był? Byłaś gotowa odejść, wtopić się w tłum, zniknąć w mroku jak ktoś, kogo nigdy tu nie było, ale jego głos miał w sobie coś ozięble sugestywnego.
- Jeśli nie chcesz tracić wspomnień… - Kontynuował powoli, jakby wybierał słowa. - Radziłbym ci zabrać stąd tego twojego… - Zawiesił głos na moment, wyraźnie, celowo.
Kątem oka widziałaś, jak jego usta drgnęły - nie w uśmiechu, bardziej w czymś przypominającym rozbawioną pobłażliwość. - Cómo era… Hm… Mi pequeño caballero valiente. - Słowa zawisły w powietrzu dziwnie, jak szyderstwo i ostrzeżenie jednocześnie. Był kpiący, prawie pobłażliwy, jakby sugerował, że to, co nieświadomie zostawiałaś za sobą, było o wiele bardziej problematyczne niż on sam. Wypowiedział to tak, jakby naśmiewał się zarówno z twojego życia, jak i z samego pojęcia rycerzy, ale ton miał w sobie powagę. Jego wzrok przesunął się w bok, na część lokalu trochę dalej od drzwi, tuż obok wyjścia, ale tam, gdzie tłum zgęstniał, gdzie ktoś właśnie zderzył się z kimś innym, gdzie rozlało się piwo, gdzie rosło napięcie, którego jeszcze nikt nie nazwał. Wskazał to miejsce spojrzeniem - niczym więcej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9483), Prudence Fenwick (7784)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa