• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu Biały Wiwern [08.10.1972] back to black | Prudence & Benjy

[08.10.1972] back to black | Prudence & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
23.11.2025, 02:10  ✶  

Zrobiło jej się chłodno. Mimo tego, że jeszcze chwilę wcześniej miała ochotę zrzucić płaszcz, ściągnąć go z siebie, rozgościć się tu na chwilę, to wystarczył moment, aby zmieniła nastawienie, zapewne przez to, że czuła się nieswojo. Odruchowo, prawą ręką zaczęła zapinać rozpięte guziki, pod samą szyję, jakby miało jej to pomóc zachować uciekające z niej ciepło. Nie, nie pomogło, nadal czuła się dziwnie. Mogła zignorować tego typa, a teraz stała przed nim, miała wrażenie, że był w stanie przejrzeć ją na wskroś, a to nie wróżyło niczego dobrego. Aury aurami, można było z nich czytać, nie wydawało jej się jednak, aby każdy potrafił robić to tak dokładnie, tak przeszywająco, nie do końca podobało jej się to, że zupełnie obcy człowiek wiedział o niej tak wiele.

Zwłaszcza po tym, co usłyszała później. Wspomnienia - to była waluta, której nie była gotowa zapłacić. Nigdy. Wiedziała, że mogłoby to przynieść zbyt wiele szkód. Potrafiła jednak być asertywna, nie miała żadnego problemu z tym, aby powiedzieć, że nie zamierzała wchodzić w ten układ. To było dla niej zbyt wiele. Nie miała pojęcia, czy mężczyzna był przyzwyczajony do odmowy, czy mogło go to zaskoczyć, jego oferta dla niektórych pewnie mogła wydawać się atrakcyjna, jednak wolała sama dojść do tego, czego potrzebowała, niżeli w zamian oddawać coś, co nigdy nie miało do niej wrócić, a mogło powodować ogromne straty.

- Tak, powiedziałeś. - Miała nadzieję, że dotrzyma słowa, jeśli nie - cóż, będzie musiała jakoś sobie poradzić, siłą, czy nie, nie było szansy na to, aby oddała mu swoje wspomnienia, to było dla niej zbyt wiele, zresztą dla każdego powinno być, nie sądziła, że ktokolwiek byłby w stanie przystać na podobną ofertę, chociaż, czy aby na pewno, nie wszyscy znali wartość wspomnień, dla niektórych pewnie to mogłoby być nic takiego, głupcy.

Odwróciła się na pięcie, powoli zmierzała w stronę drzwi, myślała, że uda jej się wyjść tak po prostu, bez dalszej rozmowy, sugestii, nie mogło być jednak tak prosto, tym bardziej, że czuła na sobie jego wzrok, a przynajmniej tak się jej wydawało, mogła nieco nadinterpretować to, co się działo, bo ten mężczyzna wzbudzał w niej całą gamę emocji, których nie umiała określić. Posiadał wiedzę, której nie umiała nazwać, nie do końca miała świadomość skąd się brała, a dziwnie było jej z tym, że mógł wiedzieć o czymś, czym wolała się nie dzielić.

Dotykała klamki, kiedy ponownie usłyszała ten głos, mówił do niej, tak jak wcześniej, otoczenie wydawało się tego nie słyszeć, nadal nie potrafiła tego nazwać. Spowodowało to jednak to, że się odwróciła, spojrzała na niego ponownie, czego jeszcze od niej chciał i dlaczego mówił w innym języku. To był hiszpański, a przynajmniej tak się jej wydawało, mogła go pomylić z jakimś innym językiem, to bowiem nigdy nie leżało w kręgu jej zainteresowań.

Tylko jedno. Miała ochotę rzucić w jego kierunku całkiem wymowne, co?! ale tego nie zrobiła, czekała, aż powie jej o co chodzi. Skoro już zaczął mówić, to miała zamiar dać mu szansę dokończyć.

Nie zrozumiała praktycznie żadnego słowa, przynajmniej z tych, które nie były wypowiedziane w języku, który znała, jednakże część z nich sugerowała, że znajdował się tutaj ktoś, kogo znała, ktoś jej? Niby jakim cudem?

Ton jego głosu brzmiał prześmiewczo, to mówiło samo za siebie, nabijał się z niej, jednak przeniosła wzrok w stronę, którą wskazał, nie mogła zupełnie zignorować tego, co powiedział, ciekawość... tak była drogą do piekła, ale Prue nic sobie z tego nie robiła. Dostrzegła drobne zamieszanie, nie widziała zbyt wiele z tej odległości, a nie mogła wyjść, tak po prostu nie zaspokajając swojego zainteresowania. Ruszyła więc ponownie, w głąb Wiwerna. Powoli, starając się nie rzucać nikomu w oczy, potrafiła to robić, umiała zlewać się z tłem, kiedy jej na tym zależało.

Zatrzymała się, kiedy dotarło do niej na co patrzyła. Niby zwyczajna bójka, kłótnia w barze, nic takiego, zapewne zdarzały się tutaj kilka razy w ciągu wieczora. Tyle, że jeden z mężczyzn, wydawał się jej być znajomy, zbyt dokładnie kojarzyła te sylwetkę, jakże mogłoby być inaczej, skoro dłonie zaciskające się teraz na nadgarstkach jakiegoś obcego typa wiele razy zaciskały się na jej własnych. On tu był. Mrugnęła, jakby chciała sprawdzić, czy to nie była jakaś iluzja, nie mogła być, bo nadal go tam widziała.

Czy powinna dać znać o swojej obecności, czy wyjść i udać, że wcale tego nie widziała. Nie, nie mogła odpuścić konfrontacji, zbyt wiele myślała o tym, co mogłaby mu powiedzieć, gdyby go spotkała. Oszukał ją, w tym swoim suchym liście napisał, że czas na niego, że ma zlecenie za granicą, a teraz siedział tutaj, w tej obskurnej knajpie na Nokturnie? Miała ochotę się roześmiać, chociaż wcale nie bawiła ją ta sytuacja.

Zrobiła krok do przodu, jeszcze jeden, tak, by znaleźć się za nimi, by mieć szansę zwrócić na siebie uwagę.

Byli zajęci, załatwiali jakieś sprawy, ale to nie był moment, w którym zamierzała udawać, że go nie widzi.

- Masz mi coś do powiedzenia? - Powiedziała bez zastanowienia, później podniosła wzrok, spojrzała na niego i dotarło do niej, że chyba nie była na to gotowa, powinna się wycofać. Nie da się zmusić przecież kogoś do tego, żeby mu na niej zależało. Cofnęła się o krok, cholernie żałowała, że jeszcze nie znajdowała się za drzwiami. Musiała stąd wyjść.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
23.11.2025, 04:30  ✶  
Naprawdę próbowałem być rozsądny - próbowałem się uspokoić, próbowałem wyjść, ale był taki moment - ten jeden, krótki, jak mrugnięcie - w którym coś się we mnie przestawiło. Nie miałem już cierpliwości, nie miałem hamulców. Nie miałem niczego, co by mnie zatrzymało. Tym razem nie próbowałem się powstrzymywać, nie miałem na to siły, ochoty ani powodu. Ten szczur, którego trzymałem za kołnierz, jęczał jak dzieciak, a ja zaciskałem palce coraz mocniej, bo jedyne, co mnie powstrzymywało przed rozwaleniem mu głowy o blat, to fakt, że musiałem kontrolować torbę - wszystko inne mogło spłonąć. Trzymałem tego parszywego złodzieja, jak szmacianą lalkę, ściskając jego nadgarstek tak mocno, że czułem, jak coś w środku zaczynało mu chrupać. Drugi typ stał z boku, trzymał się na dystans, ale był gotowy skoczyć mi na plecy, widziałem to kątem oka - czekał na moment, kiedy poluzuję chwyt, kiedy się odwrócę, kiedy zrobię cokolwiek głupiego, tyle że ja nie robiłem głupich rzeczy przypadkiem. Tylko wtedy, kiedy naprawdę chciałem.
- Luszysz się o cal. - Syknąłem, nie do tego, którego trzymałem, bo koleś od piwa już robił krok, już stawiał stopę, już podnosił łapy, jakby zamierzał mnie zaskoczyć. Widziałem go - jego cień, jego ciężar, jego zamiar. Zatrzymał się - dobry wybór, frajerze - idiota, oczy zrobił okrągłe jak dwa knuty. - Jeszcze jeden klok, kulwa, a… - Warknąłem, ale nie dokończyłem, bo ten pierwszy, którego trzymałem za nadgarstek, spróbował się poruszyć. Czułem puls w skroniach, ciepło w dłoniach, napięcie w barkach, gdybym ten gniew puścił, naprawdę puścił, to bym mu połamał rękę w dwóch miejscach i nawet bym nie poczekał, aż skończy drzeć mordę po pierwszym razie. - Jeszcze las wpakujesz paluchy tam, gdzie nie powinieneś, a wylwę ci je ze stawów, losumiesz? - Zacząłem, a głos miałem tak niski, że bardziej warczałem niż mówiłem. W środku we mnie kipiało - wkurwienie zalewało mi klatkę piersiową jak wrzątek. Nie chodziło już nawet o kradzież, piwo, wieczór, zapach tego burdelu, zmęczenie. Chodziło o wszystko naraz. O Rumunię. O ciszę po drugiej stronie listu. O to, że wróciłem, a i tak nigdzie nie pasowałem. Słyszałem syknięcia, nerwowe śmiechy, krótkie „o kurwa”, gdzieś z tyłu ktoś obstawiał, kto dostanie następny, bo los mógł się zawsze obrócić. - Mose jak ci połamię te twoje pająkowate łapy, ty jeba—
„Masz mi coś do powiedzenia?”
Zamarłem - przez moment myślałem, że mi się wydawało, i to było tylko przesłyszenie, wypowiedź nie skierowana do mnie, dźwięk z mojej chorej pamięci, mojej winy, mojej tęsknoty, którą od wielu dni tłamsiłem alkoholem i robotą, ale nie, nie mogłem się pomylić - znałem ten ton, dobór słów, sposób, w jaki potrafiła nimi przeciąć powietrze. Głos - jej głos - obcy tu, w takim miejscu jak ten lokal, jak muzyka w trupiarni. Ten, którego nie spodziewałem się usłyszeć w tym pierdolonym miejscu, nie wśród wrzasków, nie w tym stanie, nie z moją dłonią na gardle jakiegoś złodzieja. Puściłem typa na tyle, by nie wyrwać mu ręki z barku, ale wciąż trzymałem go mocno. Odwróciłem głowę, powoli, ostrożnie, jakbym nie był pewien, czy to nie kolejna halucynacja po zbyt wielu bezsennych nocach.
Stała dwa, może trzy kroki za mną, blada, wyprostowana, wzrok wbity we mnie - ten wzrok, który znałem, który pamiętałem z chwil, których wolałem nie wspominać. W chwili, kiedy spojrzałem jej w oczy, wszystko we mnie - cała ta wściekłość, cały ten ogień, wszystko - nie zgasło, ale zmieniło temperaturę. Zamieniło się w coś znacznie gorszego, znacznie bardziej rozrywającego - w poczucie winy. Palące, żarliwe. To „zamarłem” nie znaczyło bowiem, że się uspokoiłem, wręcz przeciwnie - całe napięcie, cała złość, cały gniew… W tym stanie, w jakim byłem, w tej wściekłości, w tym pieprzonym, skumulowanym chaosie… Spojrzałem na nią tym samym spojrzeniem, które sekundę wcześniej kierowałem w twarz typa, którego prawie połamałem. Tym, które teraz przykleiło mi się do gęby jak maska, zanim zdążyłem to powstrzymać. Wściekłym, ciemnym, cholernie złym, wykrzywionym gniewem, który nie był dla niej. Nigdy - nigdy w życiu nie spojrzałbym na nią w ten sposób z premedytacją, ale to nie była premedytacja, to był impuls, zły moment, zły człowiek w złym miejscu, ja - w najgorszym stanie od lat. Nawet w najgorszych momentach między nami, nawet wtedy, kiedy chciałem ją wkurwić, zranić, odepchnąć - nigdy nie miałem w oczach czegoś takiego, ale to było odruchowe - zbyt szybkie, byt surowe, wypłynęło ze mnie jak krew po cięciu. Jak trucizna.
- Co…? - Wyrwało mi się, zanim zdołałem to zatrzymać, a ona zrobiła krok w tył, jakby żałowała, że tu była. To zabolało znacznie mocniej niż to, że ktoś próbował mnie okraść. Jej twarz… To drgnienie… Cofnięcie się o krok, jakbym ją uderzył samym spojrzeniem… Samą swoją obecnością… To mnie pierdolnęło mocniej niż jakiekolwiek zaklęcie. Zobaczyłem ten błysk w jej oczach, tak samo szybki, jak wbicie noża między żebra. Jej twarz… To jak na mnie spojrzała… Poczułem coś, czego nie zamierzałem czuć, coś między mdłością a strachem, że coś właśnie spierdoliłem jeszcze bardziej.
Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek - choćby „to nie do ciebie, wiesz o tym”, „nie patrz tak, proszę”, choćby „kurwa, nie teraz”, same złe opcje dialogowe, tak, ale lepsze niż to - ale nie zdążyłem. Popełniłem błąd, zupełnie podstawowy błąd, odwróciłem się od typa, na Nokturnie takich rzeczy się nie robi. W tej jednej sekundzie - tej, w której dałem się rozkojarzyć, tej, w której spojrzałem na nią zamiast na zagrożenie - ten mały parszywy szczur, którego trzymałem, wyrwał mi się jak pozbawiona kręgosłupa kuna i złapał pierwszy przedmiot, jaki miał pod ręką - kufel. Duży, ciężki, z grubego szkła.
- Ty ch— - Zacząłem, odwracając głowę, o sekundę za wolno, i zobaczyłem tylko rozmazany ruch. Odskoczyłem, ale za późno, żeby uniknąć ciosu całkiem, uniesiona ręka przyjęła uderzenie zamiast mojej głowy i poczułem, jak coś w dłoni trzaska - nie pęka, trzaska, tak jak chrust pod butem. Szkło rozprysnęło się, kufel poleciał w bok, syknąłem z bólu, a potem… Potem zrobiłem dokładnie to, co każdy rozsądny człowiek uznałby za najgorszy możliwy pomysł - z całej siły odwinąłem się i wyjebałem mu w szczękę. Ziemia odpłynęła, ściany zrobiły się dalsze, dźwięki nienaturalnie głośne. Dwa i pół dnia, dwa i pół pieprzonych dni po tym, jak mój przyjacielski, pro publico bono, uzdrowiciel powiedział mi, że powinienem „unikać wstrząsów i uderzeń”. No, to uniknąłem, jasne - jak zawsze, z gracją i subtelnością jebanej sarenki.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
23.11.2025, 11:23  ✶  

Nie była pewna, co zastanie w głębi. Nie mogła wiedzieć, czy tamten typ nie postanowił jej wrzucić coś w niewygodnego, bo postanowiła odrzucić jego ofertę, ale i tak tam poszła, bo musiała to sprawdzić. Niby nie musiała, ale chciała. Widok, który zastała... był dla niej zaskakujący, ale nie w ten pozytywny sposób, nie wiedzieć czemu miała wrażenie, że widzi ducha, bo nie powinno go tu być, nie po tym, co jej napisał, ale jednak znajdował się w tym samym obskurnym pubie na Nokturnie co ona. Siedział tu, był tuż obok, całkiem niedaleko, kiedy ona przeżywała jego odejście, i nie miał czasu się z nią spotkać, aby to wyjaśnić, by powiedzieć jej w twarz cokolwiek, rzucić jakimś ostatnim słowem - mogłaby przynajmniej to przetrawić.

Wybrała nie do końca odpowiedni moment na to, aby się odezwać, bo był w trakcie czegoś. Nie umiała się jednak powstrzymać, wydawało jej się, że zasługiwała na jakieś wyjaśnienie, może jednak nie.

Odwrócił się, spojrzał na nią, w jego wzroku był mrok, którego jeszcze nigdy tam nie widziała, nie w takiej formie. To spojrzenie potrafiło wzbudzać strach, tylko, że ona się nie bała, ona była zła, zirytowana, wkurwiona o to, że powiedział jej, że wyjeżdża, a właśnie tłukł się z kimś w tym wstrętnym pubie. Miał czas, żeby się z kimś pokłócić, żeby komuś wpierdolić, a nie znalazła chwili, żeby ją znaleźć i porozmawiać. To ją bolało.

Nie zdążyła mu odpowiedzieć na jego co, sytuacja była dość dynamiczna, tamten, którego trzymał w uścisku wił się niczym piskorz i zdążył złapać za kufel. Wpatrywała się w to co się działo. - Uważa.... - Nie zdążyła dokończyć, było zbyt późno na reakcję, szkło błysnęło w powietrzu, nie było szansy na to, aby Benjy uniknął tego ciosu. Udało mu się zasłonić ręką, dobrze, ręka zawsze była lepszą opcją, niż twarz. Tylko, że była pewna, że coś głośno trzasnęło, kiedy kufel zatrzymał się na jego ręce.

Poza tym jednym krokiem, nie zrobiła kolejnego, nadal tam stała, nie do końca wiedząc, co powinna zrobić. Włożyła dłoń do kieszeni płaszcza, zacisnęła ją na różdżce, coś jednak mówiło jej, że nie powinna się wtrącać, to nie był jej problem, już nie, z drugiej strony, jak niby miała być obojętna na to, że działa mu się krzywda. To, że była w tej chwili na niego wkurwiona nie oznaczało, że był jej obojętny, nigdy nie miał być, czy tego chciała, czy nie.

Była skłonna wyciągnąć tę różdżkę, rzucić jakimś drobnym zaklęciem, tak, żeby ten typ się od niego odczepił, tyle, że nie było to potrzebne, Fenwick jak zawsze całkiem nieźle radził sobie sam, widziała jak się odwijał, jak odruchowo uderzył go w szczękę, syknęła cicho, bo to musiało zaboleć - jednego i drugiego.

Zamieszanie robiło się coraz większe, kilka osób wstało z krzeseł, żeby sobie na to popatrzeć, to nie było najlepszą opcją, Benjy nie powinien rzucać się w oczy, nie powinien zwracać na siebie uwagi, nigdy nie wiadomo kto mógł być w tym miejscu. Westchnęła, odetchnęła ciężko, najłatwiejszą opcją byłoby udawanie, że jej tutaj nie było, na to chyba jednak trochę za późno.

Krok w przód, zrobiła ten cholerny krok w przód, jakby faktycznie mogła jeszcze uważać, że chociaż trochę się dla niego liczyła, nie powinna, ale jednak to zrobiła, nie powinna się do niego zbliżać, był niczym rozjuszone dzikie zwierzę, ale czy kiedykolwiek ją to ruszało - nie, no nie. Odruch, zamierzała pomóc mu tylko stąd wyjść, ewentualnie zerknąć na rękę - czego pewnie nie będzie chciał, jak zawsze, a później wróci do domu.

- Wychodzimy. - Powiedziała całkiem głośno i wyraźnie. Nie miała pojęcia, czy jej słowa dotrą do niego, wydawał się być w amoku, do tego dość mocno przywalił tamtemu głową, mógł przeżywać właśnie jakiś wstrząs, miała to gdzieś. Musieli stąd wyjść, ona musiała, dla niego też lepiej, jakby dłużej tutaj nie zostawał, więc tak założyła, że w tej chwili stąd wyjdą.

Znalazła się bliżej, zawahała się przez moment, bo odruchowo chciała złapać go za rękę, pociągnąć w stronę drzwi, i była na niego zła, okropnie wkurwił ją jego widok tutaj, jakby nigdy nic, jednak się nie powstrzymała, złapała go za rękę - tę, która nie była jego tarczą przed szklanym kuflem i pociągnęła go za sobą w stronę drzwi, a raczej próbowała pociągnąć, co mogło wyglądać całkiem zabawnie dla tych wszystkich osób, które obserwowały całe zajście.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
23.11.2025, 14:51  ✶  
Nie wiedziałem, kiedy dokładnie wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli - czy w momencie, gdy typ wycelował we mnie kuflem, czy wtedy, kiedy Prudence odezwała się za moimi plecami, czy może wtedy, gdy spojrzałem na nią z tą samą dziką wściekłością, którą sekundę wcześniej rezerwowałem dla jakiegoś ulicznego szmaciarza. Najpierw widziałem tylko ich - dwóch idiotów, którzy postanowili stracić resztki zębów na mojej pięści. Adrenalina sprawiała, że czułem się jak ktoś, komu w żyły wlano wrzący metal - paliło mnie od środka, zagłuszało ból, zagłuszało rozsądek, wszystko było jednym wielkim, pulsującym rytmem furii. Czułem ją w zębach, w gardle, w knykciach. Ale potem? Odwróciłem się jeszcze zanim mózg zdążył pomyśleć, że to błąd - spojrzałem na nią tym samym wzrokiem, jakim patrzyłem na ludzi, których zamierzałem skrzywdzić. To spojrzenie, które nigdy nie powinno paść na nią, nigdy, a jednak padło - te pięć słów trafiło prosto w coś, co było we mnie czarne, żrące, wściekłe. Właściwie - inaczej, niż kiedykolwiek byłbym w stanie, gdybym myślał jasno. Wiedziałem jedno - było już za późno na cokolwiek sensownego. Zwróciłem się do niej inaczej, niż powinienem. Poczułem, jak coś we mnie drgnęło - nie zatrzymało mnie - bo byłem pewien, że wtedy nic nie mogłoby mnie w pełni zatrzymać - ale spowolniło mechanizm, który już miał mnie doprowadzić do kolejnej bójki z kolejnym szczurem. Moment później typ leżał na ziemi, częściowo przytomny, częściowo w stanie, w którym przez dłuższy czas nikogo nie okradnie. Mój oddech rwał się w krótkich, poszarpanych seriach, a ręka… Kurwa, ręka pulsowała bólem tak ostrym, że świat nachylał się pod dziwnym kątem. Nawet głowa zaczęła mi pulsować, jakby mózg walił w rytm własnego „ostrzeżenia”, przypominając o wstrząsie sprzed dwóch dni. Zacisnąłem szczękę tak mocno, że zabolały mnie zęby, w głowie biło mi jak w dzwon, dłoń pulsowała, pewnie złamana, świeże trzeszczenie kości gadało samo za siebie.
„Wychodzimy.” Tak po prostu, jakby była jakimś kurwa generałem, a ja szeregowcem na warcie. Nie „hej”, nie „Benjy”, nie „uspokój się”, tylko jedno krótkie polecenie, wyjęte z innego życia, tego, w którym jeszcze miałem wrażenie, że jestem dla niej kimś, kogo warto chwytać za ramię i wyciągać z tarapatów. W pierwszej chwili nawet nie dotarło do mnie, że to do mnie - to ja mam wyjść, to nie ona sobie idzie, tylko ciągnie mnie za sobą. „Rozjuszone dzikie zwierzę” - dokładnie tak się czułem, wszystko we mnie drżało, gotowe jeszcze wbić się w kogoś zębami, jeśli tylko zrobi jeden krok za dużo. Popatrzyłem na nią, zamroczony, dalej kipiący od adrenaliny, od bólu, od tej koszmarnej mieszanki, która kotłowała mi się w żyłach. Chciałem powiedzieć, że nie ma prawa mi rozkazywać. Chciałem powiedzieć, że nie powinna tu być. Chciałem powiedzieć, że ma rację. Chciałem powiedzieć wszystko naraz i nic mi nie wyszło. Nie byłem w stanie, ale też nie chciałem zrobić nic głupiego, nie bardziej od tego, co już zrobiłem, jakbyśmy nadal byli kimkolwiek, kimkolwiek innym niż dwojgiem ludzi, którzy powinni trzymać się od siebie na odległość kilku miast.
Patrzyłem na nią, ona patrzyła na mnie, tłum patrzył na nas.
A ja… Ja nie wiedziałem, co zrobić - to była najgorsza część, nienawidziłem nie wiedzieć. Może rzeczywiście powinniśmy stąd wyjść. Może powinniśmy byli wyjść lata temu, z całej tej sytuacji, z całego tego gówna, które narosło między nami. Może to było jedyne mądre, co mogłem teraz zrobić. Wkurwiało mnie to, o Merlinie, jak mnie to wkurwiało. Zrobiła krok do mnie, cholernie blisko, za blisko jak na to, że jeszcze minutę temu byłem o krok od urwania komuś głowy, jej palce zacisnęły się na mojej wolnej ręce, tej, która nie była rozpieprzona szkłem. Delikatny chwyt, ale z pewnością, która kazała mięśniom pod skórą spiąć się i jednocześnie - odpuścić. Pozwoliłem się pociągnąć, tak po prostu, jak ostatni idiota. Druga kobieta w przeciągu kilku dni ciągnęła mnie za łapkę, jak krnąbrne dziecko, które nie umiało samo znaleźć drzwi. Tyle że ta druga… Ta tutaj miała prawo, teoretycznie, to właśnie sprawiało, że szlak mnie trafiał jeszcze bardziej. Nie powinienem był wychodzić, powinienem był dokończyć to, co zacząłem, powalić drugiego typa, upewnić się, że sprawa została zakończona, ale tłum napierał, gwar narastał, a kilka spojrzeń zaczynało wyglądać zbyt uważnie.
Wychodziłem więc, niechętnie, z zaciśniętą szczęką. Właściwie to ona mnie ciągnęła, a ja pozwalałem jej, chociaż nienawidziłem tego uczucia - tego, że ktoś może na mnie wpływać, kiedy jestem na granicy wybuchu. Tego, że nie potrafiłem jej przerwać. Tego, że jej dotyk nie odpychał mnie, tylko przyciągał jak cholerny magnes. Przez moment było to prawie groteskowe - ja, dwumetrowy skurwiel, ciągnięty za rękę przez kobietę, która ledwie sięgała mi do ramienia. Ktoś z boku parsknął śmiechem, inny mruknął „oho”, jakby to był jakiś jebany spektakl - może i był - taki, którego nigdy nie powinien zobaczyć nikt, kto mógłby nas skojarzyć razem. To miejsce było gniazdem informatorów, cwaniaków i skurwysynów, którzy sprzedaliby własną matkę za kilka galeonów.
Drzwi zatrzasnęły się za nami, chłód Nokturnu chlasnął mnie po twarzy jak mokrą szmatą - na zewnątrz momentalnie uderzyło we mnie wilgotne, październikowe powietrze, ostry chłód przeszył mi kostki dłoni, rozlewając się po świeżo uszkodzonych kościach i sprawiając, że zacisnąłem zęby, żeby nie syknąć z bólu. Poczułem ból w dłoni, porządnie, drżała, cała, ciepła, nabrzmiała, pulsująca w rytmie krwi. Spuściłem torbę na ziemię, opierając ją o nogę, żeby nie dotknęła bruku.
Nikt nigdy nie powinien podchodzić do mnie w tej fazie - tak nauczyło mnie życie, nie dotykać, nie gadać, nie wyciągać ręki. Zwłaszcza nie wyciągać ręki, a ona właśnie to zrobiła - złapała mnie. Nadal ją trzymałem. A może to ona trzymała mnie? Już nie wiedziałem.
- Mosesz mnie jusz, kulwa, puściś. - Warknąłem w końcu, surowiej, niż zamierzałem. Nie dlatego, że chciałem ją zranić - tylko dlatego, że byłem zbyt pełen napięcia, żeby wydać z siebie cokolwiek łagodniejszego. To był jeszcze ten głos pełen gniewu, adrenaliny. Pokręciłem głową, próbując zapanować nad oddechem, ale ból w dłoni pulsował. Chciałem wyć. Chciałem kogoś uderzyć. Chciałem wrócić i skończyć tego typa. Chciałem zniknąć. Chciałem, żeby mnie zostawiła. Chciałem, żeby mnie nie zostawiała. Chciałem wszystkiego naraz, a jednocześnie nie chciałem niczego. Przełknąłem ślinę.
- To nie jest… - Zacząłem, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. - To nie jest dobla chwila.
Śmiech Nokturnu, krzyki, stłumiony jazgot zza drzwi baru - wszystko to mieszało się z naszym oddechem na zimnym powietrzu. Jak idiota, ktoś, kto powinien wiedzieć lepiej - nadal miałem kciuk zaczepiony o jej dłoń. Chciałem powiedzieć jeszcze raz, żeby mnie puściła, tylko że nie potrafiłem, bo jeśli teraz mnie puści, jeśli odejdzie, jeśli wykona choćby krok w tył… To ja wrócę do środka i ktoś dzisiaj przestanie oddychać. A noc na Nokturnie tylko czekała, żeby zrobić z tego wszystko, co najgorsze.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
23.11.2025, 16:11  ✶  

Być może to, co postanowiła zrobić mogło wydawać się absurdalne, ale nie bardzo potrafiła znaleźć inną możliwość, bardziej właściwą. Nie mogła pozwolić mu tu zostać, widziała po jego oczach, że jeśli by to zrobiła, to ktoś by stąd nie wyszedł, nie pozwoliłby mu na to. Nawet jeśli któryś z tych typów na to zasługiwał, to szkoda by było, aby miał problemy przez to, że postanowił zrobić z nimi porządek na oczach wszystkich ludzi obecnych w Wiwernie.

Może to było głupie, nieostrożne, miała świadomość, że to był jeden z tych momentów, gdy zupełnie nieświadomie mógłby jej zrobić krzywdę, bo nie był sobą, to znaczy poniekąd był, jednak nigdy nie reagował w ten sposób przy niej. Nie znała go takiego, to był pierwszy raz, kiedy widziała tę stronę Benjy'ego. Jak widać nie uciekła w podskokach, nie zostawiła go tutaj, chociaż przecież nie musiała się nim przejmować, już nie. Całkiem naturalnie jednak jej to przyszło, jakby nadal miała do tego prawo, jakby mogła na niego wpływać.

Rzuciła, prosty, jasny, konkretny komunikat. Nie dało się do odebrać inaczej, nie pytała, oznajmiła mu, że stąd wychodzą. Mógł ją zignorować, oczywiście, że brała taką opcję pod uwagę, nie zdziwiłoby jej to nawet jakoś specjalnie, tyle, ze tego nie zrobił. Widziała, że miał zamglony wzrok, adrenalina w nim buzowała, pewnie szybko się nie uspokoi, mimo wszystko postanowiła złapać go za rękę i wyprowadzić z tego nieszczęsnego pubu. Nie odepchnął jej, nie wyrwał swojej ręki, pozwolił jej to zrobić. Dostrzegła początkowe wahanie, zauważyła, że nie był szczególnie z tego zadowolony, ale i tak zaczął za nią iść, jakby faktycznie mogła decydować o tym, że to już koniec na dzisiaj, że wystarczy.

Przepychała się przez tłum, zupełnie ignorując spojrzenia ciekawskich ludzi, nie przejmowała się otoczeniem. Miała ich wszystkich gdzieś, nie ruszały ją komentarze rzucane w ich kierunku. Wiedziała, że mogły się tutaj znajdować osoby, których zainteresowanie wzbudzi ta sytuacja, nie wyglądało to przecież normalnie, zwrócili na siebie uwagę, ale w tej chwili to nie było ważne. Zresztą ona jak ona, gorzej jeśli zaczęliby drążyć na temat jego osoby, to ją bardziej martwiło. Niby nie powinno, bo przecież zadecydował o tym, że nie chce jej w swoim życiu, ale nie mogła o tym nie myśleć, nadal się o niego martwiła, to było chyba wpisane w jej los.

Jakoś dotarli do celu, chwyciła zimną klamkę i otworzyła drzwi, znaleźli się na zewnątrz. Wieczór był chłodny, jesień na dobre zdążyła się już rozgościć, miało być tylko gorzej, na szczęście nie padało, w przeciwieństwie do kilku ostatnich dni. Odetchnęła głęboko, kiedy znaleźli się na zewnątrz, Prue była zdenerwowana, chociaż próbowała pokazywać, że wie co robi. Tyle, że tak naprawdę nie miała zielonego pojęcia, ciągnęła za sobą faceta, który miał ją gdzieś, który zostawił ją pisząc o tym, że wyjeżdża, a właśnie znalazła go na Nokturnie, obijającego komuś mordę. To było dużo, miała prawo się zezłościć, a dalej stała przed tym cholernym Wiewernem trzymając go za rękę, jakby nie mogła zrobić nic lepszego.

Nie chciała wypuścić jego dłoni, mimo tego, że rozsądek podpowiadał jej, że to było najlepszym, co mogłaby zrobić, to dobrze było znowu czuć jej ciężar na swojej. Była zła, była zirytowana, ale ten dotyk nieco mieszał jej w głowie, brakowało jej go w ciągu tych kilku dni. Głupie serce, które reagowało na niego w ten sposób, głupie ciało, głupie odruchy, była jednak tylko człowiekiem, nie mogła nic z tym zrobić.

- Może grzeczniej, co? Nie jestem Twoim wrogiem. - Wiedziała, że był rozjuszony, jednak nie zamierzała mu pozwalać na takie odzywki, nie była jedną z tych gnid, z którymi przed chwilą się mierzył. Zasługiwała chyba na coś lepszego, i nie miała najmniejszego problemu z tym, aby zwrócić mu na to uwagę. Mógł być wkurwiony, mógł sobie nie radzić, mógł mieć ochotę kogoś zabić, nie obchodziło jej to w tej chwili. Nie puściła jego dłoni, jeszcze nie teraz. Zresztą, gdyby chciał to zrobić, gdyby chciał, wypuścić jej palce ze swoich wystarczył jeden ruch, mógł to zrobić bez większego problemu.

- To nie jest dobra chwila? Naprawdę? Kiedy będzie lepsza? Co? - Ton jej głosu był całkiem spokojny, jak na to, że wewnątrz się w niej wszystko gotowało. Mówiła zresztą szeptem, nie chciała, aby ktokolwiek zwrócił na nich uwagę, już i tak zbyt wiele osób mogło im się przyjrzeć.

- Skończyłeś zlecenie? Szybko poszło. - Zaczęła całkiem neutralnie, chociaż ciężko jej było poskromić chęć wysyczenia tego przez zęby. - Dobrze wiedzieć, że już wróciłeś, cieszę się, że Cię widzę, szkoda tylko, że zapomniałeś o tym wspomnieć. - Najwyraźniej nie odczuwał potrzeby poinformowania jej o swoim powrocie, cóż, kolejna rzecz, która potwierdzała to, co jej się wydawało. Miał ją gdzieś, nie przejmował się tym, że zostawił ją w ten sposób, z roztrzaskanym sercem, ale przecież powinna się tego spodziewać, powinna wiedzieć, że to się tak skończy.

To był moment, w którym najlepiej by zrobiła, gdyby zniknęła po prostu w którejś ciemnych uliczek, ale chciała wyjaśnień, potrzebowała wyjaśnień i miała gdzieś to, że uważał, że nie był to najlepszy moment. Innego mieć nie będą.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
23.11.2025, 17:25  ✶  
Nie wiedziałem, co sobie wyobrażała, kiedy ciągnęła mnie przez ten bar, jakbym był jednym z tych pijanych frajerów, których dało się wyprowadzić za fraki, a oni nawet nie zauważą różnicy między drzwiami a ścianą, ale zrobiła to - bez zawahania, bez pytania, bez cholernych ceregieli. Po prostu złapała mnie za rękę, jakby miała do tego prawo, jakby nic się między nami nie rozpadło. Zamknąłem oczy na krótką chwilę, bo gdybym na nią spojrzał w tej sekundzie, nie wiedziałem, co bym powiedział, a może wiedziałem - i właśnie dlatego nie chciałem. Jej słowa do mnie docierały - każde z nich było ostre, konkretne, jakby wbijała mi je w skórę końcówką różdżki, dopiero na zewnątrz poczułem, jak zaczyna mną naprawdę trzepać, chłód uderzył mnie w twarz, ale zamiast mnie otrzeźwić, tylko uwypukliło to, jak bardzo bolała mnie dłoń. Powietrze na Nokturnie zawsze było paskudne, ale teraz drażniło mnie jeszcze bardziej - śmierdziało dymem, wilgocią i jakimś tanim ziołem, które ktoś palił w bocznej uliczce. Moja ręka pulsowała tak mocno, że widziałem jasne plamy przed oczami. W środku wciąż buzował gniew, adrenalina jeszcze nie puściła, nie byłem sobą. Nie całkiem.
Zamknąłem oczy na pół sekundy, żeby nie jebnąć pierwszej odpowiedzi, jaka cisnęła mi się na język, bo chciałem, byłem w takim stanie, że naprawdę chciałem, ale otworzyłem oczy i powietrze wyszło ze mnie jak para z pękniętego kotła. Zacisnąłem mocniej dłoń na jej dłoni, nieświadomie, instynktownie. Ironia - piękna, popierdolona ironia. Powietrze między nami zgęstniało tak bardzo, że mógłbym je ciąć nożem. Przez sekundę milczałem, licząc do trzech, może do czterech, może do jednego, bo nic mi z tego nie wyszło.
- Plue. - Warknąłem, ale ciszej, kontrolowanie, z wyraźną ostrą krawędzią, wracając do automatu, który nakazywał mi nie używać w stosunku do niej tej czułej, żartobliwej formy, tego drugiego imienia, miękkiego, osobistego słowa. - Gdybym tlaktował cię jak wroga, wiesz mi, bszmiałoby to inaczej.
Wyglądała tak, jakby nie była pewna, czy ma mnie kopnąć w kostkę, czy odejść, a mnie zaczynało brakować cierpliwości. Szeptała, ale każde słowo trafiało we mnie jak wbijane gwoździe, nie patrzyłem jej w oczy, patrzyłem w ciemność ulicy, w oddalający się gwar pubu, w to, co mogło wyjść z zakrętu. W cienie, nie w nią. Jej słowa były jak sól wysypana prosto w ranę, którą sam sobie zrobiłem. Wysłałem jej ten pieprzony list, bo myślałem, że tak będzie łatwiej, byłem rozczarowany sobą, przegrany i żałosny, nie chciałem jej ciągnąć dalej w swoje gówno, nie chciałem, żeby patrzyła, jak staczam się coraz niżej. Zamknąłem oczy, potrzebowałem pół sekundy, żeby nie wybuchnąć. Nie gniewem, tylko… Czymś innym, czymś dużo gorszym.
- Kiedy nie będę się kulwa bił. - Syknąłem. Ton miałem niski, przytłumiony, taki, którym można było oszronić szybę od środka. - Kiedy nie będę miał loswalonej lęki. Kiedy nie będę miał s tyłu głowy dwóch typów, któszy plóbowali mnie oklaść, a potem dobiś. Gdy nie będę - lekko szturchnąłem torbę na bucie - w placy. Dosłownie w każdym innym momencie. - To zabrzmiało ostrzej, niż chciałem, ale nie cofnąłem tego, bo ona zrobiła ten jeden głupi ruch, który potrafił wbić mi gwóźdź w czaszkę - zaczęła mówić o zleceniu. O tym, że szybko poszło, o tym, że „dobrze wiedzieć, że wróciłem”, o tym, że „szkoda, że zapomniałem jej o tym wspomnieć”.
- Co? - Spytałem wolno, głupio wolno, jak ktoś, komu naprawdę zajęło sekundę, żeby uwierzyć, że usłyszał to, co usłyszał. Czułem, jak mój głos robi się niższy, głębszy, bardziej kontrolowany, ale tylko z wierzchu - pod spodem byłem wściekły, zraniony, zmęczony - za bardzo zmęczony, żeby słuchać, że „nie wiedziała”. Spojrzałem na nią twardo, z cieniem, którego nie chciałem jej pokazywać, ale nie potrafiłem już trzymać tego gówna na wodzy.
- Zapomniałem? - Powtórzyłem powoli, niskim głosem, na granicy syknięcia. Potem prychnąłem krótkim śmiechem, bez cienia rozbawienia. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zbyt szybko, zbyt intensywnie, jakby mój mózg na siłę próbował zapamiętać coś, czego nie powinien. - Pludence… Ja ci, kurwa, napisałem, sze wlacam. W tym samym zaslanym liście, któly postanowiłaś olaś.
Nie puściłem jej dłoni - i to mnie wkurwiało bardziej niż cokolwiek innego. Czułem jej palce na moich i to… Cholernie mieszało mi we łbie. Byłem rozjuszony, byłem wkurwiony, byłem rozpalony bólem i adrenaliną, ale jednocześnie… To było znajome, niebezpiecznie znajome, i nagle zbyt wiele we mnie chciało za tym pójść.
- Więc wybacz, sze nie biegałem po całym jebanym mieście, szeby powiedzieć ci, o któlej dokładnie godzinie będę w Londynie. Nie jestem… Nie byłem… Cholela. - Urwałem. - Nie byłem ci nic winien.
To zabolało mnie bardziej, niż powinno, bo wiedziałem, że to nie była prawda - byłem jej coś winien, byłem jej wszystko winien.
Ale jeśli ona chciała mi przypieprzyć wyrzutem?
To spoko. Ja też potrafiłem.
- Nie będę ci lospisywał telminasza. - Syknąłem. - Zwłaszcza jeśli nawet nie chcesz go kulwa czytaś. - Przejechałem językiem po zębach, próbując zebrać się w sobie, może naprawdę powinienem był ją puścić, odejść, zniknąć, ale zamiast tego stałem w tym jebanym chłodzie i trzymałem ją dalej, jakby to miało w czymś pomóc.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
23.11.2025, 19:28  ✶  

Prue działała instynktownie, nie chciała być miła, za bardzo ją zranił, potraktował ją naprawdę chujowo i musiała o tym pamiętać, chociaż widok jego rozwalonej dłoni powodował, że miała ochotę zejść z tonu, pomóc mu, później ewentualnie wrócić do rozmowy. Nie umiała inaczej, zawsze na niego tak reagowała, miała do Benjy'ego więcej cierpliwości niż do kogo innego, ale nie mogła tego teraz robić, byłaby żałosna, nie chciała być żałosna, nie chciała usilnie prosić go o jego uwagę, kiedy sam przecież postanowił odejść i z niej zrezygnować. Musiała się ogarnąć, jakoś zebrać w sobie i próbować być asertywna, dlatego właśnie sięgnęła po ten specyficzny ton głosu, którego zaczęła używać jako prefektka w Hogwarcie, doskonale go znał, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

Poczuła, że jego dłoń zacisnęła się mocniej na jej dłoni, nie skomentowała tego w żaden sposób, nie miała pojęcia, co się właśnie między nimi działo, co to oznaczało, zresztą był to moment, w którym chyba nie do końca chciała analizować cokolwiek, musiała odbyć tę rozmowę, przejść przez nią, być może to pomoże jej jakoś odnaleźć się w rzeczywistości, bo ostatnio była w niej wyjątkowo zagubiona. Tak, nie był to może najlepszy moment, ale czy miała jakąkolwiek inną szansę? Nie wydawało jej się, by chciał z nią rozmawiać, po prostu sobie odszedł zostawiając lakoniczny list, więc skoro wpadła na niego przypadkiem, to postanowiła spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.

- Mhm, jasne. - Burknęła pod nosem. Nie robił na niej wrażenia jego ostry ton, był wkurwiony, oczywiście, ale to nie było wytłumaczeniem, nie musiał się na niej wyżywać. Tak, zachowała się kontrowersyjnie, wyciągnęła go z baru zanim zdążył dokończyć swoje sprawy, przerwała mu coś, trudno - musiał się z tym pogodzić. Zresztą był to pewnie ostatni raz, więc powinien jakoś to przetrawić.

- Kiedy znowu postanowisz wyjechać, bo trafi się zlecenie za granicą? - Dopowiedziała, gdy zaczął wymieniać te jego zdaniem lepsze momenty na ewentualną rozmowę. - Kiedy znikniesz? - Dało się wyczuć gorycz w jej głosie. Bolało ją to, że ją zostawił, że przepadł, jak kamień w wodę, a dzisiaj spotkała go tutaj, jakby nigdy nic. Miało go tu nie być, to był niby powód dla którego zniknął z jej życia, co miała sobie o tym pomyśleć? Cały ten obraz świadczył sam za siebie. - Musisz mi wybaczyć, ale chyba miałam prawo obawiać się tego, że nie będzie żadnych, innych momentów. - Syknęła przez zęby, gdyby mogła być pewna, że znajdzie dla niej chwilę, że postanowi się z nią spotkać, cokolwiek - ale no niestety nie była co do tego przekonana, dlatego skorzystała z okazji, która się pojawiła, mimo, iż nie należała do najlepszych z możliwych, tyle, że inna po prostu mogła się nie nadarzyć.

Zmrużyła oczy, kiedy znowu się odezwał, wpatrywała się w niego z miną, która świadczyła, że chyba nie do końca rozumie, co do niej mówi. Nie wyglądała w tej chwili na najbardziej światłą, co nie zdarzało jej się często, zazwyczaj w jej oczach czaiła się wiedza, teraz raczej można było tam dostrzec pustkę. Analizowała jego słowa, ale nic jej to nie dało.

Jaki znowu list? Nie miała zielonego pojęcia, nie dostała listu, nie wiedziała, że wraca, coś jej tutaj nie grało.

- Mówisz o tej pocztówce z Bukaresztu? - Fakt, nie odpisała na nią, nie wydawało jej się to jednak konieczne, nie chciała przeszkadzać mu podczas zlecenia, zresztą, co niby miała na to odpisać. Baw się dobrze, całuski?

Oczy jej błysnęły. No jasne, nie był jej nic winien, nawet głupiego wyjaśnienia. Prosta sprawa. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni, odruchowo, była szansa, że wbiła mu w nią paznokcie, chociaż tego nie chciała, wkurzył ją tymi słowami. Okropnie.

- Nawet głupie pierdol się Prudence to było zbyt wiele, dobrze, że mamy co do tego jasność. Nie jesteś mi nic winien, prosta sprawa. - Zabolało ją to jak cholera, nie spodziewała się, że potraktuje ją w ten sposób, myślała, że te kilka tygodni, które razem spędzili było na swój sposób wyjątkowe - najwyraźniej się myliła, to się przecież zdarzało.

- Ja, nie chcę czytać? Niby co miałam przeczytać? Nie zdziwiłoby mnie, jakbyś zapomniał go wysłać, tak samo jak zapomniałeś się pożegnać. Miałam się domyślić, kiedy wracasz do Londynu? Miałam sobie te informacje wywróżyć? Niestety nie jestem jasnowidzem Benjy. - Nadal nie do końca wiedziała co się dzieje, coś jej umykało, miał do niej jakieś zarzuty, tylko niby dlaczego? To on ją zostawił, odpowiedziała mu nawet na ten pierwszy bardzo wylewny list, olała pocztówkę z Rumunii, bo nie wydawało jej się potrzebne, by na nią odpisała, zresztą była na niego wkurzona. O co mu właściwie chodziło? Dlaczego on też patrzył na nią, jakby mu kopnęła szczeniaka.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
23.11.2025, 21:20  ✶  
Prychnąłem. Nie z pogardy, raczej z niedowierzania, że naprawdę staliśmy na Nokturnie, zaraz po tym, jak prawie rozjebałem komuś twarz, a ona mówiła do mnie jak do uczniaka, który wlał atrament do kociołka koleżanki. Jej ton prefektki, spojrzenie, to zmrużenie oczu, ta racjonalność podszyta bólem.
Jej wkurwienie, udawany chłód, i to, jak trzymała mnie za rękę, jakby chciała mnie odepchnąć i przyciągnąć w tym samym momencie. Przez chwilę chciałem coś odpowiedzieć - coś błyskotliwego, coś chłodnego, coś, co oddaliłoby ją ode mnie, zanim zrobię jeszcze większe gówno, ale jej słowa spadały na mnie jedno po drugim, jakby chciała mnie zmusić, żebym naprawdę poczuł, co jej zrobiłem.
„Kiedy znikniesz?”
„Kiedy znowu wyjedziesz?”
„Miałam prawo się obawiać.”
Zacisnąłem zęby, każde jej zdanie uderzało we mnie tak samo mocno jak tamten kufel, tylko w zupełnie innym miejscu. Gdyby wiedziała - gdyby, ja pierdolę, wiedziała, jak bardzo nie chciałem jej zostawiać, jak bardzo to bolało, jak bardzo byłem pewien, że tak będzie dla niej bezpieczniej, jak bardzo bałem się wrócić i zobaczyć jej twarz, zobaczyć ten zawód, który teraz miała w oczach. Gdyby to była jakakolwiek inna osoba, jakikolwiek inny moment, pewnie już dawno bym odszedł, ale ona stała przede mną, trzymała mnie za rękę, mówiła z tym swoim tonem, który znałem lepiej niż powinienem. A ja? Ja się gotowałem.
Wypuściłem powietrze przez nos, wolno, bardzo wolno, ale to niczego nie uspokoiło. Ona mówiła, a ja czułem, jak wszystkie mięśnie w karku spinają mi się ponownie, jakby ktoś wylał mi wiadro wrzątku na kręgosłup. Po jej twarzy przemknęła emocja - nie ta miękka, sentymentalna, tylko ta chłodna, surowa maska, którą zakładała, gdy próbowała udawać, że nic jej nie bolało - pamiętałem ją aż za dobrze. Słuchałem jej - słuchałem każdego jednego słowa, z każdą sekundą moja szczęka napinała się bardziej. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż zabolały mnie mięśnie żuchwy. Gdy burknęła to swoje „mhm, jasne", miałem ochotę splunąć w bok, żeby wyrzucić z ust ten cierpki smak, który zostawiała we mnie jej pogarda, jakby wiedziała lepiej, miała pełne prawo oceniać, a ja powinienem stać na baczność i tłumaczyć się z każdej pierdolonej decyzji.
- Masz talent do lobienia ze mnie skulwysyna na podstawie własnych załoszeń. - Rzuciłem, nadal zbyt blisko, nadal zbyt ciemnym głosem. - Wiesz, co jest zabawne? Nawet nie poczekasz z osądami do momentu, w któlym będziesz mieś wszystkie informacje.
Słuchałem tego wszystkiego, jakby ktoś powoli, metodycznie rozcinał mi żebra i wsadzał rękę między organy, żeby sprawdzić, co jeszcze w środku drgało, a co już padło trupem. Czułem, jak zacisnęła mocniej palce na mojej dłoni, tej zdrowej - tej, która powinna ją puścić, powinienem ją puścić, a nie robiłem tego, żadne z nas się nie odsunęło, nawet wtedy, kiedy wbijała mi paznokcie w skórę.
„Pocztówce” - ja pierdolę. Jej spojrzenie nagle się zmieniło, ale nie miałem siły analizować, dlaczego i czego było dowodem. Czy to było zaskoczenie? Zwątpienie? Krzywda? Święte oburzenie? Zbyt dużo emocji naraz, zbyt wiele rzeczy, które powinny pozostać nieporuszone. Cisza między nami była lepka, ciężka, wręcz gęsta. Nie odrywała ode mnie wzroku, co było najgorsze, bo czułem w tym wszystkim coś więcej niż pretensje - czułem ten stary, znajomy rodzaj bólu, którego nigdy nie chciałem jej zostawiać. A jednak zostawiłem.
Zamknąłem oczy na sekundę - dosłownie na sekundę, bo inaczej bym coś rozjebał. Otworzyłem je i spojrzałem na nią. No i cały mój misterny plan, żeby przełknąć to wszystko i spróbować nie reagować jak zwierzę, poszedł w chuj. Czułem, jak krew uderza mi do skroni, a gniew przewala się przez mnie jak fala, której nie dało się zatrzymać.
- Nie. - Odparłem ostro. - Nie mówię o pocztówce.
Zacisnąłem palce na jej dłoni, przesuwając kciukiem po jej knykciu - nie specjalnie, po prostu odruchowo. To był odruch - ten, którego mój mózg nienawidził, ale ciało mu się sprzeciwiło.
- Napisałem ci list, pszed pocztówką. Zamiast pieldolonego „wyjechałem, nala”. Chciałem… - Urwałem, bo język odmówił mi posłuszeństwa. - Niewaszne, skolo „zapomniałem go wysłać”. - Odwróciłem wzrok dosłownie na pół sekundy - to nie był błąd, przegranie walki na spojrzenia, to była wyraźna próba ugryzienia się w język, żebym nie powiedział czegoś, czego pożałuję, bo Prue przez sekundę patrzyła na mnie, jakbym mówił w jakimś cholernym dialekcie goblińskim.
Chciałem jej wyjaśnić, chciałem, kurwa, powiedzieć.
Nie - nie chciałem. Chciałem po prostu, żeby przestała wbijać mi paznokcie w dłoń, którą ledwie trzymałem w całości. Widziałem jak rośnie jej wściekłość, pojawia się ta cała ta maska, jaką nosiła przeciwko wszystkiemu, co ją wcześniej zraniło, kurwa, wiedziałem, że ja byłem jednym z tych „wszystkich”, ale to nie dawało jej prawa mówić rzeczy, które nie miały sensu. Patrzyła na mnie jakby pierwszy raz słyszała, że istnieją listy, jakby mówiła o czymś zupełnie innym niż ja, jakbyśmy rozmawiali w dwóch językach, których żadne z nas nie znało.
A potem weszła we mnie z pięściami emocjonalnie.
- Gdybym chciał ci napisaś „pieldol się” - powiedziałem cicho, ale zimno - to bym ci to, kurwa, napisał.
Oczywiście, że przesadziłem. Oczywiście, że to było podłe, ale byłem w takim stanie, że nie panowałem nad językiem. Ona wiedziała, jak mnie dotknąć. A ja... Byłem głupi. Od początku byłem głupi. Nie wytrzymałem. Uniósłem rozwaloną rękę, chociaż każdy milimetr ruchu palił mnie jak ogień.
- Widzisz to? - Wskazałem dłonią na dłoń, którą trzymała. - Widzisz mnie tu? Widzisz, sze stoję? - Wyszło ostrzej niż chciałem. - Bo wlósiłem. Do Londynu. Mimo sze wiesz, jak balso go nienawidzę.
Zamknąłem oczy na moment. Czułem jej oddech, czułem jej złość, czułem też idiotyczną nadzieję, którą powinienem był już dawno wypalić z siebie, a która właśnie rozmywała się w ulicznym powietrzu. Ona nadal mnie trzymała, ja nadal trzymałem ją - wyglądaliśmy jak dwie osoby, które powinny puścić się już pięć minut temu, a nadal wisiały na sobie, jak tonący.
- Nie będę się domyślał, któle twoje milczenie jest jasnym komunikatem, a któle wynika s tego, sze list do ciebie nie dotalł. - Dodałem szorstko. - Jestem dobly w wielu szeszach, Plue, ale ja tesz nie jestem jebanym wlószbitą. Nie wysłałbym pocztówki, gdybym… - Urwałem.
„…gdybym nie był na tyle pojebany, żeby próbować cię przeprosić.”
„…gdybym nie wiedział, że cię zraniłem.”
„…gdybym cię, kurwa, nie kochał.”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#19
23.11.2025, 22:43  ✶  

Nie hamowała się, może powinna, ale złość zbierała się w niej przez kilka ostatnich dni. Była zagubiona, nie wiedziała co ze sobą zrobić, zła na siebie samą, że pozwoliła sobie czuć, bo wiedziała, że tak to się skończy, łatwo jednak przyszło jej zapomnieć o konsekwencjach, a te uderzyły w nią mocno, niespodziewanie. Dusiła to wszystko w sobie, próbowała jakoś to przetrawić - jak widać poległa. Wcale, ale to wcale sobie z tym nie radziła, to wszystko powoli odkładało się w niej, i w momencie, w którym zobaczyła go w Wiwernie, nie będąc gotowa na konfrontację - pękła. Cała złość, cały żal jaki w sobie zbierała postanowił wyjść na światło dzienne, no, może nocne, bo znajdowali się w ciemnej uliczce, jakby to coś zmieniało.

Reagowała, jak potrafiła. Sięgnęła po ten ton, który często służył jej do ukrywania emocji, zimny, oficjalny, wiedziała, że to nic nie da, jednak łatwiej jej było mierzyć się z tym w ten sposób. Nie cedziła słów, sięgała po bardzo konkretne zdania, doskonale wiedziała, że mogą w niego uderzyć, chciała go zranić, chciała, żeby chociaż przez moment poczuł przez co przechodziła.

- Całkiem jasno wyraziłeś się w tym liście. Na co właściwie miałam czekać? Sam do tego doprowadziłeś. - Skąd niby mogła wiedzieć, że był jakiś kolejny list, miała domyślić się, że postanowi jednak jej coś wyjaśnić? Całkiem łatwo przyszło jej dopowiedzenie sobie historii, łatwo było pogodzić się jej z tym, że ktoś mógł tak po prostu z niej zrezygnować, nawet jej to szczególnie nie zdziwiło, chociaż brakowało jej zakończenia, chociaż kilku słów, pożegnania, wtedy zaczęłaby to sobie układać w głowie.

- Oświeć mnie, jakich informacji mi brakuje? - Musiała o to zapytać, nie spodziewała się tego, że padnie coś, co będzie mogło zmienić jej opinię, wręcz przeciwnie miała wrażenie, że koniec był bliski, w sumie koniec był już za nimi, nie wiedziała do końca, co teraz się działo, czy to był jakiś epilog, który miał wyjaśnić czytelnikowi książki dlaczego ich drogi się rozeszły?

Próbowała połączyć kropki, coś jednak nie do końca jej w tym wszystkim się spinało. Miał do niej jakieś pretensje, których pochodzenia nie rozumiała, nie miała pojęcia, co się działo, nie odrywała od niego spojrzenia, ale to w niczym nie pomagało, widziała, że był na granicy, tak samo jak i ona. Nie zakładała, że kolejne ich spotkanie, o ile w ogóle miało do niego dojść przebiegnie lekko i przyjemnie, ale chyba nie była gotowa na aż taki chaos, emocje się z nich wylewały, przede wszystkim te negatywne.

- Nie dostałam tego listu. - Chyba musiała powiedzieć to w głos. Napisał jej list, w porządku, tyle, że nie miała szansy go przeczytać, nie dostała go, niby skąd mogła wiedzieć, co się w nim znajdowało?

Miała wrażenie, że wyjątkowo nie są w stanie się ze sobą dogadać, każde z nich tkwiło w swojej własnej bańce, każde miało coś do zarzucenia drugiej stronie. Faktycznie może lepiej by było, aby oddalili się każde w swoją stronę, nim powiedzą zbyt wiele, jednak nadal trzymali się za ręce, jakby ten dotyk był ostatnim, co pozwalało im jeszcze tutaj stać i rzucać w siebie kolejnymi epitetami.

Starała się uderzać, jak najcelniej, sięgać po słowa, które mogły go zranić, w ten sposób pozbywała się złości, która się w niej potęgowała, nie była to najlepsza metoda... jednak w tej chwili nie widziała żadnej innej. To był naprawdę trudny czas, zobaczyła go tutaj, zupełnie niespodziewanie, nie miała pojęcia, że wrócił do Londynu, jakby w ogóle nie powinno ją to obchodzić, jakby w ogóle się dla niego nie liczyła, to ją zabolało, okropnie uderzył w nią widok jego tutaj, już wolałaby usłyszeć to pierdol się i wiedzieć, że ma się trzymać od niego z daleka, chociaż tak właściwie to jego Życzę Ci szczęścia poniekąd miało ten sam przekaz, tylko poprzez lżejsze słowa.

- Tak wróciłeś, wspaniale, że tu jesteś, tylko co z tego Benjy? Gdybym przypadkiem się tutaj nie znalazła, to bym o tym nie wiedziała, nie miałabym pojęcia, że tutaj jesteś. - W jej głowie nadal byłby gdzieś za granicą, chcąc nie chcąc martwiłaby się o to, czy wszystko u niego w porządku, czy jest bezpieczny, bo nie potrafiła inaczej.

- Przyniosłeś mi do domu kota, później zniknąłeś, czekałam na Ciebie, zabrałeś swoje rzeczy bez słowa, życzyłeś mi szczęścia, wysłałeś pocztówkę z Bukaresztu, jeśli dziwi Cię to, że nie miałam ochoty na nią odpisać, to naprawdę jesteś bezczelny. Zostałam tu sama, bez żadnego wyjaśnienia, zastanawiałam się, co zrobiłam nie tak, a teraz mi mówisz, że to ja mam problemy z komunikacją? Ja? Naprawdę? - Wypluła z siebie te wszystkie słowa jednym tchem. Postanowiła mu nieco wyjaśnić, jak to wyglądało z jej strony, nie, żeby spodziewała się, że to coś da. On zdecydowanie miał do niej jakiś problem.

- Gdyby co? Gdybyś miał mi coś do powiedzenia? Nie czytam w myślach Benjy. To naprawdę nie był najlepszy moment w moim życiu, bo to bolało, wiesz? Kurewsko bolało, chociaż przecież powinnam się tego spodziewać. Ostrzegałeś mnie, mówiłeś, że to tylko chwilowe, a ja zdążyłam, a ja zdążyłam - się w Tobie zakochać.

- zdążyłam się do tego wszystkiego przyzwyczaić, chociaż wiedziałam, że nie będziesz we mnie widział tego, co ja widzę w Tobie. - To nie był pierwszy raz, kiedy ją opuścił, porzucił. Najwyraźniej historia musiała zatoczyć koło. Tylko, że teraz tu był, wrócił, czuła jego ciepłą dłoń pod swoją i nie chciała jej puścić, nie chciała, żeby znowu zniknął w ciemności, chociaż była na niego naprawdę wkurwiona.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
24.11.2025, 00:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 00:22 przez Benjy Fenwick.)  
Nie miałem pojęcia, jakim cudem dalej trzymaliśmy się za ręce. Moja uszkodzona dłoń pulsowała jak cholerny bęben wojenny, a jej paznokcie wbijały się w skórę zdrowej tak mocno, że z pewnością zostawiały ślady, a jednak wciąż splataliśmy palce, jakbyśmy mogli zarżnąć się słowami, ale ręki już puścić nie - ironia, której nie byłem w stanie teraz strawić. Była w niej złość, była w niej gorycz, ale to, co przebijało się najbardziej, co cięło mnie jak cienki, cholernie ostry nóż, to ten jej ton - ten lodowaty, opanowany, brzmiący, jakby właśnie tłumaczyła pierwszorocznemu konsekwencje spóźnienia na lekcję. Nienawidziłem tego, nigdy tego w niej nie znosiłem, kontrolowanego chłodu, udawanego dystansu, dzięki któremu wyglądała na osobę, której nic nie ruszało, bo ja wiedziałem, że ją rusza. Wiedziałem, jak potrafiła płonąć, jak potrafiła mówić, kiedy naprawdę puszczają jej hamulce, a teraz dostawałem w twarz rozżażonym lodem. Słowa były rozpalone, pełne bólu i pretensji, ale jej ton był… Kurwa, jakby mówiła o tym, że zostawiłem naczynia w zlewie, nie o tym, co ją zraniło - to doprowadzało mnie do szału. To, co mówiła, bolało, ale to, jak mówiła - to doprowadzało mnie do cholery jasnej. Ten ton działał na mnie jak cholerna płachta na byka, to właśnie jej zimna samokontrola doprowadzała mnie do kurwicy, bo pod nią kryło się wszystko inne, co nawet teraz, praktycznie ani na moment, nie wydostało się ponad powierzchnię tej całej fasady. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż poczułem metaliczny posmak krwi.
- Plue. - Syknąłem, czując, jak złość podchodzi mi aż pod skronie. - Nie masz bladego pojęcia, jak się wylasiłem, bo go nie pszeczytałaś. - Już nie wiedziałem, o którym liście mówiliśmy, o której kartce, o jakim dowodzie lub jego braku na to, że coś spektakularnie spierdoliłem. Chciałem się uspokoić, naprawdę, tylko że ona nie dawała mi nawet sekundy oddechu, a przecież byliśmy na Nokturnie, pośrodku ulicy, po bójce.
Ludzie wychodzili z baru, gapili się, szeptali, znałem już trzech, których spojrzenia powinniśmy omijać szerokim łukiem, bo inaczej skończyłoby się to mniej pokojowo niż tamta szarpanina. A ona? Ona stała tu ze mną, jak na jebanej interwencji terapeutycznej. Na Merlina, dlaczego musiało to być tu? Dlaczego, kurwa, teraz? Dlaczego ta rozmowa musiała odbywać się pośrodku zimnego, śmierdzącego Nokturnu, kilka metrów od miejsca, które mogło nas oboje wciągnąć z powrotem w kłopoty? Powinniśmy się rozdzielić, ale ona nie puściła mojej dłoni, ja też nie puściłem jej, to była jakaś chora pętla, której nie byłem w stanie złamać ani przerwać.
- Nie dostałaś listu. - Powtórzyłem po niej, ale tym razem ton mi zgasł, przesunął się z gniewu w coś głębszego. - Okej. Losumiem. - Nie rozumiałem, kurwa, oczywiście, że nie. - Ale cholela, to nie znaczy, sze masz plawo…  urwałem, bo jej spojrzenie wbijało mi się prosto w klatkę piersiową - małymi, zimnymi, perfekcyjnie naostrzonymi szpileczkami - w te miejsca, których nie potrafiłem zakryć nawet gniewem.
- Aha. No, to świetnie, sze pszypadkiem pszyszłaś do jebanej Wiwelny, Plue. Selio, bo ja oczywiście planowałem siedzieś tu całą noc, szebyś mogła sobie zlobiś niespodziankę i znaleźć mnie między pijanym moczymoldą a złodziejem-kaleką. - Przymknąłem oczy, wciągając powietrze jak ktoś, kto musiał, ale nie umiał oddychać. - Melinie. - Dodałem, kręcąc głową. - Czy ty naplawdę uwaszasz, sze ja specjalnie się tu uklywałem? - Spojrzałem na nią tak, jakby właśnie próbowała wmówić mi, że ziemia jest płaska i westchnąłem głęboko, bo nie miałem już siły gryźć się w język. A kiedy zmieniła słowa, unikając tego jednego, jedynego, które naprawdę chciałem usłyszeć - coś we mnie eksplodowało. Cała jej zimna postawa nagle zaczęła mnie doprowadzać do granicy, tej cienkiej jak szkło, którą rozjebałem już dzisiaj raz własną ręką.
- Za kogo ty mnie masz? - Rzuciłem w powietrze, wciągając je nosem, ostro. - Ja mam, co? Zgadnąś s fusów, sze czegoś nie dostałaś? Sze coś do ciebie nie dotalło? Mam pisaś ci listy w kilku kopiach? - Uniósłem brwi w sposób, który absolutnie nie był elegancki. - To sze go nie dostałaś - Odetchnąłem tak ostro, że aż mnie zabolało w żebrach. - nie znaczy, żego nie było.
Ten jej ton, ten pieprzony ton - zimny, spokojny, wyważony, jakby omawiała grafik dyżurów, a nie to, że właśnie wyciągnęła mnie z bójki i rozwaliłem sobie dłoń, a jednocześnie próbowaliśmy rozmawiać o czymś, co absolutnie nie nadawało się na miejsce, gdzie wszystko i wszyscy mieli oczy. Jej palce nadal tkwiły w mojej dłoni, a ja nadal ich nie puszczałem, mimo że pół minuty temu prosiłem ją, żeby mnie puściła. Odetchnąłem ostro, czując, jak dłoń zaczyna mi drżeć - ta rozwalona. Ból wystrzelił do łokcia, ale nie dałem po sobie poznać. Bardziej bolało mnie co innego. Ten ton nie miał prawa istnieć, kiedy rzucała we mnie słowami, które wbijały się głębiej niż jakiekolwiek zaklęcie.
- Przestań. - Powiedziałem tak ostro, że nawet ja się zdziwiłem, jak brzmiał mój głos. Zbliżyłem się o krok, mimo że całe moje ciało rwało się do odejścia. Jej słowa uderzały we mnie jak kolejne fale, każda mocniejsza, każda celniejsza na tyle, bym czuł, jak moje nerwy zaczynają drżeć jak przeciągnięte struny. - Moszesz, do chuja, pszestaś mówiś w ten sposób? - Wychrypiałem. - Ton masz, jakbyś, kulwa, układała papiely w bibliotece. Jakbyś była ponad tym. Jakby to było… - Zamachnąłem się uszkodzoną ręką, szukając słowa i tłumiąc ból.  - Proceduralne. Brakuje ci informacji? - Powtórzyłem powoli, nisko. - Brakuje ci informacji. Ty to słyszysz?
Potem poszło jeszcze gorzej.
- Sun, do chuja - syknąłem, tym razem instynktownie wracając do tamtej porzuconej formy - ja cię błagam - to „błagam” samo się wyrwało, nienawidziłem siebie za to - czy naprawdę musimy to lobiś tutaj? - Pierwszy raz przerwałem jej tonem, który powinien ją zatrzymać - no, ale to była ona - głębokim, ciężkim, takim, którym mówiłem tylko, kiedy stawałem na krawędzi. Chciałem ją puścić - naprawdę, wiedziałem, że powinienem, ale moja dłoń ani drgnęła. Zrobiłem krok w stronę bramy, zmuszając ją, żeby ruszyła razem ze mną.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9483), Prudence Fenwick (7784)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa