• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 Dalej »
[29.09.1972] The Maze of Misunderstandings (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)

[29.09.1972] The Maze of Misunderstandings (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#1
26.11.2025, 22:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.11.2025, 22:40 przez Astoria Avery.)  
Po kilku dniach, zbyt długich, jak na kogoś, kto rzekomo niczego się nie bał i niczego nie czuł, Astoria pojawiła się w Ministerstwie Magii, niosąc ciężar decyzji, która dojrzewała w niej niechętnie, jak drapieżny kwiat otwierający się dopiero pod przymusem. Na ramieniu miała torbę z jego płaszczem, starannie złożonym i wsuniętym między inne rzeczy, tak jakby porządek mógł choć odrobinę okiełznać chaos, który zostawił w niej po sobie. Jej palce od czasu do czasu zaciskały się na rączce torby mocniej, jakby chciała się upewnić, że naprawdę przyszła tu po coś tak banalnego jak oddanie ubrania.
Po krótkiej przejażdżce budką telefoniczną, znalazła się w centrum zamieszania. Hol Ministerstwa o poranku pulsował życiem - stukot obcasów odbijał się echem od ścian, a strzępy rozmów mieszały się z brzękiem pergaminów i trzaskiem teleportacji. Zatrzymała się, próbując złapać kogoś wzrokiem. Na chwilę poczuła się absurdalnie obca, jakby dokleiła się nie do tego świata, w którym każdy zdawał się wiedzieć, dokąd idzie. Ona kierowała się ku windom Ministerstwa. Wiedziała, że Departament Tajemnic mieścił się na dziewiątym poziomie, jednym z najgłębszych, najtrudniej dostępnych. Czy mogła tam w ogóle iść? Na razie nikt jej nie zatrzymywał. Winda ruszyła natychmiast, gwałtownie i zdecydowanie zbyt szybko. Szarpnięcia były nieregularne, jakby ktoś na górze trzymał za sznur i nie mógł się zdecydować, czy zatrzymać ją na którymś z pięter, czy może zrzucić w dół, zobaczyć, co się stanie.
W końcu winda zrobiła taki obrót - ni to boczny, ni w górę - że musiała zacisnąć palce na drewnianym relingu, bo świat zawirował jej przed oczami. To był moment, w którym odmówiła udziału w dalszej farsie.
Wyszła z impetem, niemal wypadając z kabiny. Dopiero gdy poczuła stabilny, chłodny kamień pod butami, odważyła się odetchnąć. Winda zamknęła się natychmiast, jakby nie życzyła sobie sprzeciwów, i pognała dalej w głąb budynku. A Astoria została w obcym korytarzu, w którym powietrze było cieplejsze, duszniejsze, przesycone zapachem parzonej kawy i pergaminu. Ściany były obwieszone tablicami ogłoszeń, urzędniczymi karteczkami i schematami, których nie zamierzała czytać. Czuła lekkie mdłości, pulsowanie w skroni, a w dłoni torbę, której pasek wbijał jej się w dłoń, choć dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że trzyma go tak mocno, jakby miała wyrwać sobie nią drogę ucieczki. Zaczerpnęła łapczywie powietrze.
Po cholerę tu w ogóle przyszła? Po co niesie mu płaszcz, skoro równie dobrze mogła go odesłać skrzatem, sową, lub, jak radził rozsądek, po prostu wyrzucić? Czasem sama siebie nie rozumiała. Od kiedy ignorowała zdrowy rozsądek?
Przeszła kilka kroków, próbując ustabilizować oddech. Dopiero wtedy usłyszała, że ktoś idzie. Odwróciła się powoli, starając się przybrać neutralny wyraz twarzy, choć wciąż czuła, że jej żołądek wykonuje opóźnione salta. Przed nią stał czarodziej w jasno-niebieskiej, sztywno zaprasowanej szacie, trzymający pod pachą rulon pergaminu.
- P-przepraszam. Szukam Rodolphusa Lestrange'a - odezwała się pewnym głosem, prostując się dumnie, bo nie zamierzała po sobie poznać, że kompletnie zgubiła się w labiryncie nieznanych korytarzy.
Zdrowy rozsądek mówił, że powinna odejść. Godność, że nie powinna go szukać. Ale ciekawość, gniew, i coś, czego nawet nie potrafiła nazwać, pchały ją dalej.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#2
28.11.2025, 11:38  ✶  
Mężczyzna, który miał w planach wyminąć Astorię i dotrzeć do windy, która właśnie popędziła w dół, zwolnił kroku. Kilka sekund i już stał przy Astorii, wyhamowując pęd swoich kroków. Otaksował kobietę spojrzeniem - pustym, bez cienia zainteresowania czy jakiejkolwiek emocji, która mówiłaby, że kobieta nie powinna była się tu znaleźć. Departament Tajemnic był strzeżony, niepowołane osoby nie mogły wejść do okrągłej sali, lecz to piętro nie należało tylko do Niewymownych. Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę.
- Niewymowny Lestrange, tak? - zapytał bardziej siebie samego, niż kobiety, która stała przed nim. Odruchowo uniósł dłoń do krótko przystrzyżonej brody, i potarł o nią w zamyśleniu. - Pewnie jest u siebie. Proszę poczekać, zawołam kogoś.
Westchnął cicho, rzucając jeszcze jedno tęskne spojrzenie w stronę windy, a potem przeszedł kilka kroków. Odbijały się echem wśród marmurowych korytarzy, które sprawiały wrażenie śliskich, zimnych. Niczym lochy w Hogwarcie, które prowadziły do pokoju wspólnego ślizgonów. Tutejsze ściany również pulsowały tajemnicą i nieprzystępnością - czymś, co mogło odrzucać osoby przyzwyczajone do miękkich, puchowych dywanów i ciepłego światła świec.

Astoria została sama ze swoimi myślami. Czy na pewno dobrze zrobiła, przychodząc tu? Przecież mogła mu go odesłać. Mogła go też wyrzucić, co sama rozważała. Po co więc zjechała do ciemnych, nieprzyjemnych korytarzy, które na dodatek w niczym nie przypominały holu w Atrium Ministerstwa. Tutaj królowało zimne światło, a na widocznych ścianach nie znajdował się żaden obraz. Nie było tu okien, nie było tu nic poza mrokiem i tajemnicą. Czy to było dziwne, że Lestrange wybrał właśnie takie miejsce na swoją pracę? A może sam Departament Tajemnic wyglądał zupełnie inaczej? Niżej w końcu znajdowały się sale wizengamotu, może ten wystrój miał nastraszyć osoby, doprowadzane na przesłuchania?

Jej rozmyślania jednak zostały przerwane przez dwie pary butów, których kroki odbiły się gwałtownym echem. Zza rogu wyszedł najpierw czarodziej, którego Astoria poprosiła o pomoc. Tuż za nim wychynęła dobrze jej znana, wysoka sylwetka Rodolphusa. Wyglądał dokładnie tak, jak mogła się po nim spodziewać - starannie ułożone, zaczesane w tył czarne włosy, blada cera. Biała koszula, czarne spodnie i marynarka. Wyglądał dokładnie tak jak wtedy na przyjęciu i jak w każde inne dni, gdy go widziała. Wyglądało na to, że młody Lestrange miał szafę, skomponowaną z identycznych ubrań. Czy widziała go kiedykolwiek w innym kolorze? A może w innej koszulce? A może w zwykłym t-shircie? Czy ten człowiek nawet spał w koszuli? To były pytania, które nasuwały się niemal każdemu, kto miał styczność z Rodolphusem.
- Astoria - powiedział cicho, gdy czarodziej wyminął kobietę i zniknął w windzie. Papierowe samolociki zaszeleściły wokół ich głów, by obrać właściwy tor lotu i popędzić dalej. Zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż sowy, które brudziły korytarze. - Co tu robisz?
Gdy przyszedł do pracy, nie spodziewał się jej tutaj. W zasadzie to spodziewał się, że nigdy nie otrzyma od niej wiadomości. Że spotkają się na jakimś przyjęciu i będą się mijać, udając że to, co zadziało się kilka dni temu, w ogóle nie miało miejsca.

Rodolphus bardzo starał się wyrzucić tamten dzień z pamięci, tłumacząc sobie, że Avery za dużo wypiła. W końcu alkohol sprawiał, że ludzie robili głupie rzeczy. Pomimo usilnych prób odepchnięcia od siebie wszystkiego, co wtedy w nim wezbrało, nadal jednak czuł jej wargi na swoich. Pamiętał zaciśniętą na koszuli dłoń, pamiętał miękkość jej włosów i krzywiznę kręgosłupa. Zbyt mało czasu minęło, żeby mógł upchnąć te wspomnienia w skrzyneczce w swojej pamięci, a potem zepchnąć ją na samo dno.
- Coś się stało? - w jego głosie odbiła się troska. Stał teraz przed nią, z jedną ręką w kieszeni, a w stalowoszarych oczach pojawił się cień niepokoju. Nie kryjąc się z tym nawet, otaksował kobietę wzrokiem, jakby chciał upewnić się, że nic jej nie grozi. Że nie jest ranna lub rozedrgana, jakby wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca. Przez myśl nawet mu nie przeszło, że była tu z powodu elementu jego garderoby, który już dawno spisał na straty. To było w Astorii najgorsze i najlepsze - ostatnio zachowywała się tak, że nie był w stanie przewidzieć jej następnego ruchu. Drażniło to jego przyzwyczajony do sztywnej rutyny umysł.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#3
01.12.2025, 03:13  ✶  
Róg korytarza najpierw przeciął sylwetką czarodziej, który obiecał sprowadzić niewymownego. Tuż za nim pojawił się Rodolphus, w całej swojej przerażająco doskonałej, uporządkowanej formie. Zacisnęła mocniej palce na pasku torby, która ciążyła jej na ramieniu. Nie płaszcz - ten był lekki, elegancko złożony. Ciążyło to drugie. To, czego jeszcze nie była gotowa wyjąć, nawet przed samą sobą. Przez chwilę skupiła się na tym ciężarze, jakby samo uczucie nacisku miało ją sprowadzić z powrotem na ziemię. Spotkali się spojrzeniami. Powietrze między nimi było chłodne, niemal sterylne - a jednak coś w niej drgnęło, jak struna, którą ktoś musnął cicho. Stał naprzeciwko niej, a przestrzeń, która jeszcze przed chwilą zdawała się zimna i bezlitosna, teraz była po prostu duszna. Powietrze ugrzęzło jej w gardle, jakby musiała je najpierw odfiltrwać z całego ciężaru sytuacji, zanim zdoła cokolwiek powiedzieć. Jego troska w głosie uderzyła ją mocniej, niż chciała przyznać. Zacisnęła lekko wargi, przestawiła ciężar ciała na drugą nogę, jakby to mogło sprawić, że poczuje się pewniej.
- Nie. Zajmę ci tylko chwilę, nie chcę przeszkadzać - powiedziała, starając się, by zabrzmiało to neutralnie, spokojnie, jakby cała ta wyprawa na dolne poziomy Ministerstwa była czymś zupełnie zwyczajnym. - Przyniosłam twoją marynarkę. I nową koszulę. Identyczną jak tamta.
Wyciągnęła przed siebie rękę z torbą. W torbie znajdowała się jego marynarka, starannie wyprana, złożona tak, by nie widać było ani jednego zagięcia. Do tego koszula - identyczna jak ta, którą pamiętała z tamtego wieczoru. Idealnie biała, o tym samym kroju, z tym samym sztywnym kołnierzem i identycznym przeszyciem przy mankietach. Szukała jej długo, z irytującą świadomością, że zna jego garderobę lepiej, niż powinna. Że nigdy nie widziała go w niczym innym. Ich dłonie zetknęły się na ułamek sekundy, a przez jej skórę przebiegło coś drobnego, prawie niezauważalnego, jak ciepły impuls, jak echo tamtego pocałunku, którego nie chciała pamiętać, a który pamiętała aż za dobrze. Dłoń drgnęła, odruchowo, zupełnie nie w jej stylu. Odsunęła ją natychmiast, jakby torba nagle parzyła. Serce zadrżało zbyt wysoko, zbyt blisko gardła.
- Przepraszam. Tamtego wieczoru... zwykle nie zachowuję się w ten sposób. Nie mówię zazwyczaj takich rzeczy. Nie powinnam była - dodała, czując, jak w brzuchu zaciska się coś nieprzyjemnego.
Zwykle nie traciła nad sobą panowania. Zwykle to ona była tą osobą, która w towarzystwie mówiła do rzeczy, z wyczuciem, z elegancją, z ironią tak lekką, że można ją było brać za naturalny oddech. Tymczasem tamtej nocy - przekroczyła granicę, którą sama dla siebie ustaliła. Powiedziała za dużo. Czuła za dużo. I nienawidziła tego.
W środku aż ją skręciło. Nie znosiła przepraszać. Nigdy. Nigdy nie lubiła zginania karku. Wypchnęła z siebie te słowa, jakby chciała zamknąć tamten nocny chaos w jednej, krótkiej frazie - dlatego, że nie mogła przecież zostawić tego w próżni. Nie mogła zostawić jego spojrzenia, tamtego pocałunku, tych emocji, które rozszarpały jej ostrożnie zbudowaną równowagę. Chciała odzyskać kontrolę. Zdusić wszystko, co wyślizgnęło jej się z rąk. Dlatego przeprosiła. Choć na języku czuła gorycz i ulgę jednocześnie.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#4
01.12.2025, 16:09  ✶  
Astoria wyglądała dzisiaj mniej pewnie, niż zwykle. Nawet te kilka dni temu, gdy zachowywała się chaotycznie, to w całym tym chaosie odbijała się pewność siebie. A teraz? Zauważył to przestąpienie z nogi na nogę, zaciśnięcie dłoni na pasku torby. Był jednak pojętnym uczniem i zorientował się, że z Astorii nie tak łatwo było wyciągnąć jakiekolwiek informacje, jeżeli nie chciała ich udostępnić. Kiwnął więc głową. Nic się nie stało - w zasadzie nie wyglądała też na ranną czy mocno roztrzęsioną. Było chyba... W porządku? Więc dlaczego włoski na jego karku jeżyły się, informując, że nic tu nie było w porządku?

Nie maskował zaskoczenia, które wypłynęło na jego twarz, gdy wyciągnęła rękę z torbą, w której znajdowała się marynarka i nowa koszula. W głowie rozważał naprawdę wiele scenariuszy, lecz żaden nie obejmował tego, do czego właśnie przyznała się Astoria. Wyciągnął rękę, by odebrać torbę, a gdy ich palce po raz kolejny się spotkały, zareagowała tak, jakby jego dotyk parzył. Czy aż tak bardzo go nienawidziła, że brzydziła się po tym wszystkim nawet go dotknąć? Jego ego krzyczało, że to niemożliwe - był wysoki, przystojny, bogaty. Wiele kobiet by oddało wszystko, byleby tylko pójść z nim na randkę, czego dowodem była jego pieprznięta ex oraz pracowniczka Biura Aurorów, Marie Abbott. A jednak Astoria zdawała się nie chcieć mieć z nim nic wspólnego, więc być może chodziło tu o coś więcej. Jeżeli chodziło o samokrytykę duszy, Lestrange nie był dla siebie łaskawy. Był też nad wyraz świadomy swoich wad. Jego charakter był ciężki, on sam miał przysłowiowego kija w dupie, jeżeli chodzi o zachowanie - wielokrotnie mu to mówiono i zgadzał się z tą opinią. Być może właśnie to, w połączeniu z niesnaskami z przeszłości, sprawiało że Astoria nie chciała go dotykać?
- Dziękuję - powiedział jednak, a jego usta drgnęły w lekkim uśmiechu. Skoro jednak nie chciała go widzieć, dlaczego nie wysłała paczki sową? - Nie masz za co przepraszać.
Nie przybrał tonu nonszalanckiego, nie wzruszył ramionami, jakby to co się stało go nie obchodziło. Kusiło go by rozpracować Astorię na czynniki pierwsze, by wejść do jej umysłu, sprawdzić co tak naprawdę uważała i jakie były jej motywacje. Ale mimo tej ogromnej pokusy miał jeszcze na tyle samoświadomości, że potrafił kontrolować swoje żądze lepiej niż większość osób. Musiał - inaczej już dawno wylądowałby w Azkabanie.
- Doceniam, że przyszłaś osobiście, by mi to powiedzieć. Miałaś rację - niczego się nie boisz - gładko nawiązał do tego, o czym rozmawiali, zanim ich usta złączyły się w pocałunku. - Wiele osób po prostu wysłałoby sowę, bo boją się stawać naprzeciw konsekwencjom swoich czynów. Ty jednak stawiasz im czoła, a to czyni cię osobą odważniejszą od większości ludzi na tym świecie.
Prościej było uciekać, zapomnieć, udawać że nic się nie stało. A jednak przyszła tu do niego i rozmawiała, jak równy z równym. Być może więc się pomylił, uważając że nie chce mieć z nim nic do czynienia? Czy to może jej wyuczona elegancja i etykieta nakazywały jej tu przyjść?
- Jeżeli ktoś powinien przepraszać, to ja - zrobił krok w jej stronę, lecz był to kroczek maleńki, nieznacznie tylko zmniejszający między nimi dystans. Ręka drgnęła, jakby chciał założyć jej kosmyki włosów za ucho, w geście który mówiłby, że nic się nie stało. Nie podniósł jej jednak. - Zawsze uważałem, że granice są po to, by je przekraczać. Ale wiem, że niektórych zasad nie wolno łamać. Nie powinienem był robić tego, co zrobiłem.
Była panną z dobrego domu, czarownicą czystej krwi. Nie była kimś, z kim można było się obściskiwać po kątach. I chociaż miał na to ochotę, to przecież tak nie można było robić. W przeciwieństwie do Astorii, Rodolphus nie miał problemu ze słowem "przepraszam". Przekroczył linię, którą wymalowało społeczeństwo, i chociaż to ona go przeciągnęła na drugą stronę, to powinien był się zaprzeć i nie robić tego kroku.
- Jeżeli chcesz, możemy o tym nie rozmawiać. Nikt nas nie widział, a ostatnie czego chcę, to plotki na twój temat - jeszcze tego by brakowało, żeby ktokolwiek wciągnął Astorię w jego pogmatwane życie miłosne. Dopiero co rozstał się z Bellatrix, nie rozwiązał jeszcze problemu Agathy, która nadal podsyłała mu martwe szczury do domu. Jakby jakiś pismak z Czarownicy zwęszył świeżą krew i podążył tropem Avery, to oboje mieliby kłopoty. Bo nie tak powinno się to wszystko odbywać. I chociaż chciał o tym porozmawiać, to szanował to, że Astoria się wycofywała. Tak będzie dla niej bezpiecznie. Zrobił krok w tył, opuszczając dłoń, ściskającą torbę. - Ale jeżeli jednak chcesz... To kolacja jest nadal aktualna.
A po cholerę to powiedział? Słowa wyrwały mu się z ust szybciej, niż mózg zdołał je zablokować. Cholerna Astoria Avery. W jej obecności miał wrażenie, że wszystko to, czego uczył się przez ostatnie lata, stawało się nic nieznaczącymi wskazówkami, zamiast twardymi zasadami.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#5
01.12.2025, 22:45  ✶  
Przez krótką, zawieszoną w ciszy chwilę wpatrywała się w to, jak jego brwi unoszą się ledwie zauważalnie, ale dla niej wystarczająco wyraźnie, by dostrzec prawdziwe, nieudawane zaskoczenie. Nie zasłonił go żadną maską, żadnym wyćwiczonym wyrazem twarzy, po prostu był zaskoczony. I to wystarczyło, by gdzieś głęboko pod mostkiem, w miejscu, w którym zwykle trzymała starannie poukładane emocje, pojawiło się ledwie wyczuwalne, niepokojąco przyjemne ukłucie satysfakcji.
Gdy powiedział, że nie ma za co przepraszać, jej spojrzenie powoli podniosło się na niego. Nie lubiła przepraszać, ale to nie znaczyło, że nie potrafiła przyznać się do błędów. A tamtej nocy popełniła ich kilka i wcale nie była z tego dumna.
- Mam - odpowiedziała cicho, lecz twardo. Nie lubiła tej kruchości, którą przynosiły ze sobą słowa, jakby musiała odsłonić coś, czego zwykle pilnowała jak twierdzy. I faktycznie dużo łatwiej byłoby to załatwić za pomocą kruka - odesłać marynarkę i nową koszulę, napisać krótką notkę z przeprosinami i zostawić ten temat za sobą. Ale czułaby wtedy, że tak naprawdę nie zamknęła tego rozdziału, że drzwi wciąż są uchylone. A nie chciała śnić o pocałunku, nie chciała rozpamiętywać kłótni i gorzkich słów.
- Cóż, zawsze mam rację - dodała z przekąsem, a jej usta wygięły się w zadziornym uśmiechu. Milczała, choć powinna mu powiedzieć, że boi się bardzo wielu rzeczy, że czasami zwyczajnie się myli, a jej "odwaga" jest podszyta egoistycznymi pobudkami. Jednak nie ze wszystkiego zdawała sobie sprawę. Łatwiej było wyprzeć niewygodne fakty, zamykać się na bolesne doświadczenia, udając twardą i zdyscyplinowaną.
- Może po prostu nie jesteś taki straszny jak myślisz? - rzuciła zaczepnie, nie mogąc się powstrzymać. Mimo wszystko cieszyła się, że docenia jej przyjście do Ministerstwa, ale z drugiej strony nie chciała drążyć w sentymentalnych kwestiach, w końcu nie po to tutaj przyszła. Powinna darować sobie te zaczepki, które mógłby uznać z flirt, choć nie robiła tego specjalnie, to się samo działo. Ostatnio coraz częściej łapała się na tym, że mówiła przy nim rzeczy, których normalnie nie powiedziałaby nawet po trzech kieliszkach mocnego wina. A teraz, stojąc tak blisko, zastanawiała się, czy nie nosi przy sobie jakiegoś przeklętego amuletu - czegoś subtelnego, nakładającego na nią delikatne zaklęcie dezorientacji, sprawiającego, że traci klarowność myśli i robi głupoty. Bo przecież to nie było normalne. To, jak przy nim reagowała. Jakby ktoś przestawiał w niej tryby, smarował je gorączką i niezręcznością.
Jego kolejne słowa wystarczyły, by odpalić zapłon. W jednej chwili poczuła, jak wzbiera w niej gniew, niemal urażona tym, że chciał ją chronić przed jej własnymi czynami. Jakby była krucha, jakby nie była zdolna ponieść ciężaru tego, co zrobiła.
- Możesz przestać? - wypaliła ze zmarszczonymi brwiami, zupełnie nie rozumiejąc po co brał na siebie jakąkolwiek winę. Dlaczego próbował złagodzić jej zachowanie? Po co próbował ją odciążyć? Czy naprawdę myślał, że to jej pomoże? Że poczuje się przez to lżej? Nie oczekiwała tego, nie chciała tego. - To JA oblałam cię winem. To JA na ciebie naskoczyłam i to JA cię pocałowałam! Nie jestem tu żadną ofiarą, więc nie masz za co mnie przepraszać! Nie tym razem.
Zacisnęła usta, gdy zdała sobie sprawę, że korytarz to nie najlepsze miejsce na takie wymiany zdań. Uniosła brodę, jakby właśnie zamierzała wyprostować fakty i poprawić ton rozmowy. Ale miał rację, nikt ich wtedy nie widział i lepiej, by tak pozostało. Z szeptów, półprawd i przeinaczeń potrafiło zbudować nową wersję rzeczywistości szybciej niż prorocza kula. A w jej świecie, wśród galerii, komisji i klientów o delikatnych ego, reputacja była walutą. Skinęła głową powoli, z zastanowieniem, jakby mechanizm odpowiedzi musiał najpierw przejść przez kilka warstw ostrożności.
- Też wolę uniknąć plotek. Tym bardziej, że to nic nie znaczyło - potwierdziła, a w myślach zaczęła stawiać mur. To nic nie znaczyło. To była pomyłka, reakcja chwili, słabość, która nie powinna była mieć miejsca. Zdarza się. Nawet najbardziej opanowanym. Próbowała się do tego przekonać z tą determinacją, z jaką czasem udowadniała klientom, że obraz, który odrzucają, jest wart ocalenia. Teraz jednak to ona odrzucała coś, co należało do niej samej. Jej twarz przybrała neutralny wyraz, choć w środku trwała walka. Chciała zapomnieć, wymazać, uporządkować. A jednocześnie coś w niej się buntowało, jakby nie zgadzało się z prostym zamknięciem tego tematu w szufladzie.
- Kolacja? - powtórzyła zaskoczona, bo sądziła, że to już nieaktualne. Wciągnęła powietrze powoli, dyskretnie, żeby odzyskać panowanie. A jednak zawahanie nie znikało. - Nie powinniśmy... - zaczęła, bo co z plotkami? Co z masą nieporozumień i ciągłymi kłótniami? Ale przecież wciąż nie odwdzięczyła mu się za ratunek. Powinna iść i wybadać, co mogłaby mu dać w ramach wdzięczności. - Kiedy i gdzie?
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#6
02.12.2025, 14:22  ✶  
Jednak czy przyjście tutaj faktycznie zamknie te drzwi, które wciąż były uchylone i wpuszczały cień niepewności? Czym innym było rozpamiętywanie gorzkich słów i kłótni, a czym innym było czucie swojego zapachu za każdym razem, gdy chociaż jedna nuta ciężkich perfum dotarła do nozdrzy. Na butne słowa, że zawsze ma rację, uśmiechnął się, lecz nie skomentował, chociaż bardzo cisnęła mu się pewna odpowiedź na usta. Nie przewrócił też oczami, bo to byłoby jak dźganie kijem rozjuszonego niedźwiedzia. I to takiego, który nie znajdował się w klatce i nie był przykuty łańcuchem do ściany.
- Nie uważam, żebym był straszny - tym razem jednak zdecydował się na lekkie wzruszenie ramionami. Był trudny w obyciu, to prawda. Z pozoru obojętny, nieprzystępny, ale czy straszny? Bardzo dbał o to, by kreować się na osobę, która była zdystansowana i chłodna, ale nie przerażająca. Nigdy nie dopuścił się wybuchu gniewu wśród ludzi (a przynajmniej nie pod własną twarzą), nigdy nie dawał też innym do zrozumienia, że byłby gotów skręcić komuś kark, bo nie podobały mu się czyjeś słowa. Łatka strasznego przylgnęła do niego samoistnie, mimowolnie. Nazwisko Lestrange w połączeniu z dystansem, chłodnym spojrzeniem i pozornym brakiem głębszych emocji - to wszystko sprawiało, że ludzie dopowiadali sobie do niego całą historię, a on po prostu nie wyprowadzał ich z błędu. Tak było łatwiej i to wszystko było mu bardzo na rękę.

Nie traktował tych zaczepek Astorii jako flirtu. Zdążył już się zorientować, że kobieta była nieprzewidywalna. Rozmowa z nią była jak taniec z jadowitym wężem. Nie wystarczało wyłącznie uważać na to, gdzie stawiało się kroki. Trzeba było też uważać na to, w jaki sposób się tańczyło, bo jeden zbyt gwałtowny lub zbyt powolny ruch mógł sprawić, że kobra rozłoży swój kołnierz i bez ostrzeżenia wbije się w łydkę. I chociaż naprawdę uważał, tak właśnie źle postawił stopę i Astoria zaatakowała. Uniósł brwi.
- Oddałem pocałunek, czyż nie? - odpowiedział swobodnie, nic nie robiąc sobie z tego ukąszenia. Ponoć nie każdy wąż używał jadu przy swoim ugryzieniu. Niektóre ukąszenia były suche, ostrzegawcze. Znowu powiedziała, że to nic nie znaczyło. Ile razy jeszcze to usłyszy? I ile prawdy było w tym stwierdzeniu? Odtrącała go za każdym razem, a jednak po kolejnym mentalnym odepchnięciu robiła coś, co przeczyło wszystkiemu, co do tej pory robiła. Gdyby to nic nie znaczyło, to podziękowałaby grzecznie za propozycję, która mu się wymsknęła, a potem odwróciła się i odeszła. A właśnie dopytywała o termin. - Jesteś pierwszą kobietą, która opierdala mnie za to, że biorę na siebie zasłużoną winę. Bo nie powinienem oddawać tego pocałunku.
Mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Mogła mówić co chciała, ale on wiedział, że nie wypadało tak po prostu całować kobiety, która była pod wpływem - nawet niewielkim - alkoholu. I to, że przyszła tu i uparcie twierdziła, że wszystko było jej winą, było naprawdę rozkoszne. Czyżby odzywała się w niej mania kontroli? Czy te wszystkie wybuchy złości i chaotyczne słowa oraz ruchy brały się właśnie z tego - z utraty kontroli?
- Oczywiście, że nie powinniśmy, ale powiedz mi, tylko szczerze - zniżył nieco głos, by echo przestało nieść kolejne dźwięki. - Nie kusi cię czasem, żeby zrobić coś wbrew temu, czego oczekują inni?
Przekrzywił lekko głowę. Nie proponował jej przecież niczego wielkiego - ani wielkiego skoku stulecia, ani morderstwa. Jedynie małe nagięcie zasad, bo nie powinni przecież chodzić pod ramię tak po prostu po Londynie i cieszyć się swoją obecnością, gdy inni opłakiwali zmarłych i utracone marzenia.
- Co powiesz na jutrzejszy wieczór? Chimera na Horyzontalnej nie spłonęła, mają też oddzielone od reszty sali stoliki, więc będzie spokojnie i nikt nie powinien nam przeszkadzać - zdecydowanie nie lubił, gdy ktoś podsłuchiwał, o czym rozmawia lub wlepia w niego oczy, bo myli go z kuzynem.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#7
03.12.2025, 03:20  ✶  
Przez krótką chwilę patrzyła na niego bez słowa, jakby szukała w rysach jego twarzy potwierdzenia, że naprawdę nie rozumie, skąd takie opinie. Albo może rozumie aż nazbyt dobrze, tylko nigdy nie uznawał tego za warte uwagi. Nie bała się go. To uczucie nigdy nie pojawiło się nawet na moment, nawet wtedy, gdy w Hogwarcie jego chłodne spojrzenie potrafiło jednym ułamkiem sekundy uciszyć całą grupę uczniów. Nie lęk towarzyszył jego obecności, lecz aura czegoś… zamkniętego, odgrodzonego od reszty świata grubą, niewidzialną szybą. Zbyt wielu ludzi odczytywało to jako grozę, zagrożenie, coś, co należało omijać z daleka. Astoria natomiast widziała w nim zupełnie inne odcienie. To właśnie ją przerażało - nie on. Wyprostowała plecy, wracając do swojej własnej chłodnej równowagi - tej, którą tak pieczołowicie budowała wokół siebie. Znowu przybrała swoją maskę, wygładzając jej krawędzie w myślach, aż stała się nieskazitelna. Bo tak było bezpieczniej. Bo tak było rozsądniej.
- Nie uważasz. Ale też nie robisz nic, żeby zaprzeczyć swojej reputacji. Bo taka ci odpowiada, prawda? - patrzyła na niego, jakby próbowała go rozgryźć, jakby miała ku temu jakieś podstawy. Nawet jeśli ukrywał się za swoją reputacją, za swoimi maskami, to jej mechanizmy obronne były bardzo zbliżone, więc była ostatnią osobą, żeby zwracać mu uwagę. Na tym etapie chyba po prostu trzeba przyznać, że lubiła tę grę prowokowania go; siebie nawzajem.
Astoria poczuła, jak coś w niej napina się gwałtownie, jak nitka w materiale, która wystarczy jedno nieuważne pociągnięcie, by pękła.
- Oddałeś - przyznała, choć nie dodała "z grzeczności" cisnącego się na język. Bo czy faktycznie była to grzeczność? Może jego także poniosły emocje, to się przecież zdarza. To nic nie znaczyło. Nawet nie wiedziała, czy bardziej próbuje przekonać jego, czy siebie. Miała wrażenie, że jej własne ciało ją zdradza - tak, jakby każdy mięsień pamiętał to, co stało się tamtej chwili, nawet jeśli ona uparcie próbowała wmówić sobie, że to było wyłącznie wyładowanie emocji. Nic więcej. Nic, co należałoby przechowywać w pamięci. A mimo to każde słowo przypominało jej, że to, co wydarzyło się wtedy, było zbyt intensywne, zbyt gwałtowne, żeby tak sobie po prostu "nic nie znaczyć". Była mistrzynią w racjonalizowaniu. W uciszaniu tego, co zbyt żywe. Bo jeśli powie to jeszcze raz, jeszcze odrobinę pewniej, może wreszcie uwierzy. Może przestanie czuć, jak serce uderza jej w gardło za każdym razem, gdy o tym pomyśli. Patrzyła na niego, udając, że jest w pełni opanowana, choć w środku miała wrażenie, że stoi na krawędzi.
- Gdybym cię nie pocałowała, nie miałbyś czego oddawać! - wyrzuciła z siebie natychmiast, ostro, szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Głos brzmiał jak trzask pękającej powierzchni, cienkiej, naprężonej, którą on jednym słowem znów nadwyrężył. - Więc odpowiedzialność jest moja. Moja. Przestań przypisywać sobie nie swoje winy! - Wypowiedziała to tak mocno, jakby chciała go tymi słowami odepchnąć na kilka kroków... albo siebie od niego. Zacisnęła palce w pięści, jakby musiała mieć zajęcie dla rąk, zanim znów zrobią coś głupiego.
- Nie jestem z kruchej porcelany, nie potłukę się po dotknięciu. Więc nie rób ze mnie takiej. To, że mnie uratowałeś nie znaczy, że... Nie próbuj mnie chronić - mówiła przez zaciśnięte zęby, choć właściwie nie znała jego motywów. Dlaczego próbował wziąć winę na siebie, dlaczego martwił się o jej reputację, dlaczego w ogóle ją ratował? Zbyt wiele pytań, na które chyba nie chciała znać odpowiedzi. Nagły wybuch spowodował ograniczenie tlenu w płucach, a że wciąż borykała się z konsekwencjami pożaru, to zaczęła gwałtownie kaszleć. Cofnęła się o krok.
- Mylisz się. Robię tylko to, czego sama od siebie oczekuję - odparła. Była zwyczajnie przyzwyczajona do trzymania się zasad wypracowanych przez lata. W rzeczywistości była zlepkiem oczekiwań rodziców i doskonale o tym wiedziała. Po prostu nie lubiła tego przyznawać na głos. Westchnęła ciężko.
Próbowała sobie wmówić, że zgoda na spotkanie była czysto racjonalna. Robię to, bo chcę dowiedzieć się, jak się odwdzięczyć. Bo wypada. Bo tak należy. Jednak w jej głowie pojawiał się nieustanny szept innej prawdy, której do siebie nie dopuszczała. Z jednej strony pragnęła utrzymać dystans i chłód, z drugiej nie mogła zaprzeczyć, że obecność Rodolphusa działała na nią w sposób, którego nie potrafiła opanować - lekki dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, napięcie w palcach, przyspieszone bicie serca.
- Chimera? Dobrze - kiwnęła głową, próbując nie skupiać się na tym, że to spotkanie dla postronnych może niebezpiecznie przypominać randkę. - Dziewiętnasta?
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#8
03.12.2025, 12:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 12:15 przez Rodolphus Lestrange.)  
- Owszem - nie widział sensu, żeby kłamać, chociaż kłamstwo według niektórych miał we krwi. Uważał jednak, że najlepsze kłamstwo powinno zawierać tyle prawdy, ile się dało. Głównie dlatego, że wtedy ciężko było się pomylić w zeznaniach. W idealnym rozrachunku najlepiej było mówić dużo prawdy, która przykrywała drobne acz istotne kłamstwo. Zapytany wtedy o szczegóły, nie wahałby się z odpowiedzią. Ale tu... Tutaj nie widział żadnego sensu w tym, by udawać, że jest inaczej. - Mam wtedy spokój.
Wzruszył ramionami po raz kolejny. Ludzie się go bali, uważali że jest antypatyczny, dziwny, lub tak jak Astoria - chamski, bo nie okazywał emocji w taki sposób, w jaki okazywała je większość społeczeństwa. Nikt go więc nie zaczepiał, a dzięki odpowiedniemu wychowaniu: więcej uchodziło mu na sucho. Nie pojawiał się na przyjęciu? A może odpowiadał zdawkowo lub po prostu milczał? Ludzie wtedy odpuszczali, zamiast ciągnąć go za język. A Rodolphus lubił ciszę.

Teraz jednak cisza była niemożliwa do osiągnięcia. Kolejne słowa wypływały z ust Astorii, a im więcej kobieta mówiła, tym wyżej jego brwi wędrowały do góry. Moje, moje, moje - wszystko musiało być jej. Mania kontroli, zaborczość: powoli ją klasyfikował i dobierał odpowiednie określenia, lecz było zdecydowanie za wcześnie, żeby z całą mocą potwierdzić jego przypuszczenia. Widząc zaciśnięte w pięści dłonie, on sam uniósł swoje w geście poddańczym.
- Twoja. Nie moja - ale nie potrafił ukryć rozbawienia w swoim głosie. Wycofywał się, a jednocześnie wcale nie miał na to ochoty. Uwielbiał patrzeć, jak ludzie pokazywali swoje niepasujące do wyuczonych schematów prawdziwe oblicze. I w zasadzie to nie musiał się nawet starać, by osiągnąć cel. Mógł być po prostu sobą, a Astoria po kolei obnażała się przed nim, nieświadoma tego, jak wiele mu zdradza swoim zachowaniem. - Próbuję być uprzejmy.
Zauważył, opuszczając powoli ręce. Był chamem - źle. Był uprzejmy - również źle. Znowu pokazywała mu, że kompletnie nie wie, czego chce od tej relacji. A może w ogóle nie chciała relacji? Ale jeżeli tak, to dlaczego godziła się na spotkanie? Milczał, patrząc na to, jak się cofa, jak kaszle. Jak znowu zmienia zdanie. Kobiety... Były większą zagadką, niż mężczyźni. Już dawno dowiódł tego, że ich mózgi znacząco się od siebie różnią. Być może dlatego był w stosunku do nich niezwykle wyrozumiały. Nie pobłażliwy, a wyrozumiały. Nie zniżyłby się bycia pobłażliwym.
- 19 pasuje. Odprowadzę cię - powiedział w końcu, zbliżając się niebezpiecznie blisko Astorii. Tylko po to, by nachylić się nad nią z uśmiechem, ale dłoń, która się uniosła, nacisnęła tylko guzik windy. - Nic na to nie poradzę. Możesz wysłać sowę z pretensjami do mojej matki, że chciała dobrze, ale wychowała mnie na kogoś, kto cię drażni braniem odpowiedzialności za swoje czyny.
Winda skrzypnęła, gdy zdecydowała się w końcu zjechać na dół i otworzyć zakratkowane drzwiczki.
- Nie traktuję cię jak porcelany, którą można uszkodzić przy jednym dotyku - dodał jeszcze, nieco urażony tym porównaniem. Owszem, było ładne, ale cholernie przedmiotowe. - Czemu w ogóle porównujesz się do naczyń?
Poetyckość i metafory... Nie był w tym mistrzem. Być może gdyby rozmawiała z poetą, artystą lub kimś, kto miał wrażliwość większą niż ziarenko ryżu, to ten załapałby w lot metaforę, ale że Lestrange był pragmatyczny... Często wychodziły w rozmowach takie potworki.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#9
05.12.2025, 02:59  ✶  
"Mam wtedy spokój".
Proste zdanie, wypowiedziane tonem, w którym nie było ani krztyny dramatyzmu czy potrzeby wywołania współczucia. On stwierdzał fakt, tak samo rzeczowo, jakby mówił o pogodzie. A jednak niosło to w sobie coś, co sprawiło, że w jej wnętrzu coś zadrżało. Nie mogła zaprzeczyć, że te słowa budowały obraz Rodolphusa, jakiego dotąd nie umiała zobaczyć. Nie strasznego, nie lodowatego, nie chimerycznego ani aroganckiego, jak czasem lubiła go sobie w myślach portretować. A on pokazywał się jako człowiek, który nauczył się ciszy jako tarczy, dystansu jako ochrony i chłodu jako najprostszej formy pozostawania poza zasięgiem. Zdała sobie nagle sprawę, że rozumiała to aż za dobrze. Szczególnie że ich losy były od urodzenia usiane oczekiwaniami - nie własnymi, ale całych rodów. Bale, gale, zgromadzenia, uściski dłoni z ludźmi, których nie cierpieli; uśmiechy, które nie sięgały oczu; rozmowy, które nic nie znaczyły; pozory, które ważyły więcej niż prawda. Nikt spoza tego świata nie rozumiał, jak męcząca była wieczna obserwacja. Jak duszące było życie pod szkłem powiększającym. Jak trudno było zachować siebie, kiedy wszyscy mieli wrażenie, że mają prawo cię oceniać.
Zrozumiała więc częściowo, dlaczego budował tę aurę zimna i dystansu. Dlaczego nigdy nie prostował plotek. Dlaczego pozwalał, by ludzie wyobrażali sobie najgorsze. Ta świadomość zabolała ją w sposób dziwny i irracjonalny. Bo jeśli ktokolwiek powinien go rozumieć, to ktoś taki jak ona. A mimo to oboje krążyli wokół siebie jak dwa ostrożne drapieżniki, bardziej zajęci obroną niż próbą prawdziwego poznania.
A zaraz potem zadrżała z poirytowania, słysząc jego rozbawiony ton. Zacisnęła palce na materiale płaszcza, prostując się jak do walki, choć wcale nie zamierzała walczyć. To było silniejsze od niej. I oczywiście, że próbował być uprzejmy. Ale drażniło nie dlatego, że robił coś źle, tylko dlatego, że robił to on. Że nie potrafił po prostu pozwolić jej zachować tarczy, za którą była przyzwyczajona się chować. Uniósła podbródek, próbując nadać sobie wyraz chłodu, który zwykle przychodził jej z łatwością. Teraz jednak brzmiał jak marna imitacja.
- Nie oczekuję od ciebie uprzejmości, Lestrange - warknęła, bo faktycznie tą wyuczoną, udawaną uprzejmość mógł sobie wsadzić w buty. Wolałaby gdyby był wredny, ale prawdziwy. - Potrafię przyznać się do błędów i nie umniejszysz temu braniem części winy na siebie.
Chciała jakiejś konsekwencji. Co było zabawne, bo przecież to ona była tutaj tą niekonsekwentną. Tą, która przychodziła, choć nie chciała. Która przepraszała, choć nienawidziła przepraszać. Która godziła się na spotkanie, choć wmawiała sobie, że nic to nie znaczy. Ale nie mogła tego wypowiedzieć. Nigdy. Stała więc przed nim z podniesioną głową, jakby to ona miała przewagę. Jakby to ona kontrolowała sytuację.
- Może wyślę - odparła przekornie, choć wcale nie zamierzała tego robić. Ostatecznie był już dorosły i sam odpowiadał za swoje czyny - odpowiadał za branie odpowiedzialności tam, gdzie wcale nie był odpowiedzialny, czym irytował osobę odpowiedzialną. Proste.
Prychnęła jeszcze, gdy zaprzeczył, bo mimo słów właśnie tak się czuła. Może zaczęło się od tamtej niefortunnej sprawy z obrazami, może jeszcze w Hogwarcie, choć wcale tego nie okazywał, a może podczas spalonej nocy, gdy widział ją bezbronną i kruchą.
- Żeby ci zobrazować... - westchnęła ciężko, jak ktoś, komu naprawdę zabrakło cierpliwości do własnych metafor i do tego, że trzeba je teraz tłumaczyć komuś, kto zdecydowanie nie był stworzony do subtelności. Kiedy winda w końcu zaskrzypiała, jakby również nie była całkiem pewna, czy chce im robić przysługę, Astoria odsunęła się od niego pół kroku. - Że nie jestem tak delikatna... poza tym porcelana to nie byle naczynie, szczególnie kostna.
Odwróciła głowę w jego stronę, nieznacznie unosząc podbródek. Nie chciała już silić się na złośliwości ani kontynuować tłumaczeń.
- Ale to nieistotne. Dziękuję, że poświęciłeś mi czas. Do zobaczenia - posłała mu delikatny uśmiech i lekkim skinieniem głowy pożegnała go, odwracając się na pięcie, z każdym krokiem zwiększając dystans.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (3077), Rodolphus Lestrange (2611)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa