• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine

[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
29.11.2025, 19:09  ✶  
Skupiłem się na punkcie w przestrzeni, a kiedy tylko go sobie wyobraziłem, świat zamknął się wokół mnie z lekkim trzaskiem - po chwili stałem już na ubitej ścieżce prowadzącej wzdłuż przycinki leśnej pod Little Hangleton. Pachniało wilgotną korą i chłodnym październikowym powietrzem, tym ostrym, ale jeszcze przyjemnym, zanim pogoda zrobi się naprawdę paskudna, a słońce miało ten przyjemny, jesienny kolor, który w zwykły dzień pewnie by mnie irytował, dziś nie.
Mój skórzany płaszcz od razu złapał silny podmuch wiatru, ciężki materiał podniósł się, łopocząc za mną jak chorągiew bojowa - zwykle dodawał mi groźności, tej surowej aury, dzięki której ludzie wiedzieli, że nie ma sensu podchodzić z głupimi pytaniami. Teraz musiał wyglądać raczej śmiesznie, bo i tak nie dałby rady przykryć tego głupiego uśmiechu, który wciąż mi się wymykał, kiedy nie pilnowałem twarzy smaganej włosami. Nie byłem typem, który chodził z trwale przylepionym uśmieszkiem, jak idiota, chyba że prześmiewczym, ale zazwyczaj wyglądałem jak ktoś, kto albo właśnie wrócił z walki, albo zaraz ma zamiar jakąś zacząć. A jednak czułem to nagłe, ciepłe wrażenie, uparte, podnoszące jeden kącik ust wyżej, niż wypadało ludziom o mojej reputacji. Zwykle przypadkowy przechodzień mógłby przysiąc, że wyglądam jak zwiastun złych wieści - twarz ściągnięta, spojrzenie nieprzyjemne, krok szybki, żeby mieć wszystko jak najszybciej za sobą. Dziś… No, cóż. Ktokolwiek by mnie zobaczył, miałby prawo zastanawiać się, co poszło wyjątkowo dobrze, skoro ten konkretny idiota z moją twarzą uśmiechał się jak ktoś, kto albo wygrał w totolotka, albo zrobił coś jeszcze głupszego.
Poprawiłem kołnierz, z przyzwyczajenia, ale moje oczy od razu zatrzymały się na obrączce. Zerkałem na nią absurdalnie często, trochę jak debil, któremu trzeba parokrotnie potwierdzić, że coś się naprawdę wydarzyło, zanim przyjmie to do wiadomości. Pasowała do mnie bardziej niż jakiekolwiek gładkie, arystokratyczne cudo, które mógłby mi ktoś kiedyś wcisnąć. Złoto było trochę nierówne, ciężkie, z kilkoma drobnymi rysami, których nie dało się wypolerować. Zwykle w marszu ścinałem emocje do zera, dzisiaj nie umiałem, nawet jeśli powinienem - jakby jakaś siła wyższa stwierdziła, że nie ma opcji, żebym chociaż przez minutę wyglądał znowu na tego skurwiela, którym byłem na co dzień. Po prostu szedłem przez las, jak ktoś tak rozproszony, że powinien potykać się o korzenie, a zamiast tego omiatał wzrokiem wszystko dookoła, jakby właśnie odkrył, że świat stał się mniej paskudny, niż pamięta - nawet w tej okolicy, ba, szczególnie w niej.
Nie spędziłem całego dnia z moją żoną - to też brzmiało za dobrze, żeby nie powtórzyć tego w myślach - bo miała dyżur. Oczywiście, że miała, była przecież sobą. Najchętniej spędziłbym z nią ten dzień, cały następny też, może nawet najbliższe siedem, ale wiedziałem, że nie uznajemy miodowych tygodni, bo życie obojga było zbyt popaprane, żeby nagle udawać normalność tego typu. Wystarczyło, że wciąż czułem ją na sobie, miałem w pamięci każde spojrzenie, każdy dotyk z tej nocy, każdą półszeptaną uwagę, którą rzuciliśmy - kilka chwil, zanim opuściliśmy nokturńskie mieszkanie i zrobiliśmy coś tak irracjonalnego, że aż właściwego, i wszystko później.
Po chwili drzewostan przerzedził się jeszcze bardziej, odsłaniając kamienną bryłę posiadłości i sterty desek świadczących o tym, że coś chyba miało się ruszyć w kwestii remontowo-budowlanej. Wszystko wyglądało na bardziej ogarnięte niż ostatnim razem, kiedy tu byłem. Umówiłem się tu z Geraldine, mieliśmy omówić szczegóły naszej współpracy, ale zanim pchnąłem bramę, przystanąłem na krótką chwilę. Chłodny podmuch smagnął mi policzki, zimniejszy niż kilka dni temu, pachnący mokrą ziemią. Ruszyłem się i przyspieszyłem, bo wiatr znowu złapał mnie za poły płaszcza, jakby próbował mnie popchnąć w stronę posiadłości. Przeszedłem przez bramę gałęzie trąciły mój płaszcz, a suchy szelest pod butami zmieszał się z czymś, co od razu przyciągnęło moją uwagę - szczekaniem. Radosnym, dzikim, zupełnie nieprzejmującym się niczym. Rzadko wyglądałem na kogoś przyjaźnie nastawionego do świata - zwykle, z tego co słyszałem, robiłem wrażenie człowieka, który mógłby komuś złamać nos samym spojrzeniem, ale dzisiaj… Dzisiaj nic nie potrafiło mi zepsuć humoru. Podejrzewałem, że nawet gdybym potknął się o jakiś korzeń i wylądował twarzą w liściach, i tak przekląłbym wesoło. Podniosłem głowę, skręcając w stronę dźwięków, i już po chwili zobaczyłem je - psy wybiegające zza rogu głównego budynku, jakby ktoś wypuścił huragan na czterech łapach.
- No, chodźcie, chodźcie, moje potwoly. - Rzuciłem, chociaż to „rzucanie” było tak podejrzanie lekkie, tonem, którym normalnie posługiwałem się tylko po kilku drinkach, że gdyby ktoś mnie nagrał, zaprzeczyłbym własnym uszom. - Kto tu pilnuje posiadłości, co? Kto tu lobi ten cały buldel? Dobla, dobla, wiem, wszyscy nalas, tak, wiem. - Parsknąłem, takim prawdziwym, luźnym tonem, którego prawdopodobnie dawno ode mnie nie słyszano, zwłaszcza nie na trzeźwo. Pochyliłem się, drapiąc jednego za uchem, drugiego po karku, trzeciemu wsuwając dłoń pod szczękę, tak jak lubił. Drapałem każdego zwierzaka po kolei, a właściwie wszystkie naraz, bo te łajzy nie umiały czekać na swoją kolej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
30.11.2025, 00:01  ✶  

Nowa nieruchomość była im potrzebna. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, przez ostatnie kilka miesięcy zdążyli drobić się naprawdę dużej, zwierzęcej rodziny, która zresztą miała niedługo się powiększyć, ich najnowsza psia towarzyszka znajdowała się bowiem w wysokiej ciąży, jeszcze kilka dni, a mieli zostać rodzicami gromady szczeniaków... do tego zostało jakieś pół roku kiedy na świecie pojawić się miało ich dziecko. Cóż, to wszystko, a również to, że zostali oficjalnie małżeństwem doprowadziło ich do tego, że kupili dworek. Dworek w którym wszystko się zaczęło. Doszli do tego, że nie będzie to najgorszym pomysłem, bo chyba tamtej pamiętnej, zimowej nocy udało im się pozbyć tej dziwnej klątwy, która towarzyszyła temu miejscu.

Czekało ich sporo pracy, bo dom był opuszczony od wielu lat, jednak nie było rzeczy, z którą by sobie nie poradzili, wierzyła, że prace remontowe pójdą im całkiem sprawnie i już niedługo wszystko będzie się nadawało do użytku, póki co były to nieco warunki polowe, ale nie było to dla nich najmniejszym problemem.

Póki co mało kto wiedział o tym, że postanowili kupić tę nieruchomość, pewnie wieści prędzej, czy później miały się rozejść po świecie, chociaż to wcale nie było takie oczywiste. Dworek znajdował się na odludziu, może minąć naprawdę sporo czasu, nim ktoś zauważy, że ktoś postanowił go kupić, a nawet w nim zamieszkać, to było sporą zaletą tego miejsca, dla Geraldine spokój był naprawdę ważny, liczyła na to, że nie zaczną ich odwiedzać grupy sąsiedzkie, które będą chciały przywitać ją w Little Hangleton.

Nie udało jej się tutaj jeszcze sprowadzić swojego konia, ku uciesze Ambroise'a, ale Greengrass-Yaxley nie zamierzała odpuścić, musiała tylko przemyśleć, gdzie miałaby się znajdować stajnia, w ramach rekompensaty jej mąż miał dostać swoją wielką szklarnię, oczywiście obiecała jeszcze to, że będzie się trzymać z dala od niego z tymi swoimi końmi, wiedziała, przecież jak reaguje na zwierzęta z kopytami.

Geraldine postanowiła skorzystać z tego całkiem przyjemnego dnia, rozsiadła się na ganku, wzięła ze sobą psy, które biegały po ogrodzie, zapoznawały się powoli ze swoim nowym domem i zdecydowanie im się tutaj podobało, bo miały sporo przestrzeni do szaleństwa. Siedziała w zasadzie nie robiąc nic, piła kawę i łapała jedne z ostatnich promieni słońca, nie wątpiła, że to były jego ostatnie podrygi. Nie przeszkadzał jej wiatr, który całkiem przyjemnie muskał jej skórę i plątał włosy. Było na tyle ciepło, że nie uderzał w nią chłodem.

W pewnym momencie psy pognały w jednym kierunku - tylko sobie znanym, nie miała pojęcia, co mogło spowodować w nich taki entuzjazm, być może trafiły na jakiegoś królika, czy innego zająca. Dworek znajdował się blisko lasu, więc pełno zwierząt kręciło się po okolicy. Być może nie były to góry, jednak wydawało jej się, że nie mogli znaleźć dla siebie lepszego miejsca, w którym mogliby zamieszkać, w końcu tu wszystko się zaczęło.

Postanowiła podnieść swój tyłek ze schodów i ruszyć za zwierzakami, ciekawa, co mogło przykuć ich uwagę. Szła powoli, nigdzie jej się nie spieszyło, no i wtedy dostrzegła znajomą sylwetkę. Uśmiechnęła się, co było dziwne, bo jeszcze niedawno nie zareagowałby tak na jego widok, jednak wyjazd do Rumunii sporo zmienił.

List, który do niej dotarł nieco ją zdziwił, coś musiało się zmienić. Była ciekawa, jak mu poszło to, co miał do załatwienia, musiało pójść w miarę dobrze, skoro postanowił zostać. Przyglądała się mężczyźnie przez krótką chwilę, kiedy witał się z ich pupilami, psy go znały i reagowały na niego z entuzjazmem, to były bardzo sprzedajne istoty, wystarczyło nieco pieszczot, aby kogoś do siebie przekonały.

Póki co jednak się nie odezwała, czekała, aż Benjy ją zobaczy.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
30.11.2025, 00:42  ✶  
Szorstka sierść ocierała mi się o dłonie, kiedy drapałem psy pod brodą i za uszami, próbując ogarnąć wszystkie naraz. Jeden z nich pchnął mnie łapą w ramię tak mocno, że prawie usiadłem w stercie liści, a drugi próbował wcisnąć mi nos pod płaszcz. Parsknąłem śmiechem - naprawdę śmiechem, chociaż stłumionym - i to było ostatnie, czego jeszcze parę dni temu ktokolwiek mógłby się po mnie spodziewać, ponownie - zwłaszcza na trzeźwo. Nie byłem ponury z natury, ale ostatnie wydarzenia dosyć mocno dały mi popalić, czułem się przytłoczony, teraz to wszystko zniknęło, niczym za machnięciem różdżki.
Podniosłem głowę dopiero wtedy, kiedy poczułem, że psy zmieniły kierunek zainteresowania, jeszcze krążyły wokół mnie, parskały, szturchały mnie nosami, ale one też coś wyczuły, bo w sekundę później dwa z nich zerknęły za mnie, jakby chciały mi subtelnie zasugerować, że nie byłem tu już jedynym człowiekiem, machnęły ogonami mniej chaotycznie, zwróciły pyski w jedną stronę, jakby nagle przypomniały sobie - albo raczej mi - że mają jeszcze swoją zdecydowanie ulubioną osobę na świecie.
Podniosłem wzrok, odgarnąłem włosy z czoła, a kiedy ją zobaczyłem, coś we mnie niemal słyszalnie przeskoczyło na inne tory. Geraldine - stała, z tym swoim lekko przekrzywionym uśmiechem, który nie zdarzał się często, a już na pewno nie przy moim widoku… Kiedyś. Teraz? Wyglądała, jakby naprawdę była zadowolona, że mnie widzi, a to samo w sobie było warte uwagi. Rumunia ją zmieniła, mnie zresztą też.
- Gelda. - Powiedziałem krótko, ale z tym lekkim uniesieniem brwi, które rzadko komukolwiek oferowałem. Psy zawyły radośnie, jakby potwierdzały, że właśnie to im chodziło po głowie, kręciły się jeszcze chwilę wokół moich nóg, jakby nie mogły zdecydować, czy nadal chcą mojej uwagi, czy jednak powinny udawać, że są poważnymi, odpowiedzialnymi stworzeniami, skoro pojawiła się ich pani.
Poprawiłem się z kucnięcia do pełnej pozycji, otrzepując dłonie o płaszcz. Ruszyłem w jej stronę, spokojnie, bez pośpiechu, pozwalając, by psy poruszały się razem ze mną, jak osobista eskorta. Podszedłem w jej stronę powoli, swobodnie, jeszcze z tym lekko idiotycznym półuśmiechem, który ani na moment nie chciał mi zejść z twarzy, choć naprawdę się starałem. Zatrzymałem się przed nią, w komfortowej odległości, wciąż czując na sobie ogony obijające się o moje łydki.
- Dzięki, sze znalazłaś czas. - Powiedziałem to spokojnie, ale w głosie czuć było, że nie stoję dziś w swoim zwykłym cichym, ponurym nastroju. - Wiem, sze masz telas spolo na głowie po powlosie. - Zmrużyłem lekko oczy, przyglądając się jej wyrazowi twarzy, Rumunia najwyraźniej przyniosła jej więcej zmian, niż przypuszczałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
30.11.2025, 01:09  ✶  

Benjy został bardzo odpowiednio przywitany przez psy. Żądały jego uwagi, domagały się odpowiedniego powitania, i najwyraźniej zamierzał im dać dokładnie to, czego potrzebowały. Obserwowała ich z niezbyt dalekiej odległości, jednak nie podchodziła bliżej. Cóż, była to jedna z nielicznych osób, której mogła się tutaj spodziewać, wszak Fenwick doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zmienili miejsce zamieszkania, był jedną z nielicznych osób, której o tym wspomnieli.

Miała wrażenie, że usłyszała śmiech mężczyzny, spowodowało to lekkie zmarszczenie jej nosa, wydawał się być bowiem w dobrym humorze, a przecież jeszcze ledwie kilka dni temu był wrakiem człowieka, cóż - być może jego powrót do Wielkiej Brytanii przebiegł lepiej, niż się spodziewała. Oczywiście, że zamierzała go o to zapytać, ba wydawało jej się, że ma do tego prawo po tym jednym ciężkim dniu, który razem przeżyli, w sumie bardziej nocy...

Rumunia przyniosła sporo zmian, po pierwsze zdecydowanie miała dobry wpływ na ich relację, która wcześniej wyglądała raczej jak zwyczajna tolerancja swojej obecności, nieco się pod tym względem zmieniło, po drugie przyniosła jej spokój, najwyraźniej udało im się znaleźć miejsce, w którym będzie mógł zatrzymać się jej młodszy brat, czuła ulgę, bo wiedziała, że będzie pod dobrą opieką, a gdy wreszcie zbierze się w sobie to do nich wróci, nie będą musieli się martwić w między czasie, czy przypadkiem kogoś nie zabije, a to było naprawdę wiele.

- Benjy. - Odpowiedziała, zauważył jej obecność, wcale nie było to takie trudne bo wpatrywała się w niego dość intensywnie. Psy również ją dostrzegły, ale zmierzały w jej kierunku powoli, towarzysząc mężczyźnie, który ich odwiedził.

- Luz, mówiłam, że znajdę, to nic takiego. - Jasne, mieli trochę na głowie, jednak nie mogła przestać zajmować się swoimi sprawami, pomimo swojego stanu musiała zajmować się swoją częścią rodzinnej działalności. Pomysł, aby wciągnąć Benjy'ego w jej zawodowe sprawy wydawał się być naprawdę dobry, szczególnie teraz, bo przecież niedługo nie będzie mogła poświęcać wszystkiemu odpowiedniej ilości czasu, miała jeszcze kilka miesięcy, ale wiedziała, że nadejdzie taki moment, że zostanie na chwilę wykluczona ze swoich zajęć, dobrze było mieć godne zastępstwo no i nowego współpracownika, który znał się na swoim fachu.

- Co się tak szczerzysz? - Nie mogła się o to nie zapytać. Widziała go dwa dni temu, kiedy przypominał chodzącego trupa, teraz wyglądał... inaczej, zdecydowanie inaczej. Cieszył się, i nie zabijał wzrokiem, coś musiało się zmienić, i to nie była jakaś drobna zmiana, bo inaczej nie emanowałby takim dobrym nastrojem.

Powoli też ruszyła w stronę domu, nie będą przecież tak stali i dyskutowali o tym wszystkim w ogrodzie. Mieli do przegadania dość ważne dla niej rzeczy.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
30.11.2025, 04:51  ✶  
Psy od razu porzuciły moje nogi, widząc, że ich pani się rusza. Jeden z nich obejrzał się na mnie, jakby pytał, czy idę z nimi, czy może zostanę tu jeszcze pięć minut, żeby go miziać. Przesunąłem dłonią po jego łbie, z lekkim uśmiechem, po czym dołączyłem do gospodyni, przystając trochę bliżej niej. Wiatr nadal bawił się moimi włosami i płaszczem, ale to, że wyglądałem jak całkiem z tego zadowolony kretyn, było chyba bardziej widoczne niż wszystkie podmuchy i łopotania razem wzięte. Geraldine patrzyła na mnie intensywnie, nie sposób było tego przegapić, chociaż ktoś mniej spostrzegawczy mógłby uznać, że ma pretensję - ja widziałem w tym ciekawość, i to taką, która nie zamierzała puścić, dopóki nie poda się jej czegoś konkretnego. To było dziwne, nietypowe dla nas i relacji, jaką mieliśmy, ale w gruncie rzeczy - całkiem przyjemne.
- No, mówiłaś, ale i tak mogłaś mnie wystawiś. - Wzruszyłem ramionami, chociaż uśmiech, o którym wspomniała zaledwie chwilę później, jeszcze nie zniknął. - Na szczęście psy mają dla mnie więcej sympatii nisz większość ludzi, więc nie byłby to najgolszy scenaliusz. - To był żart, delikatny, nonszalancki, zaskakująco naturalny jak na mnie z tych ostatnich dni.
Ogarnęła mnie krótkotrwała pokusa, by odpowiedzieć w stylu „a co, nie wolno?”, ale powstrzymałem się. Zamiast tego, znowu lekko wzruszyłem ramionami. Przesunąłem dłonią po karku, strząsając resztki sierści psa, która przykleiła mi się tam w czasie tego całego entuzjastycznego powitania.
- Mose tak po plostu miło cię widzieś? - Rzuciłem półżartem, ale widziałem, że nie kupi takiego wymijania - znaliśmy się już wystarczająco, żeby wiedzieć, kiedy drugie próbuje uniknąć odpowiedzi, tym bardziej, gdy jeszcze jakiś czas temu odpowiedziałbym jej chłodnym spojrzeniem godnym kogoś, kto umie cisnąć nożem w punkt, którego nie widać. Parę dni wstecz potrafiliśmy spędzić cały dzień obok siebie, nie wymieniając więcej niż dwóch funkcjonalnych zdań, teraz atmosfera była tak bardzo inna, że aż mnie to bawiło. - W kaszdym lasie - kontynuowałem, mogłem uniknąć odpowiedzi, zbyć ją żartem, odbić piłeczkę, zrobić wszystko, co zwykle robiłem, żeby nikt się nie interesował moim stanem, ale nie dzisiaj, nie po tym wszystkim - skolo pytasz, czemu się cieszę… Nie masz się czego obawiaś. Nie zwaliowałem, nie jestem ujalany, najebany, po eliksilach i nie zamieszam się loskleiś na ślodku twojego nowiutkiego salonu. - Co, w sumie, było możliwą opcją, z jej perspektywy - jeszcze dwa dni temu wyglądałem jak wrak, który spędził zbyt wiele czasu na dnie jakiegoś psychicznego rowu i tylko marzył, by się w tym dołku zakopać do wiosny. - I nie pszesadzaj. Nie szczeszę się. - Choć w tym momencie właśnie to zrobiłem, jakby moje słowa były w najgorszym możliwym konflikcie z moją własną twarzą.
- Wychodzi na to, sze mam dobly dzień. - Dodałem, wzruszając ramionami w sposób, który był tak luźny, tak nienapięty, że sam byłem sobą trochę zdziwiony. - A doblych dni ostatnio nie miałem za wiele, więc… Koszystam. Wlacam, stoję na nogach, tlochę się poskładałem. Tyle. - Brzmiało to jak absolutnie nic nieznaczące zdanie. Przesunąłem dłonią po karku, czując mokre nosy psów ocierające się o moje spodnie.
Ruszyłem za nią, równo, swobodnie, ręce trzymając w kieszeniach płaszcza, wciąż czułem na twarzy to coś, ten uśmiech, którego nijak nie potrafiłem wygasić, choć teraz, kiedy Geraldine spoglądała na mnie tym swoim uważnym, analitycznym wzrokiem, dotarło do mnie, jak nienaturalnie musiało to wyglądać.
- Nie wiedziałem, sze to pszestępstwo. - Mruknąłem, zerkając na nią kątem oka, kiedy szliśmy w stronę domu, nie mogłem powstrzymać krótkiego, cichutkiego parsknięcia. Brzmiało to lekko, zaczepnie, ale bez tej ostrości, którą zwykle miałem na języku, nawet jeśli nie miewałem w zwyczaju przejmować się ludzkim gadaniem, o ile nie byli mi bliscy. Geraldine nie była już jednak „kimś innym”, była jedną z nielicznych osób, które widziały mnie w stanie, w jakim nikt nie powinien mnie widzieć, miała prawo pytać, i miała prawo oczekiwać tego, by odpowiedź nie była kłamstwem ani zbyciem, choć raczej żadne z nas tego nie planowało tego nowego stopnia czegoś na kształt zażyłości.
Weszliśmy po schodach, w kierunku drzwi, psy dreptały za nami, jakby uznały, że muszą być świadkami rozmowy biznesowej, bo może dostaną w niej jakiś udział.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
30.11.2025, 19:01  ✶  

Prychnęła, kiedy usłyszała jego słowa. No mogła go wystawić, jasne, ale miała w zwyczaju dotrzymywać słowa, nie rzucała ich na wiatr, nie robiła z gęby cholewy. - Nie mam w zwyczaju wystawiać ludzi, kiedy się z nimi na coś umawiam. - Podkreśliła to, bo uważała, iż jest to istotne. - Tak, widzę, że zdążyłeś już wkupić się w łaski naszych paskud. - Nie dało się nie zauważyć, że psy darzyły go sympatią, nadal nie przestawały biegać tuż koło niego.

Zaśmiała się głośno, bardzo głośno, kiedy wspomniał, że ma tę minę, dziwną minę, bardzo zadowoloną minę dlatego, że ją widzi. Oczywiście, na pewno to z tej okazji się tak szczerzył. - Tak, jasne, bo zawsze się tak cieszysz na mój widok, to całkiem normalne. - Bujać to my, ale nie nas, czy coś. Tak, czy siak dobrze było go widzieć w tej odmienionej wersji, zwłaszcza, że jeszcze kilka dni temu wyglądał jak wrak człowieka i nie wydawało jej się, aby szybko miało się to zmienić, a tutaj minęły ledwie trzy dni, a stał przed nią jakby zmartwychwstał, narodził się na nowo, czy coś.

- Dzięki za wyjaśnienia, chociaż dziwnie widzieć Cię takiego, rozanielonego? - Sama nie wiedziała, czy to słowo do końca oddaje jego wygląd, czy aurę jaką wokół siebie roztaczał, ale nie przywykła do takiego widoku, być może to miała być jakaś jego nowa wersja?

- Twoja twarz mówi coś innego. - Zdecydowanie nad nią nie panował i mógł próbować wciskać jej kit, ale widziała, że coś się zmieniło, tylko jeszcze nie miała pojęcia co. Musiała to z niego wyciągnąć, ale to może za chwilę, mieli przecież czas, mogła wywiercić mu później dziurę w brzuchu, bo ciekawość domagała się odpowiedzi.

- Cieszy mnie to, bo ostatnio wyglądałeś raczej jak śmierć. - Nie chciała mu dowalać, po prostu stwierdziła fakt. Było z nim źle, kiedy znajdowali się w Rumunii, zresztą jeszcze wtedy twierdził, że musi wyjechać, a teraz przyszedł do niej, aby negocjowali ich nowy, wspólny układ. To musiało być coś więcej niż po prostu dobry dzień.

- Nie, to żadne przestępstwo, tylko wiesz, zastanawiam się... - Zastanawiała się nad powodem dla którego tak emanował radością, liczyła na to, że uchyli jej nieco rąbka tajemnicy. Może nie byli przyjaciółmi, chociaż właściwie Rumunia wprowadziła wiele zmian do ich relacji, Geraldine zaczęła patrzeć na niego inaczej, dostrzegła więcej, niż na początku, ba doszło do niej, że jej pierwsze wrażenie było bardzo niesprawiedliwe w stosunku do niego. - Zastanawiam się, co spowodowało ten dobry dzień. - Próbowała bardzo delikatnie się o to zapytać, żeby nie wyjść na wścibską, chociaż ciekawość rozsadzała ją od środka.

Zmierzali w kierunku domu, w końcu znaleźli się w środku, od razu skierowała się w stronę salonu, ogromnego salonu, dworek był naprawdę spory dzięki czemu mieli tutaj wiele przestrzeni. Pomieszczenie było jasne, dzięki wielkim oknom, które znajdowały się niemalże na całej ścianie. - Napijesz się czegoś? - Zapytała jeszcze, jak przystało na dobrą gospodynię, zrobiła to nim usiadła na ogromnej kanapie, bo później pewnie nie chciałoby się jej wstawać, a wypadało w odpowiedni sposób przywitać gościa. Nadal zapomniała zapytać ojca, czy oddeleguje do nich Triss, a zdecydowanie skrzatka przydałaby im się w tym wielkim domu do pomocy, był to jej ulubiony skrzat Yaxleyów i miała nadzieję, że uda jej się jakoś przekabacić Gerarda, aby zgodził się na to, żeby teraz została ich rodzinną skrzatką.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
30.11.2025, 20:21  ✶  
Kiedy prychnęła, uniosłem lekko brew, jakby jej oburzenie było czymś… Uroczym? Nie, to złe słowo, raczej znajomym, właściwym, Geraldine miała w sobie tę stałość, której mało kto dziś przestrzegał - jeśli coś mówiła, to to robiła, nie wahała się tego podkreślać, a ja to doceniałem, nawet jeśli nie powiedziałem tego głośno. Kiedyś pewnie uznałbym to jej parsknięcie za kpinę, ale teraz… Teraz to było po prostu zaskakujące, w tej pozytywnej, lekkiej wersji.
- Wiem. - Odpowiedziałem lakonicznie, rozszerzając wargi, żeby odpowiedzieć na jej kolejną uwagę, ale kiedy wybuchła śmiechem, tak niekontrolowanym, tylko uniosłem brwi. Tak, znałem ten ton - ten, który oznaczał „nie rób ze mnie idiotki, Fenwick.” Jej prychanie, śmiech, ta pewna siebie nuta w głosie, kiedy podkreślała, że nie wystawia ludzi, tylko utwierdziła mnie w dziwnym, niewypowiedzianym przekonaniu, że… Dobrze, że tu przyszedłem, to był dobry dzień, również na to, co mogliśmy ustalić. Nie przyznałbym tego głośno, więc jedynie uniosłem brew, udając, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
A przecież wiedziałem, że to nie była kobieta, która często pozwalała sobie na taki odruch, i nie była to reakcja, której się spodziewałem. Patrzyła na mnie z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania, jakby próbowała dopasować mnie - tego dzisiejszego - do obrazu, który miała w głowie jeszcze z Rumunii.
- Oczywiście. - Odpowiedziałem poważnie, no, teatralnie poważnie, bo jej „bujaj w obłokach, ale nie przy mnie” było prawie fizycznie wyczuwalne. - Kaszdego lanka, od dzielenia s wami łazienki w Exmool, budzę się z myślą „oby Gelaldine dziś spojszała na mnie pszychylnym okiem”. - Rzuciłem jej krótkie, wyraźnie kpiące spojrzenie, ale żartobliwe w sposób, który już nie miał w sobie chłodu - ta dynamika naprawdę się zmieniła, oboje to wiedzieliśmy.
Psy ocierały się o moje nogi, jakby próbowały mnie sprowadzić z powrotem na poziom psa domowego, a nie człowieka, który właśnie ma negocjować współpracę, parę razy szturchnęły mnie pyskiem, nie miałem nic przeciwko. „Rozanielony” - to słowo tak mnie zaskoczyło, że musiałem odwrócić na chwilę głowę, niby po to, by skontrolować otoczenie, ale naprawdę po to, by nie parsknąć śmiechem. Rozanielony, ja, cóż, dzisiejszy dzień widocznie łamał kilka reguł.
- Masz talent do wybielania najbalsiej oblaśliwych okleśleń. - Mruknąłem. Chociaż duchu przyznałem - miała rację - sam czułem, że coś się zmieniło w mojej mimice, w postawie, w oddechu, jakby ktoś zdjął mi z barków worek pełen kamieni. Psy dalej krążyły wokół moich nóg jak banda rozemocjonowanych satelitów, a ja - wbrew zdrowemu rozsądkowi, reputacji i własnej tradycji - pozwalałem im na to.
Nie musiałem dodawać, że w moim słowniku „dobry dzień” to coś na pograniczu legendy i żartu, ostatnie lata były raczej marszem w ciemności, z krótkimi, ostrymi przebłyskami światła, ale dziś… Tak, dziś było inaczej. Odnotowałem, że nie wierzyła w ani jedno moje słowo, trzymała ręce jak ktoś, kto zaraz zacznie zadawać pytania z rozpisanej listy, ale jeszcze powstrzymuje się z grzeczności - zresztą, gdybym kogoś takiego jak ja zobaczył w takim stanie, też uznałbym, że coś tu mocno nie gra, ktoś mnie podmienił, wypiłem coś bardzo nielegalnego.
- Moja twasz kłamie. - Powiedziałem, zerkając na nią z boku. - Ma to we klwi. - Rzuciłem, co było oczywiście kłamstwem, dzisiaj zdradzała mnie bezczelnie, to był rzadki stan, ale medycznie podobno niegroźny. Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć więcej - nie dlatego, że chciałem cokolwiek ukrywać, tylko dlatego, że ta rozmowa nie była o mnie. Ona zapraszała mnie do współpracy zawodowej, nie do dzielenia się prywatnymi rewelacjami. Część mnie wiedziała jednak, że prędzej czy później będzie chciała wiedzieć - tak po ludzku, nie po służbowemu, widziała mnie w Rumunii w takim stanie, że nie dziwiło mnie, że teraz patrzyła na mnie jak na kogoś, kto wrócił z martwych.
- Śmielś to pszesada. - Odparłem spokojnie, chociaż faktycznie wyglądałem wtedy tak, jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. - Ale tak, telas jest lepiej, zdecydowanie. - Przytaknąłem, jeszcze zanim weszliśmy do środka. Nie musiałem jej mówić, że powrót do Anglii poszedł mi lepiej, niż się spodziewałem, ostatnie godziny były jak wyrwanie oddechu na powierzchni po długim duszeniu się pod wodą. Jej pytanie - to delikatne, bardzo kontrolowane „zastanawiam się, co spowodowało ten dobry dzień” - spowodowało tylko, że spojrzałem na nią, wzruszając ramionami.
- Dobra, zanim wejdziemy. - Zatrzymałem się przy progu, a psy otarły mi się o nogi, jakby chciały nas popchnąć dalej. Spojrzałem na Geraldine krótko, bez tych wszystkich wygłupionych uśmieszków, które trzymały się mnie dziś jak rzep, przesunąłem dłonią po karku. - Tak się… Złoszyło, sze zalas po powlocie miałem losmowę. - Powiedziałem spokojnie, ale słowo „rozmowa” miało ciężar, którego nie próbowałem ukrywać. - O tym, co konkletnie zjebałem. - Kątem oka zobaczyłem, jak psy zerkają raz na mnie, raz na nią, jakby wyczuwały zmianę tonu. - Tlochę mnie to tlafiło, jak cegła. - Dodałem sucho, a potem wróciłem do tego lżejszego półuśmiechu. - Ale tlochę tesz…Naplostowało. - Wzruszyłem jednym ramieniem, jakby to było coś banalnego, choć ewidentnie nie było.
Miejsce było ogromne, jasne, pełne powietrza, przestrzeni i tego dziwnego chłodu wielkich domów, które dopiero zaczynają być zamieszkiwane - psy rozbiegły się, jeden wskoczył na kanapę, drugi zajął dywan, trzeci przywłaszczył sobie fotel jak swoją własność. Geraldine zapytała o coś do picia, a ja machinalnie kiwnąłem głową.
- Jeśli masz kawę, wezmę kawę. - Odparłem, zrzucając płaszcz na oparcie jednego z foteli i przeciągając się lekko, żeby rozprostować plecy. - Jak nie, to wodę. Nie jestem wybledny. - Usiadłem na krańcu kanapy, ale nie rozłożyłem się wygodnie. Byłem skupiony, choć lekki, jakby w środku nic nie ciążyło. - Ale nie fatyguj się, jeśli ci się nie chce. Piłem w hotelu lano. - Dodałem, zanim zdążyła ruszyć po szklankę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
30.11.2025, 22:39  ✶  

To było całkiem zaskakujące, że potrafili prowadzić ze sobą rozmowę w taki lekki sposób. Jeszcze kilka dni temu raczej nie byli w stosunku do siebie szczególnie wylewni, ograniczali ilość słów, którymi się porozumiewali. Nie narzekała jednak na tę zmianę, wręcz przeciwnie uważała to za całkiem wygodne - nie musieli już się dłużej gryźć. Oczywiście, że nie zamierzała zmięknąć całkowicie, to nie było w jej stylu, ale czasem dobrze jest nie musieć ciągle trzymać gardy i czekać na atak. Nie było wielu osób, przy których pozwalała sobie na takie rozluźnienie.

- Och, a więc to już tyle trwa? Mogłeś powiedzieć, nie domyśliłam się, że Ci na tym zależy. - Udała nawet smutek, bawiło ją to, że zaczęli rozmawiać w taki sposób. Właściwie dopiero niedawno zaczęła dostrzegać, jak bardzo byli do siebie podobni, zresztą, czy powinno ją to, aż tak dziwić? Przecież byli rodziną, w ich żyłach płynęła ta sama krew, to nie zawsze łączyło się z jakimkolwiek podobieństwem, ale tutaj była go w stanie dostrzec naprawdę sporo. Geny Yaxleyów były silne... co do tego nie miała wątpliwości.

- Mam wiele talentów, to prawda, chociaż to nie miało być obraźliwe, jak widać nadal nie do końca potrafię w komplementy. - Próbowała być miła, ale wychodziło jej to jak zawsze, była niczym słoń w składzie porcelany. Co tu dużo mówić, Greengrass-Yaxley nie należała do osób szczególnie delikatnych, nawet kiedy się starała. Tak już miała, ale liczyły się chęci, czyż nie?

- Benjy, nie chcę Cię martwić, ale wygląda za bardzo prawdziwie, nie oszukasz mnie. - Tak, jasne - jego twarz kłamała, zdecydowanie miał problem z udawaniem, nie dało się nie zauważyć tej ogromnej zmiany, która w nim zaszła. Nie wyglądał już jak zbity pies, a jak całkiem zadowolony z życia człowiek, co było zaskakujące zważając na to, że minęło ledwie kilka dni od tej ich wspólnej, dość gwałtownej nocy, podczas której dowiedziała się o nim naprawdę sporo. Wydawało jej się niemalże niemożliwe, że tak bardzo można było zmienić nastawienie w przeciągu tak krótkiego okresu czasu. Nie miała pojęcia, co musiało się wydarzyć, że doszło do tak ogromnej zmiany.

Fakt, nie o tym jednak dzisiaj mieli rozmawiać, ale nie da się pominąć niektórych prywatnych spraw, zwłaszcza po tym, jak wyglądało ich kilka, ostatnich wspólnie spędzonych dni, szykowała w głowie drobną listę pytań, które mogła mu zadać, starała się, aby były całkiem luźne, bo nie musiała wiedzieć wszystkiego, ale mógł jej przecież zdradzić chociaż odrobinę, tak tyci, tyci, żeby spała spokojniej.

- Nie będę ukrywać, że dobrze to słyszeć, wiesz? - Na pewno wiedział, cieszyło ja to, że zaczął sobie wszystko układać, a przynajmniej tak to brzmiało, gdy powiedział o tym, że jest lepiej, bo wiedziała, że w jego przypadku nie były to słowa rzucone na wiatr, faktycznie musiało dojść do jakiejś zmiany. Nie mówiłby o tym tak lekko.

Zatrzymała się, kiedy zaczął mówić. Słuchała go bardzo uważnie. Czyli poszedł po rozum do głowy, poszedł porozmawiać, nie sądziła, że miała na to spory wpływ, jednak chyba odrobinę mogła uznać to za swój sukces? Starała się przecież nieco go uświadomić, jak to mogło wyglądać.

- Miałeś rozmowę, to brzmi obiecująco. - Od czegoś warto było zacząć, co ciekawe nie uciekł, tylko porozmawiał, powinna mu chyba pogratulować? Nie chciała być jednak uszczypliwa, więc zostawiła to dla siebie. - Czasem trzeba dostać cegłą w łeb, żeby przejrzeć na oczy. - No, nawet metaforyczną cegłą, dobrze jednak, że postanowił coś z tym zrobić, bo skoro wspomniał o tym, że go to naprostowało, to oznaczało, że nie był obojętny na to, co padło podczas tej rozmowy.

Psy miały swoje ulubione miejsca... nie ma się co oszukiwać, Geraldine miała do nich całkiem lekką rękę, pozwalała im na wiele, pewnie niektórzy nie byliby w stanie tego zaakceptować. W salonie na jednym z parapetów spała również Lilka, ich różowy kot, której chyba nie ruszyło zupełnie to, że cała ferajna weszła do pomieszczenia.

- Zatrzymałeś się w hotelu? - To było dziwne, a przynajmniej jej się wydawało dziwne? Musiał korzystać z hotelu, kiedy był w Londynie? Wystarczyło słowo, a oddałaby mu nawet swoje klucze do mieszkania przy Horyzontalnej, bo miała więcej szczęścia od ich wspólnych przyjaciół, gdyż jej nieruchomość niemalże nie ucierpiała podczas pożarów, a teraz stała pusta.

- Ogarnę kawę, rozgość się, zaraz wrócę. - Ruszyła szybkim krokiem w stronę kuchni, aby nie marnować czasu. Zajęło jej to jakieś pięć minut, po czym wróciła z wielkim kubkiem kawy w ręce. - Zrobiłam Ci czarną. - Nie przywiązywała wagi do tego, jaką kawę pił podczas ich wypadu do Rumunii, czego trochę żałowała, ale miała nadzieję, że trafiła. Wyciągnęła kubek przed siebie, aby podać go Fenwickowi.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
01.12.2025, 00:47  ✶  
Fakt, że potrafiliśmy prowadzić normalną rozmowę, też mnie zaskakiwał, i to bardziej, niż byłem gotów przyznać. Jeszcze kilka dni temu nasze dialogi składały się głównie z krótkich, rzeczowych zdań i ciężkich spojrzeń, jakby każde z nas pilnowało, żeby drugie nie podeszło zbyt blisko, a teraz… Brzmieliśmy, jakbyśmy znali się od lat, chociaż wcale tak nie było, rzucała we mnie żartami, a ja… Odpowiadałem, i to bez gryzienia, ale nie zamierzałem tego zbyt głośno analizować. Po prostu… Działało, było to wygodne, naprawdę przyjemne. Usłyszałem ten jej udawany smutek, tak idealnie teatralny, że nie mogłem powstrzymać parsknięcia. Może Rumunia rzeczywiście zostawiła na nas większy ślad, niż zamierzaliśmy.
Uniosłem brew w jej stronę, teatralnie, tylko dla zasady.
- No, widzisz. - Mruknąłem, udając, że łapię się za serce - jej udawany smutek był groteskowy, przesadzony, i świetnie wiedziała, że to kupuję tylko dla własnej rozrywki, a mimo to grałem, bo sprawiało mi to cholerną, nienaturalną przyjemność, może dlatego, że pierwszy raz od dawna miałem wrażenie, że nic nie muszę ważyć na złotej szali. - A ja naiwnie myślałem, sze taka błyskotliwa, dobla w obselwacji kobieta sama się domyśli. - Nie spodobałaby mi się ta lekkość, gdybyśmy próbowali ją wymusić, ale tu… Tu działało, jakbyśmy wreszcie znaleźli właściwe tempo. Było w tym więcej tego przekornego ciepła, niż zamierzałem, ale nie potrafiłem tego odciąć, nie dzisiaj, nie z tą aurą, która ciągnęła się za mną od rana, jakby cały świat przestał być problemem. Nawet ona to zauważyła, chociaż Geraldine akurat zauważała absolutnie wszystko. Wiedziałem, że rozgryzała mnie w myślach, widziała moje dno w Rumunii, więc oczywiste było, że teraz widziała też ten skrajnie inny biegun.
- Widzę, sze sklomność nie była pielwszą szeszą, któlą cię kalmili w dzieciństwie. - Chciałem zabrzmieć po staremu, tak dla tradycji, ale wyszło pół-żartem. - Ale tak, masz wielkie talenty. Niektóle nawet uszyteszne. - Było w tym więcej żartu, niż byłem skłonny przyznać. Tak jak ona, dopiero od niedawna dostrzegałem, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni, to wcale nie było nieprzyjemne odkrycie. Rozmawianie z nią przypominało teraz rzucanie zaklęć nie po to, żeby kogoś zranić, tylko po to, żeby zobaczyć, jak ładnie iskry odbijają się od ścian.
Kiedy stwierdziła, że moja twarz kłamie i wyglądam „zbyt prawdziwie szczęśliwie”, westchnąłem, ale tym razem bez ciężaru, bardziej jak ktoś, kto został przyłapany na tym, że pozwolił sobie na luksus bycia człowiekiem.
- Jestem niewinny. - Mruknąłem, kompletnie niewinny NIE byłem, ale brzmiało to zabawnie, nawet dla mnie. - I potlafię świetnie oszukiwaś, dziękuję balso.
Jej mina mówiła, że absolutnie w to nie wierzyła, słusznie. Oczywiście, że chciała wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło, bo nie mogła uwierzyć, że w trzy dni można się podnieść z dna. Nie wiedziała, właściwie, że to nie było „podniesienie się”, tylko zmiana całej osi świata, ja sam jeszcze się temu dziwiłem. Gdy wspomniałem o rozmowie, jej twarz zmieniła się w skupioną, słuchała mnie uważniej, niż przywykłem, żeby ktokolwiek słuchał. Może i była słoń w składzie porcelany, ale tylko dlatego, że porcelana nie była stworzona dla niej - Geraldine była stworzona do rzeczy, które wymagały siły, charakteru, ciętego języka i tej bezczelnej szczerości, którą już tak dobrze znałem i naprawdę ceniłem.
- Czasem tszeba cegły. - Przyznałem. - Nawet dwóch. W moim pszypadku mose i tszech. - Całej ściany. Domu. Tego prawdziwego domu.
W jej spojrzeniu zobaczyłem błysk czegoś, czego się nie spodziewałem - nie dumy, nie współczucia, tylko po prostu ludzkiej satysfakcji, jakby naprawdę zależało jej na tym, żebym nie wrócił do Londynu jako trup na nogach.
- Na jedną noc. - Przytaknąłem w sposób bardzo nieprecyzyjny. - Blisko centlum, dobly standald. Stwieldziłem, sze będzie… Odpowiednio. - Odpowiedziałem swobodnie. Cóż, mieszkanie Sun wyglądało jak pobojowisko, jej ojciec nie zniósłby mnie pod swoim dachem dłużej niż minutę, a już na pewno nie „tamtej” nocy… Nie zamierzaliśmy spędzać pierwszego wieczoru, jako małżeństwo, w ruinie ani w domu, gdzie pan Bletchley-pater familias traktował mnie jak klątwę, wynajęliśmy więc najlepszy apartament, jaki mogliśmy dostać bez planowania z wyprzedzeniem. Reszta powodów była przyjemniejsza, bardziej osobista i absolutnie nie na dziś, ani nie na kiedykolwiek, tak właściwie. Nie musiała wiedzieć, że „odpowiednio” oznaczało apartament z prywatną windą, wannę wielkości małego jeziora i łóżko, które widziało więcej akcji w jednej nocy niż większość mebli w całym Londynie w ciągu miesiąca. Noc była intensywna, zbyt krótka, żeby się wyspać, zbyt dobra, żeby przestać wracać do niej myślami, spaliśmy może dwie godziny, a resztę nocy robiliśmy to, co robią ludzie, którzy nagle odkryli, że brak powietrza jest czymś bardzo przyjemnym, jeśli dławi się w czyimś ramieniu. Ale to wszystko zostawiłem dla siebie, Geraldine była koleżanką, kuzynką, przyszłą współpracownicą, kimś ważnym zawodowo - nie osobą, której zamierzałem opowiedzieć, że najpierw Nokturn, a potem luksusowy apartament stał się sceną czegoś, co definitywnie przewróciło mi świat. Bardzo świadomie utrzymałem to na poziomie suchych faktów, nawet jeśli w moim tonie czaiła się nuta satysfakcji, której nie potrafiłem całkowicie wyplenić.
Odchrząknąłem lekko, wracając na ziemię akurat w chwili, kiedy wyszła z pokoju po kawę. Psy poszły za nią, ale jeden został przy mnie, kładąc łeb na mojej nodze, jakby wiedział, że potrzebowałem czegoś, co mnie zakotwiczy, ja zaś usiadłem wygodnie, opierając łokieć o podłokietnik, pozwalając ciału odpocząć. Poczułem coś, czego dawno nie czułem - normalność, spokój, jakby naprawdę nic złego nie wisiało nikomu z nas nad głową.
- Czalna jest idealna. - Odpowiedziałem szczerze, kiedy wróciła i podała mi kubek, uniosłem go od razu. Sięgnąłem po kawę i wtedy to się stało - końcówki moich palców musnęły gorącą porcelanę, drugą dłoń oparłem luźno na kolanie, złota obrączka błysnęła w świetle padającym z ogromnych okien. Nie pomyślałem o tym, nie schowałem jej, nie próbowałem odwrócić ręki - po co bym miał? Sam jej chciałem. Po prostu tam była - naturalnie, zwyczajnie, jakby należała do mnie od zawsze. Ująłem kubek pewniej, spojrzałem na nią przez jego krawędź.
- Dzięki. - Dodałem, z tym samym spokojem i lekkością, które trzymały się mnie cały dzień. Zaciągnąłem się zapachem, wolno, pozwalając aromatowi uspokoić puls, który przypominał mi jeszcze noc sprzed kilku godzin. Odchrząknąłem, spojrzałem na nią. Gdybym mógł zobaczyć swoją twarz z boku, pewnie sam bym się nie poznał, nie byłem już tym samym człowiekiem, którego widziała w Rumunii, nie zamierzałem więcej nim być.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
01.12.2025, 01:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 01:34 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Wiesz, jak jest, czasem nie zauważa się tych najbardziej widocznych znaków. - Nadal się ze sobą droczyli, jednak ton ich wypowiedzi był zupełnie inny od tego wcześniejszego, jeszcze kilka dni temu towarzyszył im rozmowom ciężar, który powodował, że większość ich słów kierowanych do siebie mogła zostać uznana za atak, teraz tego nie było, wręcz przeciwnie, można było wyczuć, że tylko się ze sobą przedrzeźniają.

Łatwo jej było go czytać, bo był jej lustrem, doszła do tego ostatnio, kiedy widziała go na skraju w Rumunii, tłumaczyła sobie, że właśnie dlatego na początku potraktowała go tak, a nie inaczej, bo był do niej kurewsko podobny, co mogło skończyć się albo walką na noże, albo wyjątkowo udaną relacją, zaczęli od tego pierwszego, jednak te kilka ostatnich dni powoli zaczynało prowadzić do czegoś innego. Lepiej dla nich, w sumie to i dla nich i ich bliskich, wielu ludzi ich ze sobą łączyło, dobrze więc aby nie reagowali na siebie jak pies z kotem.

- Raczej ostatnią, Gerard zadbał o moje poczucie własnej wartości. - Wyprostowała się przy tym dumnie, o tak, tatuś dbał o to, żeby nie grzeszyła skromnością, powtarzał jej jaka jest wyjątkowa i wspaniała, robił to tak często, że naprawdę w to wierzyła. - Nie tylko niektóre, po prostu nie miałeś jeszcze szansy poznać większości z nich, jeszcze Cię zaskoczę. - Skoro mieli ze sobą współpracować, to nie miał wyjścia, będzie musiał oglądać jej wszystkie talenty, czy mu się to podobało, czy nie, a naprawdę miała wiele do pokazania.

- Nie wątpię w to, że potrafisz świetnie oszukiwać, naprawdę... - Oczywiście, że zdawała sobie z tego sprawę, gdyby tylko chciał, to na pewno bez większego problemu by ją okłamał, tylko, że nie był w stanie panować nad tym nastrojem, który się w tej chwili wokół niego roztaczał. - ale dzisiaj to nie jest najlepszy dzień dla Ciebie na kłamanie, mówię Ci. - Dodała jeszcze, jakby postanowił skorzystać ze swojej umiejętności oszukiwania wobec kogoś z zewnątrz. Lepiej, aby tego nie robił dzisiejszego dnia, bo łatwo by wpadł.

- Tylko nie przesadzaj z ilością, co za dużo to niezdrowo. - Trzy cegły nie brzmiały, aż tak źle, ale jak zaczął wyliczać, to mogło się skończyć na dziesięciu, a zbyt wiele nawet tych metaforycznych cegieł mogło człowieka dobić, więc łatwiej byłoby to sobie jednak dawkować. On nie wyglądał, jakby ktoś go dobił, więc chyba nie było tak źle.

Naprawdę cieszyła się, że to, co zrobił zadziałało. Chciała dla niego dobrze, widziała, jak cierpiał, Geraldine wbrew temu, że mogła wydawać się bardzo szorstka, to w głębi naprawdę była bardzo empatycznym człowiekiem, nie czerpała radości z cudzych nieszczęść, szczególnie tych, którzy znajdowali się blisko niej, byli jej rodziną, tą z krwi, czy wybraną przez nią.

Wiedziała, że gdyby nie poszedł po rozum do głowy, gdyby nie spróbował rozmawiać, jakoś tego wszystkiego ogarnąć, to nie miałby już nic do stracenia, a ludzie, którzy nie mają nic do stracenia bardzo przypominali samobójców, nie bali się niczego, na niczym im nie zależało, podejmowali decyzje, które nie mogły się dobrze skończyć.

- Skoro tak, to dobrze, że było odpowiednio. - Nie miała pojęcia, co właściwie było odpowiednio, ale wydawał się być zadowolony, a więc nie wnikała. Nie miała pojęcia po co postanowił spędzać noc w hotelu i może to i lepiej, bo zdecydowanie wolała nie słuchać opowieści o jego nocnych przygodach. Byli przecież kuzynostwem, to prawie rodzeństwo... a jak wiadomo, lepiej kiedy rodzeństwo przemilczało pewne sprawy.

Oddaliła się na chwilę, aby zrobić mu kawę, psy poszły za nią, przynajmniej dwa z nich, te które były z nią najdłużej - Pierdoła i Cukier, Znajda została z Benjy'm tak właściwie to nawet nie dziwiło Ger, w końcu razem ją znaleźli, na pewno pamiętała kto uratował ją przed dalszym życiem na ulicy.


Rzut Z 1d100 - 8
Akcja nieudana
◉◉◉○○ - percepcja, czy zobaczy błyskotkę na palcu

Wróciła z kawą, wręczyła ją w ręce Fenwickowi, nic jednak nie zwróciło jej uwagi, ta obrączka na jego palcu chyba lśniła za słabo, a może po prostu jej uwagę odwrócił pies, który wygodnie się na nim ułożył, naprawdę go polubił. - Cieszę się, słabo by było, jakbym nie trafiła w Twoje smaki. - Teraz zapamięta ten wybór, miała nadzieję, że nie kłamał, bo jeśli tak było to do końca życia, gdy będzie pojawiał się w ich domu będzie pił kawę za którą nie przepadał.

- Nie ma sprawy. - Geraldine usiadła na jednym z foteli, który znajdował się na przeciwko kanapy, ledwie zajęła miejsce, a Cukier wskoczył jej na kolana, Pierdoła ułożyła się wygodnie obok kanapy, każde zwierzę znalazło swoje miejsce, czekały na to, co się wydarzy, niby niektóre miały przymknięte oczy, jednak jeszcze nie spały.

- Tak właściwie, nie jestem specjalistką od takich rzeczy, nie wiem, czy chcesz podpisać jakieś dokumenty, jakoś to ogarnąć? Jak właściwie widzisz naszą współpracę, masz jakieś konkretne rodzaje zleceń, które wolałbyś realizować, czy chciałbyś wchodzić we wszystko ze mną? - Musiała od czegoś zacząć, nie spotkali się tutaj, aby rozmawiać o jego wybitnie dobrym humorze, a ich nowej, wspólnej drodze zawodowej.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9033), Geraldine Greengrass-Yaxley (7354)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa