- Och, wiem. - Odpowiedziałem, przechylając głowę z udawaną powagą. - Ty nie zauwasas znaków, ja nie zauwasam subtelności, oboje mamy swoje oglaniczenia. Jakoś musimy s tym szyś.
Właściwie to zaczynałem rozumieć, jak bardzo byliśmy podobni - ten sam sarkazm, to samo przywiązanie do bycia nieustępliwym, ta sama potrzeba udowadniania wszystkiego czynami, nie słowami. Tego nie dało się nie dostrzec, szczególnie po Rumunii. Najpierw trzeszczeliśmy jak dwie stalowe płyty trące o siebie pod złym kątem, a teraz… No, jakoś to działało.
- Jusz nie mogę się doczekaś tej palady twoich talentów. - Odparłem, lekko przechylając głowę. To, że tak swobodnie sobie dogryzaliśmy, było… Sziwnie naturalne. Jeszcze chwilę wcześniej każde słowo między nami wyglądało jak próba wycelowania ostrzem w słaby punkt przeciwnika. Teraz? Jakbyśmy oboje odłożyli noże, chociaż każdy z nas trzymał jeden w rękawie - na wszelki wypadek. Yaxleyowie tak mają, Rookwoodowie też - a, mimo wszystko, wciąż byłem z nich - zła kombinacja na konflikty, świetna na współpracę.
Kiedy rzuciła, że dziś zdecydowanie nie jest najlepszy dzień na kłamanie, uśmiechnąłem się szerzej, znacznie szerzej, niż planowałem.
- Będę pamiętał, szeby dziś tszymaś się plawdy, zanim powiesz całej Anglii, sze zakochany Fenwick nie potlafi panowaś nad mimiką. - Tu kącik ust drgnął mi nieznacznie.
Na słowa o metaforycznych cegłach kiwnąłem głową.
- Spokojnie. Tym lasem było ich wystarczająco, szeby zlobiś posządek s tym, co tszeba. Nauczyłem się pszyjmowaś je na klatę. Po tszeciej lobi się to plawie lelaksujące. - Wzruszyłem lekko ramionami. Nie musiała wiedzieć, że „porządek” obejmował luksusowy apartament, odsłonięte zasłony okien z widokiem na Tamizę nocą, rozpiętą koszulę, zapach hotelowej pościeli i usta mojej żony na mojej szyi - to, jak cholernie dobrze było wrócić do niej jako ktoś, kto już nie musi się wahać, byliśmy „my”, w końcu bez łańcuchów wątpliwości.
Kiedy zniknęła do kuchni, zostałem sam ze Znajdą, która usadowiła się przy moim boku jak wierny strażnik. Dziwne uczucie - ktoś, nawet jeśli pies, pamiętał, że mu pomogłem. Może właśnie dlatego tyle rzeczy dzisiaj we mnie miękło. Ująłem kubek pewniej, a druga dłoń oparła się swobodnie na kolanie, obrączka błysnęła, nawet o tym nie pomyślałem - po prostu tam była, widoczna, oczywista, jakby to, co wydarzyło się ostatniej nocy, było teraz częścią mojej naturalnej postawy, oddechu, ruchu.
Pytanie zadane przez Geraldine było rzeczowe, konkretne, takie, jakie powinno paść na początku współpracy, a nie na końcu rozmowy o prywatnych sprawach.
- Dobla. - Powiedziałem spokojnie, przysuwając się nieco do przodu, opierając łokieć o kolano. - To jak ja to widzę. - Zacząłem, przesuwając dłonią po brodzie. Pozwoliłem sekundzie ciszy wybrzmieć. - Nie zamieszam wybszydzaś. Nie jestem s tych, któszy jęczą, sze coś im nie pasuje. Dokumenty mosemy podpisaś, jeśli tego chcesz, ale ja tego nie potszebuję. Jeśli mówisz, sze chcesz współplacowaś, ja to pszyjmuję. Twoje słowo jest dla mnie umową. - To nie był komplement, to było stwierdzenie faktu. Spojrzałem jej prosto w oczy, poważniej niż przez cały dzień. - Jeśli chcesz coś spisaś, podpiszę. - Przesunąłem dłonią po karku. Spojrzałem na nią poważniej, ale bez utraty tej naturalnej lekkości, która trzymała mnie od rana. - Mogę blaś wsystko. Dosłownie wsystko. - Powiedziałem jasno. - Niezalesznie od losaju, lokalizacji, poziomu komplikacji, stwoszeń, bytów, ludzi, s któlymi tszeba gadaś albo któlych tszeba… Pszekonaś. - Zawiesiłem głos, ale tylko na sekundę. - Nie mam szeszy „poniszej” mnie, nie mam takich, któle uwaszam za „za dusze”. Jak masz coś, co wymaga dlugiej paly ląk, zaufania albo kogoś, kto nie ulodził się, szeby być miłym, jestem do dyspozycji. - Przesunąłem palcem po uchu kubka, a złota obrączka znów błysnęła, niezamierzona, niewinna, szczera. - Pytanie bszmi - dodałem, patrząc jej w oczy - czego ty właściwie ode mnie potszebujesz, Gelaldine?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)