• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[9/10/72] Head in the clouds but my gravity's centered | Benjy, Prudence

[9/10/72] Head in the clouds but my gravity's centered | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
01.12.2025, 23:18  ✶  
Powietrze Nokturnu było inne, kiedy wyszliśmy z pracowni Vane - cięższe, ale w dziwny sposób czystsze, jak po burzy, która przeszła tylko dla nas. Więc może to my byliśmy inni, chociaż tacy sami? Było późno, ulica przygasła, światła stały się bardziej miękkie i przytłumione, mgła osiadła niżej, nieliczne lampy migotały ospale. Noc była gęsta, lepka, pachniała mirrą, mokrym kamieniem i tą dziwną, metaliczną słodyczą, która zostawała po rytuałach silniejszych niż rozsądek.
Przeszliśmy kilka metrów, może kilkanaście, dłoń Prue była w mojej, jeszcze trochę zimna po dotyku srebrnego ostrza, ale i jej, i moja skóra pulsowała życiem - naszym, wspólnym, jakbyśmy oboje wiedzieli, że to jest ten rodzaj chwytu, który będzie nam towarzyszył już do końca. Podążyliśmy kawałek alejką, minęliśmy stłuczoną, bzyczącą latarnię, potem bramę z odpadającą farbą, zawieszoną na jednym zawiasie, a kiedy przechodziliśmy obok jednej z bocznych uliczek, skręciłem lekko, prowadząc ją za sobą, aż weszliśmy w podwórko, które było tak wąskie, że dwie osoby mogłyby tu stanąć tylko blisko siebie, ale dlatego to właśnie tu się zatrzymałem. Zanim zdążyła zapytać „co?”, zanim w ogóle mogła zebrać oddech, odwróciłem się, przyciągnąłem ją do siebie jedną ręką i… Po prostu ją pocałowałem, tak głęboko, tak całkowicie zagarniając usta żony, jakby ten pocałunek musiał nadrobić wszystkie, których jej nie dałem - wtedy, potem, wcześniej, później, przez lata, w każdej wersji świata, w której byłem idiotą, ale też nim nie byłem. To nie był pocałunek, który daje się z rozpędu, to był pocałunek, który ścina kolana, sprawia, że płuca przestają pracować zgodnie z instrukcją. Taki, w którym człowiek traci równowagę, ale nie spada, bo druga osoba stoi dokładnie tam, gdzie trzeba. Jej usta były ciepłe, miękkie i tak znajome, że aż nowe, oddech mieszał się z moim, kiedy przyciągnąłem ją bliżej, bliżej, aż nie było między nami niczego oprócz powietrza zbyt gorącego jak na noc w Londynie.
Oparłem czoło o jej czoło na chwilę, żeby ustabilizować oddech, a potem uśmiechnąłem się szeroko, w sposób, na który normalnie bym sobie nie pozwolił. Wtedy to do mnie dotarło - to, co zostawiliśmy u Vane to było coś więcej niż „spora kwota”. To było bardzo dużo pieniędzy. Bardzo. Na tyle, że normalny człowiek właśnie by płakał albo zgrzytał zębami. A ja się uśmiechnąłem - szczerze, miękko, swobodnie, jakbym znowu miał te swoje osiemnaście lat i nic do stracenia poza dumą.
- Sun, kochanie. - Wymruczałem cicho, głosem, który nawet mnie zdziwił miękkością. - Musimy na sekundę wlóciś do mieszkania. Wiesz, tego. Kawalelki. - Pauza. Krótka. Taka, która zwiastowała głupotę, którą zaraz powiem. Parsknąłem cicho, a echo mojego głosu odbiło się od muru, lekkie, swobodne, pierwszy raz tej nocy wolne od jakiegokolwiek napięcia. Zamrugała, absolutnie zbita z tropu, co tylko wywołało we mnie jeszcze większe rozbawienie. - Oddaliśmy stalej wszystkie pieniądze. - Wyjaśniłem z pełnym, szczerym rozbawieniem, takim, które wypełniało człowieka od wewnątrz i nie dawało mu się powstrzymać. - Wszystkie. - Wybuchnąłem krótkim śmiechem, takim spod nosa, niskim, autentycznym, jak wtedy, gdy byłem za młody, żeby wiedzieć, co to ostrożność.
Prue mrugnęła raz, drugi, a ja nie mogłem powstrzymać kolejnego cichego śmiechu. Może to była adrenalina, może rytuał, może po prostu byłem kretynem, ale to, co powiedziałem, dalej bawiło mnie jak dziecko, które właśnie wymyśliło coś głupiego i genialnego zarazem. Nachyliłem się do niej bliżej, tak że nos musnął jej policzek, a usta prawie dotknęły skóry tuż przy uchu.
- W sensie… Naplawdę wszystkie, jakie mieliśmy pszy sobie, ale to nie jest najlepsze. - Potwierdziłem tonem niezwykle informacyjnym. - Wiesz, sze miałem połowę całej sumy, któlą zablałem ze sobą jak wyjeszczałem do Lumunii? Połowę tego, co pszywiosłem do Wielkiej Blytanii, połowę tego, co tu zalobiłem. - Pokiwałem głową z pełną powagą, która kompletnie kłóciła się z błyskiem w moich oczach. - No. To właśnie ją oddałem. - Przechyliłem głowę, jakbym sprawdzał, czy zrozumiała skalę idiotyzmu sytuacji. My, świeżo poślubieni idioci, zostawieni bez jednego galeona na nocnym Nokturnie. - Zostaliśmy oskubani pszes stalą zaklinaczkę. - Stwierdziłem z nieudawaną radością. - Cholela, kocham tę noc. Kocham cię. - Pochyliłem się i pocałowałem ją jeszcze raz, krócej, ale z tą samą intensywnością.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
02.12.2025, 00:46  ✶  

Odetchnęła głęboko, gdy znaleźli się na zewnątrz, sporo się wydarzyło, potrzebowała złapać oddech, chociaż w przypadku Nokturnu to wcale nie było najlepszym pomysłem, chociaż miała wrażenie, że jego smród nie uderzał w nią teraz tak bardzo, jakby coś się zmieniło, coś poza nimi, bo do tego nie miała najmniejszej wątpliwości.

Nie wypuszczała swojej dłoni z jego, naturalnie dzisiaj przyszło jej splatanie swoich palców z palcami Benjy'ego, jakby nie było żadnej rzeczy bardziej właściwej od tego. Jej ręka idealnie pasowała do tej jego, leżała w niej idealnie. Nie miała pojęcia dokąd ją prowadził, ale nadal szła z nim jakby zupełnie jej to nie obchodziło, bo nie liczyło się dokąd zmierzają, tylko to, że robią to razem, tak już zawsze miało wyglądać jej życie. Na tę myśl, uśmiechnęła się sama do siebie, to zawsze bardzo do niej przemawiało, nie mogła pragnąć więcej, teraz już miała wszystko. Miała wrażenie, że nogi same ją za nim niosą, trochę jakby unosiła się nad ziemią, być może był to efekt tych wszystkich emocji, które ją dzisiaj ogarniały, albo rytuału, który musiał pozostawić jakiś ślad, nie miała pojęcia, co było za to odpowiedzialne, ale okropnie lekko jej się szło, jakby zostawiła gdzieś za sobą cały ten bagaż doświadczeń, a może właśnie tak było, ciężar został wyrzucony i nie miał już nigdy ciągnąć jej w dół.

Weszli w końcu w jedno z wielu podobnych do siebie podwórek, nie miała pojęcia, po co, dlaczego, już miała o to zapytać... tyle, że nie zdążyła tego zrobić. Przyciągnął ją do siebie, zupełnie niespodziewanie i pocałował. Ten pocałunek wyrażał wszystko, te momenty kiedy było między nimi dobrze, ale również niósł ze sobą ciężar tego, co stracili, przy okazji potrafiła wyczuć w nim nadzieję na ich nowe, lepsze jutro. Był głęboki, a zarazem delikatny, nie miała pojęcia, jak właściwie było możliwe, że jeden pocałunek potrafił powiedzieć tak wiele. Nogi jej zmiękły, co nie było dobrym znakiem, bo uniosła się na palcach, kiedy tylko się do niej zbliżył, chciała znaleźć się jak najbliżej niego. Na szczęście był tuż obok, mogła się o niego oprzeć nim zaczęła spadać.

Oparł czoło o jej czoło, widziała ten uśmiech, który malował się na jego twarzy, sama zresztą też nie do końca potrafiła zapanować nad swoją mimiką, kąciki ust same unosiły się jej w górę. Uniosła nieco głowę, aby szturchnąć swoim nosem, o jego. Było jej dziwnie lekko, dawno nie czuła się w ten sposób, wiele zmieniło się tej nocy.

- W porządku. - To przecież nie było nic takiego, spodziewała się, że tam miał swoje rzeczy, musiał je zabrać ze sobą zanim znajdą się... właśnie, gdzie właściwie mieli spędzić noc? Czy był to odpowiedni moment na to, by powiedzieć mu, że jej mieszkanko zostało zdemolowane? Chyba nie, usłyszała parsknięcie, więc czekała na to, co miał jej do powiedzenia, wiedziała, że coś musiało się za nim kryć.

- Co zrobiłeś? - To nie tak, że nie usłyszała, co miał jej do powiedzenia, ale to pytanie samo nasunęło jej się na język. Mrugnęła jeden raz, później drugi, przetwarzała w głowie sobie jego słowa, powolutku, bo przecież nigdzie się nie spieszyli, no chociaż wypadałoby zająć się nocą poślubną, chociaż ta nie powinna im przecież uciec.

- Nie dziwię się, że z takim entuzjazmem podeszła do udzielenia tego rytuału. - Próbowała powstrzymać śmiech, ale skoro oddał jej wszystkie pieniądze, to by wyjaśniało zaangażowanie pani Vane.

Bawiło go to, bawiło go to, że oddał większość dorobku swojego życia starej zaklinaczce, nie pozostawało jej nic innego, jak roześmiać się z nim, ta sytuacja... dali się zrobić jak dzieci, ale dawno nie mieli w sobie takiej beztroski, jakby nic poza nimi nie miało znaczenia.

- Chyba wolę nie pytać o konkretne liczby. - Może lepiej było nie mieć świadomości, jak bardzo przepłacili za udzieloną im usługę. - Chociaż z tego, co mówisz mogło być gorzej, zachowałeś przynajmniej połowę. - Tylko przez to, że nie miał jej przy sobie, nie miała wątpliwości co do tego, że gdyby było inaczej to pewnie zostaliby oskubani do ostatniego grosza.

- Też Cię kocham, mężu. - Nie mogła się powstrzymać przed wypowiedzeniem tego słowa, które zmieniło wszystko, byli małżeństwem, wzięli ślub, teraz mogła całować go w ten sposób do końca życia, czy to nie było wspaniałe?

Kiedy ich usta nieco się od siebie odsunęły postanowiła poinformować go o tej dość naglącej sprawie. - Zapomniałam Ci wspomnieć, tak właściwie to nie było kiedy... moje mieszkanie, moje mieszkanie zostało zdemolowane, aktualnie sypiam u rodziców, więc albo pójdziemy tam, albo... - albo co? Nie do końca wiedziała, nie uśmiechało jej się zatrzymanie w tej kawalerce na Nokturnie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
02.12.2025, 22:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 00:41 przez Benjy Fenwick.)  
Odetchnąłem płytko - nie z powodu brudu, do którego zapachu byłem przyzwyczajony tak, jak inni do cytrusowych środków czystości używanych w urzędach i biurach, ale dlatego, że jej dłoń w mojej wciąż robiła mi coś z sercem, czego nie potrafiłem nazwać. Powietrze ugryzło mnie w płuca, ale po tym wszystkim było to ugryzienie raczej ceremonialne niż dokuczliwe. Nokturn dalej cuchnął jak zawsze, ale mnie ten odór obchodził już tyle, co zeszłoroczny deszcz - a że wtedy mnie tu nie było, cóż. Mgła pachniała cholernie podejrzanie, ale Prue pachniała lepiej, więc świat mógł mi skoczyć. Trzymałem jej dłoń tak pewnie, jakbym już dawno powinien był to robić, jakby palce znały drogę do siebie bez pytania. Nie miałem pojęcia, że człowiek może czuć w płucach lekkie drżenie, którego nie powoduje zimno ani adrenalina, tylko ulga - takie ulotne, jasne drgnienie, jakby powietrze stało się jaśniejsze, chociaż ta część Londynu wyglądała jak zwykle, mrocznie i ponuro, żadna magia nie miała tego zmyć, nawet ta rytualna, naprawiająca to, co błędnie splątane. A jednak, kiedy weszliśmy na bruk, coś było inaczej - nie ona, nie ja, my - ten spójny, absolutnie idiotyczny i cudowny fakt, że splatała ze mną palce tak naturalnie, jakby robiła to od lat. Jej dłoń leżała w mojej jak dobrze wyważona różdżka, prowadziłem ją bez planu, ale z niezachwianą pewnością, że jeśli teraz ją puszczę, to tylko po to, żeby przyciągnąć ją bliżej.
Nie mówiłem nic, szedłem przed siebie, ale prawda była taka, że sam nie wiedziałem, dokąd zmierzamy - chciałem tylko znaleźć fragment prywatności po tym całym szaleństwie, po tym rytuale, który zrobił we mnie więcej przestrzeni, niż się spodziewałem. Przeszliśmy przez bramę, a jej dłoń została w mojej, jakby już dawno wiedziała, że to miejsce jest dla niej, tylko dla niej, nigdy nie miała zamiaru mnie puścić. Patrzyłem na to ukradkiem, trochę jak złodziej patrzący na coś, co właśnie ukradł, coś cholernie rzadkiego, i zastanawiał się, czy to nie sen. Wprowadziłem nas w jedno z tych klaustrofobicznych podwórek, gdzie ściany były tak blisko siebie, że można było usłyszeć własne myśli odbijające się echem, bo chciałem mieć choć sekundę prywatności w miejscu, które prywatność uważało za luksus. A potem tak po prostu zatrzymałem się z nią w tym wąskim podwórku i pocałowałem ją tak, jakbym odzyskiwał wszystkie lata, które nam uciekły. Przyciągnąłem ją do siebie w tym jednym ruchu, w którym zawarło się wszystko, co wypalało mnie przez całą noc, kawałek po kawałku, aż wreszcie puściło pod zaklęciem zaklinaczki - cała nasza przeszłość, straty, te cholernie piekące przerwy i jedno, czyste teraz, które trzymałem za brodę i całowałem, zanim ktokolwiek próbował to ode mnie odebrać. Nie planowałem tego pocałunku, po prostu już nie mogłem oddychać bez dotknięcia jej ust.
Pocałunek był wszystkim naraz. Utonąłem w nim bez zastanowienia, bez hamulców, jakby ściany wokół nas miały się zaraz zawalić, jeśli nie powiem jej w ten sposób wszystkiego, czego nie wypowiedziałem przez lata. Ten pocałunek nie miał w sobie niczego, co dałoby się ująć w prostych słowach - to było wszystko naraz - to, co zjebaliśmy po drodze, to, co odbudowaliśmy, to, co nam zostało, to, czego jeszcze nie dotknęliśmy. Czułem, jak miękną jej kolana, ucieka jej oddech, jak opiera się o mnie dokładnie tam, gdzie powinna. Ja sam też ledwo trzymałem grunt, choć udawałem, że to kwestia nierównej kostki brukowej. Szturchnęła mnie nosem, więc parsknąłem cicho, bo tylko ona potrafiła zrobić coś takiego w podwórzu cuchnącym krwią i starym winem, i sprawić, że to miejsce wyglądało jak środek świata. Jakimś cudem nawet tu, w śmierdzącym podwórku Nokturnu, potrafiła sprawić, że czułem się dobrze. Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to jest ta jedna wersja życia, w której niczego nie chcę spieprzyć, naprawdę niczego - ta jedyna. Złapałem ją mocniej i przez moment poczułem coś w rodzaju triumfu, który nie miał nic wspólnego z pychą. Jej czoło dotykało mojego, jej oddech mieszał się z moim, a ja wiedziałem, że gdyby ktoś nas w tej chwili spróbował rozdzielić, musiałby amputować mi rękę. Palce miała nadal splecione z moimi tak naturalnie, że nawet nie zauważyłem momentu, kiedy to stało się czymś nie do ruszenia, jak pieczęć, której nie da się odkleić bez zostawienia śladu.
A potem zapytała to swoje pierwsze, pełne podejrzenia „Co zrobiłeś?” - znała mnie zbyt dobrze, przymknąłem oczy, rozbawienie tylko mocniej zakotłowało się pod moimi żebrami. Nie ufałem bankowi goblinów ani na tyle, by im powierzyć swoje oszczędności, ani na tyle, by zostawić za sobą jakikolwiek ślad. To były wszystkie moje zabezpieczenia.
- Złoszyłem ofialę ekonomiczną na ołtaszu miłości. - Wywróciłem oczami, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. - Pszewaliłem na tę stalą babę plawie wszystko, co miałem. -  Odpowiedziałem jej, szczerze już na wstępie, bo i tak bym nie wytrzymał udawania. Sun wyglądała na absolutnie zbledłą faktem, że wydałem prawie wszystko, ale jednocześnie walczyła z uśmiechem. To było dla mnie jak małe zwycięstwo, takie czułe, absurdalne. Nie dodawałem, że nie żałowałem ani knuta - trzeba było być idiotą, żeby uznać, że coś takiego można przeliczać na monety. Wzruszyłem ramionami - co miałem zrobić? Chciałem, żeby to było dla nas właściwe, żeby nikt nie mógł tego zakwestionować, ona oddała mi wszystko, więc ja oddałem, co mogłem.
Przymknąłem oczy. To słowo uderzyło we mnie jak ciepło z kominka, kiedy wraca się do domu po kilku dniach biegania po zimnych ulicach, jakby wszystko między nami w końcu wskoczyło w miejsce, które od dawna czekało wolne. „Mężu” - brzmiało to inaczej niż „kochanie”, inaczej niż „Benjy”. Brzmiało… Właściwie, jej śmiech rozluźnił mi barki - to było najlepsze w tym wszystkim, ta lekkość. To, że mogliśmy być idiotami razem. Pocałowałem ją znowu, wolniej, krócej, ale jakby chciał w tym jednym dotyku potwierdzić to, czego już nie dało się odwrócić. Chłonąłem to wszystko, jakbym miał w końcu prawo do tego spokoju. Moje palce zacisnęły się mocniej na jej biodrze, a usta same odnalazły jej wargi, jakby to było jedyne logiczne zakończenie rozmowy o konieczności powrotu do dziupli, bo wydaliśmy wszystko, co mieliśmy przy sobie, chyba było.
A potem rzuciła bombę - zdemolowane mieszkanie. Mrugnąłem wolno, raz, drugi, dziwny, zimny impuls przebiegł mi po kręgosłupie - to ja zamykałem tamte drzwi, to ja pieczętowałem to miejsce, to ja zostawiłem tam zaklęcia, które nie powinny puścić. Nie powinny. Ja to pieczętowałem. Ja. Znałem to miejsce, znałem jego linie zabezpieczeń, pamiętałem, jak reagowały pod moją różdżką. Sam je stawiałem. To nie powinno było pęknąć. Nie od byle czego. Przez sekundę patrzyłem na nią w ciszy, naprawdę czując ten dreszcz, który starałem się zneutralizować szybkim, spokojnym oddechem. To nie była pora na panikę ani na bicie alarmu, nie tej nocy.
- Kto… - Zacząłem, ale ugryzłem się w język, bo nie potrzebowała teraz mojego temperamentu, tylko rozwiązania.
Mieszkanie. Zdemolowane. Rodzice.
Mój kręgosłup zadrżał, tak po staremu, instynkt. Palce miałem wciąż splecione z jej, to ciepło bijące z jej skóry trzymało mnie w ryzach, chociaż pod nim kłębiło się coś ostrzejszego, coś, co podeszło mi do gardła, gdy tylko wypowiedziała te słowa o swoim mieszkaniu. To mieszkanie powinno być bezpieczne jak skarbiec, bezpieczne od wszystkiego, co mogłoby ją skrzywdzić. Coś przejechało mi po kręgosłupie zimnym, paskudnym pazurem, na krótką chwilę zmieniając powietrze wokół mnie w coś zbyt dusznego. Miała rację, nie było kiedy o tym mówić, ale fakt, że nie było kiedy, w połączeniu z tym, że ktoś w ogóle zdołał wejść do środka… Patrząc na nią, czułem, jak narasta we mnie niepokój, choć próbowałem go odepchnąć. Mieszkanie powinno być chronione, z tym rodzajem pewności, który wynikał z praktyki, nie przechwałek. A jednak zostało zdemolowane. Coś musiało pójść źle. Coś musiało się przedrzeć. Co? Kto? Czego chciał?
Przez sekundę zrobiło mi się tak zimno pod skórą, jakby ktoś przytknął mi do karku klingę z tego rytuału. Spróbowałem odsunąć ten cień z twarzy, choć pewnie i tak go zauważyła - zawsze widziała więcej niż chciałem, przyciągnąłem ją bliżej, delikatnie, prawie odruchowo, żeby nie zaczęła się martwić przez moją reakcję. Westchnąłem głęboko, przeciągle, jak człowiek, który właśnie powstrzymywał instynkt wgryzienia się w kark niewidzialnemu wrogowi. Musiałem wypuścić z siebie to napięcie, bo inaczej pchnąłbym rozmowę tam, gdzie nie powinienem.
- Dobsze. Sun, popatsz na mnie. - Już patrzyła, to było metaforyczne i potrzebne mi, bym mógł zebrać myśli. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, spokojnie, tak jakbym nie widział, jak w mojej głowie zapala się cały rząd czerwonych lampek. - Słuchaj. - Powiedziałem, zaciągając mocniej tym nabytym akcentem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy coś mnie naprawdę ruszało. Jej mieszkanie było zdemolowane, dziupla na Nokturnie nie była rozwiązaniem, a jej dom rodzinny tym bardziej nie wchodził w grę. Nigdy jej tego nie mówiłem, nie znalazłem momentu, albo raczej nie chciałem jej tym dokładać do głowy, bo i tak nosiła za dużo, ale jej ojciec nie miał być zadowolony z takiego zięcia - ba, mało powiedziane. Nigdy jej nie powiedziałem, jak naprawdę wyglądała tamta pierwsza wymiana słów sam na sam, jak blisko byłem tego, żeby wyrzucił mnie za drzwi jak zapchlonego psa. Zresztą, wystarczył sposób, w jaki na mnie patrzył, by to wiedzieć, trudno było to nawet nazwać „patrzeniem”. Raczej jakby mierzył mnie, oceniał, szacował, kiedy najlepiej będzie mnie zutylizować. Przełknąłem ten bardzo specyficzny, szczególny uśmiech, który chciał mi się wkraść na usta na myśl, jakby wyglądała reakcja Johna, gdyby zobaczył mnie przekraczającego próg sypialni jego córki po nocy poślubnej.
Nachyliłem się, usta przesunęły się niemal po jej włosach, kiedy mówiłem dalej:
- Nie będziemy kochaś się na twoim dziecięcym łóżku, ani na palszywej kanapie, to nie miejsce na noc poślubną, to miejsce na uciekanie przed długami i śmielsią, ewentualnie na dotykanie twoich dodatkowych dłoni. - W moim głosie znowu pojawiła się miękka, niska nuta, ten młody, lekko zawadiacki ton, który dawniej urywał zdania przed końcem, bo ciało miało priorytet nad słowami. - To jest nasza noc. Pielwsza taka. Jedyna taka. - Odsunąłem się lekko, żeby mogła zobaczyć mój wyraz twarzy, było w nim coś absolutnie prostego - pewność. Przesunąłem dłonią po jej policzku, kciukiem podkreślając linię, którą najchętniej już od tej chwili całowałbym do rana. - Kochanie, my właśnie wyszliśmy s lytuału, któly plawdopodobnie kosztował tyle, co dom w Dolset. Nie zamieszam zabielaś cię ani do twoich lodziców, ani do kawalelki, któla ma wielkość większej szafy. - Pochyliłem się, dotknąłem ustami jej skroni, nie chciałem wypuszczać jej dłoni. Nie chciałem, żeby cokolwiek wdarło się między nas w tę noc, byliśmy połączeni, przypieczętowani, a choć coś we mnie trzeszczało od zmartwień, nie pozwoliłem temu wyjść na powierzchnię. Nie wypuszczałem jej dłoni, ale rozejrzałem się po tej wąskiej wnęce, w której ją pocałowałem, jak po miejscu, w którym kończył się jeden świat, a zaczynał drugi. Zatrzymałem ją lekko przy sobie, jakby to podwórko było chwilową bazą wypadową przed wyborem planu.
- Dobla, Sun. Potszebujemy miejsca, któle nie tszeszczy, nie pachnie zgnilizną i nie ma w wyposaszeniu szczula w loli lokatola. - Pociągnąłem ją lekko za rękę, wychodząc z tego wąskiego podwórka z miną kogoś, kto zaraz będzie musiał powiedzieć coś absurdalnego, ale jednak całkiem logicznego.
Zawahałem się na sekundę, jakby coś we mnie chciało przełączyć się z trybu Nokturnu na coś… Czystszego. Wyszło mi to szybciej, niż powinno, bo stare nawyki nie rdzewieją, nawet jeśli człowiek cały świat udaje przed sobą, że już dawno wszystko spalił do gołej ziemi. Poprowadziłem ją kawałek dalej, palce wciąż miałem splecione z jej palcami, i już nie próbowałem ukrywać, że powoli zaczynam kalkulować, gdzie najlepiej zakończyć tę noc. Nie w brudzie Nokturnu, nie w żadnej klitce, to miało mieć klasę, choćby i połowę majątku pożarła Vane.
- Dobla. - Wziąłem głębszy oddech, odsunąłem jej włosy z policzka. Przyciągnąłem ją bliżej do mojego boku, bo lubiłem czuć, że stoi tuż przy mnie, zanim zacznę coś wyliczać jak rachunek sumienia. - Potszebujemy czegoś… Posządnego, szeby zapomnieś, sze zostawiliśmy pół domu u zaklinaczki, któla nas oskubała jak dwie pszepiękne gęsi. - Westchnąłem cicho, rozglądając się po Nokturnie, który kompletnie się do tego nie nadawał. - W glę wchodzi Savoy. To jest… No, luksus. Widoki, wielkie łószka, obsługa, któla nawet oddycha za cicho. - Uniosłem jej dłoń, muskając knykcie kciukiem. Nie chciałem tej nocy spieprzyć półśrodkami. - Albo Dolchestel. Palk Lane, pełen pszepychu, tlochę jaśniejszy, balsiej elegancki. Jak ktoś chce poczuś się jak ministel s glubą kiesą, to tam. - Zawiesiłem głos, patrząc jej w oczy, bo trzecia opcja aż sama prosiła się o wypowiedzenie. - Clalidge’s. - Kącik moich ust drgnął, prawie niewidocznie. - Savoy jest najbalsiej… Lomantyszny. Dorchester daje największą plywatność. Clalidge’s to… - Parsknąłem pod nosem - Najwyszej, gdzie mosna wejść bes skszydeł. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to musiało brzmieć - ja, cała ta mieszanina Nokturnu, zaklęć, krwi, śmiechu i świeżo upieczonej mężowskiej czułości, a mówię o Savoyu i Claridge’s jak ktoś, kto całe dzieciństwo biegał po marmurach zamiast po podwórku, los miał fantastyczne poczucie humoru. Wychowali mnie w tym złocie i porcelanie, żebym mógł ich potem wszystkich wkurwiać, że nie korzystam. W myślach prychnąłem, bo prawda była prosta - wyglądałem tak, jakby ochroniarz z Savoya miał mnie zaraz poprosić o opuszczenie budynku dla dobra gości. Cały obrazek mówił „podejrzany typ, pewnie nielegalnie oddycha”, a jednak. - Ilonia, co? - Mruknąłem, bardzo cicho, pod nosem, rozglądając się po okolicy, bardziej do siebie niż do niej, choć słyszała każde słowo. - Wyglądam, jakbym miał dostaś zakas wstępu do kaszdego lobby za sam fakt istnienia. - Podniosłem lekko brew. - A mimo to znam kaszdy z tych hoteli lepiej, nisz znają je ludzie, któszy tam telas placują, bo tak mnie wychowali, kocham to, sze los ma takie poczucie humolu. - Przechyliłem głowę z lekkim uśmiechem. Mgła przesunęła się nad brukiem jak powolna fala, dopowiedziałem jeszcze jedno, spokojniej, bo między nami było już tylko ciepło tej nocy, a nie jakiekolwiek ograniczenia świata. - Chyba sze masz inne szyszenia. - Głos miałem niższy, miękki w tej nietypowej manierze. - Nie musimy iść do szadnego s tych hoteli. Mogę się dostosowaś do czegokolwiek, czego sobie zaszyczysz, Pluey. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, powoli, to miało potwierdzić każde słowo. - Nie mam jutlo stałej placy, ósma szesnasta, co jusz ustaliliśmy, nie mam szadnych obowiąsków, nie mam nic, co by nas zatszymało. Mosemy byś gdziekolwiek chcesz. - To była pewna deklaracja.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
03.12.2025, 18:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 18:27 przez Prudence Fenwick.)  

Zasługiwali na krótką chwilę, na to by choć na moment schować się przed całym światem, bo sporo się wydarzyło, wiele spotkało ich tej nocy, nie mieli okazji zaczerpnąć głębokiego oddechu. Nie miała pojęcia dokąd ją prowadził, to nie było jednak istotne, kiedy trzymała jego dłoń w swojej i wszystko wydawało się być właściwe. Nie liczył się smród Nokturnu, te wszystkie paskudne kamienice, które mijali nie miały żadnego znaczenia, dla niej to i tak w tej chwili było najpiękniejsze miejsce na świecie bo była tutaj z nim, a przed chwilą wzięli ślub. No wzięli udział w jakimś dziwnym, starym rytuale, który splótł na zawsze ze sobą ich drogi, to było niesamowite i cudowne i chyba nie była sobie w stanie wyobrazić tego wszystkiego lepiej.

Znaleźli się na tym wąskim podwórku, które było naprawdę klaustrofobiczne, świat znowu na moment się zatrzymał, chociaż nie powinien, ale jednak ponownie dostali swoją szansę. Zatracili się w tym pocałunku, który przypieczętował to, co wydarzyło się tej nocy. Pierwszy pocałunek jako małżeństwo, wszystko mieli dzisiaj robić po raz pierwszy, zaczynali nowe życie, razem. To było niesamowite. Czuła dziwną lekkość, entuzjazm, pojawiło się bardzo dużo emocji, które były naprawdę przyjemne, miała wrażenie, że emanowała jakimś światłem, które dzisiaj się w niej pojawiło. Wszystkie troski odeszły, była tylko i wyłącznie nadzieja na to, że teraz będzie tylko lepiej, bo jak miałoby być, z nim zawsze było lepiej.

Być może to wydarzyło się szybko, mogło wydawać się nieprzemyślane, spontaniczne, jednak tylko oni wiedzieli jak długo wokół siebie krążyli, jak głęboko sięgała ta więź. Wszystko zaczęło się tamtego pierwszego września, kiedy trafiła z nim do jednego przedziału, już wtedy wiedziała, że będzie dla niej kimś wyjątkowym i mimo tego, że ta droga nie była przyjemna, to w końcu skończyła jako jego żona, a teraz całowała go, jakby jutra miało nie być w jakimś obskurnym podwórku na Nokturnie, naprawdę nie przewidziałaby tego, jak zakończy się ta historia, a może rozpocznie, przecież to był dopiero ich początek, nowa droga, którą wybrali, którą przypieczętowali, czego świadkiem była tamta zaklinaczka. Swoją drogą, nie mogłaby sobie wymarzyć piękniejszej ceremonii, tylko oni, przed sobą, połączeni rytuałem.

- Warto było, co nie? - Zapytała jeszcze nie mogąc zapanować nad uśmiechem, który pojawił się na jej twarzy. Prosta sprawa, oddał starej babie prawie całe swoje pieniądze, nie ma się co dziwić, że tak ochoczo podeszła do sprawy i się zaangażowała. Pewnie nie widziała takich pieniędzy od lat. Nie było to szczególnie rozsądne, ale cóż, skoro chcieli ślubu teraz, od ręki, to nie mieli za bardzo innego wyboru. To było popaprane, szalone dokładnie tak jak oni, już dawno przecież ustalili, że nie byli całkiem normalni.

Oczywiście, że było warto, dla tych wszystkich pocałunków, dla wspólnego życia, które miało być teraz najlepsze. Pocałował ją ponownie, poczuła palce zaciskające się na jej biodrze, zupełnie nie przejęli się najwyraźniej tym, że nieco przepłacili za usługi tej starej zaklinaczki, nie było się przecież czym przejmować, już nie.

Powinna mu była powiedzieć o tym wcześniej, jednak trochę nie było okazji, zresztą, czy właściwie było o czym mówić, ktoś zdemolował jej mieszkanko, jej azyl, takie rzeczy się zdarzały, chyba? Nie wspominała o szczegółach, to nie był na to odpowiedni moment, nie chciała psuć im tej nocy, która przecież powinna być najpiękniejszą ze wszystkich. Bez sensu było teraz to rozdrapywać, bo przecież to i tak niczego nie zmieniało.

Bardziej wspomniała o tym, bo nie mieli tak naprawdę dokąd pójść. Mieszkała u rodziców, co było dla niej symbolem porażki, tego, że sobie sama nie poradziła, nie była w stanie zapewnić sobie miejsca do bytowania, niczym mała dziewczynka, więc wróciła do domu rodzinnego.

Kto? Nie wiedziała kto, nie miała pojęcia komu przeszkadzała na tyle, że postanowił zniszczyć jej dom. Próbowała się tego domyślić, ale jakoś odpowiedź nie przychodziła. Zresztą też nie do końca wiedziała, jak udało się tej osobie wejść do środka, bo przecież Benjy o to zadbał, nie chciała jednak teraz o tym myśleć. Wzruszyła więc jedynie ramionami, jakby to miała być odpowiedź na wszystko. Nie miała pojęcia kto to zrobił, nie chciała tego wiedzieć, może był to jakiś dziwny zbieg okoliczności, jasne, na pewno, szkoda tylko, ze wszystko wyglądało raczej jak zemsta, tylko nie do końca wiedziała, kogo skrzywdziła. Wypadałoby jednak znaleźć jakieś rozwiązanie, poszukać możliwości, byli nowożeńcami, potrzebowali swojego własnego kąta, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

Patrzyła na niego cały czas, nawet na moment nie odwróciła wzroku, wiedziała do czego zmierzał, miała zamiar słuchać go uważnie, co też nie było niczym nowym - zawsze to przecież robiła. Zapewne jak zawsze coś wymyśli, pojawiał się problem, musiało istnieć na niego rozwiązanie, bardzo prosta sprawa. To jej nie było odpowiednie na ten moment, wybrała najprostszą opcję z możliwych, wróciła do swojego starego pokoju, bo tak jak mówili rodzice, zawsze znajdzie się u nich dla niej miejsce. Nie, aby jakoś szczególnie podobało się jej spanie w tym łóżku z różowym baldachimem w towarzystwie kilkunastu pluszaków, które nadal tam były z jakiegoś sentymentu, pogodziła się z tym jednak bo to miało być tylko na chwilę, chociaż miała wrażenie, że rodzice wyjątkowo ucieszyli się z tego, że do nich wróciła. Ojciec chodził jakiś taki bardziej zadowolony, kiedy widział, kiedy wraca do domu i że nie wychodzi z niego zbyt często, czego do końca nie rozumiała, bo przecież była dorosła.

- Słucham. - Powiedziała cicho, przecież zawsze go słuchała, to nie było żadną nowością. Nachylił się nad nią, tak, że praktycznie muskał ustami jej włosy, łatwo jej było przywyknąć do tego, że tak miało być już na zawsze. Razem, przeciwko wszystkiemu, przeciwko problemom, małym i dużym, nigdy nie będzie już sama. Odetchnęła cicho, czuła ulgę, ogromną ulgę, że tak im się to poskładało.

- Nie mogę się z tym nie zgodzić. - Miał rację, oczywiście, że miał rację, mogła wziąć ślub na Nokturnie, ale nie zamierzała pieczętować ich związku w tym miejscu, nie w tej obskurnej dziupli, w której czasem zdarzało jej się bywać, to nie było miejsce, w którym chciałaby się w nim zatracić, a nie da się ukryć, że nie mogła się doczekać tego momentu. Pierwszy raz będą się kochać jako małżeństwo, należąc już tylko wyłącznie do siebie. To miało być niesamowitym przeżyciem, Nokturn nie był tego godny, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, zresztą jej pokoik w domu rodzinnym wcale nie wypadał dobrze przy Nokturnie.

Widziała to w jego oczach, nie zamierzał pozwolić na to, żeby skończyli, a może wręcz zaczęli w tym miejscu. Znała tę determinację, podejrzewała, że już znalazł jakieś rozwiązanie, jak zawsze był krok przed nią.

Przymknęła na moment oczy, naprawdę nie chciała się roześmiać na te słowa. Dom w Dorset... ten rytuał naprawdę ich wiele kosztował, chyba nie zakładała, że to była, aż tak wielka suma pieniędzy. - Dobrze, coś wymyślimy. - Naprawdę starała się brzmieć tak, jakby w to wierzyła, jednak było już późno, co nieco ograniczało ich możliwości, z drugiej strony o tej porze nie powinno im się udać wziąć ślubu, ale to zrobili, więc może faktycznie nie powinna od razu zakładać najgorszego scenariusza. Nic nie miało im przeszkodzić w tym, aby ta noc była idealna, na taką na jaką zasługiwali. Przyciągnął ją do siebie, trwała w tym jego uścisku, tak właściwie to miała wrażenie, że jej cały świat znajduje się właśnie tutaj.

- Są to całkiem wysokie wymagania. - Ruszyli ponownie przed siebie, znowu w nieznane, bo póki co nie mieli żadnego planu, kiedy jednak miała palce splecione z jego, to nie było ważne, wiedziała, że tak, czy siak zaraz uda im się coś wymyślić. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

Dostrzegała, że Benjy już zaczął kalkulować, układał plan, widziała to po jego mimice, miał ten swój wyraz twarzy, którego nie dało się pomylić z niczym innym. No i wtedy znowu się odezwał. - Może już lepiej nigdy do tego nie wracajmy, zaklinaczka przypadkiem chyba trafiła na najlepszą okazję w swoim życiu. - Nie sądziła, że ktoś byłby w stanie jej zapłacić za jakąkolwiek usługę hojniej niż oni tej nocy.

Bardzo szybko podsunął jej możliwości. Chyba nie do końca tego się spodziewała. Nie powinna jednak zapominać, że pewnych rzeczy nie dało się z człowieka wyplenić. Nadal, gdzieś tam pod spodem miał w sobie coś z tego chłopca, który wiedział, czym jest luksus. - Moglibyśmy rzucić monetą, wybierz dwa i niech los zadecyduje za nas. - Ten dzień był inny od wszystkich, dlaczego by więc nie pozwolić na to, żeby znowu wszystko wyklarowało się samo?

- Savoy albo Dorchester, orzeł, reszka. - Dwie pierwsze opcje, bo czemu by nie. Skoro to miała być wyjątkowa noc, mogli sobie pozwolić na coś takiego, wyjątkowego. - Tylko, czy mamy jakąś monetę? - W końcu oddali swoje sakiewki zaklinaczce.

- Nie mam innych życzeń, wszystkie moje już się spełniły, najważniejsze, że będziemy razem, w miejscu innym niż Nokturn, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał, gdzie będziemy mogli na chwilę zniknąć. - Ukryć się przed całym światem, aby w końcu być razem, w końcu przypieczętować tę zmianę.

Zabawne było to, że dyskutowali o wyborze miejsca w którym mieli spędzić noc na tym obskurnym Nokturnie, zwłaszcza, kiedy wspominał o najlepszych hotelach w Londynie, nie wydawało jej się, aby to miejsce często widziało takie dyskusje i rozważania, ale to właśnie było ich. Istnieli gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi światami i mogli czerpać z nich wszystkich.

- Muszę być w ministerstwie po południu, więc mamy trochę czasu, który możemy odpowiednio wykorzystać. - Dopiero za kilkanaście godzin będzie musiała pojawić się w pracy, na szczęście nie najgorzej się to ułożyło, chociaż był to odpowiedni moment na to, by wykorzystać te wszystkie dni urlopu, które zbierała, bo nie miała w zwyczaju z nich korzystać, na pewno nie znajdzie na to lepszego momentu.

- Tak, jest w tym nieco ironii, ale nie przeszkodzi to nam w tym, żebyś wrócił do korzeni, coś czuje, że nadal będziesz potrafił się w tym odnaleźć. - Mimo, że przecież musiał się w dość drastyczny sposób pozbyć tych naleciałości, czy przyzwyczajeń, to na pewno taki powrót, na jedną noc nie będzie żadnym grzechem, zasługiwali na wszystko, co najlepsze.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3011), Prudence Fenwick (2406)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa