• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy

[09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
03.12.2025, 19:06  ✶  

Drugi raz tej nocy pokonywali te same schody, tym razem jednak nikt nikogo za sobą nie ciągnął. Szli równo krok w krok, dużo spokojniejszym tempem niż wcześniej, bo wszystko się ułożyło, wszystko w końcu było na swoim miejscu, jej dłoń spleciona z jego, łapała się na tym, że spoglądała na to co jakiś czas, jakby chciała się upewnić, że faktycznie tak to wygląda.

Były to ich ostatnie minuty na Nokturnie, podjęli decyzję, że dalszą część nocy spędzą gdzieś indziej, w miejscu, które bardziej pasowało do okoliczności. Jeszcze nie zadecydowali o tym, do którego hotelu się udadzą, gdzie wylądują, nie mieli bowiem przy sobie żadnej momenty, tak jak sądziła - zaklinaczka nie zostawiła im ani złamanego knuta. Nie było to jednak problemem, bo jak się okazało Benjy pozbył się podczas tego wieczora tylko połowy swojego majątku, co było nieco pocieszające, ale tylko nieco, zważając na to, jak dużo zapłacili tamtej kobiecie.

Nadal uważała jednak, że to było warte każdej ceny. To, jak teraz czuła się lekko, zostały za nią wszystkie niewyjaśnione sprawy, które ciążyły jej jak kula u nogi, widziała, że w nim też się coś zmieniło. Może naprawdę, żeby zacząć nową drogę trzeba było zakopać wszystko, co złe. Nigdy chyba nie czuła takiego spokoju i pewności, że wszystko jest na swoim miejscu, oni byli, on był obok i to chyba było wystarczające, bo to przy nim od zawsze było jej miejsce na ziemi.

Dotarli do drzwi, które udało im się całkiem szybko otworzyć, weszli do środka. Prue od razu zapaliła światło, tym razem mieli na to czas, nie mógł zresztą po ciemku zbierać stąd swoich rzeczy, bo jeszcze by czegoś zapomniał. Nie wypuściła póki co jego dłoni ze swojej, dobrze było czuć palce mężczyzny splecione z jej. Przywykła do tego ciepła, które czuła pod skórą.

Kiedy zapaliła światło spojrzała na niego, wpatrywała się w Benjy'ego bardzo długo, a jej twarz powoli zaczęła gdzieś gubić swój kolor, zrobiła się blada, jakim cudem wcześniej tego nie zauważyła? Nie miała pojęcia. Pewnie przez to, że ciągle otaczał ich mrok, towarzyszyła im ciemność, dopiero teraz miała szansę zobaczyć go w świetle. Przesunęła spojrzenie na rękę, w którą oberwał - ta też nie wyglądała najlepiej. To miała być bardzo pracowita noc i nie chodziło jej wcale o noc poślubną.

- Co Ci się stało? - Nie miała pojęcia, jak mogła być, aż tak nieuważna i nie, nie chodziło jej o pokiereszowaną rękę i tę świeżą ranę, a o jego twarz, na której widziała siniaki, fioletowo, zielono różowe, mieniły się w świetle.

- Kiedy Ci się to stało? - Kolejne pytanie padło z jej ust. Patrząc na kolor, to jak wyglądała opuchlizna zakładała, że coś wydarzyło się kilka dni temu, cztery? Być może to była odpowiednia liczba, może trochę więcej, jednak było całkiem świeże.

- Czy coś Cię boli? - Powinna była wcześniej zająć się jego ręką, teraz mieli na to krótką chwilę, więc może warto byłoby zadbać o to, żeby dotarł do tego hotelu w jednym kawałku, szkoda by było, gdyby zgubił gdzieś po drodze rękę. Niby miała dwie na zmianę... ale wolała te jego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
03.12.2025, 20:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 20:41 przez Benjy Fenwick.)  
Drzwi ustąpiły od razu, weszliśmy do środka, a jasność walnęła mnie w oczy tym swoim bezczelnym „no to pokaż, Fenwick, co tam masz”. Zatrzymałem się ledwie krok za nią, kiedy światło buchnęło jak zaklęcie ofensywne i odsłoniło całą prawdę o mojej twarzy. Mrużyłem oczy sekundę dłużej niż powinienem, i kiedy otworzyłem je z powrotem, ona już patrzyła na mnie jak na coś, co zaraz zacznie się osuwać na ziemię. A przecież stałem. Stałem całkiem stabilnie, tylko trochę… Krzywo. Jej wzrok poleciał najpierw na moją twarz, potem na rękę, tę gorszą, potem na tę drugą, też kiepską, ale przynajmniej w jednym kawałku. Ja za to patrzyłem na nią - bardzo spokojną, bardzo bladą i bardzo moją.
„Oho,” pomyślałem. „Zaraz zauważy, że brakuje mi kawałka jedynki. Trudno, małżeństwo to małżeństwo, już jest po przysiędze, nie może mnie oddać.” 
- Jeśli telas wyglądam dlamatysznie, to poczekaj, asz zobaczysz mnie bes koszuli. - Ruszyłem lekko brwiami, tak jak robiłem to zawsze, w odległej przeszłości, kiedy próbowałem ją rozśmieszyć, albo chociaż odciągnąć od powagi.
Przeżyłem już parę takich momentów w życiu, kiedy ktoś pierwszy raz widział mnie po robocie i robił wielkie oczy, ale nigdy jeszcze nie była to moja żona. Nowa. Świeża. Jeszcze ciepła z Nokturnu. Jej palce wciąż trzymały moje, a ja poczułem, jak mięsień na policzku drgnął mi lekko, jakby chciał się uśmiechnąć, ból nie powstrzymał go przed nadmiernym optymizmem. Kiedy tak na mnie patrzyła, jakby właśnie zobaczyła moje zdjęcie z miejsca zbrodni, wyrwało mi się ciche, krzywe prychnięcie - bagatelizujące mój stan? Tak. Szczere? Również.  Uniósłem brwi, jakbym musiał sobie przypomnieć, który z incydentów dziś kwalifikował się na główne wydarzenie wieczoru. Wydałem z siebie kolejny krótki, niski dźwięk, coś między parsknięciem a westchnieniem, bo sam nie wiedziałem, od czego zacząć, by się nie martwiła. To był ten rodzaj zblednięcia, który znałem u niej aż za dobrze - taki, w którym najpierw robiła się cicho, potem nienaturalnie spokojna, a dopiero na końcu zadawała pytania, dokładnie to robiła teraz.
- Eee… Lumunia? - Mruknąłem w końcu. - Cztely dni temu? - Wywróciłem oczami, próbując sobie przypomnieć, ale coś mi się nie kleiło. - Albo tszy. Albo pięś. Wygląda to na cztely, nie? No, s glubsza. Doktolowa wywaliła mnie pszes balkon. S pielwszego piętla, spokojnie, nie s jakichś wysokości, nie panikuj. Poszło o… Cósz… Kobieca solidalność, i… No, w kaszdym lasie potem wielka, wiejska gęś, tym lasem płci męskiej, miała do mnie ploblem. - Rzuciłem to tak spokojnie, jakbym mówił o potknięciu na schodach. Przecież mówiłem, że nie lubię tego kraju i nie chcę go odwiedzać - w Rumunii wszystko albo chce cię zjeść, albo oskubać, chce cię przekląć, albo jedno i drugie, i trzecie, czasem w kolejności losowej. - Wiesz, że gęsi są aglesywne, ale tesz tlafnie pszepowiadają sukcesy miłosne? Bo ja jusz wiem. - Uniósłem pogryzioną rękę, tę, za którą trzymała mnie w drodze, żeby jej zaprezentować ślady po dziobie, i dopiero jak to zrobiłem, poczułem, jak bardzo mnie to właściwie ciągnęło.
- Pruey, kochanie… Ja mam w tej chwili sześć plocent ciała, któle nie boli. Jak chcesz, mogę ci pokazaś któle, ale podejszewam, sze akurlat tego nie miałaś na myśli. - Nie żartowałem po to, żeby zbagatelizować własny stan - po prostu tak działałem. - Hej. Szyję, pszeciesz widzisz. -  Nachyliłem się, żeby mogła mnie sprawdzić tą śliczną parą oczu jeszcze raz, z bliska. - Gdyby było naplawdę źle, to bym nie szedł po schodach. Tylko laczkował. Lewą. Bo plawą to jusz ślednio. - Wypuściłem powietrze powoli, z tym krótkim, zawieszonym westchnieniem, które samo mówiło „to nie wygląda tak źle, jak wygląda”. Przez moment w jej oczach było coś ostrego, jakby wyrzucała sobie, że tego nie zauważyła. Ścisnąłem jej dłoń mocniej, tym razem świadomie.
- Ej. Spokojnie. Gdyby bolało na dziewięś, powiedziałbym. Obiecałem, pamiętasz? - Przekrzywiłem głowę, żeby skupiła się na moich oczach, nie na kolorach tęczy, które miałem na twarzy. - To jest jakieś… Pieś. Mose cztely pięś, zaleszy od kąta. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tym swoim typowym, całkiem bezczelnym błyskiem w oczach.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
03.12.2025, 22:25  ✶  

Jasność wyjątkowo ją oświeciła. Nie miała pojęcia, jak mogła być taka ślepa, że nie widziała wcześniej tych kolorów na jego twarzy. Miłość oślepiała, czy coś... zdecydowanie coś w tym było, no i półmrok Nokturnu miał również z tym coś wspólnego. Teraz jednak widziała każdy szczegół, każde zadrapanie na jego twarzy, na jego rękach, nic nie miało się przed nią ukryć, a to był dopiero początek, oczywiście, że nie były to jego jedyne obrażenia.

- Coraz bardziej nie mogę się doczekać, aż ją z Ciebie ściągnę. - Powiedziała jeszcze, chociaż miała ochotę przewrócić oczami. To był cały Benjy, bagatelizował stan swojego zdrowia, niestety niedługo mu się to ukróci, bo Prue będzie mogła do oglądać, bardzo dokładnie, codziennie, jeśli zobaczy nowe rany, czy zadrapania, na pewno nie omieszka czegoś z nimi zrobić. Nie mogła pozwolić na takie podejście, była cholernym uzdrowicielem.

Zresztą od jego stanu zdrowia zależała jego skuteczność, nie mógł pozwalać sobie na takie sytuacje, bo przez to mogły przytrafiać się kolejne, nie miała pojęcia dlaczego podchodził do tego tak lekko. W sumie zawsze to robił, nigdy się sobą jakoś specjalnie nie przejmował, zadba o to, aby nieco się to zmieniło, znajdzie odpowiednią metodę, kiedy jej na czymś zależało, to potrafiła to osiągnąć. Zmrużyła oczy, nieco odpłynęła myślami, bo tak, zaczęła to sobie właśnie planować. Później do tego wróci.

- Obstawiałam cztery, ale nie tak łatwo to odgadnąć po samym kolorze. - Te w przypadku siniaków na twarzy lubiły zmieniać się bardzo szybko, rzadko kiedy dało się dokładnie ustalić datę powstania obrażeń, miała w tym dość spore doświadczenie, a mimo wszystko sama nie była do końca pewna.

Otworzyła szeroko oczy, jakimś cudem udało się jej nie otworzyć ust ze zdziwienia. Doktorowa wywaliła go przez balkon. Wywaliła go przez balkon? Co jest. Będzie musiała porozmawiać z Ambroise'm na temat zachowania jego żony, powinien ją nieco utemperować, nie wyrzuca się ludzi przez balkon!

- Kobieca solidarność? - Uniosła pytająco brew. Cóż, nie miała pojęcia, co się tam wydarzyło, był taki moment, że ona sama miałaby ochotę wyrzucić go przez balkon, jednak ona należała do osób, które nie zrobiłyby czegoś takiego, wystarczała jej sama wizualizacja. - Nie wnikam, ale to nie było rozsądne. - Miała wrażenie, że tamta tak jak i Benjy nie do końca zawsze wybierała rozsądek.

- Zdołałeś pokłócić się z gęsią? Nieźle, naprawdę nieźle. - Spojrzała na jego dłoń, tę w którą ugryzł go ptaszor, to było niesamowite, czy jednak cokolwiek powinno ją jeszcze w nim dziwić? Nie wydawało jej się.

- Słyszałam, że są agresywne, ale nie wiedziałam, że potrafią przewidzieć takie rzeczy, czy poszedłeś po poradę miłosną do gęsi? - Mrugnęła, ale musiała zadać to pytanie, to było pokręcone.

- Sześć procent ciała, nieźle, naprawdę nieźle. Wiesz, że Ci tego nie odpuszczę, prawda? - Musiał to wiedzieć, postanowiła jednak przekazać mu to werbalnie, niech nastawi się na naprawdę przyjemny wieczór. - Obejrzę Cię bardzo dokładnie. - Nie zamierzała ominąć nawet kawałka jego ciała.

- Niby widzę, ale się zastanawiam jakim cudem, chociaż może przestanę, przyjmę po prostu, że tak już masz. - Jakby faktycznie mogła się z tym pogodzić, musiała się jednak zacząć do tego przyzwyczajać, czyż nie? To na pewno nie miało się zmienić, jedyne co wchodziło w grę to to, że będzie mogła się nim odpowiednio zaopiekować, kiedy znowu oberwie.

- Na siedem i pół, obiecałeś na siedem i pół i nie zejdę niżej, umowa nadal obowiązuje. - Nie mogła się zgodzić na dziewięć, ustalili już przecież dawno temu, że dziewięć to było prawie umieranie, więc w ogóle nie brała takiej opcji pod uwagę.

Spoglądała mu w oczy, bo nie umiała inaczej, kiedy się tak nad nią nachylał, więc całkiem skutecznie przyszło mu to odwracanie uwagi od jego twarzy. - Chyba wolę nie wiedzieć, jak wygląda Twoja dziewiątka. - Jeśli to było cztery, bądź pięć...



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
04.12.2025, 00:47  ✶  
Stała przede mną z tym swoim spojrzeniem „zaraz cię położę na ziemi i opatrzę, czy ci się to podoba, czy nie”, a ja mogłem tylko westchnąć, bo… Tak, to była dokładnie ta część małżeństwa, której się spodziewałem. Albo i nie. Chyba miałem nadzieję, że trochę później zobaczy na mnie wszystkie kolory tęczy, a nie w pierwszych minutach po ceremonii. Drgnąłem lekko, kiedy powiedziała, że nie może się doczekać, aż zdejmie ze mnie koszulę. Miałem przez sekundę bardzo miłą wizję, która natychmiast została brutalnie zmielona przez myśl, że chodzi jej o ubrania tylko w kontekście obrażeń - życie bywało okrutne. No, przyznam, że zabrzmiało to obiecująco, ale w jej głosie nie było ani odrobiny tego tonu, który lubiłem - raczej ten medyczny,  taki, po którym człowiek zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafi zaraz pod skalpel. Mimo to, kiedy zasypała mnie tym wszystkim, co mówiła - tą mieszaniną uzdrowicielskiej paniki, żony, która dopiero co odkryła, co poślubiła, i kobiety, która prawdopodobnie właśnie w duchu planowała całą strategię poradzenia sobie z tym nieoczekiwanym zwrotem akcji - od razu wiedziałem, że się wkopałem, ona nie żartowała, ona naprawdę miała w oczach plan, i to nie byle jaki - plan, który kończył się mną bez koszuli i z toną maści na całym ciele.
- „Colas balsiej nie mogę się doczekaś, asz ją s ciebie ściągnę”. - Powtórzyłem za nią cicho, mimo to, zupełnie innym tonem, unosząc brwi. - Wiesz, pani Fenwick… Tak się składa, sze ja tesz nie mogę się doczekaś, asz to zlobisz. S zupełnie innych powodów, ale mosemy się spotkaś poślodku. - Byłem pewien, że rzuci mi to swoje spojrzenie „przestań, bo nie mam na to czasu”, dobrze wiedziałem, że właśnie miała. - No co? - Odniosłem ręce, dopóki mnie nie szarpnęło bólem i szybko je opuściłem. - Sama zaczęłaś. - Ten błysk w oczach… Znałem go. To był błysk „będziesz milczał, bo cię naprawiam”, a potem, oczywiście, wróciliśmy do konkretów. Patrzyła na mnie tak, jakby naprawdę robiła obliczenia, jakby już mentalnie katalogowała każdy odcień fioletu na mojej twarzy.
- Cztely tesz mają moje popalsie. - Odparłem, kiwając głową z miną znawcy. - Cztely to taki ładny wynik. Siniaki dobsze się staszeją po cztelech. Statystycznie tlafiasz lepiej nisz większość medyków polowych, któlych w szyciu widziałem. - Potarłem szczękę, która bolała, ale bolała w sposób, do którego już zdążyłem się przyzwyczaić, więc mogłem udawać, że to nic, że jestem twardy, że daję radę.
Zmrużyła oczy tak, że wyglądała, jakby właśnie oceniała, czy przypadkiem nie powinna się teleportować do tej kobiety natychmiast, nawet jeśli była trzecia nad ranem. Zrobiła tę swoją minę, w której było pół „Benjy, przestań”, pół „Benjy, kontynuuj” - piękne połączenie.
- Tak, wyszusiła mnie pszes balkon. - Przyznałem, z taką swobodą, z jaką inni ludzie mówią „spóźniłem się na autobus”. - Ale wiesz… Wyszucanie mnie pszes balkon to nie jest jakiś ewenement w moim szyciu. W kaszdym lasie… Lot był klótki. A lądowanie w mialę miękkie, jeśli uwzględnisz, sze chodnik liczy się jako „stały, bespieczny glunt, s któlego jusz nie mosna upaść niszej”. - Westchnąłem ciężko, jak człowiek, który wie, że nie ma żadnego argumentu, by to brzmiało lepiej. - No, tak. - Odparłem. - Najpielw była miła, jak na nią, potem nagle stała się balso solidarna wobec pewnych innych kobiet, któle mają do mnie pletensje. Tak to wyglądało. Ja tylko nie zgodziłem się s jednym jej pszekonaniem. A potem, jeb, byłem w powietszu, ale to cool, telas jest moją ziomeczką. Tszymała mi włosy, to plawie jak pszyjaśń. - Nie, to nie było prawie jak przyjaźń, nie sądziłem, by kiedykolwiek miało nią być, ale no.
Potem przeszło do gęsi, co, jak dla mnie, było absolutnie naturalnym krokiem naszej rozmowy,  przysunąłem moją dłoń bliżej jej twarzy, jakbym prezentował jakieś odznaczenie wojenne.
- Absolutnie tak. - Odparłem z pełną powagą. Pokręciłem głową, jakbym sam nie wierzył w to, że to opowiadam. - Ona pielwsza zasugelowała, sze nadajemy się na małszeństwo. No, on, tak właściwie. Dziobnął mnie w lękę i to był znak. W Lumunii to się nazywa błogosławieństwo. - Uśmiechnąłem się szeroko z tą moją tęczową twarzą w kolorach bruise-de-luxe. Zadarłem głowę odrobinę wyżej, żeby przypomnieć sobie dokładnie słowa tamtej grupki rumuńskich dziewczyn. - Upieldolił mnie s zaskoczenia, wtedy podeszły do mnie takie wiejskie dziewczyny, popatszyły na mnie jak na objawienie i zaczęły gadaś. - Utkwiłem w niej wzrok, a potem wyprostowałem się teatralnie, żeby odegrać ten rumuński akcent, który wciąż słyszałem w głowie. - Jedna wbiła palec we mnie i powiedziała „ty, pan… glyźć gąś… To dobsze! Znak! Ty mieś… Szczęście w miłoś. Ty telas. Balso kochaś… Szybko.” - Spojrzałem na Prue bardzo poważnie, prawie ceremonialnie. - „Ty… Mieś doble kochanie!” - Uśmiechnąłem się półgębkiem, tym mniej zsiniałym. - No, więc, moja dloga, wynika z tego, sze jestem telas, cytując lokalne źlódła, człowiekiem o… „Doblym kochaniu”. Glatulacje, wyblałaś właściwie. - Uśmiechnąłem się już szeroko, albo raczej tak szeroko, jak pozwalała mi opuchnięta warga.
Przez chwilę patrzyłem na nią, jak przyglądała się moim ranom z tą chirurgiczną dokładnością, która zawsze trochę mnie przerażała.
- Nie patsz tak, ja wiem, sze cię kusi, szeby mnie połoszyś i posplawdzaś wsystko po kolei. - Powiedziałem spokojnie, chociaż nadal tym luźnym tonem, z wyraźnym błyskiem w oczach. - Ale ja tylko pszypomnę, sze to nasza noc poślubna, nie sekcja zwłok. - Przybrałem minę niewiniątka, w oczach jednak na pewno tlił mi się ten sam bezczelny ogień, który tak często mnie gubił.
„Obejrzę cię bardzo dokładnie.” Okej. To zabrzmiało… Interesująco. Przyglądała mi się tak intensywnie, że aż uniosłem brwi.
- Ale jeśli chces mnie obejsześ balso dokładnie, to ja balso dokładnie się nie będę spszeciwiał. - Zrobiłem poważną minę, a potem parsknąłem śmiechem. Odchyliłem się odrobinę, odpuszczając powagę, bo nie była moja domeną, ale potem rzuciła tekst, który mnie zatrzymał.
„Umowa była na siedem i pół.”
Zamrugałem.
- Pluey, kochanie… Miałem wtedy ile? Dwanaście? Tszynaście lat? Chcesz telas, po tylu latach, losliczaś mnie s umowy z dzieciństwa? To nie fail. Powinnaś wziąś pod uwagę, sze wtedy byłem młody, głupi i zachwycony tobą na tyle, sze mogłem obiecaś ci cokolwiek. - Westchnąłem, teatralnie unosząc brwi. - I właśnie dlatego ta umowa była niewaszna. Dzieci nie mogą podpisywaś kontlaktów, to jest nielegalne. - Ale widziałem, że Prudence nie kupuje tego argumentu, prychnąłem pod nosem, widząc jej minę. Odetchnąłem, wpatrzony w nią z czymś, co było jednocześnie zmęczeniem i rozczuleniem.
Jej ostatnie zdanie - to, że nie chce wiedzieć, jak wygląda moja dziewiątka - wywołało u mnie coś, co nie było już tylko uśmiechem, to był ten rodzaj grymasu, w którym człowiek przez ułamek sekundy wraca do wspomnień, o których wolałby milczeć. Nie zamierzałem dramatyzować, chciałem tylko mówić uczciwie. Nawet się nie zorientowałem, że coś we mnie drgnęło, kiedy wspomniała o dziewiątce. O tym, że nie chce wiedzieć, jak wygląda.
- Dziewiątka… - Powtórzyłem, przesuwając dłonią po policzku, który mniej bolał. - Dziewiątka zdaszyła mi się dwa lasy. - Przez krótką chwilę spojrzałem na nią inaczej, trochę poważniej, niż chciałem. - Pierwszy las… Cósz, byłem głupi, młody i pszekonany, że jestem nieśmieltelny. Wszedłem tam, gdzie nie powinienem, i wyszedłem stamtąd na czwolakach, ale wyszedłem. To się liczy. Dlugi… Nie chcesz o tym słysześ. A ja nie chcę, szebyś widziała moją dziewiątkę ani nawet ósemkę. - Powiedziałem szczerze. - Bo to jest ten moment, w któlym naplawdę pszestaję szaltowaś. A nie lubię, kiedy muszę przestawaś. - Odetchnąłem i spróbowałem wrócić do tonu lżejszego. - Ale cztely, pięś? - Wzruszyłem ramionami. - To jest standald. Dla mnie to jest wtolek. - Wiedziałem, że tonem tego nie załatwię, więc zmieniłem taktykę i dorzuciłem coś, co miało ją rozbawić. - Siedem i pół to jest jeszcze „mogę iść po piwo, ale powoli”. Dziewięś to jest „leszę i losmawiam s pszodkami, a oni mi nie odpowiadają, bo to pieldoleni magilasiści”. - Takie były fakty.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
04.12.2025, 12:12  ✶  

Musiał do tego przywyknąć, tak jak i ona musiała przywyknąć do tego, że będzie wracał do domu nieco poturbowany, to miała być ich nowa rzeczywistość. Był w tym jakiś pozytyw, bo przynajmniej miała pewność, że będzie pod dobrą opieką - już ona się o to postara.

Najpierw obowiązki, później przyjemności, czuła potrzebę sprawdzenia, jak bardzo źle z nim było, bo niby utrzymywał się na nogach, niby nie miał problemów z poruszaniem się, niby udawał, że wszystko jest w porządku, ale jednak wolała to wszystko sprawdzić. Prue była bardzo skrupulatna jeśli chodziło o takie rzeczy, w przeciwieństwie do Benjy'ego nie miała zamiaru lekceważyć żadnego symptomu.

Wbiła w niego swoje spojrzenie, wpatrywała się w mężczyznę krótką chwilę, pokręciła przy tym głową z dezaprobatą, chociaż trudno jej było utrzymać powagę. Nazwał ją panią Fenwick, co spowodowało, że kąciki ust drgnęły jej w niewielkim uśmiechu. - Najważniejsze, że dążymy do jednego, cel chyba nie jest najbardziej istotny? - Próbowała się nie zaśmiać, chociaż nie było to wcale takie łatwe, oczywiście, że musiał się odezwać, nie mógł nie wykorzystać okazji. Perfekcyjnie opanowali sztukę kompromisu, prawda?

- Nic, nic, tak naprawdę to jeszcze porządnie nie zaczęłam, to dopiero przed Tobą. - Mała rozgrzewka przed startem, on nie miał pojęcia na co się pisał, może to i dobrze, chociaż było już za późno na to, żeby się wycofać, bo wzięli ślub, będzie musiał się z tym pogodzić. Będzie go oglądać do skutku, kiedy tylko będzie miała na to ochotę.

- Dobrze się starzeją po czterech? Przed Tobą jeszcze jakiś tydzień, może dłużej, który będzie wiązał się ze zmianą kolorów Twojej twarzy, przejdziesz przez wszystkie kolory, fiolety, błękity, róże, aż w końcu Ci się to zagoi. - Nie mogła się powstrzymać przed swoją specjalistyczną opinią, która tak właściwie niczego nie wnosiła, bo przecież to miało zejść, prędzej, czy później. - Chyba, że będziesz regularnie to smarował maścią, ale podejrzewam, że raczej tego nie widzisz? - To mogło przyspieszyć cały proces, jednak Benjy nie wyglądał na kogoś, komu chociaż odrobinę na tym zależało, obrzęk byłby mniejszy, będzie musiała, co ma pod ręką, bo zabrała ze sobą tylko najbardziej potrzebne medykamenty.

- Skarbie, nie twierdzę, że jest to ewenement, tylko to żona Twojego przyjaciela, to mnie zaskoczyło. - Powinien być przy niej bezpieczny? No, przynajmniej dopóki coś z zewnątrz nie wchodziło im w drogę, jak widać to nie było takie oczywiste. Skrzywiła się, gdy usłyszała, że chodnik był jego lądowiskiem, nie była to najlepsza z możliwości, w sumie to i tak miał szczęście, że tylko w ten sposób się to zakończyło, mogło być dużo gorzej.

Mówił dalej, chyba zaczynała to rozumieć, a może i tak nie do końca, bo dla niej wyrzucanie ludzi przez balkon nie było żadnym argumentem podczas kłótni, czy tam sprzeczki, jak widać jednak każdy miał swoje metody poprzez które próbował jakoś przekonać rozmówców do swojego zdania.

- Czyli się jakoś dogadaliście, to dobrze, dobrze, może ominą Cię dzięki temu w przyszłości kolejne takie atrakcje. - Jednak wolałaby, aby nie wypadał zbyt często przez balkon.

Przeniosła wzrok na dłoń, którą wyciągnął w jej kierunku, prezentował jej. Dostrzegła na niej ślady ugryzienia. Nie kłamał, oczywiście, że nie kłamał, chociaż było to cholernie absurdalne, to musiał go ugryźć jakiś ptaszor. - Mocno Cię capnął. - Skomentowała, bo naprawdę nie dowierzała.

- Dziwne mają zasady w tej Rumunii, musi Cię ugryźć gęś, żebyś dostał błogosławieństwo? - Chyba będzie musiała trochę o tym poczytać, zainteresować się tematem, bo jednak wzięli ślub po tym, jak gęś go ugryzła, więc może była w tym jakaś odrobina prawdy? Nie, nie mogła wierzyć w takie rzeczy.

- Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości już wcześniej, jednak widzę, że naprawdę nie mogłam lepiej trafić. Skoro dziewczęta w Rumunii i gąsior, przede wszystkim gąsior stwierdził, że jesteś dobry w kochaniu, to musi być prawda. - Nie miała pojęcia, co jeszcze robił podczas tego wypadu do Rumunii, tak właściwie to chyba wolała w to nie wnikać, te kilka infromacji było wystarczające.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to kusi. - Miała wrażenie, że nie był tego świadomy, bo niby mógł się tego spodziewać, jednak to było coś, co siedziało w niej bardzo głęboko, naleciałości po pracy jako uzdrowiciel, ale też zwyczajna troska.

- To dobrze, bo naprawdę nie zamierzam opuścić ani kawałka Twojego ciała, przygotuj się na to. - Uśmiechnęła się tym razem. - i pamiętam, że to nasza noc poślubna, to w niczym nie przeszkadza. - Może wręcz przeciwnie, można było to wszystko bardzo zgrabnie połączyć.

- Trzynaście lat, miałeś wtedy trzynaście lat. - Ona doskonale pamiętała tamtą rozmowę, każdy szczegół, jak zawsze. - Wiesz, że nie gram fair. - To też nie powinno być dla niego nowością, jeśli miała szansę wygrać, to korzystała z wszystki możliwości, które były dostępne. - Dla mnie ona nadal jest ważna, nie wymigasz się. - To, że byli wtedy dziećmi? Trudno, umowa to umowa. - Trzeba było wtedy myśleć, teraz jest na to za późno. - Oczywiście, że nie zamierzała odpuścić, miało zostać to ustalone siedem i pół, koniec kropka. Umowa obowiązywała.

Miała wrażenie, że bagatelizował swoje obrażenia, ta skala nie bez powodu miała dziesięć punktów, mogliby na nowo przejść przez każdy z nich i dopasować do nich poszczególne urazy, które byłyby odpowiednie. Dziewiątka, dziewiątka jednak kojarzyła jej się z krokiem przed śmiercią.

- Wiem, że nie chcesz żebym to widziała, ale jeśli się tak zdarzy, to będę musiała patrzeć. Dużo ryzykujesz i niesie to ze sobą konsekwencje, na szczęście masz żonę medyka, sporo już w swoim życiu widziałam. - Wiadomo, że zupełnie inaczej reagowało się na widok swoich bliskich w ciężkim stanie, jednak i tak była w lepszej sytuacji niż większość, zwyczajnych ludzi. - Mam nadzieję, że nie będzie trzeciego. - Dodała jeszcze, bo skoro przytrafiło mu się to dwa razy, to było wystarczająco. - Nie potrafię sobie Ciebie wyobrazić bez żartów. - Oby nigdy nie musiała tego zobaczyć, podejrzewała, że mogłaby pęknąć widząc go w takim fatalnym stanie.

- Tak, czy siak, masz mnie informować o siedem i pół, nawet jeśli będziesz chciał najpierw pójść po piwo, to blisko ósemki, a sam mówiłeś, że nie chcesz, żebym oglądała ósemkę, więc to też coś znaczy. - Miała nadzieję, że nie będzie się wykręcał, była jego żoną, musiała wiedzieć, kiedy coś było z nim nie tak.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
04.12.2025, 19:01  ✶  
Światło dalej piekło mnie w oczy, a jej słowa układały mi się w głowie jedno po drugim, jakby ktoś powoli zamykał mi przed nosem jakieś drzwi, każde z napisem „wykręcanie się”, „bagatelizowanie”, „udawanie, że wszystko jest dobrze”. Stałem przed nią, trzymając ją moją mniej uszkodzoną ręką - tą, która jeszcze udawała funkcjonalną, chociaż „mniej uszkodzona” wcale nie znaczyła „w dobrej formie”, tylko „ta, którą jeszcze mogłem używać bez przeklinania pod nosem” - i patrzyłem, jak jej spojrzenie przechodzi przez kolejne fazy. Najpierw „widzę wszystko”, potem „dlaczego ja to widzę dopiero teraz”, a na końcu klasyczne, dobrze mi znane „Benjy, jesteś w kłopocie i nawet jeszcze o tym nie wiesz”. Wyglądała na absolutnie gotową, żeby mnie położyć na stole i obejrzeć jak jakiś projekt badawczy. A ja… Cóż, chyba musiałem przywyknąć do wracania do kogoś, kto interesował się moim stanem, nie do pustego mieszkania, w którym człowiek musiał sam zastanawiać się, czy ta rana jest „z tych poważnych”, czy „z tych, które można zakleić czymś klejącym i iść spać” - tak jak ona musiała przywyknąć do tego, że czasem wracałem wyglądając, jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł, taka była nasza rzeczywistość. Kiedy mówiła do mnie w świetle, z tym spokojem, którego jeszcze nie znałem z jej najbardziej profesjonalnej wersji, po raz pierwszy pomyślałem, że muszę się psychicznie przygotować na intensywną noc, tyle że nie tę, którą miałem na myśli jeszcze godzinę temu.
- Nie, szebym naszekał… Ale zazwyczaj losbielanie mnie wiąsze się s nieco innymi emocjami. - Odparłem z westchnieniem, unosząc brwi tak, żeby wiedziała, że dobrze wiem, co się zbliża, w końcu spoglądała na mnie jak uzdrowiciel, który właśnie przeżywał wewnętrzną agonię. Patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem „jeszcze słowo i położę cię siłą”, a ja aż parsknąłem, bo widziałem, jak walczy, żeby się nie uśmiechnąć. - Cel mamy wspólny, pani Fenwick. - Mruknąłem, unosząc brew. - Na pewno się dogadamy co do metody dojścia. - Zrozumiałem z tego jedno - zdecydowanie będzie oglądała każdy centymetr mojego ciała, czy chcę, czy nie, nie żebym protestował. Próbowała zachować powagę, ja kompletnie nie, a przynajmniej do momentu, w którym powiedziała to swoje „jeszcze porządnie nie zaczęłam”. Zatrzymałem się, na sekundę serio zatrzymałem.
- Pluey, kochanie… Jestem pewien, sze to zdanie ma potencjał elotyczny, ale patsząs na twoje oczy, wiem dokładnie, sze nie ma. - Odetchnąłem ciężko. - I to jest największa tlagedia tej nocy. - Wyglądała jak chirurg przed operacją, a ja poczułem, że sytuacja zaczyna wymykać mi się z rąk. - Ja nie wiem, czy jestem gotowy na to, co planujesz. - Spróbowałem się nie uśmiechnąć. - Mogę dostaś folmulasz do podpisania? Mam plawo wiedzieś, jakie ploseduly będą na mnie wykonywane.
Skinąłem głową z tym eksperckim „tak, tak, znam ten etap”, gdy przeszliśmy do określania palety barw moich przyszłych i obecnych siniaków.
- Wiem, jak się u mnie staszeją. - Odparłem spokojnie, z nutą skrytego rozbawienia. - Widziałem ich tyle, sze mógłbym plowadziś wykład gościnny w Mungu. Słuchaj, ja uwielbiam, kiedy mówisz do mnie medycznym tonem, to jest absolutnie seksowne, ale jeśli uwaszasz, sze będę stał pszed lustrem i codziennie smalował twasz maścią, aby pszejść szybciej s fioletów do lósów… - Spojrzałem na nią z tą charakterystyczną bezczelnością. - To nie doceniłaś mojej umiejętności ignolowania zdlowego lossądku. - Odchrząknąłem znacząco.
Jej dezaprobata na temat balkonowego incydentu była całkowicie uzasadniona. Prue zmarszczyła brwi na wieść o moim lądowaniu, więc odchrząknąłem ponownie, żeby nie brzmieć jak ktoś, kto właśnie opowiada o wypadku z lekkością wakacyjnej anegdoty.
- Słoneczko, ty naplawdę nie powinnaś się dziwiś, sze ludzie wokół mnie nie tszymają się zdlowego lossądku. Zwłaszcza jeśli chodzi o mnie. Ja mam… Natulalny talent do plowokowania pewnych typów ludzi, to jest moje ślodowisko natulalne. Wychodzę s misji, gdzie jestem pszeklęty, poglysiony, wyszusony i częściowo pogluchotany, i dla mnie to jest… Dzień plasy. - Zrobiłem niewinny gest wolną ręką. - A i tak wlasam do domu. Na własnych nogach. W mialę.
Kiedy powiedziała, że dobrze, że się dogadaliśmy, zamrugałem.
- „Dogadaliśmy się” to jest balso ładne okleślenie na to, sze najpielw wyszusiła mnie s budynku, a potem powiedziała mi „wlascaj do UK jak człowiek, nie jak tlup”. Ja to czytam jako niś porozumienia. To była… Specyficzna folma komunikasji. Pszynajmniej zakończyła dyskusję. - Wzruszyłem ramionami, a gdy powiedziała „może ominą cię atrakcje”, wygrzebałem z siebie najbardziej nieprzekonany uśmiech. - Kochanie, s moim szczęściem? Ty dalej wieszysz, sze ja ominę cokolwiek?
A potem spojrzała na moją rękę, tę ugryzioną - jej „mocno cię capnął” wywołało we mnie coś między dumą a zażenowaniem. Naprawdę, ta jej mina była tak absolutnie niedowierzająca, że musiałem unieść rękę trochę wyżej. Wyciągnąłem dłoń bliżej jej twarzy, prezentując ugryzienie jak Order Merlina.
- Tak, capnął mnie. - Pokiwałem głową poważnie. - W Lumunii uglysienia gęsi tlaktuje się jak błogosławieństwo, jestem pewien, to jest taka lokalna folma „szyczymy wam duszo miłości i owocnego poszycia”. Balso intymne. Wlęsz saklalne. - Więc na jej komentarz o tym, że „nie mogła lepiej trafić”, poprawiłem się odrobinę, żeby wyglądać bardziej reprezentacyjnie, mimo że moja twarz wyglądała jak dramat po trzech aktach.
A potem powiedziała to zdanie, to jedno, które trafiło mnie mocniej niż wszystko, co wcześniej:
„Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to kusi.”
Pochyliłem się o milimetr - ten rodzaj ruchu, którego człowiek nie robi świadomie, zrobiłem minę człowieka, który właśnie otrzymał oficjalne pozwolenie na zbyt wiele rzeczy naraz, przygryzłem policzek, bo klisze kliszami, ale w jej ustach brzmiało to jak obietnica. Od mojej żony. Mojej żony-uzdrowicielki. Mojej żony-uzdrowicielki, która właśnie planowała mnie rozebrać do bielizny z powodów absolutnie medycznych. To był pierwszy raz w życiu, kiedy naprawdę nie wiedziałem, czy wygrałem los na loterii, czy właśnie ktoś zaczynał mnie audytować jak podejrzaną skrzynkę, ale obie te opcje bardzo mi się podobały.
- No i widzisz? - Mruknąłem. - Jesteśmy idealnym małszeństwem. Ty leczysz, ja nie pszeszkadzam. Synelgia.
Ale potem wróciła do umowy sprzed lat. Trzynaście, oczywiście, że pamiętała liczby. Nie wiedziałem, że umowy z trzynastolatkiem będą obowiązywać dwadzieścia lat później
- Oczywiście, sze nie glasz fail. Nigdy nie glałaś. - Uśmiechnąłem się półgębkiem. - Powinienem wtedy zamknąś usta i nie obiecywaś niczego, bo jus wtedy cię lubiłem asz za balso, szeby myśleś sensownie. - Pokręciłem głową. - A telas, pszes tamtą chwilę słabości, muszę pszed tobą lapoltowaś kasde siedem i pół pszes lesztę szycia. - Uniosłem palec. - Ale dobsze. Umowa jest umową. Masz to, ale to dlatego, sze jesteś moją soną, a nie dlatego, sze tszynastoletni ja miał cokolwiek do powiedzenia.
Kiedy zaczęliśmy mówić o dziewiątkach, poczułem coś w gardle - delikatnie, ale wyraźnie. Jej ton też zrobił się inny, a ja poczułem znajome napięcie w klatce. Wzięła mnie zresztą idealnie, kiedy powiedziała, że nie umie mnie sobie wyobrazić bez żartów.
- Pluey. - Zacząłem poważniej niż wcześniej. - Wiem, sze jeśli to zobaczysz… Nie odwlócis wzloku. To jest właśnie ploblem. Chciałbym, szebyś nigdy nie musiała się we mnie gapiś w takim stanie. To nie jest welsja mnie, któlą chcę, szebyś pamiętała. - Ale to nie był temat na dziś, prawda? I oby nie był nim naprawdę przez długi czas.
Uśmiechnąłem się, próbując zmienić ton - tak, jakbyśmy mówili o czymś zdecydowanie mniej medycznym niż kontrola obrażeń.
- Naplawdę plóbuję utszymaś się w loli tludnego pacjenta, ale nie ułatwiasz mi szycia. Seksowna pani usdlowiciel patsząca na mnie jak na kolejną ofialę własnej głupoty, tylko tym lasem eksklusywną? To jest… Intensywny klimat. - Pokiwałem głową, bardzo poważnie, całkowicie niepoważnym tonem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
04.12.2025, 21:28  ✶  

Och, Benjy mógł być pewien, że właśnie zaczynał swój nowy etap w życia, w którym nie będzie już miejsca na bagatelizowanie jego stanu zdrowia. Nie miał szczęścia, bo przecież Prue nic nie umykało (no, dzisiaj to był wyjątek, jakimś cudem dopiero teraz zobaczyła jak wygląda, ale to były emocje, czy coś). To na pewno się zmieni, nie miała w zwyczaju podchodzić do tego lekkomyślnie, szczególnie - co zamierzała mu powiedzieć, gdyby tylko zaczął negować jej metody, od tego zależało jego życie, bo w przypadku jego pracy wiele zależało od sprawności fizycznej, musiał być w idealnej formie, a nie będzie w niej jeśli nie będzie pozwalał się leczyć. Póki co jednak jeszcze nie musiała korzystać z tego argumentu, schowała go, by wyciągnąć wtedy, gdy faktycznie będzie potrzebny.

- Widzisz, to specjalna okazja, więc emocje są inne. - Doskonale wiedziała do czego zmierzał, ale nie mogła mu tego odpuścić, obawiała się bowiem, że jeśli coś zignoruje, to będzie tego później żałowała. Być może była nieco przewrażliwiona, ale okropnie jej na nim zależało, więc nie mogła zachować się inaczej. Musiała sprawdzić, czy na pewno wszystko jest w porządku, no mogła nieco przymknąć oko, zrobić szybki rekonesans, by mogli przejść do tej bardziej interesującej części wieczoru, na takie ustępstwo zamierzała sobie pozwolić, ale nie musiał o tym wiedzieć.

- Możesz być pewny, że na pewno uda nam się dojść, bez względu na metodę. - Powoli schodziła z tonu, łatwo jej to przy nim przychodziło, potrafił odwrócić jej uwagę od rzeczy ważnych, no i nie dało się oszukać, że mieli jeden cel, co to to na pewno.

- Ta noc się dopiero zaczyna, jeszcze możesz się zdziwić, skąd wiesz, że nie przydarzy Ci się większa tragedia? Na przykład tak, gdzie pani doktor zapisze Ci jakieś niewygodne zalecenia, typu oszczędzanie się przez najbliższy tydzień? - Oczywiście, że brała go pod włos, bo mogła to robić. Nie mogła sobie tego odpuścić. - Myślałam, że zawsze jesteś gotowy na wszystko. - Mrugnęła nawet do niego porozumiewawczo, dopiero wtedy to dostrzegła, bo zawiesiła na moment spojrzenie na jego ustach i błysnął jej ząb, który był złamany? Złamany, pęknięty? Nie miała pojęcia, z tej odległości było trudno to zobaczyć, a powstrzymała się przed tym, żeby zajrzeć mu do paszczy, to mogło być trochę zbyt brutalne. - Podpisałeś już dzisiaj jeden formularz, który upoważnia mnie do wykonywania wszystkich możliwych procedur. - Zrobił to własną krwią, więc trochę za późno było w tej chwili na zastanawianie się nad tym. - Coś Ci się stało z zębem. - Rzuciła jeszcze, jakby to było nic takiego. Na pewno zdawał sobie z tego sprawę, nie ma co, trafił jej się naprawdę wyjątkowy egzemplarz.

Nie powinno ją dziwić to, że znał ten etap, że wiedział, jak wygląda ewolucja siniaków, zbyt często mu się to przytrafiało, aby tego nie wiedział. - Wierz mi naprawdę doceniam Twoją umiejętność ignorowania zdrowego rozsądku, mam jednak wrażenie, że pomijasz pewien czynnik ludzki, który od dzisiaj będzie Ci towarzyszył, kto wie, co jesteś w stanie zrobić dla świętego spokoju. - Mogła to przecież sprawdzić, dziamdziać mu nad głową o tym, że to jest pora, że to ten moment, w którym ma nałożyć odpowiednią ilość maści na twarz, chociaż, czy była, aż taka upierdliwa? No nie, co nie zmieniało faktu, ze mogła wyciągnąć ten argument.

- Nie da się ukryć, że jesteś pełen ukrytych talentów, nie wiem, czy to jest jeden z tych najbardziej wartościowych, ale powiedzmy, że go doceniam, przynajmniej dopóki faktycznie będziesz w stanie wrócić do domu o własnych nogach. - To było dość istotne, bo jak już się w nim znajdzie, będzie mogła się nim zaopiekować, no, jak już będą mieli dom, bo póki co to jeszcze było raczej w proszku. Powinni się tym zająć w niezbyt odległej przyszłości, jednak to jeszcze nie był ten moment, nie tej nocy, tej nocy mieli świętować i niczym się nie przejmować.

- Być może specyficzna forma komunikacji, ale chyba na Ciebie zadziałała, chociaż nie do końca przemawiają do mnie takie metody. - Prue nie do końca rozumiała wbijanie komuś coś do głowy poprzez przemoc, ale w tym wypadku nie mogła zaprzeczyć, że to zadziałało. - Nie do końca wydaje mi się, że to jest szczęściem, ale prawda, znając Ciebie to nic Cię nie ominie. - Miał tendencje do pakowania się w kłopoty, przynajmniej wychodził z nich w jednym kawałku, to zawsze był jakiś pozytyw, prawda?

Przyglądała się bardzo dokładnie jego ręce, kiedy jej ją pokazywał. No, nie dało się nie zauważyć śladu po ugryzieniu, ale było to tak abstrakcyjne, że spoglądała na to z niedowierzaniem, tylko jeśli miało się coś takiego komukolwiek przydarzyć, to oczywiście, że jemu, no kogo innego gąsior użarłby w rękę?

- Cóż, nie wypada mi wątpić w te ich błogosławieństwa i rytuały, jak widać działają, więc coś musi w tym być. - Chociaż naprawdę bardzo trudno było jej w to uwierzyć, jednak były przecież znaki, które potwierdzały tę tezę, kimże więc była, żeby odmawiać gęsi jej przeczuć?

Dostrzegła to, że się pochylił, najwyraźniej jej obietnice związane z tym, że bardzo dokładnie go dzisiaj obejrzy działały, dobrze, będzie mniej czujny, być może pozwoli jej na więcej, nie, żeby chodziło jej tylko o wywiad medyczny... jakoś będzie musiała pogodzić go z tym, co planowali robić przez dalszą część nocy, jak się trochę postara, to naprawdę wyjątkowo szybko się uwinie, nie widziała innej możliwości.

- Tak, jak to było? Jesteśmy kompatybilni. - Uśmiechnęła się do niego, bo doskonale pamiętała, kiedy pierwszy raz użył tego określenia gdy mówił o ich relacji. Prue pamiętała wszystko i nie zamierzała udawać, że jest inaczej.

- To, że wtedy mnie lubiłeś za bardzo to żaden argument. Umowa to umowa. - Oczywiście, że nie miała zamiaru grać fair, nigdy tego nie robiła, no nie kiedy chodziło o niego. Na szczęście zdawał sobie z tego sprawę. - Uwierz mi, że jako Twoja żona, ja też będę miała nieco więcej do powiedzenia, niż ta trzynastoletnia wersja mnie, która była bardzo ugodowa. - Pamiętała, że zależało jej wtedy na piątce, ale odpuściła, teraz nieco tego żałowała, bo mogłaby to wyciągnąć, siedem i pół jednak nie było znowu takie najgorsze.

- To nie jest problem, też wolałabym po prostu, żeby nie było takich okoliczności, jednak jeśli już się pojawią, to na pewno będziesz mógł liczyć na moje wsparcie. - To tyle, nie chciała ciągnąć tego tematu, bo nie był on odpowiedni na tę noc, ale kiedyś powinni do tego wrócić, zresztą wiele rzeczy mieli do przegadania, ale to z czasem, nie teraz, teraz mogli skupić się na czymś zupełnie innym.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo intensywny, będziesz miał szansę to sprawdzić, i zobaczyć, czy faktycznie Ci się podoba. - Nie miał z nią łatwo, co do tego nie było żadnych wątpliwości, nie zamierzała mu niczego upraszczać, bo nie taka była jej natura, chociaż dzisiaj, dzisiaj na pewno wyjątkowo będzie skłonna odrobinę mu odpuścić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
04.12.2025, 23:45  ✶  
To, jak ona na mnie patrzyła, zaczynało mi tłumaczyć bardzo dużo o tym, jak będzie wyglądało moje dalsze życie - w zaledwie kilka minut zyskałem świadomość, że właśnie kończył się pewien etap mojego życia, a zaczynał nowy, w którym nic z mojej dotychczasowej „strategii przeżycia” nie przejdzie już bez komentarza. Ani bez oceny. Ani, przede wszystkim, bez leczenia. Mogłem udawać, że jej dewiza „nic nie umyka Prudence Madison Bletchley Fenwick” ma wyjątki, ale prawda była taka, że to ja miałem szczęście, bo w ogóle drugi raz dotarłem do tych choler­nych schodów i do mieszkania, zanim mnie zobaczyła w pełnej krasie.
- Oho, zaczyna się. - Mruknąłem, dotykając delikatnie jej palców kciukiem. - Balso lomantyszne. Balso… Małszeńskie. Myślę, sze jusz czuję, jak moje stale, złe nawyki płoną goląsym ogniem twojej desaprobaty. - Aż parsknąłem pod nosem, bo jej miny były dla mnie jak drogowskazy „tu wracasz do zdrowego rozsądku”, „tu nie próbuj kłamać”, „tu porzuć wszelką nadzieję, że przejdziesz niezauważony.”
Pochyliłem głowę lekko, słysząc własny ton i słysząc, jak ona zaczyna schodzić ze swojej formalnej wysokości, to działało, miałem na nią dziwny, niewytłumaczalny wpływ - albo tylko mi się tak wydawało, bo bardzo chciałem w to wierzyć.
Jej „uda nam się dojść” wywołało we mnie coś między śmiechem a potrzebą przyciągnięcia jej bliżej. Nie zamierzałem udawać, że mnie to nie kręci.
- O, absolutnie nam się uda dojść. W kaszdej konfigulasji. Nie mam wątpliwości, sze plowadzisz świetnie. I ja mogę plowadziś świetnie. Te… Czynności badawczo-losposnawcze. Więc co jak co, ale metoda nie będzie ploblemem. - Mój ton był lekki, ale napięcie w dłoni, którą trzymała, było już inne - cięższe, świadome tego, jak bardzo blisko była, i jak jej głos zaczynał dotykać mnie inaczej niż wcześniej. Szczególnie, kiedy zaczęła mówić o tragedii w formie zaleceń typu „oszczędzać się przez tydzień”, uniosłem brew i zrobiłem minę człowieka absolutnie zszokowanego.
- Pluey, błagam cię… Nie mogłabyś glosiś mi czymś innym? To jak mówienie wilkołakowi, by w pełnię siedział cichutko w domu. - Rzuciłem, wywracając oczami.
A potem poczułem zmianę w niej, drobniutką, ale wyczuwalną, to, jak się pochyliła, jak jej głos zmiękł, jak patrzyła na mnie tak, jakby planowała jednocześnie mnie leczyć i całować. Wciągnąłem oddech, powoli, czując, jak ta bliskość drapie mnie od środka przyjemnym, niebezpiecznym ciepłem. Jej mrugnięcie w moją stronę… To było coś - tak drobny gest, a tak niebezpieczny. I wtedy zauważyła mój ząb - oczywiście.
- Wiem. - Odmrugnąłem. - Pociesa mnie tylko to, sze złamała się po stlonie, któlej i tak nie uszywam do uśmiechania się. - Uśmiechnąłem się jednak, pokazując ten nieszczęsny odprysk, bo skoro już go zauważyła, nie miałem sensu udawać, że nie istnieje.
- Tak, podpisałem dziś jeden folmulasz. - Własną krwią. - Nadałem ci pełne uplawnienia. Ale… - Pochyliłem się bliżej, tak blisko, że mogłem policzyć złote plamki światła w jej brązowych tęczówkach. Och, „czynnik ludzki” - ona naprawdę nie wiedziała, w co inwestowała. - Nawet nie dostałem kopii do wglądu, to pułapka, któlej nie zauwaszyłem tylko dlatego, sze patszyłem na ciebie, a nie na tekst, co było absolutnie walte lysyka, walto dodaś. - Przesunąłem kciukiem po jej palcach i pozwoliłem sobie na to jedno, dłuższe spojrzenie - takie, które mówiło więcej niż żart.
A gdy wróciła do trzynastoletniego mnie i jej…
„Jesteśmy kompatybilni.”
Pomyślałem wtedy coś absolutnie niebezpiecznego - że ona naprawdę była dla mnie wszystkim, czego szukałem, zanim w ogóle wiedziałem, czego szukam. Oczywiście, że dalej mówiła spokojnie, rzeczowo, z tym swoim specjalnym tonem, który potrafił człowiekowi zatrzymać serce na pół sekundy, a we mnie rosła absolutnie irracjonalna chęć, żeby ją pocałować i przerwać jej to analizowanie mojej twarzy jak schematu z podręcznika. Wiedziałem już jednak, że nie będzie tak łatwo się z tego wymigać.
- Nie będę polemizował. Byłem mały, głupi i balso tobą zachwycony. Telas jestem duszy, głupi i wciąsz zachwycony. Nie widzę lósznicy. - Uśmiechnąłem się szerzej. - A skolo umowa obowiąsuje… To obowiąsuje. Jesteś moją soną. Masz większe plawo do stawiania walunków nisz kiedykolwiek wcześniej.
Stałem tam, słuchając jej słów, i po raz pierwszy tej nocy naprawdę dotarło do mnie, że moja rzeczywistość właśnie uległa trwałej, nieodwracalnej transformacji. Nie było już opcji „zobaczę później”, „nie jest aż tak źle”, „to tylko zadrapanie” - nie przy niej. To było jak wprowadzenie nowego prawa w moim życiu, prawa, przy którym nikt się mnie nie pytał, czy chcę, ale które… Dziwnie mi odpowiadało. Jasne, oznaczało koniec swobody w ignorowaniu obrażeń, ale też koniec wracania do pustych ścian, w których człowiek decydował, czy rana to „zdrapać szorstkim ręcznikiem” czy „poczekać, aż samo odpadnie”.
A kiedy przeszliśmy do „intensywności”, kiedy uniosła kąciki ust w tym uśmiechu, który znałem aż za dobrze… Zrobiłem ruch, nie duży, ale taki, który skrócił dystans do zera, jedna jej dłoń została w mojej, moja druga, ta z bólem, uniosła się ostrożnie i dotknęła jej biodra.
- Wiesz… Tszynastoletni ja był idiotą, ale miał jedną doblą myśl. - Spojrzałem jej w oczy. - Wiedział, kogo chce w szyciu tszymaś za lękę. I miał lasję. - Uśmiechnąłem się, miękko, nie tak bezczelnie jak wcześniej. - Właśnie dlatego cię poślubiłem. Kto inny wykoszystałby moją naiwność, by telas mieś plawo do pełnej kontloli medycznej? Tylko ty. - Nagle, w tej rozmowie pełnej zawodowych termów, protokołów i skali bólu, zrobiło się goręcej. Gęstniejące powietrze między nami nie było wcale mniej medyczne - to była czysta chemia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
05.12.2025, 01:00  ✶  

- Poczekaj tylko, aż się rozkręcę, wtedy zostanie z nich popiół. - Dodała całkiem lekko, chociaż mówiła poważnie. Nie miał mieć już miejsca na to swoje lekceważenie symptomów, nie zamierzała na to pozwolić, przecież nie bez powodu tyle lat kształciła się na uzdrowiciela, to, że ostatnio zajmowała się przede wszystkim trupami było zupełnie inną sprawą, nadal potrafiła utrzymywać przy życiu, chociaż w tym wypadku chodziło raczej o doraźną opiekę, a nie ratowanie życia. Urazy się zdarzały, to nic takiego, warto było jednak pozwolić na nie komuś spojrzeć, a że teraz miał swojego własnego medyka, to na pewno przed tym nie ucieknie. Nic nie miało się przed nią ukryć, trochę miał przewalone, zwłaszcza, że miało to trwać do końca ich życia.

- Czynnościami badawczo-rozpoznawczymi wolałabym się jednak zająć sama, nad resztą możemy się zastanowić. - Sama już nie do końca wiedziała, o czym rozmawiają, zaczęła gubić wątek, bo mieli przed sobą dwie dość istotne sprawy, które dotyczyły pozbywania się z niego garderoby. Jakoś sobie z tym powinna poradzić, zawsze przecież sobie radziła, domowa opieka medyczna miała jednak sporo plusów, mogła ominąć pewne procedury i przejść do tych najbardziej istotnych części.

Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, kiedy wspomniał o wilkołaku, zmienił się też wyraz jej twarzy, jakby coś ją zmartwiło. Niby wiedziała, że było to porównanie, jedno z wielu do których mógł się odnieść, jednak samo wspomnienie o tych stworzeniach wzbudzało w niej nie do końca pozytywne emocje. - Nie porównuj się do tych bestii, najlepiej by było, aby wszystkie zostały zlikwidowane i podczas pełni siedziały głęboko pod ziemią. - Brzmiała śmiertelnie poważnie, chociaż jeszcze chwilę wcześniej wszystko wydawało się być w porządku. Jej odczucia związane z tymi stworzeniami... cóż były bardzo klarowne, najchętniej doprowadziłaby do ich eksterminacji.

Nie trwało to jednak długo, nie zamierzała pozwolić na to, żeby wspomnienie o tych stworzeniach popsuło jej wieczór, znowu zmiękła, wróciła do tego, co było przed chwilą.

- I nie, nie mogłabym Ci grozić czymś innym, co to byłaby za groźba, której wcale byś się nie obawiał? - No żadna, uderzała więc tam, gdzie mogło chociaż odrobinę zaboleć, a wiedziała, że to akurat mogłoby w niego odrobinę uderzyć, chociaż pewnie i tak by się nie stosował do jej porad medycznych, a na pewno nie do takich konkretnie zaleceń.

- Jest to poniekąd pocieszające, ale nie wiem, czy z tym będę w stanie coś zrobić, mogłabym spróbować, ale mogłoby się to skończyć gorzej. - Chyba jednak wolałaby go oddać w ręce jakiegoś specjalisty od zębów, żeby nie zrobić mu większej krzywdy. Przyjrzała się dokładniej temu nieszczęsnemu odpryskowi, kiedy się uśmiechnął i jakoś tak odruchowo przejechała językiem po swoich zębach, jakby chciała się upewnić, że te jej są w całości. Nie pytała nawet, czy go to zabolało, bo musiało zaboleć, zresztą pewnie, jak cała reszta tych urazów, których nabawił się w tej nieszczęsnej Rumunii.

- Wychodzi na to, że nie panowałeś do końca nad kolejną umową, którą ze mną zawierałeś, nie wiem, czy to dobrze, i jeszcze chcesz zwalić to na mnie, pięknie, naprawdę pięknie. Najwyraźniej jestem winna. - Nachylił się nad nią jeszcze bardziej, znajdowali się znowu bardzo blisko siebie, tak blisko, że zaczynała zapominać o całym świecie. Niedobrze, bo jeszcze zapomni o tym, że miała go obejrzeć i wyleczyć jak będzie tak na nią patrzył. Jak nikt inny potrafił odwracać jej uwagę, to też najwyraźniej działało w dwie strony.

Pamiętała wszystko bardzo wyraźnie. Te ich rozmowy, dyskusje, obietnice wszystkie chwile, które razem spędzili. Nigdy nie wyparła ich z pamięci i nie zrobiła tego tylko dlatego, że nie potrafiła, nawet gdyby mogła to zrobić, to pewnie by się tego nie pozbyła, bo przeżyli razem zbyt wiele dobrego. Już jako trzynastolatek był dla niej wyjątkowy i nic się pod tym względem nie zmieniło.

- A więc głupi i zachwycony to stała, całkiem nieźle. - Uśmiechała się, jak mogłaby się nie uśmiechać słysząc coś takiego, to całkiem zabawne, że wtedy, te dwadzieścia lat temu tego nie dostrzegała, nie miała pojęcia, że się nią zachwyca w jakiś inny sposób niż bycie najlepszą przyjaciółką. Czego więcej jednak można by się spodziewać po dziecku, które nie do końca wszystko rozumiało, czy potrafiło wyczuć. - Wiesz, to nie do końca chodzi o stawianie warunków, mam z tym problem przy Tobie, zawsze miałam, tylko, że jednak wolałabym wiedzieć, kiedy coś Ci dolega, to nie stawianie warunków, tylko troska. - No, może nie do końca, może trochę było to jednak stawianie warunków, ale nie do końca podobało jej się brzmienie tych słów. Grunt jednak, że doszli do tego, że umowa z dziecięcych lat miała ich nadal obowiązywać, dzięki temu będzie odrobinę spokojniejsza.

Ledwie zdążyła się uśmiechnąć w ten sposób, a już stał tuż przy niej i zaciskał rękę na jej biodrze, nic mu nie umykało, wiedział dokładnie, czego chciała, i w którym momencie. Przeniosła wzrok na tę nieszczęsną rękę, która nie wyglądała najlepiej, odciągnęło to jej uwagę na krótką chwilę.

- Zdarzały Ci się przebłyski, nie bądź dla siebie taki surowy. - Lubiła tę jego trzynastoletnią wersję, może trochę był idiotą, ale nie zawsze. - To prawda, podejrzewam, że ktoś inny raczej szukałby w tym innych profitów, ale warto mieć priorytety. - A on był jej priorytetem, musiała mieć pewność, że wszystko z nim było w porządku, nawet nie najlepszym, ale jednak zależało Prue na tym by nie rozsypał się jej kiedyś na kawałki.

Robiło się coraz gęściej, to prawda, zawsze tak się działo, kiedy był tuż obok, gdy praktycznie nic już ich nie dzieliło, nie mogła jednak tracić czujności, sięgnęła wolną ręką, do tej dłoni, którą zaciskał jej na biodrze i złapała ją w swoją, póki jeszcze jakoś w miarę stąpała po ziemi zamierzała się jej przyjrzeć, i chociaż odrobinę zrobić z nią porządek. To była sprawa niecierpiąca zwłoki.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
05.12.2025, 03:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2025, 03:54 przez Benjy Fenwick.)  
W jakiś absolutnie irracjonalny sposób fakt, że mówiła o „rozkręcaniu się”, by moje nawyki spłonęły w ogniu jej dezaprobaty, brzmiał dla mnie jak obietnica długiego, stabilnego życia, co było ironiczne, bo stabilność nigdy nie była moją domeną. Delikatnie, odrobinę mocniej, przejechałem kciukiem po jej palcach - ten drobny, niezauważalny gest był wszystkim, na co mogłem sobie pozwolić, zanim jej tryb uzdrowicielski całkowicie mnie zaknebluje. To nie był ten ton „złóż pacjenta i odbierz wynagrodzenie”, tylko ten drugi, groźniejszy „jesteś mój, będziesz żył długo i w dobrej kondycji, czy ci się to podoba, czy nie”. „Zacznij się przyzwyczajać, Fenwick, to kobieta, która nigdy już nie pozwoli ci udawać, że nie krwawisz”. Nie mogłem się nawet obrazić, ba, podobało mi się to - bardziej, niż mógłbym kiedykolwiek przyznać na głos.
- Popiół, mówisz… - Mruknąłem, lekko, prawie rozbawiony. - W takim lasie tszeba bęsie zlobiś listę kontlolną wsystkich moich złych nawyków, szebyś wiedziała, co dokładnie spaliłaś. Bo ja nie jestem pewien, czy pamiętam je wszystkie.
Prawdę mówiąc, pamiętałem aż za dobrze, tylko nie wiedziałem, które z nich planowała zniszczyć w pierwszej kolejności. Podejrzewałem, że „ignorowanie własnych ran” znajdzie się w rubryce pilne/natychmiastowe. W sumie… Nie miałem chęci protestować, nie po tym, jak wyglądałem w świetle lampy w naszą noc poślubną. Nie planowałem tego - wyszło dosyć niefortunnie, bo powinniśmy być teraz w hotelu i to dosyć dawno.
A potem powiedziała swoją opinię o „czynnościach badawczo-rozpoznawczych”, które wolałaby wykonać sama, i chociaż wiedziałem, że mówiła o badaniu obrażeń… Mój mózg natychmiast popełnił przestępstwo na gruncie interpretacji - w mojej głowie otworzyły się dwa równoległe wątki:
1. medyczny,
2. absolutnie niemedczny.
I musiałem naprawdę się skupić, żeby odpowiedzieć tylko na ten pierwszy.
- Och, absolutnie, nie kwestionuję twoich kwalifikacji. - Powiedziałem bardzo poważnie, chociaż mój głos zdradzał, że nie byłem poważny ani trochę. - Masz pełne prawo do badań wstępnych, szczegółowych i kontlolnych. Pszyjmuję do wiadomości twoje kwalifikacje. - Zrobiłem pauzę, długą i bardzo celową.
Jej spojrzenie mówiło, że też zaczynała się gubić w tej dwutorowości tematu, nie mieliśmy szans utrzymać tej rozmowy w ryzach, problem polegał na tym, że chciałem jej pomóc w tej dezintegracji. Czy ja też gubiłem wątek? Tak. Czy zamierzałem się do tego przyznać? Nigdy.
Miałem powiedzieć coś jeszcze, jakąś głupotę, jakiś komentarz, który by rozładował napięcie, ale wtedy ona zmieniła ton. Powiedziałem coś, co w nią trafiło inaczej niż powinno. Wilkołak. Jej mina stwardniała, głos zrobił się ostrzejszy, w ja poczułem, jak jej palce lekko drgnęły w mojej dłoni, i nie miałem pojęcia, co się stało.
- Hej… - Zacząłem spokojniej, niż zamierzałem. To było… Dziwne, inne, absolutnie nie takie, nie to, co chciałem jej zrobić tą niewinną metaforą. Zamarłem na moment, słysząc jej ton. Nie wiedziałem, skąd to się w niej brało, nie widziałem jeszcze wcześniej, żeby jakaś grupa istot wywołała w niej takie napięcie w głosie, ale wiedziałem jedno - nie zamierzałem jej w to pchać głębiej. - Ja… - Urwałem, bo ona mówiła dalej, z tą swoją jasną, ostrą pewnością, że wilkołaki to „bestie”, „powinny zostać zlikwidowane”, ich miejsce jest pod ziemią, a ja ani nie miałem pojęcia, skąd jej to przyszło, ani czy powinienem teraz drążyć, ani czy to w ogóle był moment na pytania. Poczułem tylko, że zrobiło mi się zimniej, ale nie przez nią - przez świadomość, że w jej świecie był jakiś cień, którego ja nie widziałem, i że nie wiedziałem, jak oświetlić tę przestrzeń. Nie rozumiałem, nie do końca, stałem przed nią i przez ułamek sekundy próbowałem połączyć fakty, ale nic nie pasowało.
Przez krótką chwilę patrzyłem na nią tak, jakby ktoś przede mną właśnie odsłonił warstwę, o której nie miałem pojęcia, a potem ona zmiękła, jakby nic się nie stało. Wracała do poprzedniego tonu, do flirtu, do żartu, do zabawy, ale mój umysł zapisał to wydarzenie jak plamę na pergaminie - musiałem do tego wrócić, nie teraz, ale musiałem. To nie była rozmowa o urazach ani o śmiesznych wspomnieniach - to był cios w coś, co w niej tkwiło głębiej niż jakikolwiek lęk przed moimi siniakami.
Znowu błysk, jej oczy, ten mikroskopijny uśmiech, którego nawet nie próbowała powstrzymać - wiedziałem, że wracamy do bezpiecznego terytorium.
- No, dobsze. Masz lasję. „Oszczędzaś się pszes tydzień” to gloźba skuteczna. Tlafia plosto w moje męskie ego. Oklutna i idealnie skaliblowana. Jestem pod wlaszeniem. Nie lób tego. - Podkreśliłem teatralnie się krzywiąc.
A potem popatrzyła na mój ząb, w taki sposób, że prawie widziałem jej myśli wyskakujące jedna po drugiej - „ból”, „kontuzja”, „jak to naprawić”, „czy on w ogóle ma komplet?”, „to trzeba będzie zrobić”. Dotknąłem go językiem od środka, bo teraz, kiedy o nim powiedziała, nie mogłem myśleć o niczym innym. No, nie przez całe dwie sekundy, zanim ona też odruchowo dotknęła własne zęby językiem, a ja musiałem powstrzymać parsknięcie - to było urocze w sposób, w jaki nie powinienem o tym myśleć, skoro rozmawialiśmy o urazach. Gdyby mogła, zrobiłaby pewnie raport z każdego mojego siniaka - data powstania, charakter rany, okoliczności zdarzenia, stopień mojej winy. A ja, jak na idiotę przystało, pewnie bym się pod tym wszystkim podpisał, byle tylko znów zobaczyć ten błysk w jej oczach, kiedy mówiła jak uzdrowiciel, ale patrzyła jak kobieta.
- Tak, wiem. - Przyznałem z udawanym westchnieniem. - Nigdy nie panowałem nad szadną umową s tobą. Ani wtedy, ani telas. I szczesze? To chyba najlepsze decyzje, jakie podjąłem bezmyślnie. - Uniosłem kącik ust. - Więc tak, moses uznaś, sze wszystko to twoja wina, ale jeśli to gszech, to nie zamieszam się s niego spowiadaś. Ty tesz nie powinnaś. Jesteś go walta. - Czułem, że się uśmiecha, nawet jeśli próbowała to ukryć. Miała to spojrzenie, które zawsze mówiło więcej niż chciała - to, że niby była skupiona, a w środku wszystko jej drżało. Pomyślałem, że gdybyśmy mieli inny wieczór, inny czas, nie byłoby między nami ani jednego słowa więcej.
- Tak. - Przytaknąłem miękko. - Głupi i zachwycony to stała. Zawsze nią byłem. Telas pszynajmniej wiem, sze mam prawo to mówiś na głos. - Spojrzałem w jej oczy, w te złote refleksy w brązie, w ten błysk, który zawsze oznaczał, że wie coś, czego ja jeszcze nie zdążyłem pomyśleć. - Pszebłyski to mało powiedziane. - Odparłem z udawaną dumą. - Czasem byłem wlęsz olśniewający. Po czym zwykle waliłem głową w ścianę. Dosłownie. - Oczywiście, nie musiałem jej tego mówić, wiedziała, ona zawsze wszystko pamiętała - szczególnie teraz, z czego zdawałem sobie sprawę, gdy mogła zacząć łączyć fakty - kropki, które wcześniej, przez perspektywę, nie były połączalne.
Patrzyła na mnie tak, że przez chwilę miałem wrażenie, że stoimy znowu tam - pod murami Hogwartu, po jakimś durnym pojedynku słownym, a ja myślałem tylko o tym, że pachnie ciepłem i że nigdy nie będzie moja.
A teraz była.
Zanim odpowiedziałem, musiałem zebrać myśli, to było trudniejsze niż walka z rumuńską gęsią.
- Tloska… - Powtórzyłem, bardziej do siebie niż do niej. - Wiesz, dla kogoś, kto większość szycia szył jak obwoźna tlagikomedia, to nie jest… Oczywista szesz, ale uczę się. - To wyszło mi poważniej, niż zakładałem, nie planowałem tego mówić, ale było już powiedziane. Mogłem próbować udawać, że żartuję, rzucać lekkością, mogłem flirtować, mogłem się uśmiechać, ale prawda była taka, że dopiero teraz naprawdę docierało do mnie, że nie będę już zostawiony sam sobie, teraz ktoś patrzy, ktoś liczy, ktoś wie, ktoś sprawdzi, ktoś dotknie - to była najdziwniejsza część „małżeństwa”, o której nikt w żadnej księdze nie pisał, a która w moim przypadku była… Jeszcze bardziej nieinstynktowna, przeładowana tymi doświadczeniami, o których dziś nie powinniśmy mówić - każde z nas miało swoje demony, prawda?
- Jeśli kogoś miałem dopuściś do takich widoków - mruknąłem, z półuśmiechem - to tylko ciebie, ale ostszegam - jak zaczniesz za mocno dociskaś, to mogę pszypadkiem pocałowaś cię ze stlesu. To leakcja biologiszna, nic na to nie polasę. - W momencie, gdy moje palce zacisnęły się na jej biodrze, świat zrobił się mały - mały i gęsty, jakby nagle wszystko sprowadziło się do centymetrowego odstępu, który nas jeszcze dzielił. Zatrzymałem się, bo jej palce sunęły teraz po mojej dłoni, obracając ją w świetle, oceniając, oglądając - wróciła w tryb medyczny. A ja? Ja czułem, że oddaję jej tę rękę nie dlatego, że muszę. Tylko dlatego, że to było… Jakieś dziwnie intymne, właściwe. To był ten moment „poddania”, ale nie uległości, to był moment zaufania - większego niż wtedy w Exmoor, większego niż… Kiedykolwiek.
- Uwaszaj. - Powiedziałem cicho, kiedy jej palce otoczyły moje. - Nie dlatego, sze boli. Tylko dlatego, sze kiedy ty dotykasz moich rąk… Lobię się bardziej sztywny, nisz powinienem, a to nie jest najlepszy stan dla kogoś, kto ma nas jeszcze dziś poplowadziś do hotelu bes telepoltacji. - Powiedziałem półgłosem, obserwując, jak jej palce przesuwają się po mojej skórze.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8146), Prudence Fenwick (8004)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa