Rita, skarbie, udekoruj stół. Theo, naszykuj talerze. Jessie, gdzie są świece? Zaraz, żadne z was nie boi się teraz ognia, prawda? Do licha, nieważne, użyjemy zaklęć, zanieś tam ten półmisek, nie musimy się modlić, to i tak nigdy nie działa…
Tego typu polecenia padały w ciągu ostatniej godziny, gdy Charlotte sama miotała się po kuchni, co jakiś czas przeklinając trochę. Nie była kucharką stulecia, ale kiedy przestały dla niej gotować skrzaty domowe, musiała nauczyć się paru rzeczy, a w tym roku na większości stołów nie miały stanąć zbyt wyszukane potrawy. Zrobienie gotowanych ziemniaków, zupy, sosu z mięsem i dyniowego puree nie przekraczało jej możliwości.
– Szlag – mruknęła, gdy omal nie upuściła miski z ziemniakami. Spojrzała na nie krytycznie i uznała, że na szczęście wyglądają jak powinny: ładnie zarumienione, ale nie przypalone. Westchnęła i ustawiła ją na kuchennym stole, a potem kontrolnie zerknęła w lusterko, by upewnić się, że gdy kończyła podgrzewanie potraw, nie zepsuła sobie fryzury. – Rita! Chłopcy! Jesteście już przebrani?! – krzyknęła, ściągając fartuch ze swojej szaty. Rzecz jasna, Charlie jak zwykle wyglądała w niej naprawdę świetnie, niestety ta nie była tak ładna sama w sobie, jak powinna. Większość ulubionych ubrań Charlotte spłonęła i to już jej zdaniem był najlepszy powód, aby Voldemorta należało zepchnąć w otchłań piekielną na wieki wieków amen.
!Strach przed imieniem