• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
jesień, 17 września 1972, Necronomicon

jesień, 17 września 1972, Necronomicon
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#1
05.12.2025, 21:01  ✶  
| 17 września

Ostatnim przystankiem w Londynie przed teleportacją do Doliny Godryka był Necronomicon. Nie miał pojęcia czy Lorraine w ogóle potrzebowała jego wyrobów, ale ostatecznie... no cóż, najwyżej pocałuje klamkę, albo dziewczyna odmówi przyjęcia. W każdym razie, żeby jej to w ogóle wręczyć, musiał chłop przejść się przez jedną z najniebezpieczniejszych ulic Londynu.

!nokturn


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
05.12.2025, 21:01  ✶  

Podążają za tobą nieprzychylne spojrzenia. Może to zostać wykorzystane przeciwko tobie*.


* jeśli jesteś funkcjonariuszem, to trudno będzie ci załatwić to, po co tutaj przyszedłeś – postaci niezależne będą ostrzeżone o twojej wizycie.
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#3
05.12.2025, 21:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2026, 22:10 przez Dægberht Flint.)  
Prawdę mówiąc, spodziewał się czegoś gorszego. Co prawda kilku ciołków wpatrywało się w niego natrętnie i szeptało coś do siebie, ale to nie było nic do czego nie przywykł. Po kilku minutach marszu po lokalnym zakładzie pogrzebowym poniósł się dźwięk pukania. Dopiero po kilku sekundach do Dægberhta dotarło, że przecież do takich miejsc się nie puka tylko wchodzi, więc plasnął dłonią o czoło, nacisnął klamkę i przekroczył próg Necronomiconu, żeby wręczyć właścicielce porcję syropu do kawy.

– Niech będzie pochwalona Matka przenajświętsza – przywitał się nonszalancko i rozejrzał wkoło. Jeżeli Lorraine nie było na miejscu, planował zostawić paczkę dla niej komukolwiek.

Po tym jak był ubrany widać było, że jest w drodze i długo tu nie zostanie.


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#4
05.12.2025, 22:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2025, 12:15 przez Lorraine Malfoy.)  
– Chwalmy jej święte łono na wieki wieków – odpowiedziała równie nonaszalancko Lorraine, wyłaniając się nagle z zaplecza w otoczeniu stosów urn grzebalnych, które musiała właśnie katalogować. Przeróżnej wielkości utensylia pogrzebowe unosiły się spokojnie w powietrzu, wprowadzając lekki chaos do wysprzątanego wnętrza Necronomiconu. Wszystkie były, oczywiście, puste: stylizowane kanopy z alabastru, drewna i kamienia, fajansowe ossuaria, przepiękne metalowe żalniki pokryte polichromią... Lorraine odrzuciła do tyłu zaplecione w długi warkocz włosy, odstawiając na kontuar kasetkową popielnicę, w której wytłoczono runiczne motywy wotywne.

Wystarczyło jedno badawcze spojrzenie na Flinta, żeby Lorraine zmrużyła podejrzliwie swoje przenikliwe, niebieskie oczy. No bo jak to tak, nie zdejmuje płaszcza, żeby zasiąść w kuchni? Nie kłóci się z nią o to, czy zdejmować buty, z kieszeni nie wypadają mu kartki z wierszami? Dopiero co wrócił do Anglii, czyżby wybierał się znowu gdzieś za morze?

– A ty gdzie się znowu wybierasz? – spytała trochę jak gdyby figlarnie, drocząc się z mężczyzną. Zanim Berht zdążył jednak odpowiedzieć, Lorraine przewidująco uniosła palec, jak gdyby spłynęła na nią nagle wielka mądrość, którą w oświeceniu swym zdecydowała się podzielić. – Ani mi się waż odpowiadać "na drugą stronę", bo się obrażę. – I to na śmierć, powinna dodać żartobliwie, bo przecież stali na środku zakładu pogrzebowego. A że przywołała w rozmowie ulubioną ostatnio wymówkę Baldwina, którą pożegnał ją dzisiaj rano, gdy spytała go o to samo, o co spytała Flinta... Cóż, takie żarty padały tutaj na porządku dziennym, wypowiadane były najczęściej z grobową miną, choć starano się, aby klienci niczego nie słyszeli. – Dobrze, że wpadłeś. Chciałam pytać, czy nie potrzebujesz może nowych urn na transport czyśćcowych duszyczek? – spytała pogodnie Lorraine, opierając delikatnie dłoń na zdobionych kasetkach, pokrytych świętymi inskrypcjami ku czci trójjedynej bogini. Różni egzorcyści posługiwali się różnymi dewocjonaliami, odprawiając swe rytuały w przypadkach opętań. Lorraine wiedziała, że dusze zbłąkane prosiły niekiedy, aby pokazać im miejsca pochówku istot, jakimi były za życia. Każde żywe stworzenie potrzebowało w końcu czego innego, żeby z nieuchronnością własnej śmierci się pogodzić. Jeżeli ceną za udany egzorcyzm miała być obietnica doprowadzenia zagubionej duszy do takiego szczególnego miejsca... Cóż, była to cena, jaką wielu było gotowych zapłacić.

Jeżeli dzieło stworzenia było niczym niezabliźniona blizna na bliźnie na wiecznie rozdartym porodem łonie Matki, potrzeba było im takich jak Flint. Położników, którzy czuwali nad dobrem dzieci wyszłych z boskiego łona, nieważne jak przerażająco by nie były zdeformowane, jak straszliwe. Gdyby potrzebował do swej misji urn, Lorraine gotowa była mu takowe darować. Wiara była dla niej wyjątkowo poważną sprawą.


Yes, I am a master
Little love caster
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#5
05.02.2026, 22:45  ✶  
Flint zaciągnął się zapachami, które roztaczały się teraz wokół niego. Wielu zapewne skrzywiłoby się na myśl, że ktokolwiek zrobiłby to świadomie znajdując się we wnętrzu zakładu pogrzebowego, ale niekoniecznie go to obchodziło – wszystko co związane było z Lorraine, pachniało dla niego lepiej, niż eliksir, który przyszedł jej wręczyć. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla niektórych mężczyzn jej uroda bardziej wartościowa była niż niejeden narkotyk. Dla niego – cóż, był zbyt uparty, aby dać się omotać komukolwiek – w największej wadzie odnajdywał czasami wielką siłę.

– Właściwie, to tak. Zbieram sprzęt od nowa, bo większość tego co miałem utonęło, spłonęło lub pokryło się czarnym szlamem. Zastanawiałem się, czy nie mam na sobie jakiejś klątwy, ale okazuje się, że poza tym, które miałem już wcześniej, to żadna mnie nie sięgnęła.

Aby wyjaśnić cel swojej wędrówki, otworzył wpierw torbę pełną dużych, podłużnych flakonów. Zawartość zabrzęczała, kiedy wysunął jeden z nich. Zawierał wiele porcji tego samego wywaru, który posiadała w sobie reszta – niebieski, gęsty, dziwnie odbijający światło. Pod względem konsystencji przypominał syrop.

– Roznoszę prezenty – powiedział otwarcie, nie zatajając niczego. – Wiesz, że nie mogę kłamać, prawda? Nawet w żartach. Obiecałem i utrwaliłem na sobie przysięgę, jeśli ją złamię, będę musiał wyrwać sobie język na środku kaplicy. – Uśmiechnął się ciepło, mrużąc oczy i przekręcając głowę w bok. Wyglądał przy tym uroczo.

Nie zapytał o to, czy potrzebowała pomocy. Kobiety takie jak Lorraine prosiły o nią, kiedy była przydatna. Nie potrzebowały bohaterów w miejscach, które miały pod kontrolą.

@Lorraine Malfoy


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#6
10.02.2026, 10:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.02.2026, 10:12 przez Lorraine Malfoy.)  
Słysząc dramatyczną deklarację Dægberhta, uśmiechnęła się tylko, puściwszy wolno wodze wyobraźni. Wyobraziła sobie, że śpiewając, położyłby się na ołtarzu pod posągiem Matki. Wyobraziła sobie, że ostatnie słowa poświęciłby na błaganie bogini o wybaczenie, tak, aby jej imię było ostatnim, co spłynęłyby z jego języka przed dokonaniem samookaleczenia. Wiedziała, że nie wszyscy w kowenowej kaplicy byliby zachwyceni tym widokiem. Oboje z Berhtem cechowali się jednak swoistym umiłowaniem dramatyzmu, bo choć nader drastyczną scenę odmalował przed nią przyjaciel... Cóż, Lorraine znała nieco Berhta, i w tym wszystkim dziwiła się chyba tym jedynie, że nie pokusił się o dłuższy, bardziej poetycki opis swego męczeństwa. Widać naprawdę się spieszył.

"Wiesz, że nie mogę kłamać, prawda? Nawet w żartach. Obiecałem i utrwaliłem na sobie przysięgę, jeśli ją złamię, będę musiał wyrwać sobie język na środku kaplicy."

– Dobrze, żeś nie złożył ślubów czystości, jak co poniektórzy młodzi kapłani – stwierdziła lekkim tonem Lorraine, mrużąc oczy w uśmiechu. Słychać było w jej głosie wesołość, gdy słabo zawoalowana sugestia spłynęła z jej warg jak gdyby nigdy nic. – Przysięgi przysięgami, ale nie rozumiem, doprawdy, tej nowej mody. Zachowują się jak czciciele tego mugolskiego proroka, który zginął, powieszony na krzyżu. A gdzie nasze cnoty? Gdzie obyczaje? – Nic dobrego z tego nie przyjdzie, mówiła jej mina, wspomnisz moje słowo. Bogini nakazuje przecież, żebyśmy się kochali! Lorraine pokręciła głową, jasno wyrażając swoją dezaprobatę. Szybko rozpromieniła się jednak, gdy Flint wyciągnął ze swojej torby jeden z flakoników z eliksirem na bezsenność. Bohaterowie... Takiego właśnie bohatera potrzebowała. Flint był najbliższy bohaterskim rycerzom, o których tak bardzo lubiła czytać na kartach legend arturiańskich, a jednocześnie był od nich zupełnie różny. Przez lata idealizowała Atreusa, swoją pierwszą miłość, rycerza na białym koniu, tylko po to, żeby przekonać się boleśnie, że daleki jest od rycerskiego ideału. Wszyscy rycerze mieli przecież misję. Z bożą pomocą czynić świat lepszym miejscem. Pomagać strudzonym, nawracać zbłąkanych, wspierać biednych, odznaczać się męstwem... Nie dla własnej chwały, o nie. Rycerze powinni służyć innym, nie sobie. Instynktem kobiecym, a może wilowym, wpasowywała samą siebie w role księżniczek, dam i opiekuńczych boginek, czuwających nad bezpieczeństwem tych błędnych wędrowców, wiecznie goniących za czymś, wiecznie w podróży. Nigdy nie rozumiała, czemu uznawane były za słabe. Ale przecież nie rozumiała też, kiedy Atreus z pretensją stwierdził, że powinna użyć swojej mocy, aby interweniować w Stonehedge, mimo że nawet nie miała przy sobie różdżki. Siła nie zawsze leżała w przemocy. Siłą kobiet była łagodność, było nią trwanie. Wspomożenie tych, którzy obdarzeni byli potężniejszym potencjałem magicznym. Siłą była słabość. Nie uważała, że słabymi były księżniczki na szczycie wież, które pracą własnych rąk wyszywały powiewające z nich proporce, symbole chwały dające nadzieję na lepsze jutro. Nie uważała, że słabymi były dworskie damy, ani opiekuńcze boginki, które dawały podróżnym cenne podarki, dzieliły się z nimi swoją wiedzą. Opatrywały rany, czuwając przy łóżkach chorych, przy kolebkach śpiących dzieci. Opłakiwały umarłych, o których pamięć przechowywały w sercach, opłakiwały też żywych, bo przecież tak wielu błądziło, gdy one czekały wiernie, aby powrócili, powrócili do swych domów, powrócili do nich. Bo one były strażniczkami pamięci, które nadawały wszystkim opowieściom sens. One były centrum opowieści, całą jej duszą zamkniętą w ciele kobiety, tak jak świat był niegdyś zamknięty w łonie Matki. Nawet jeżeli Lorraine lubiła słuchać o awanturniczych dziejach ser Gawaina, o intrygach na dworze króla Arthura i perypetiach dzielnego Lancelota, zawsze nieświadomie grawitowała w stronę bardziej marginalnych postaci. Naturą tak kobiecą jak i wilową kochała przecież najbardziej wzgardzonych trubadurów śpiewających o miłości. Samotnych wędrowców niczego nie pragnących bardziej niż wolności. Pogrążonych w smutku pielgrzymów poszukujących sensu. Nadspodziewanie czułe miała serce dla wszystkich tych żałosnych istot, nawet jeżeli odznaczała się przewrotnością. Flint nie był może człowiekiem, z którego postępowaniem zawsze by się zgadzała, a jednak żywiła względem niego wiele czułości. Wierzyła w jego misję, bo jego misja była świętą. Więc nawet gdy inni patrzyli nieco krzywo na dziwactwa Dægberhta, Lorraine nie uniosła nawet brwi w zdziwieniu, słysząc jego deklarację. Bo przecież ona też miała misję.

Lorraine zawsze chciała być kimś, do kogo się wraca.

Może dlatego na jej twarzy od razu pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła Dægberhta. Klasnęła w dłonie, ciesząc się, że może odwdzięczyć się za prezent.

– W takim razie postaram się obstalować ci odpowiednie oprzyrządowanie. Wiem, że się spieszysz, ale zerknij, proszę, co znalazłam na stanie. – Wskazała w stronę urn, zarówno tych wciąż zawieszonych w powietrzu, lewitujących leniwie, jak i tych, które z cichym stuknięciem odesłała na blat kontuaru. – Niektóre są nowe, niektóre liczą sobie wiele lat, ale wszystkie niemal nadają się do użytku. Uporządkowałam wreszcie kolekcję Alhazreda, który notorycznie zwozi tu różności ze swych wypraw. A przynajmniej część kolekcji. – Lorraine przewróciła oczami. Stary nekromanta znany był z tego, że ma naturę zbieracza i nigdy niczego nie wyrzuca. W osobie półwili miał jednak wierną pomocnicę, która pomagała mu odnaleźć się pośród nagromadzonych przez lata skarbów, ogarniając graciarnie. Teraz Lorraine podsunęła w stronę Dægberhta kilka najciekawszych znalezisk, w tym wyjątkowo zdobną urnę kasetkową opatrzoną tajemniczymi napisami w obcym języku.

– Zaciekawiły mnie zwłaszcza te pokryte grawerunkami. Próbowałam szukać w bibliotece Maeve czegoś na ten temat...

rzut na wiedzę o świecie, szukanie wiedzy o praktykach funeralnych obcych kultur
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana

– ...Niestety, nic o tym nie mieli. Alhazred oczywiście nie pamięta, skąd się to u nas wzięło, więc próbowałam skonsultować się ze znajomym naukowcem ze Ścieżek...

rzut na wiedzę o świecie, szukanie wiedzy o praktykach funeralnych obcych kultur
Rzut Z 1d100 - 11
Akcja nieudana

– Też nic. Zaczęłam więc przedzierać się przez książnicę na naszym strychu...

rzut na wiedzę o świecie, szukanie wiedzy o praktykach funeralnych obcych kultur
Rzut Z 1d100 - 58
Sukces!

– Znalazłam parę książek zapisanych podobnym alfabetem. Wciąż nie wiem, czy to jakaś ochronna inkantacja, czy może zwykłe epitafium grobowe, ale wydaje się, że może kryć się za tym coś więcej. Ale ta... – Lorraine podsunęła w stronę Dægberhta pokrytą kwietną polichromią kanopę, wyjątkowo zadowolona z siebie. – ...Ta jest po prostu ładniutka.


Yes, I am a master
Little love caster
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#7
21.02.2026, 18:52  ✶  
– Na takie śluby to u mnie o jedno dziecko za późno – uśmiechnął się szerzej. Choć sam nie widział w tym sensu, było pewne spostrzeżenie, które Lorraine jako kobiecie mogło umknąć. – Ślub czystości dla mężczyzny brzmi jak pokaz siły woli. Być może pomaga im to utrzymać niezłomność ducha. – Nie mógł jednak, rzecz jasna, mówić za nich, nawet jeśli przysiągł permanentnie się okaleczyć i nosił na ciele całe kręgi pieśni pochwalnych nie odstępujących go na krok. Mimo wstawienia się za ich myślą, nigdy by tego po nich nie powtórzył. No i nie bez powodu, nawet jako osoba głęboko religijna, nigdy nie chciałby znaleźć się w ich sytuacji. Prowadzenie kowenu wydawało mu się już samo w sobie działaniem ponad jego siły. Były sprawy, które chętnie pozostawiał w rękach tych czujących poczucie odpowiedzialności za innych. On sam nie potrafił do końca zadbać o własną córkę.

Ostatnim przystankiem jego wyprawy miał być dom Helloise w Dolinie Godryka. Więc tak – spieszył się, bo taka podróż nawet z użyciem magii była męcząca. Nie miał jednak wielkiego problemu z tym, żeby z nią porozmawiać – z jakiegoś powodu przecież przyszedł tutaj pieszo, a nie wysłał to pocztą. Zresztą, nie przywykł zupełnie do współczesnego stylu życia, w którym wszyscy zapowiadali się sobie listownie tydzień wcześniej. Jego szkoła mówiła, że jeśli chciałeś kogoś odwiedzić, to po prostu do niego zachodziłeś. W najgorszym wypadku mogłeś pocałować klamkę, ale żadna to kara – to normalne, że kogoś akurat nie było w domu.

Jego uśmiech nie pobladł ani na moment. Mimo słuchało się przecież ludzi lubiących robić to co robią i opowiadających o tym z pasją. Słuchał jej więc uważnie, chociaż nie utrzymywał kontaktu wzrokowego. Za bardzo zagapił się na to, co przed nim kładła – jego oczy zamiast śledzić zmiany na jej twarzy, podążały dokładnie tam, gdzie jej opowieść – goniły historię zapisaną na powierzchni naczyń.

– Właściwie, to w takich chwilach warto zapytać mnie o ekspertyzę. Rozumiem wiele języków i pisma runiczne z całego świata. Co prawda nie zawsze udaje mi się wyłapać kontekst, ale... – pochylił się nad znakami, przykładając palec do ust w geście zadumy. Niewątpliwie był odpowiednią osobą do zadawania pytań z kategorii tłumaczeń. Zapewne zarabiałby tak na życie, gdyby się przy okazji nie urodził tak wolnym duchem. Nie bez powodu tak wielu Shafiq kończyło na wykopaliskach lub w urzędach. Sama myśl o zakładaniu krawata wywoływała u niego konwulsje obrzydzenia.

@Lorraine Malfoy


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#8
22.02.2026, 09:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 09:44 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine zmęłła w ustach komentarz, że dalece doskonalszym testem siły woli byłoby wytrwać u boku kobiety, której się ślubowało, aniżeli zakładać się o coś z samym sobą. Lorraine zawsze uważała, że poświęcenie się drugiej osobie i postawienie jej potrzeb ponad własne, egoistyczne pobudki, wymaga więcej samozaparcia. Powstrzymała się jednak od podzielenia się tą refleksją z Flintem, bo zwyczajnie nie chciała sprawiać mu przykrości wspominaniem fiaska, jakim zakończyło się jego małżeństwo. Sama zresztą wyszłaby przy tym na hipokrytkę, bo zamążpójścia nie planowała. Zamierzała umrzeć i zostać pochowaną jako Malfoy. Błyszczący na jej dłoni pierścionek, symbolizujący rodową przynależność, był jedyną obrączką, jaką kiedykolwiek zamierzała nosić. Nic nie było ważniejsze od nazwiska. 
"Ślub czystości dla mężczyzny brzmi jak pokaz siły woli".
– Dla kobiety brzmi jak bluźnierstwo. – A dla wili? Lorraine odwzajemniła uśmiech. Dla wilowej części jej natury wszystkie śluby były bluźnierstwem. Nigdy by się do tego głośno nie przyznała, ale bała się wyłączności, poczucia, że ktoś ogranicza jej wolność, dlatego sceptycznie podchodziła do małżeństw jako takich. Gdy była młoda, gotowa była poślubić Louvaina, ale ten kochał ją wystarczająco, żeby jej nie uwięzić. Bo małżeństwo jawiło się Lorraine jako więzienie. Miłosne przyrzeczenia nie powinny być przecież obwarowane instytucjonalnością. Wierzyła jednak, że gdy się kogoś kochało, należało go kochać aż do śmierci. Bo nieważne, jak wiele w Lorraine było hipokryzji, nie można było o niej powiedzieć, że grzeszyła przeciwko miłości. Niechętna była jej sankcjonowaniu, lecz niezdolna do zdrady uczucia, które uznała za prawdziwe. Miłość nie była deklaracją wydatków i wpływów złożoną do urzędu, lecz czymś, co należało wybierać każdego dnia na nowo. Lorraine wątpiła po prostu, żeby bogini, z której łona powstał cały świat, wolała, żeby jej dzieci wybierały samotne życie w czystości. W głębi ducha wierzyła bowiem, że należy pomnażać daną każdemu miłość.

Gdy pochyliła się wraz z Berhtem nad urną, myślała już jednak tylko o rozwikłaniu zagadki, jaką prezentował artefakt.

– Przecież mnie znasz – wymruczała, wcale niespeszona jego uwagą. – Po cichu liczyłam, że sam się zaoferujesz z pomocą, widząc, że nie daję rady. Nic nie poradzę, że słowo "proszę" z trudem przechodzi mi przez gardło. – ...Bo ludzie należący do sfery, z jakiej się wywodziła, nie mówili przecież nigdy "proszę". Nie, oni nauczeni byli, żeby wydawać rozkazy. Lorraine przewróciła jednak oczami, zakpiwszy głośno z samej siebie. Nawet jeżeli lubiła powtarzać w głowie żart o tym, że jest wilą, nie kobietą, po kobiecemu lubiła przecież, gdy inni domyślali się jej potrzeb, po to tylko, żeby móc je wyprzedzić. Nie znosiła, gdy nie była w czymś dobra, zwłaszcza, kiedy włożyła w to wiele starania. Łatwiej było jednak przyznać się do porażki i poprosić o pomoc, gdy wyczerpało się najpierw wszystkie możliwości zrobienia tego samemu.
– Opowiedz mi – poprosiła więc, a może zażądała, złożywszy głowę na jego ramieniu, a dłoń wyciągnąwszy w stronę urny, żeby palcem powieść wzdłuż napisów w tajemniczym języku, jak dziecko, które dopiero uczy się czytać opowiadane mu bajki. Kiedy chciała, potrafiła być ujmującą. Nie było przecież w jej słowach żadnej kapryśności, gdy przymilnie przysiadła tuż obok Dægberhta, prosząc, żeby przetłumaczył inskrypcję. Wlała w nie słodycz, poczucie niepewności, i ciekawość, które towarzyszyły jej podczas poszukiwań.

@Dægberht Flint


Yes, I am a master
Little love caster
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#9
08.04.2026, 11:37  ✶  
Flint zmrużył oczy, obracając w głowie to, co powiedziała Lorraine. Bluźnierstwo? Przekręcił głowę w bok, a później uśmiechnął się, pozwalając włosom opaść na srebrne oczy. Był to uśmiech bardzo charakterystyczny, czytelny kiedy byłeś jego przyjacielem, a Lorraine przecież jego przyjaciółką była: wiedziała więc, że mężczyzna zbył ją pełnym serdeczności spojrzeniem, ale w rzeczywistości było ono puste. Bo Flint nie kłamał, a skoro nie mógł kłamać, zdarzało mu się w taki właśnie sposób unikać rozmów, których prowadzić nie chciał, bo widział w nich bardzo duże pole do niezgody i zaczynał robić coś, z czym trudno go było nie kojarzyć.

Odpływał.

Flint często odpływał. Uciekał gdzieś spojrzeniem i widać po nim było, że przebywa poza rozmową. Wiał fizycznie i metaforycznie za ocean, byle tylko nie wchodzić z własną żoną w dialogi, których zapewne się głęboko bał. Tak też – za pomocą odpływania – potrafił przeobrazić się z kogoś na kim można było polegać, w kim można było szukać oparcia, w człowieka odległego. Wtedy też uwypuklał swoją męskość, a ta nie była przecież czymś oczywistym. Śliczny jak młodziutka dziewczyna, z delikatnymi rysami. Natura nie poskąpiła mu delikatności, ale kultura nie poskąpiła mu męskich wzorców. Tak też człowiek z niesamowitym darem twórczym, co niejednokrotnie udowodnił pisząc pieśni pochwalne Matce, był dla osób niewierzących i odległych bogom kimś, kto pisał głównie o sobie. O wielkich, marynarskich przygodach, o pięknych kobietach z ciepłych stron będących podporą jego ego, o syrenach machających do niego z oddali, o duchach usuwanych z tego świata na wezwanie samego boga, którego on (bo któż inny) słyszał w swojej głowie. Może mugole rozumieli to lepiej? Przecież uczynili swoich bogów i ich synów mężczyznami.

Ten wizerunek mu pasował. Nie chciał jej zaprzeczać, bo to obdarłoby go z czegoś, co budował latami – jego maski, jego skorupy – był hipokrytą tkającym tę ułudę, a w rzeczywistości wcale nie uważał, że kobiety „powinny” cokolwiek. Wcale nie myślał teraz, że Malfoy miałaby się z nim nie zgodzić, wręcz przeciwnie. Po prostu… nie chciał, żeby inni wiedzieli, jakie naprawdę jest jego serce.

Wszyscy byli szczęśliwsi, kiedy mógł odpływać.

Zamiast się tym zadręczać, patrzył jak Lorraine przesuwa palcem po urnie, którą miał zbadać. Nie był zimny ani nieczuły w swojej bliskości – pozwolił delikatnej twarzy opaść na swoje ramię, a nawet otoczył dziewczynę ręką, w uspokajający sposób przesuwając palcami po fali jej włosów. Flint był człowiekiem ciepłym. Nawet srebrne, chore oczy nie pozwoliły przyćmić urody jego matki, która nosiła w sobie gorąco słońca i piasku Kairu, tylko jego serce zdawało się rzadko wyrywać w jakimkolwiek kierunku ponad braterską miłość.

– Nie pasuje do ciebie do końca – przyznał jej, mierząc ją spojrzeniem i nie kryjąc rozbawienia. Lorraine jawiła mu się jako ktoś, kogo ludzie prosili o to, żeby przebywać w jego obecności. Samo to, że ktoś o jej aurze chciał mieć cię przy sobie i obdarowywał uśmiechem czynił dzień lepszym. – To nie runy. Niezwykły ten napis – zamrugał, kiedy dostrzegł litery, których sensu nie powinien znać, ale przecież pewne rzeczy czuł – obcy, ale nie w sensie „daleki”, ani „pozaziemski” – jest sztuczny. Nie wiem, czy wiesz co mam na myśli? Znalazłaś podobny alfabet, bo ktokolwiek stworzył ten, inspirował się alfabetami, które były mu znane. Gdyby to był znany język, to bym go poznał, a ja znam tylko litery. Miałem już z czymś takim do czynienia, na kontynencie. Członkowie pewnego zakonu stworzyli do komunikowania się pomiędzy sobą język nazywany językiem zatrzymania. Takie praktyki nie są zbyt popularne, ale sporadycznie wykorzystują je ugrupowania pragnące, aby nikt nie odkrył ich sekretów. Mogliby korzystać z szyfrów, ale szyfry… sama wiesz przecież, to nie jest to samo – nie dają ci tego, hm – pstryknął palcami, poszukując we własnej głowie odpowiedniego słowa – jakże się na to mówi po angielsku? Po łacinie jest sequi, secare. Sekta? Chodzi o ludzi, którzy się odcinają od głównego nurtu. Idą za jakimś charyzmatycznym przywódcą i świata ani prawdy poza nim nie widzą. Szyfry nie dają ci tego samego uniesienia, co całkowicie nowy twór znany tylko wam. – Przechylił głowę na drugi bok, zmrużył oczy, badawczo przesuwając spojrzeniem po inskrypcji wyrytej pod samym wiekiem. – Subiekt reaguje na wezwanie. Jeśli odpowie - otwórz. – A później opuścił spojrzenie. – A to pod spodem to nie wiem. Może to imię? – Ścisnął wargi w wąską linię. Odwróciłby się, coby spojrzeć jej w oczy, ale przecież nie mógł w tej pozycji. – Co zamierzasz z nim zrobić? – Pytanie płynęło z czystej, ludzkiej ciekawości. Nie ulegało jednak wątpliwości, że gdyby przedmiot okazał się nawiedzony, spróbowałby narzucić jej własną wolę. Właściwie, to chociaż rzadko czegokolwiek się domagał, gdyby miał o coś prosić, chętnie przyjąłby ten przedmiot wraz z resztą naczyń. Tylko, że oboje mieli z tym słowem pewien problem.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Myślę, że możesz dopiąć to swoim postem? Serduszko @Lorraine Malfoy


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#10
08.04.2026, 17:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2026, 17:58 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine rzadko znajdowała czułość w milczeniu, znała jednak jego wagę, jego znaczenie. Bywało, że przyjaźń wymagała przemilczenia pewnych rzeczy, nawet, jeżeli rozsądniejszym zdawałoby się wypowiedzieć je na głos. Dobrze, że Dægberht nie podzielił się z nią głośno swymi przemyśleniami.
Lorraine skwitowałaby je bowiem śmiechem.
Śmiałaby się, bo niczym nie różnił się w swych dylematach od mężczyzn, których już znała. Od mężczyzn, których kochała. W gruncie rzeczy, wszyscy byli tacy sami. Narcystyczni, zadufani w sobie. Kłamliwi. Niepotrafiący przyznać się do błędu.

Lorraine lubiła ich takimi.

Takim był jej ojciec, którego była przecież nieodrodną córką. Takim był jej brat. Takim był też pierwszy mężczyzna, któremu się oddała. Kochała przecież Otto, gdy wsłuchiwał się w brzmienie swojego głosu, wtedy, gdy czytał jej na głos swe książki. Gdy prężył się przed lustrem, zerkając ponad ramieniem, żeby upewnić się, że Lorraine na niego patrzy. Kochała Baldwina, gdy czytywał heretyckie pisma, zachłystując się boskością, która była dla niego zakazaną. Kochała, gdy ją malował, zawsze tak rozpaczliwie, próbując uchwycić to, co nieuchwytne. Gdy klękał, i gdy kazał innym klękać. Kochała ojca, który był równie żałosny co tamci dwoje.

Lorraine kochała ich żałosnymi.

W jej ocenie mężczyzną było się najpełniej wtedy, gdy było się właśnie takim. Żałosnym. Flint też był mężczyzną, nieważne, że twarz miał równie delikatną, co jej Maeve. Ale byłby nim jeszcze bardziej, gdyby nie milczał, lecz kłamał.
Ale wtedy być może nie byliby przyjaciółmi.
Lorraine wiedziała dobrze, co znaczy "odpłynąć". Praktykowała to często w rozmowach z Anthonym. Być może oboje z Dægberhtem uciekali w ten sposób od ciężaru odpowiedzialności. A może po prostu nie chcieli ranić tych, na którym im zależało. Różnica polegała na tym, że Flint odmawiał pokrycia pustego swego wejrzenia kłamstwem, a Lorraine kłamała jak najęta. Tam więc gdzie u niego zalegało niekomfortowe milczenie, tak po niej trudno było domyślić się, że chowa w sobie urazę, gdy wypełniała przestrzeń śmiechem i ujmującymi słowy. Może nie była więc kobietą, lecz mężczyzną? Z miłości do Maeve potrafiła przecież robić naprawdę żałosne rzeczy. Od uganiania się za podrzędnymi handlarzami opium począwszy, na ratowaniu kotów z nokturńskich dachów skończywszy...
Ale nie, nie bez powodu powtarzała przecież w myślach, że jest wilą, nie kobietą. Pozostawała odseparowaną od tej śmiesznej walki między pierwiastkami męskiego i żeńskiego. Wychowana została bowiem przez człowieka, który miał się za boga poezji. Może i był bogiem. W końcu umarł i zmartwychwstał. Nie kwestionowała tego, bo była jego dzieckiem, jego dziedziczką. Boskość musiała więc po nim odziedziczyć tak samo jak odziedziczyła nazwisko. Odziedziczyła po nim przekonanie, że zawsze będzie lepszą, nieważne, że była córką, nie synem, bo to nigdy dla Armanda nie miało znaczenia. Wzrastała w poczuciu wyższości, które jednak nie oddaliło jej od ludzi, lecz do nich przybliżyło. Tak jak bowiem Armand uważał, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine uważała, że bogowie są bliscy ludziom. Kochała więc jak bogini. Kochała kobiety, kochała mężczyzn. Kochała miłością beznadziejną, pozbawioną złudzeń, a jednak mile łechtaną obietnicami bez pokrycia. Kochała miłością wybaczającą, ale i pełną pogardy wobec dysproporcji, okrutną i nieskończenie czułą zarazem. Taką była właśnie miłość wili. W swej niestałości przypominała płynącą wodę. Przypominała ją także w stałości, bo nie sposób było przecież zmienić jej biegu. Nawet gdy próbowano, rzeka lojalnie powracała do swego koryta. A gdy nie mogła wrócić, wylewała swą miłość na ziemię, która nie mogła wytrzymać jej naporu. Lorraine była zbyt boleśnie sobą, żeby zrozumieć dylematy Flinta. Kochała świat posesywnie, tak jak bogini kochała owoce swego łona.

Gdy Dægberht ją zbył, nie przejęła się więc wcale, lecz łaskawie oparła głowę o jego ramię, pozwalając mu zabawić się swoimi mądrościami. Lubiła słuchać jego opowieści, przysłuchiwać się poematom, nawet, jeżeli opowiadały o nim. A może zwłaszcza dlatego. W naturze artystów leżało samolubstwo. Przecież w każdym obrazie Baldwina szukała jego samego, jego wspomnień pod werniksem. Głos jej ojca przebijał przez każdy werset napisanych przez niego wierszy. Gdy uczyła Oleandra gry na fortepianie, powtarzała mu, że gra wprzódy dla siebie samego. Taką była jej filozofia. Lorraine Malfoy zawsze grała dla siebie. Gdy dzieliła się swoją muzyką, dzieliła się sobą. Gdy za pomocą legilimencji przeszukiwała umysły innych ludzi, szukała w nich siebie, szukała podobieństw, przepuszczając cudze myśli przez filtr własnego jestestwa. Nie zrozumiałaby więc, dlaczego Flint wytyka samemu sobie zadufanie, odsłaniając przed nią portret tak intymny jak opowieść. Opowieści były przecież wszystkim.

– Szyfr... – zastanowiła się na głos, podłapawszy intrygującą myśl, z jaką postanowił podzielić się z nią Flint. – Szyfry krępują tajemnice. Są sztywne, nieustępliwe. Implikują coś skończonego, ale żyją tylko dopóki ktoś nie zdoła ich złamać. Można powiedzieć, że rodzą się martwe, więc nie dają sensu wspólnoty. Nie to co język, który nieustannie ulega rozwojowi. Język jest giętki, plastyczny. Nagina się do naszych potrzeb. Mieści w sobie nieskończoność. Znaczeń, ale i możliwości. Mieści w sobie życie.

Jak mogłaby sądzić inaczej, będąc córką poety?

Lorraine wydawała się zadowolona z wyjaśnień Berhta, który zaspokoił jej ciekawość. Wtulona delikatnie w przyjaciela, jeszcze przez chwilę przypatrywała się w zamyśleniu tajemniczej urnie, pozwalając myślom błądzić... Dopiero na dźwięk jego głosu, otrząsnęła się ze swej zadumy, odsuwając się tak, żeby móc zajrzeć Dægberhtowi w twarz.

– Nie mam pojęcia. W takich chwilach podobno warto zapytać o ekspertyzę – rzuciła nonszalancko Lorraine, przywołując słowa Flinta z początku ich rozmowy. Wystarczyło jednak, że machnęła różdżką, a stosik urn został schludnie opakowany papierem i pochowany do pudełek. Zaklęte puzderko z tajemniczymi żłobieniami również... Oto było wyposażenie godne wybrańca Matki! – Należy do ciebie – oznajmiła, obdarzając Flinta lekkim uśmiechem. – Przyjmij prezent darowany w podzięce za pracę twych rąk. Wierzę, że użyjesz go w zbożnym celu.

Koniec sesji


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Dægberht Flint (1611), Lorraine Malfoy (2805), Pan Losu (33)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa