• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[9/10/72] One night of magic rush | Benjy, Prudence

[9/10/72] One night of magic rush | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
07.12.2025, 13:28  ✶  
Powietrze na Nokturnie w dalszym ciągu miało w sobie tę wilgotną ciężkość, którą człowiek uczył się ignorować, jeśli bywał tu częściej niż raz w miesiącu, ale kiedy wychodziliśmy na ulicę - ona obok mnie, jej dłoń spleciona z moją, moneta schowana już z powrotem w jej kieszeni - to miejsce jakby straciło wszystkie swoje zęby. Przynajmniej metaforycznie, z pozoru, bo nadal musieliśmy opuścić je względnie szybko, by nic się nie stało - środek nocy rządził się tam swoimi prawami, a my już przeżyliśmy swoje ekscytujące momenty - dłonie chwilowo zostały schowane, raczej nie chcieliśmy zabierać ich w miasto, szczególnie nie w taką noc. Te i wszystkie inne sprawy miały poczekać na nastanie nowego dnia.
Gdy tylko wyszliśmy z tej klatki schodowej, miałem wrażenie, że powietrze zaczęło subtelnie zmieniać ciężar, robiło się lżejsze z każdym stawianym krokiem, aż wreszcie parszywa część miasta została za nami - cały Nokturn, jego mrok, jego brud, jego hałaśliwa, wiecznie czyhająca groźba, to też przestało się liczyć, gdy mieliśmy jasny cel. Moja ręka pulsowała jeszcze lekko pod bandażem, ale nawet ten ból był teraz… Jakimś dziwnym potwierdzeniem, że to się wydarzyło naprawdę. Wyszliśmy z ciemności na główną ulicę - tam było już przyjemniej, jasno od działających latarni i świateł witryn, a ja czułem kroki Prudence tuż przy swoich, półświadomie dostosowując własne, byśmy zmienili tempo na trochę mniej pośpieszne. Zabawne - przez lata przywykłem chodzić sam, planować sam, wracać sam. Tyle lat spędziłem na znikaniu z miejsc, wypychaniu drzwi ramieniem, teleportowaniu się, podróżach przez pół świata, żeby uniknąć odpowiedzialności, a teraz?
Nokturn został za nami w sposób tak symboliczny, że prawie ironicznie pasował do całej sytuacji, jakbyśmy naprawdę zostawili tam starą wersję nas. Każde z osobna, po to, żeby budować coś razem. Czułem się, jakbym w tym mieszkaniu, a może nawet wcześniej - w klitce zaklinaczki, porzucił pewną wersję mnie. Tę, która wracała sama, opatrywała się byle jak albo wcale, piła zbyt mocne rzeczy na zbyt pusty żołądek i kładła się spać w miejscach, które nie znały określenia „bezpieczne ciepło”. Nie miało być łatwo przyzwyczaić się do nowej, to z pewnością, ale tym razem naprawdę chciałem, by było inaczej.
Savoy.
Nawet w myślach brzmiało to inaczej niż przed chwilą, kiedy moneta jeszcze tańczyła w powietrzu. Ten hotel pachniał w moich wspomnieniach ciężkimi, perfumowanymi zasłonami, winem, polerowanym drewnem i pieniędzmi starych, bogatych rodzin, ale wtedy -  dawno temu - to wszystko było jakąś teatralną dekoracją, w której mały Aloysius miał nauczyć się, jak wygląda świat, do którego niby należał. Teraz… Teraz Savoy miał mi się kojarzyć z czymś zupełnie innym. Czymś, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki - kimś idącym obok mnie, trzymającym mnie za rękę i udającym, że nie rozprasza mnie tak, że co kilka kroków musiałem powstrzymywać się, żeby jej nie przyciągnąć do siebie tak blisko, jak w świetle latarni nie wypadało.
Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów w ciszy, ale to nie była niezręczna cisza - to była ta cisza, kiedy człowiek próbuje nie spojrzeć zbyt długo na osobę obok, bo grozi to czymś gorszym niż zbyt szybkim biciem serca. Niestety nie wytrzymałem, spojrzałem, ona też patrzyła, równocześnie.
- Wiesz, sze Savoy ma okna wychodzące na szekę? - Rzuciłem niby luźno, bo gdy spojrzałem na nią kątem oka, zobaczyłem to coś w jej spojrzeniu, co pchnęło mnie prosto w przeszłość. W jej policzek, oparty o moje ramię, kiedy przsypialiśmy pod drzewem w drugiej klasie. W jej śmiech po tym, jak oboje prawie oberwaliśmy szlaban za „włóczenie się po błoniach”. W jej każde parsknięcie, każde wypowiedziane „Aloysius”, które wtedy znaczyło wszystko, tylko żadne z nas nie rozumiało słów. - O tej posze odbija się w niej całe miasto. Tak samo, jak w Hogwalcie odbijał się zamek na jeziosze. - Mruknąłem, zniżając głos, kiedy znaleźliśmy się na skraju uliczki, gdzie magiczny Londyn łączył się z resztą świata. Kto by pomyślał, że ten chłopak, który za nią chodził po korytarzach jak zaczarowany idiota, a potem uprzykrzał jej życie, skończy dziś noc w Savoyu z obrączką na palcu?
Nie ja.
Kiedy skręciliśmy już w stronę bulwarów, gdzie światła odbijały się w mokrym bruku jak w wodzie - musiało tu padać mocniej niż w magicznej części miasta, ale teraz nawet nie mżyło - przystanąłem i lekko pociągnąłem ją bliżej - tak, żeby nasza dwójka zatrzymała się na moment w tej przestrzeni. Pustej, pozbawionej obecności innych ludzi, jakby świat nagle zwolnił dla nas miejsce. Dotknąłem jej policzka, wolną dłonią, powoli, delikatnie.
- Pluey, hm? - Przybliżyłem się na tyle, że jej oddech prawie dotknął moich ust, ale nie był to pocałunek, jeszcze nie teraz.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
07.12.2025, 22:01  ✶  

Mogli opuścić Nokturn. Wyrwać się z tego miejsca, które okazało się być tylko krótkim przystankiem podczas ich wspólnej wędrówki, która tak właściwie dopiero się rozpoczynała, mieli ruszyć w nieznane, w zupełnie nową rzeczywistość, którą będą tworzyć razem. Było to mocno ekscytujące zważając na to, że jeszcze kilka godzin temu w ogóle nie byłaby w stanie przewidzieć do czego doprowadzi ją ten dzień. Życie lubiło zaskakiwać, tym razem jednak było to całkiem miłym zaskoczeniem. Wiele się zmieniło, tak naprawdę wszystko się zmieniło podczas tej jednej, wyjątkowej nocy i ogromnie ją to cieszyło.

Nie mogło być lepiej. Nic nie było lepsze od trzymania go za rękę ze świadomością, że był jej mężem, na zawszeieo zostać razem. Uśmiechała się do siebie, nie mogła przestać, mimo, że znajdowali się jeszcze na Nokturnie, gdzie chyba ludzie nie przywykli do podobnego widoku. Czuła dziwną lekkość, jakby nogi same unosiły jej się nad ziemią, a wszystko miało być już teraz bardzo proste.

Nie mogli pozwolić sobie na brak ostrożności, ale zniknął ten ciężar, który towarzyszył jej gdy się tutaj znalazła, powietrze niby było takie same, ale dopiero przed chwilą zaczęła oddychać pełną piersią, coś się w niej zmieniło. Być może zaklinaczka faktycznie zabrała to, co nie pozwalało jej sięgać po szczęście.

Nokturn pozostał za nimi, dobrze, zasługiwali na to, by znaleźć się w bardziej przyjemnym miejscu, w innym otoczeniu, miała to była być ich pierwsza noc po ślubie, powinni móc cieszyć się sobą gdzieś, gdzie nikt nie będzie mógł im przeszkodzić, gdzie nie będą czuli na plecach oddechu osób, które chciałyby ich krzywdy. Na Nokturnie nigdy nie można było być niczego pewnym, także go opuścili i znaleźli się w tej mniej groźnej części stolicy.

Ulica była oświetlona, latarnie mieniły się jasnym, ciepłym światłem, rozświetlały im drogę. Powietrze było przyjemniejsze, pozbawione tego charakterystycznego zapachu, który pojawiał się tylko tam, chociaż miała wrażenie, że dosyć mocno nim przesiąknęli, wizyty na Nokturnie zawsze kończyły się w ten sam sposób.

Szli w wiadomym celu, tak właściwie to Benjy ją prowadził, jakoś zawsze kończyli w ten sposób, kiedy znajdowali się obok siebie. On ją prowadził, ona szła za nim nie zdając zbędnych pytań, bo wiedziała, że przy nim jest bezpieczna, że nie spotka jej żadna krzywda. To działało kiedy byli dziećmi, i jak spotkali się ponownie jako swoje dorosłe wersje. Miało działać też w przyszłości, bo zamierzała nadal podążać za nim wszędzie. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Czuła pod palcami ciepło jego skóry, szorstkie dłonie, które zaciskały się na jej, to nie był sen, oni naprawdę to zrobili, wzięli ślub, a teraz zmierzali do hotelu, aby skonsumować ich zupełnie nowy związek.

Hotelu, który Benjy znał z czasów, kiedy był kimś innym, teraz to miejsce miało się mu kojarzyć już z czymś nowym, z nią, chciał ją tam zabrać, bo uważał, że należała im się odrobina luksusu, tak właściwie to średnio mieli inne rozwiązanie, bo nie do końca mieli się gdzie podziać, ale to też będzie problem na kolejny dzień. Dzisiaj nic nie miało im przeszkadzać, nie mieli skupiać się na niczym innym oprócz sobie nawzajem.

Milczeli, nie przestawała jednak co chwilę spoglądać na niego kątem oka, aż ich spojrzenia się spotkały. Kiedy widziała go takiego, z tą ręką splecioną z nią nie potrafiła zebrać myśli, to ją rozpraszało, pewnie długo jeszcze będzie. - Nie wiem, rzadko tu bywam, to znaczy teraz już wiem. - Częściej bywała na Nokturnie, niż w mugolskiej części stolicy. Mimo, że mieszkała tutaj przez całe swoje życie, to raczej trzymała się tych magicznych dzielnic.

- To musi być piękny widok. - Nigdy nie miała szansy tego zobaczyć, więc to miał być jej kolejny pierwszy raz dzisiaj, pierwszy raz z nim. Pamiętała te momenty nad jeziorem, gdy tafla była spokojna i można było w niej obejrzeć zamek, było to zachwycające, wspomnienia wracały do niej w tej chwili. Te wszystkie dni, kiedy mu ulegała i zamiast się uczyć to włóczyła się z nim po błoniach, niczego nie żałowała, bo były to momenty warte zapamiętania, dzięki temu teraz miała do czego wracać.

Gdy zaczęli zbliżać się w stronę bulwarów uderzyło w nią zimne powietrze, woda niosła ze sobą chłód, tylko, że jej ciało nie wydawało się w ogóle na niego reagować, było jej ciepło, mimo jesieni w powietrzu, wewnątrz niej nadal było lato, a może nawet wiosna, gdy wszystko budziło się do życia, ona się dzisiaj obudziła, tak jak jeszcze nigdy wcześniej.

Wokół nie było żywego ducha, byli tutaj tylko oni, miasto spało, Benjy zatrzymał się i przyciągnął ją do siebie. Przejechał dłonią po jej policzku, przymknęła na moment oczy, na krótką chwilę, zaciągnęła się głęboko rześkim powietrzem, które mieszało się z jego zapachem, po chwili uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy.

- Benjy... - Znajdowali się bardzo blisko siebie, dzieliły ich właściwie milimetry, wpatrywała się w niego jak zaczarowana, nie mogła odwrócić wzroku, nie chciała tego robić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
07.12.2025, 23:55  ✶  
Przez lata, jakie spędziłem w innych miejscach, nie zdołałem zapomnieć, że październik nigdy nie był tu zbyt łaskawy. Wyspiarski klimat miał swoją specyfikę - może nie było jeszcze mroźnie, ale chłodne powietrze i tak wciskało się pod kołnierze płaszczy, zbierało się przy kostkach, wpełzając pod materiał nogawek, szczypało odsłoniętą skórę przy nadgarstkach. Momentami mogło się zdawać, że wychładzało od wewnątrz - wciągało chłód do środka wraz z oddechem. Deszcz już przestał padać, jego najintensywniejszy moment przypadł najwidoczniej wtedy, gdy byliśmy w mieszkaniu na Nokturnie, ale wszystko wokół było jeszcze ciężkie od wody - gzymsy, parapety, dachy autobusów, markizy nad zamkniętymi witrynami. Krople spadały z opóźnieniem, już pojedynczo, nie strugami, ściskając do kratek w ulicy. Bruk błyszczał jak wypolerowany, a zarazem każdy jego fragment nosił ślad brudu, którego nie dało się już zmyć, efektów pożarów nie dało się do końca wymazać, ani w magicznej, ani w mugolskiej stolicy, ich echo prawdopodobnie miało tu pozostać na lata, nawet jeśli teraz było już spokojnie. Życie powoli wracało do normy, a nasze właśnie się zmieniało.
Ulice robiły się coraz szersze, światła gęstsze - lampy gazowe, będące reliktami przeszłości, ale wciąż typowe dla tych okolic, rzucały miękkie, ciepłe światła. W przeciwieństwie do czarodziejskiej części miasta, tutaj było zdecydowanie więcej przestrzeni. Z daleka dobiegał przytłumiony dźwięk ruchu ulicznego i życia - samochody na głównej arterii, autobus hamujący za skrzyżowaniem, czyjeś śmiechy, zbyt głośne jak na tę godzinę. Gdzieś dalej ktoś zamykał nocny lokal, prawdopodobnie lombard lub coś w tym rodzaju, metalowa roleta zgrzynęła o prowadnice, dźwięk poniósł się między kamienicami i odbił od ścian. Na mokrym bruku stopniowo zaczęły odbijać się neony, charakterystyczne dla bardziej turystycznych okolic, rzucały głównie czerwone i niebieskie, poszarpane na fragmenty - odblaski światła zniekształcone przez nierówności powierzchni. Taksówka przejechała obok nas, praktycznie pustą ulicą, z głośnym szumem opon, rozchlapała wodę na krawężnik, cudem nas nie ochlapując. Mijaliśmy sklepy, które już dawno pogasiły światła - jubilerów, krawców, antykwariuszy z oknami zastawionymi przedmiotami, których nikt nie oglądał po dwudziestej drugiej. Gdzieś w jednym budynku centralnie przed nami, wysoko, paliło się jeszcze jedno okno jedyne na całej fasadzie, jakby ktoś uparcie nie chciał zasnąć razem z resztą budynku. Poza tym było cicho i sennie.
Noc była jedynym czasem, kiedy Londyn nie grał mugolskiego miasta, ani magicznego - był sobą, nagim, intrygującym, surowym, ale nie tak niebezpiecznym, jak mogłoby się wydawać niektórym ludziom. Szliśmy w stronę Savoya, a ja czułem znajome ukłucie przyjemności ze spaceru w takiej atmosferze, to niepokojące uspokojenie, które zawsze przychodziło dopiero po zmroku. Ciemność ukrywała, wygłaszała i rozmywała to, co w dzień by raziło. W cieniu wszystko stawało się bardziej subtelne - krawędzie budynków, nisze między drzwiami, wąskie przejścia. Lubiłem cień, zawsze go wolałem - to, jak świat tracił ostrość, kontury ludzi robiły się miękkie, a twarze mniej czytelne. Prue wiedziała o tym doskonale, lepiej niż ktokolwiek inny - to, że noc mnie porządowała, a nie gubiła, była moją ulubioną porą dnia, nawet jeśli nigdy nie unikałem światła słońca. Teraz też czułem, że wszystko we mnie układało się w ten spokojny, pewny siebie i naszego kierunku sposób - krok, oddech, krok, to była nasza pora, wspólna.
Kiedy Prudence splatała ze mną palce, jej dłoń pasowała do mojej tak naturalnie, jakbyśmy ćwiczyli to przez lata… Ciepło latarni odbijało się w jej włosach, ale nie patrzyłem na to zbyt długo - robiłem to już wystarczająco wiele razy tego wieczoru i każdy kolejny zaczynał być niebezpieczny dla mojej zdolności do trzymania się rozsądku. Dopiero teraz docierało do mnie w pełni, że naprawdę to zrobiliśmy - wzięliśmy ślub, bez żadnych uników, żadnego „kiedyś”, żadnych półsłów - tylko obrączka, jej ciepła skóra i noc, w której wszystko miało wreszcie wejść na swoje miejsce.
Uśmiechnąłem się pod nosem, bardzo delikatnie.
- Mosemy tu czasem bywaś lasem. - Stwierdziłem dopiero po kilku krokach, bo to właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że mówiłem to także do siebie. - Skolo i tak nie było mnie tu pszes lata… W Londynie, na Wyspach… - Zawiesiłem głos, brzmiało to tak, jakby mi czegoś brakowało, ale prawda była taka, że brakowało mi jej, teraz to widziałem, brakowało mi właśnie tego, nas takich, jak teraz, reszta była tłem.
Im bliżej byliśmy rzeki, tym zimniejsze powietrze uderzało mi w twarz, ale jej dłoń wciąż była ciepła w mojej. Nie zatrzymałem się od razu, pozwoliłem, żeby ostatnie metry bulwaru same się pod nami otworzyły, aż w końcu zrobiłem ten jeden krok w bok, który zatrzymał nas oboje. Przez moment po prostu trwałem, czując jej oddech tuż przy swoich ustach, milimetry, które nas dzieliły, tę absurdalną świadomość, że nikt nas tu nie widzi, miasto naprawdę zasnęło, a ja - ja obudziłem się ledwie parę godzin temu, dokładnie w chwili, kiedy założyła na mój palec obrączkę. Przesunąłem kciukiem po jej policzku, niżej, pod linię żuchwy, tak jakby każdy centymetr był czymś, czego musiałem się nauczyć od nowa, a jednocześnie znałem go zawsze.
To jedno słowo - moje imię z jej ust - miało w sobie tyle bliskości, że musiałem wziąć oddech, inaczej coś by mi pękło pod mostkiem. Przysunąłem się o te ostatnie milimetry, nie dotykając jeszcze jej ust, ale czując ciepło, które stamtąd biło, i nagle ten cały bulwar, ta woda, ten hotel i lata, przez które mnie tu nie było - wszystko złożyło się w jedną prostą rzecz.
- Dziękuję ci. - Powiedziałem cicho. Za bycie tu. Za tę drogę. Za to, że szła obok mnie, dając się tak po prostu prowadzić, i tak, jakby to było jedyne miejsce, w którym chciała być. Za to, że szła ze mną. Za to, że pozwoliła mi być tym, kim byłem teraz. Za to, że nadal trzymała mnie za rękę, tak jakby to było oczywiste. Za to wszystko, czego nie umiałem nazwać głośno.
Zatrzymałem ją, ale tak naprawdę to ja zostałem zatrzymany.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
08.12.2025, 01:25  ✶  

Październik zwiastował to, co było nieuniknione. Krótsze dni, długie noce, ciemność, która chętnie otaczała stolicę. Niósł ze sobą chłód, zachęcał do wyciągania z szaf ciepłych płaszczów, które mogły pomóc przetrwać ten dosyć kapryśny okres. W pewien sposób był jednak zachwycający, stanowił łącznik między tym co odchodziło, a co miało nadejść. Można było trafić jeszcze na słoneczne dni, które przypominały te letnie, przynajmniej przez chwilę, jednak wieczory przywracały do rzeczywistości i sugerowały aby szykować się na to, co miało się zacząć.

Ciemność nigdy jej nie przeszkadzała, lubiła ten moment w roku, można było się zaszyć przed całym światem i nawet nikt nie mógł mieć o to pretensji, bo pogoda nie zachęcała do wyjścia na zewnątrz, nikt nie interesował się tym, gdzie była i co robiła, bo spodziewać się można było tego, że nie wyściubia nosa poza cztery ściany. Były to chwile, kiedy mogła szlajać się bez większego sensu, szukać czegoś, co miała nigdy nie odnaleźć. Tego dnia jednak wszystko się zmieniło.

Odnalazła to, czego jej brakowało, znalazła dopełnienie, którego nie spodziewała się, że może pragnąć, a jednak.

Szli teraz razem, mijając kolejne uliczki, kamienice, deszcz, który spadł z nieba nie zdołał jeszcze się wchłonąć przez co chlapał pod butami. Powietrze wydawało się być dużo bardziej rześkie, można było wyczuć w nim wilgoć, która pojawiała się po deszczu. Przestało już jednak padać, dzięki czemu ten spacer w środku nocy nie należał do nieprzyjemnych, ominęli moment, w którym z chmur musiało spaść najwięcej kropel, byli wtedy na Nokturnie, może to i lepiej, dzięki temu nie musieli już nigdzie pędzić. Mogli na spokojnie zmierzać ku miejscu, które obrali sobie za cel.

Benjy jak zawsze dostosował do niej swoje tempo, podejrzewała, że gdyby jej przy nim nie było już dawno zdążyłby znaleźć się na miejscu, jego jeden krok, to pewnie jej pięć, może i więcej, wydawał się jednak być spokojny - jak zawsze, nigdy jej nie pospieszał, po prostu się dostosowywał, przychodziło mu to bardzo naturalnie, tak samo jak jej naturalnie przychodziło podążanie za nim, splatanie jej palców z jego. Czuła wewnętrzny spokój, i miała wrażenie, że nic nie jest w stanie go zachwiać. W końcu wszystko było na swoim miejscu, ona była na swoim miejscu, bo znajdowała się przy nim, trzymała go za rękę, szła tuż obok niego. Nie było dla niej nigdy bardziej właściwego miejsca, tylko, że wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Widziała znaki, jednak nie spodziewała się tego, że w ogóle mogłaby marzyć o tym, że znajdzie się w takim położeniu, nie miała pojęcia, że będzie mógł zmienić swoje życie dla niej.

Prudence w końcu od zawsze tutaj była. Nie wiodła ekscytującego życia, po prostu trwała, nie miała żadnego konkretnego celu poza tym, żeby jakoś przetrwać. Benjy musiał zniknąć, uciekać przed swoją przeszłością, a jednak wrócił, wrócił tutaj dla niej, wybrał ją. Nie miał pojęcia, jak wiele to dla niej znaczyło, nigdy nikt jej nie wybrał, nigdy nie była niczyim pierwszym wyborem, a on położył na szali wszystko, i tak po prostu wziął z nią ślub, jakby nie istniała bardziej właściwa możliwość. Wybrał ją.

Noc należała do nich, nie wiedzieć czemu wróciło do niej teraz znowu to wspomnienie, w którym powiedział jej, że pasowałby mu gdyby mogli zostać razem w cieniu na dłużej. Teraz mieli na to szansę, mogli znikać, pojawiać się, gdy mieli na to ochotę. Los dał im taką możliwość. Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, wtedy nie wiedziała, że to jest możliwe, że kiedyś faktycznie to będzie mogło się wydarzyć, mimo, że bardzo tego chciała. Nie mogła jednak o tym marzyć, a jednak nawet jeśli nie miała tyle odwagi, by to zrobić, to to marzenie się spełniło.

- Możemy, możemy bywać wszędzie tam, gdzie tylko będziesz chciał. - Wystarczyło tylko słowo, a może nawet i bez tego mogła się obejść. Wiedziała tylko, że chciała być przy nim, bo to on był jej całym światem, gdzie by się nie znajdowali, to jeśli Benjy nadal będzie trwał przy jej boku, to będzie szczęśliwa, to było całkiem proste. Nie było go długo, bardzo długo, na pewno miał miejsca, które chciał odwiedzić, które miały dla niego jakieś znaczenie.

Zatrzymali się na moment, Benjy ją do siebie przyciągnął, wolną rękę oparła o jego klatkę piersiową, drugą ciągle miała splecioną z jego dłonią, jakby nie chciała jej wypuszczać nawet na sekundę, bo wtedy to mogłoby przestać być prawdziwe.

Dziękował jej. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, ich oddechy się ze sobą mieszały, pod palcami czuła ciepło jego ciała. Wydawało jej się, że świat znowu się zatrzymał. On jej dziękował, przecież to, że znajdowali się tutaj w takiej, a nie innej pozycji było też jego zasługą, razem to osiągnęli.

- To nic. - Naprawdę nie wydawało jej się, aby zrobiła coś wielkiego, po prostu była, zależało jej na nim, gdyby nie to, że znowu się tutaj nie pojawił nie miałaby szansy dowiedzieć się tego, jak bardzo, ani tego, jak bardzo jej życie było puste od niego. Nie zdawał sobie sprawy, z tego, jak wiele dla niej znaczyło to, co się wydarzyło, jak wiele on od zawsze dla niej znaczył i miał znaczyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
08.12.2025, 02:44  ✶  
Październik zawsze miał w sobie coś, co z łatwością potrafiło wchodzić człowiekowi pod skórę - niektórych to przytłaczało, ale ja lubiłem ten okres, był dla mnie przejściem, zawieszeniem, chwilą, w której nikt jeszcze nie wiedział, jaka będzie zima. Lubiłem jesień za tę jej twardą szczerość, tę odmowę udawania czegokolwiek. Nawet teraz, kiedy londyńskie światła odbijały się w mokrych płytach chodnika, a ostatnie krople deszczu drżały na krawędziach latarni, czułem, że to pora roku, do której jakimś dziwnym sposobem należałem. Do tych wszystkich długich nocy, których nikt nie powinien pamiętać, a ja pamiętałem aż za dobrze. Teraz jednak wszystko wyglądało inaczej - nie dlatego, że miasto się zmieniło, chociaż z pewnością to zrobiło, ale dlatego, że ona trzymała mnie za rękę.
Szliśmy powoli, jej dłoń w mojej była jedynym stałym punktem w tym całym mokrym pejzażu. Noc coraz wyraźniej pachniała rzeką, wilgoć Tamizy wślizgiwała się pod kołnierz płaszcza, ale tam, gdzie stykały się nasze palce, czułem jedynie ciepło - swoje, Prue, nasze wspólne. Mój krok - większy, dłuższy - zwalniał nieświadomie, tak jak zawsze. Nawet wtedy, kiedy byliśmy wobec siebie nieprzyjaźnie nastawieni, a jednak okoliczności sprawiały, że szliśmy obok siebie, nie chciałem, by biegała obok mnie, to byłoby niewłaściwe. Robiłem to również teraz, bezmyślnie, bo ciało pamiętało, ramię pamiętało - to były wszystkie te drobne odruchy, które powinny były zniknąć lata temu, a jednak wróciły natychmiast.
Przez tyle lat byłem człowiekiem, który chodził tylko tam, gdzie musiał, wybierałem miejsca, które nie zadawały pytań, a jeszcze chętniej takie, które mnie nie pamiętały. Odkąd byłem kimś innym, było mi to na rękę, im ciemniej, tym łatwiej było zniknąć, nie zostawiając po sobie niczego, nawet odgłosu kroków.
Poczułem coś, co przypominało to uporczywe kłucie pod żebrami - to, które brało się zawsze wtedy, kiedy ktoś był zbyt szczery wobec mnie, a ja nie do końca wiedziałem, co zrobić z takim rodzajem szczerości. Powiedziała to spokojnie, niewymuszenie, ale w moich uszach wybrzmiało to inaczej, nie tylko jak deklaracja zrobiona półgłosem, ale jak coś bardziej prawdziwego niż większość obietnic, które słyszałem w życiu. Nie chodziło o obietnicę, ani o gotowość do włóczenia się ze mną po dzielnicach Londynu, które ja znałem w jeden sposób, z odległej przeszłości, a ona zupełnie inaczej, bliżej teraźniejszości, chociaż niezbyt dokładnie. Chodziło o sposób, w jaki to powiedziała, jakby naprawdę nie miało dla niej żadnego znaczenia, dokąd zmierzamy, byle iść obok mnie.
- Wszędzie to duszo miejsc. - Oodpowiedziałem półgłosem, z tym ledwie uchwytnym rozbawieniem, które pojawiało się we mnie tylko w momentach takich jak ten - Ale… Dobsze. Zaczynamy od tych, któlych nie zdąszyłem ci wtedy pokazaś. - Nie powiedziałem kiedy wtedy, nie musiałem - oboje wiedzieliśmy, które chwile zostawiłem za sobą i dlaczego musiałem je porzucić. - A potem w dlugą stlonę? Kolejne będzie twoje? - To nawet nie było pytanie, chciałem poznawać świat jej oczami, to było całkiem naturalne. To było prawdziwe, nie było mnie tu przez tyle lat, że nawet światła nad brzegiem wyglądały inaczej, a jednocześnie przypominały każdy wieczór, który kiedyś marnowałem na uciekanie od wszystkiego. Teraz nie musiałem uciekać, a ona - ona była pierwszą osobą, której naprawdę chciałem to pokazać.
Droga pod butami wciąż chlupała po deszczu, wilgoć unosiła się nad rzeką cienką warstwą mgły w sposób, który znałem od dziecka - tym londyńskim klimatem, nie do podrobienia.
Pociągnąłem ją ku sobie, czując, jak jej wolna dłoń spoczęła na mojej piersi - te kilka centymetrów bliskości miało większą wagę niż większość decyzji, jakie podejmowałem przez ostatnią dekadę, oddech mojej żony ocierał się o mój, latarnie łamały światło na linii jej rzęs, a ja... Ja musiałem na nią patrzeć. Po prostu musiałem. Nie tak planowałem jej to powiedzieć, nie tak podziękować - miało to brzmieć lżej, bardziej w tonie naszej wcześniejszej gry słów, ale wypłynęło prosto, ciężej, uczciwiej. Pokręciłem minimalnie głową - zawsze w pierwszej kolejności sięgałem bardziej gest niż słowa. Parsknąłem krótkim, cichym śmiechem, bardziej powietrzem niż dźwiękiem, ton odpowiedzi był lekki, jakby naprawdę wierzyła, że nie zrobiła nic istotnego. A ja - ja widziałem dokładnie odwrotnie. Pochyliłem głowę trochę niżej, bliżej, aż poczułem jej oddech na własnej dolnej wardze. Mogłem opierać się tylko na tym, jak brzmiała, w jaki sposób poruszyły się jej wargi, jak miękka pod opuszkami moich palców była skóra na jej policzku. Takie drobiazgi były dla mnie prawdziwsze niż słowa. Ta bliskość była tak cicha i tak intensywna jednocześnie, że miałem wrażenie, że nawet rzeka przestała płynąć na moment. To nie było „nic”, nie każdy by… Wyciągnął do mnie rękę, oddając ją w ten sposób, łącząc ze mną swoje życie, wybierając je takim, jakim miało od teraz być, nie po tym wszystkim. Nie po tym, jak mnie nie było.
- To nie jest „nic”. - Powiedziałem miękko, mrugając i mrużąc powieki, żeby w półmroku złapać jej spojrzenie. Latarnie odbijały się w jej oczach jak w tafli rzeki, a ja znów poczułem ten idiotyczny impuls. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio tak się czułem - nie przywykłem do tego, by ktokolwiek mówił do mnie w ten sposób, tak po prostu, bez zastrzeżeń, bez warunków. W moim świecie zawsze istniał jakiś haczyk, jakiś limit, jakaś cena, a ona wypowiedziała to tak naturalnie, jakby było oczywiste, że może iść za mną wszędzie, jakby przez całe życie czekała tylko, aż powiem, w którą stronę skręcam. - Gdyby nie ty… - Urwałem, bo miałem świadomość, że każde kolejne słowo może zabrzmieć zbyt poważnie jak na noc, która dopiero nas zaczynała. - Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. W ogóle. - Dodałem to już ciszej. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tej splecionej z moją, i uniosłem ją trochę, spoglądając na obrączkę na jej palcu - chciałem potwierdzić wagę wypowiadanych słów, fakt, że naprawdę mnie trzymała. - Więc nie mów, sze to nic… - Nie dokończyłem zdania, bo to było jedno z tych zdań, których kończenie odbierało siłę temu, co w nim najważniejsze, i choć nigdy nie byłem mistrzem wdzięczności, zawsze leżała na mnie jak źle dobrany garnitur, to tutaj, pod jesiennymi lampami odbijającymi się w mokrych bulwarach, zdała egzamin lepiej, niż się spodziewałem.
Przez chwilę po prostu patrzyłem na nią - na te milimetry, które dzieliły nasze usta, na ciszę, która wcale nie była cicha. Czas zwalniał, tak jak zwalnia noc, kiedy staje się miejscem, a nie godziną. Przez chwilę nic nie mówiłem, nie chciałem zepsuć tej krótkiej pauzy między nami, kiedy byliśmy tak blisko, że czułem, jak jej oddech uderzał mi o usta. I wtedy - może żeby przerwać tę niebezpieczną, aż zbyt poważną intensywność - poczułem, jak w mojej piersi podnosi się coś lżejszego, bardziej znajomego. Rozluźniłem ramiona, palcami wolnej dłoni przesunąłem jej po policzku raz jeszcze, tylko delikatniej, potem westchnąłem cicho, bardziej jakbym się zbierał do czegoś, niż naprawdę potrzebował powietrza, chciałem zamknąć tę powagę w jednym geście.
- Wiesz… - Zacząłem, a ton sam mi przeszedł w coś lżejszego, rozbawionego. - Tak między nami… Plóbowałem sobie pszypomnieś, kiedy ostatni las oficjalnie wynajmowałem pokój w hotelu. - Przeniosłem wzrok na bulwar, na światła Savoyu odbijające się w wodzie, i wróciłem spojrzeniem do niej, unosząc lekko brew. - To nie tak, sze nie bywałem w hotelach. - Dodałem, odchrząkując z rozbawieniem, a mój głos przeszedł w to charakterystyczne, trochę zachrypnięte brzmienie, które pojawiało się, gdy mówiłem za nisko, bo starałem się powstrzymać nagłą, irracjonalną wesołość. - Po plostu… Zazwyczaj wyglądało to inaczej. - Kącik ust sam mi drgnął, tym razem w sposób, którego nawet nie próbowałem ukryć. - Duszo inaczej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
08.12.2025, 14:40  ✶  

- To prawda, wszędzie to dużo miejsc, ale mamy przecież naprawdę masę czasu, aby je wszystkie odwiedzić. - Nie było chyba dla niej nic bardziej naturalnego niż chęć pojawienia się przy jego boku dokładnie tam, gdzie zmierzał. Nie musiała wiedzieć dokąd się wybierają, po prostu chciała być przy nim, zawsze, nic nie było prostsze dla niej od tej deklaracji. Zresztą gdzie by się nie znaleźli, to z nim na pewno będzie to na swój sposób wyjątkowe, bo on był dla niej wyjątkowy.

- Wspaniale, to mamy już pomysł na początek. - Nie pytała kiedy miał jej to pokazać, doskonale zdawała sobie sprawę, kiedy zniknął, nie było sensu więc o to pytać. Wiedzieli jak wyglądała ich przeszłość, najważniejsze było jednak to, że przyszłość miała być zupełnie inna, pewna, bo zdecydowali się na to, aby przez resztę życia trwać u swojego boku. To wiele dla niej znaczyło, to była wielka odmiana, bo faktycznie jako jego żona mogła oczekiwać tego, że będzie do niej wracał. Jeszcze nie miała pojęcia, jak dokładnie będzie to wyglądało, zresztą teraz nie chciała o tym myśleć, wolała się raczej skupić na tym, że mieli przed sobą mieć jeszcze wiele podobnych wieczorów do tego, kiedy świat wydawał się być ich sprzymierzeńcem. Pozwalał im się chować cieniu przed tym, co działo się obok. Mogli być tu razem, schowani przed ludźmi, czy problemami, które przestawały istnieć kiedy trzymała go za dłoń, gdy czuła pod palcami ciepło jego dłoni i mogła wpatrywać się w jego oczy. Wszystko było dużo prostsze.

- Tak, kolejne będzie moje, pokażę Ci też mój świat. - Miała swoje ulubione miejsca, jak każdy, w których lubiła bywać, pojawiać się i obserwować. Może nie były to tak spekakularne okolice, jak ta tutaj, jednak chciała, żeby wiedział, gdzie ona pojawiała się, kiedy chciała nieco odetchnąć. Wiedziała, że ma mu sporo do pokazania, czy przekazania, bo nie mieli jeszcze szansy dowiedzieć się o sobie wszystkiego, to przyjdzie z czasem, bo niby bardzo dobrze się znali, niby potrafili się czytać, jak nikt inny, ale jednak istniały takie obszary, o których nie mieli zielonego pojęcia, co było całkiem naturalne, zważając na to, ile nie mieli ze sobą kontaktu. Sporo rzeczy mogło się zmienić podczas czternastu lat, tak właściwie to na pewno się zmieniło. Powoli pewnie zaczną się tego wszystkiego o sobie dowiadywać, mieli czas, to nie miało im uciec, bo teraz mogli się siebie uczyć już do końca życia.

Przyciągnął ją później do siebie, zatrzymali się na moment pośród ciszy, której nic nie przerywało, nie zwracała zupełnie uwagi na dźwięki dochodzące z zewnątrz, wydawały się nie istnieć. Liczyła się tylko jego obecność, ciepło, które biło od jego ciała.

Znajdowali się bardzo blisko siebie, dzieliły ich ledwie milimetry, mogła podziwiać jego twarz w całej okazałości, wpatrywać się w jego oczy. Gładził jej policzek opuszkami palców, był tutaj, nigdzie się nie wybierał i to wszystko było prawdziwe. Wybrał ją, nie zrezygnował z niej, mimo, że zupełnie nie leżało w jego naturze zatrzymywanie się gdziekolwiek, to i tak dla niej postanowił zostać. Niesamowite.

Nie wydawało jej się, aby zrobiła wiele - po prostu była, to nie było nic wielkiego, nie dla niej. Zresztą chciała tu być, nie musiał być jej wdzięczny za coś, co sprawiało jej przyjemność, co było jednym z jej marzeń. Naprawdę chciała go mieć przy sobie. Może nie wyobrażała sobie tego w ten sposób, ale nie mogła lepiej sobie tego wyobrazić niż to, jak faktycznie to teraz wyglądało.

- Gdyby nie ja, ale też gdyby nie to, że sam postanowiłeś zostać Benjy, to nie jest tylko i wyłącznie moją zasługą, zostałeś tu ze mną, co dla mnie też wiele znaczy, wybrałeś mnie. - Nie mogła mu znowu tego nie powiedzieć, chyba nie do końca zdawał sobie sprawę, jakie to było dla niej zaskakujące. Uniósł jej dłoń, tę z obrączką na palcu, był to symbol zmiany, symbol ich nowego życia, spojrzała na nią ukosem.

- Wiesz, że to była najprostsza decyzja, którą podjęłam w moim życiu, prawda? - Niczego nie była tak pewna, jak tego, że chciała zostać jego żoną, trwać przy nim, znajdować się tuż obok. Kochała go tak mocno, że nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej. Nie, żeby w ogóle zakładała, że coś takiego kiedyś będzie możliwe, jak widać jednak życie potrafiło zaskakiwać, on potrafił nadal ją zaskakiwać, wyszedł z tą porpozycją, której nie mogła odrzucić, nigdy by go nie odrzuciła.

Wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, znowu dotknął jej policzka, kącik ust drgnął jej w uśmiechu, znajdowali się tak blisko siebie, ich twarze dzieliły praktycznie milimetry, bardzo łatwo mogłaby się znowu zatracić w smaku jego ust, ale to nie był jeszcze ten moment, mieli na to czas.

- Jak mniemam robiłeś to mniej oficjalnie? - Przeszli do nieco luźniejszego tematu, atmosfera przestała gęstnieć. - Nie wątpię, że w nich nie bywałeś. - Spędził w drodze tyle czasu, że raczej nie wyobrażała sobie tego, że mógłby w nich nie bywać. Nie miała pojęcia jak do końca wyglądała jego tułaczka po świecie, ale jednak zakładała, że czasem chciał przespać się w ciepłym i wygodnym łóżku.

- Korzystałeś z tych swoich sztuczek, które wiele razy niemalże doprowadziły mnie do zawału serca? - Pamiętała o tym, pamiętała, że potrafił pojawiać się i znikać, jakby wyłaniał się spod ziemi. Zawsze ją to zastanawiało, nie miała pojęcia, jak można było się tak szybko i cicho poruszać, mówiła, że był na swój sposób specjalny. - Te Twoje specjalne zdolności na pewno przydawały Ci się podczas życia, które wiodłeś. - Nie widziała nic złego w tym, aby od czasu do czasu wykorzystywać to na swoją korzyść, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie korzystałby z takich udogodnień, gdyby tylko mógł.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
08.12.2025, 17:19  ✶  
Jej głos, to miękkie, instynktowne, niewymuszone „wszędzie tam, gdzie będziesz chciał”, zrobiło we mnie więcej, niż jakakolwiek deklaracja, którą słyszałem przez ostatnie piętnaście lat. Kiedy powiedziała, że mamy „masę czasu”, coś we mnie drgnęło - nie niepokój, nie wahanie, tylko ten dziwny, obcy rodzaj spokoju, jaki pojawiał się wewnątrz człowieka, który dotąd żył wyłącznie na tymczasowych mostach. Mój świat przez czternaście lat składał się z miejsc, w których nie powinienem zostawać dłużej niż jedną noc, a ona mówiła to tak, jakby czas naprawdę należał do nas. To słowo - „czas” - przez lata było dla mnie czymś, co znikało zatrważająco szybko, przeciekało między palcami - czymś, czego zawsze miałem za mało albo za dużo, zawsze nie tam, gdzie powinienem. Tymczasem Prudence powiedziała to, jakby mówiła o czymś absolutnie oczywistym, podczas gdy dla mnie oczywistym nie było nic, co zakładało dłużej niż dwa kroki do przodu. A jednak… Kiedy szliśmy między tymi mokrymi fasadami, zaczynałem wierzyć, że faktycznie możemy mieć czas.
Teraz miałem całe jutro, i dzień po nim, i rok po nim, i cholera wie ile jeszcze - bo ona szła tu ze mną i mówiła rzeczy, które potrafiły mi rozwiązać od środka cały ten twardy supeł, który przez lata trzymał mnie w jednym kawałku. Gdy przytaknęła, że następne miejsce będzie jej, pokaże mi swój świat, poczułem coś idiotycznie znajomego, coś, co wróciło do mnie po raz pierwszy od czasów błoni przy Hogwarcie - to drobne, niemal młodzieńcze drżenie, które mówiło mi, że jestem cholernie ciekaw wszystkiego, czego jeszcze o niej nie wiem. A było tego wiele, jak na czternaście lat ciszy. Jej słowa unosiły się między nami miękko, pewnie. „To będzie mój świat. Pokażę ci mój świat” - złapałem na moment jej spojrzenie, a potem wypuściłem powietrze przez nos w krótkim, półuśmiechniętym geście - jej świat, nie tylko ten, który pamiętałem, bo wtedy widziałem ją w strzępach - pod drzewem, na błoniach, w cieniu, gdzie siadała ze mną tak, jakby to nie było nic wielkiego. Teraz brzmiało to jak obietnica rozciągnięta na lata, których nikt nam nie zamierzał zabrać.
Kiedy pociągnąłem ją bliżej, jej dłoń oparta na mojej klatce piersiowej przesunęła się o ułamek centymetra, tak lekko, że mógłbym to wziąć za złudzenie, ale nie wziąłem, czułem to zbyt wyraźnie. Jesienne powietrze muskało kark, ale ona była ciepła. Zatrzymałem się z nią pośród ciszy bulwarów, nasze twarze były tak blisko, że widziałem odbicie świateł w jej źrenicach. Moja ręka sama odnalazła jej policzek - musnąłem go kciukiem, trochę jakbym sprawdzał, czy nie zniknie w tej przestrzeni, którą noc otuliła aż nienaturalnie miękko.
A potem, kiedy przeszła z tym swoim uporem do tematu „wybrałeś mnie”, „to nie tylko moja zasługa”, kiedy znów zaczęła odwracać proporcje na swoją niekorzyść, poczułem tak znajome szarpnięcie gdzieś pod żebrami, że aż parsknąłem cicho przez nos - to już było coś, czego nie mogłem zostawić bez odpowiedzi. Nie tym tonem, nie tu, kiedy stała przede mną w tej jesiennej ciszy, tak blisko, że mogłem policzyć jej rzęsy. Zmrużyłem lekko oczy. Nie było w tym złości. Raczej… Pewien rodzaj upartej tkliwości, której nie potrafiłbym nazwać w żadnym języku. Mogła sobie wyobrażać, że to jakaś wielka decyzja z mojej strony, jakiś zwrot akcji godny pieprzonej epopei, ale kiedy patrzyłem na nią z tej odległości kilku milimetrów, widząc, jak jej rzęsy drgnęły od podmuchu chłodnego wiatru, jak światło latarni odbijało się w obrączce, którą trzymałem między palcami - nie potrafiłem powstrzymać krótkiego, urwanego pokręcenia głową. Nie kpiącego, nawet nie rozbawionego, bardziej… Niewiarygodnie czułego. Poczułem, jak coś we mnie drgnęło, to coś, co przez lata trzymało mnie przy życiu, kiedy nikt nie stał obok. Zacisnąłem palce mocniej na jej dłoni, tej z obrączką, i uniosłem ją wyżej, żeby spojrzeć na nią w świetle latarni - metal błysnął złotem, zupełnie nie jak symbol, a jak coś absolutnie namacalnego, pewnego. Odsunąłem głowę o milimetr, żeby móc na nią spojrzeć tak, jak trzeba.
- Nie wmawiaj mi tego upaltego nonsensu. Nie plóbuj mi mówiś, sze to nie w pełni twoja zasługa, ti obstiné, bo będę się s tobą kłócił do lana. To jest ploste tylko dlatego, sze to ty. Bo ty jesteś… - Zaciąłem się na moment, szukając słowa, które byłoby wystarczające. Nie znalazłem, więc westchnąłem. - Jesteś kobietą, w któlej zakochałem się do bólu pszez sam fakt, sze oddycha w mojej okolicy. - Uśmiechnąłem się krótko. Tyle lat żyłem, zakładając, że nie dostanę niczego na stałe. Teraz stała obok mnie kobieta, która mówiła o przyszłości jak o czymś oczywisty, trzymała mnie za rękę tak, jakby nie bała się, że zniknę, chociaż przez większość życia robiłem dokładnie to. Kiedy trzymałem ją przy sobie, zniknął świat. Została ona - jej twarz, oddech mieszający się z moim, palce na mojej piersi, lekkie, pewne, ciepłe. Dotknąłem jej policzka, pozwalając sobie na to, na co przez lata nie pozwalałem nikomu - by ta bliskość była czymś zupełnie naturalnym. Lekki, krótki śmiech wyrwał mi się z gardła, niski i już ochrypły. - Byłbym kompletnym kletynem. Nie bohatelem tlagicznej opowieści. Po plostu kletynem, któly nie zauwaszył, sze ma pszed sobą kobietę, któla… - Zaciągnąłem powietrze, wolno. - Któlej nie mosna nie kochaś. Tym balsiej, gdy mówi takie szeszy.
Dopiero potem ja też pozwoliłem, by atmosfera trochę się rozluźniła, bo inaczej byłem pewien, że skończymy pocałunkiem, a wiedziałem, że oboje jeszcze trzymamy te ostatnie milimetry.
- Powiedzmy, sze… - Zacząłem wolniej, przeciągając głoskę, jakbym zastanawiał się, od którego wspomnienia nie zacząć. - Ploseduly meldunkowe nigdy nie naleszały do moich ulubionych. Jeśli człowiek potlafi wejść niezauwaszony, to po co się fatygowaś papielologią? Sztuczki… - Powtórzyłem tonem człowieka, który bardzo dobrze pamiętał, że te „sztuczki” faktycznie doprowadzały ją do zawału.
- Nazwijmy to… „Efektywną mobilnością.” -  Uśmiechnąłem się asymetrycznie. - Balso efektywną. Zdobywa się dzięki temu całkiem wygodne łószka w balso dziwnych częściach świata. - Odchyliłem twarz o centymetr, patrząc jej w oczy z pełną szczerością.
Miałem trzydzieści trzy lata, przeżyłem więcej nocy, niż byłem w stanie policzyć, spałem pod dachami, pod mostami, w karczmach, w ruinach, w miejscach, do których nie powinienem był włazić, i w miejscach, z których musiałem uciekać zanim wzejdzie słońce. A jednak to jedno zdanie sprawiło, że poczułem coś, czego nie czułem od dawna. Przejechałem kciukiem po jej dłoni, tej z obrączką, splatając na moment nasze palce mocniej, to był rodzaj prostego, brutalnie uczciwego szczęścia, takiego, którego człowiek nie planuje, bo nie zakłada, że będzie dla niego dostępne. Myśl o „początku”. Kurwa, jakiś czas temu nie wierzyłem, że w moim życiu cokolwiek może jeszcze zaczynać się od nowa, a jednak stała przede mną, z tą swoją pewnością i tym światłem w oczach, które widziałem już, kiedy miała trzynaście lat. Nic się w niej nie zmieniło, wszystko się zmieniło, jednocześnie - to było cudownie absurdalne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
08.12.2025, 21:23  ✶  

To był dopiero początek, dość trudny, burzliwy, poplątany, ale skoro udało im się w tym odnaleźć, już wszystko jakoś ułożyć, to teraz mogło być tylko lepiej. Odnaleźli się po latach, uświadomili sobie, że pewne uczucia nadal w nich tkwiły, nigdy nie miały przestać, nie potrafili trzymać się od siebie z daleka więc wybrali najprostszą opcję z możliwych, postanowili wziąć ślub, by mogli razem przeżyć resztę życia. Całkiem naturalnie przychodziło więc mówienie mu o tych wszystkich rzeczach. To było dla niej najbardziej oczywistą rzeczą. Chciała pokazać mu swój świat, chciała go do niego wprowadzić, chciała, aby stał się też jego światem, przynajmniej po części, na tyle, na ile to było możliwe. Słowa wychodziły z niej instynktownie, nie zastanawiała się nad tym co mówiła, nie musiała, bo od teraz mieli mieć wspólną przyszłość, mogli ją planować, jak tylko im się podobało. Mieli czas, mieli całą masę czasu i nie miała, co do tego najmniejszej wątpliwości, dopiero teraz mogła zacząć żyć, jakoś z nim u boku dużo prościej jej to przychodziło. Nie obawiała się tego, co może przynieść jutro, wręcz przeciwnie - była ciekawa każdego kolejnego dnia, który przyjdzie im razem spędzić.

Musiał przywyknąć do tego, że mieli jakieś jutro, zdawała sobie sprawę, że to może być dość mocno pokręcone dla kogoś, kto przez lata tułał się po świecie, i nie szukał raczej nigdzie swojego miejsca, wręcz przeciwnie ciągle przed kimś lub przed czymś uciekał, ale to już się skończyło, bo ona tutaj była, gotowa być jego oparciem każdego dnia. Mieli wrócić do tego, czego poniekąd zdążyli posmakować, chociaż byli już innymi ludźmi, których los zdążył dość mocno poturbować, jednak zdawała sobie sprawę z tego, jak to kiedyś było mieć go blisko, aktualnie, kiedy nie byli już dziećmi, gdy byli dorośli rysowało się to jeszcze lepiej. Nie spodziewała się, że tak potoczą się ich drogi, że będzie im nade wrócić do tego, co kiedyś tylko w nich kiełkowało i sięgnąć po to, pozwolić temu uczuciu rozkwitnąć, ale byli tutaj. Splatała swoją dłoń z jego, powiedziała tak, ich drogi zostały ze sobą połączone na zawsze, nie mogła sobie wymarzyć dla nich lepszego zakończenia, chociaż właściwie to był dopiero początek.

Prudence tak już miała, jej zdaniem całkiem racjonalnie oceniała swój wkład w to, gdzie aktualnie się znajdowali. Nie wynikało to z fałszywej skromności, kiedy czuła, że coś działo się tylko i wyłącznie dzięki niej, nie miała problemów, aby się z tym zgodzić i przyznać rację. W tym przypadku jednak widziała to nieco inaczej, nie tylko ona spowodowała tę zmianę, nie tylko ona doprowadziła do tego, że stali tutaj, wpatrywali się w siebie, splatali dłonie, a świat wokół nich przestał istnieć. To nie było zasługą jednej strony, nie mogło być, dwie osoby musiały wykazać dosyć sporą determinację, aby znaleźć się dokładnie w tym miejscu.

Oczywiście, że nie mógł zaakceptować tego, że negowała jego słowa. Powinna się tego spodziewać, prawda? Widziała, jak pokręcił głową w zaprzeczeniu i spodziewała się, że to był dopiero początek, nie byłby sobą, gdyby się nie odezwał. Najpierw jeszcze jednak uniósł jej dłoń, wpatrywał się przez chwilę w obrączkę na jej palcu, tę samą, którą sam jej na niego włożył, uśmiechnęła się do siebie na samą myśl o tym, że wzięli ślub, pewnie będzie tak reagować jeszcze długo, bo musiała przywyknąć do tego, że mogła go nazywać swoim mężem.

- Nie chcę się z Tobą kłócić do rana. - A wiedziała, że byłoby to możliwe, gdyby faktycznie zaczęła dalej w to brnąć, tak już przecież miał. Musiała zaakceptować jego podejście, najlepiej jeszcze to potwierdzić, żeby wiedział, że się z nim zgadza, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Inaczej pewnie by tu naprawdę stali do rana i wymieniali się coraz to trafniejszymi argumentami. I cholernie go rozumiała, wiedziała do czego zmierza mówiąc, że to jest proste tylko dlatego, że chodziło o nią, bo czuła to samo względem jego osoby. Nic, żadna decyzja w jej życiu nie wydawała się dla niej prostsza do podjęcia, niż ta, którą podjęła dzisiejszej nocy na Nokturnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby nic nie mogło być łatwiejsze. - Dobrze, że to zobaczyłeś, byłbyś kretynem, gdybyś nie pozwolił sobie na szczęście, to prawda. - A że ona okazała się być jego szczęściem, to cóż idealnie się składało, bo chciała tego samego. Chciała spędzić z nim resztę życia, stać się jego azylem, jego domem, miejscem do którego będzie mógł wracać, bo każdy zasługiwał na to, aby mieć w życiu coś więcej, każdy, a on przede wszystkim, po tym co go spotkało przez te wszystkie lata. Zależało jej na tym, by w końcu przy niej zaznał spokoju, zresztą ona również go potrzebowała, tak łatwo obudził w niej te wszystkie uczucia, które już dawno zgasły, o których wolała nie myśleć, kiedy tak na niego spoglądała, gdy nachylał się tuż nad nią, to spoglądając na niego widziała ich, wszystkie kolejne jutra i wspólne lata, które mieli przeżyć. Potrafiła dostrzec w jego oczach te same uczucia, które ją ogarniały, i nic nie wydawało się być bardziej słuszne od tego.

Było bardzo blisko tego, aby po raz kolejny ich usta się ze sobą spotkały, to nie był jednak jeszcze na to czas, Benjy chyba również zdawał sobie z tego sprawę, bo zrobił to, co potrafił robić najlepiej, odwrócił jej uwagę od swoich ust.

- No tak, nie ma to żadnego sensu, kto by się w ogóle w takiej sytuacji przejmował papierologią? Na co ona komu? - A że niosło to ze sobą jeszcze inne profity jak chociażby unikanie opłaty za nocne spędzone w najróżniejszych hotelach... kiedy był w drodze pewnie wiele razy musiał korzystać z podobnych udogodnień, nawet jej to specjalnie nie zdziwiło, on zawsze należał do tych osób, które potrafiły ominąć te niewygodne części.

- Nie znam nikogo bardziej efektywnie mobilnego od Ciebie. - Dodała jeszcze, bo naprawdę sporo w życiu widziała, ale nikt nie potrafił poruszać się jak on, pojawiać i znikać, chować w cieniu, wyłaniać znikąd, to było bardzo specjalne i od czasów Hogwartu wzbudzało w niej ciekawość, w sumie to pogodziła się z tym, że tak już ma, nie miała za bardzo innego wyboru, mimo, że istniał taki moment w czasie kiedy naprawdę ją to okropnie irytowało.

- Kiedyś będziesz musiał mi opowiedzieć o tych łóżkach. - Nie mieli okazji za bardzo dyskutować o wszystkich miejscach, w których był, a i tego była ciekawa. Wiedziała, że przeżył wiele, chciałaby usłyszeć chociaż część historii, które przeżył.

Poczuła, że jego dłoń zacisnęła się nieco mocniej, odwzajemniła ten uścisk, chociaż na pewno był dużo delikatniejszy od tego jego, była tu, była tutaj z nim, i nigdzie już nigdy się stąd nie wybierała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
08.12.2025, 22:26  ✶  
Przez większość dorosłego życia „jutro” było dla mnie pojęciem abstrakcyjnym, czymś, czego się nie planowało, a jedynie przeżywało, jeśli miało się szczęście. I rzeczywiście - musiałem się tego nauczyć, jak wypadało na człowieka, który dopiero zaczynał przyzwyczajać się do pojęcia jutra. Nie przyszłości jako idei - jutra z kimś, domu w postaci jednej kobiety, stojącej tuż przede mną i trzymającej mnie za rękę w środku nocy nad rzeką. Wiedziałem, że dla niej to było naturalne - mówić, planować, patrzeć dalej niż na następną godzinę. Dla mnie… Nie. Ja przez piętnaście lat każdą decyzję podejmowałem w perspektywie doby. Tygodnia, jeśli byłem odważny. Żyłem tak długo w ruchu, że przywykłem do tego, że nic nie jest moje, że nic nie trwa. Przez piętnaście lat moje życie wyglądało jak podręcznik od ucieczki.
Rano - spakować się. Wieczorem - zniknąć. W nocy - nie myśleć, nie sprawdzać, nie wracać. A ona teraz stała tutaj, splatała palce z moimi i mówiła „my” tak pewnie, jakby nigdy nie było wersji świata, w której nie istniałem u jej boku - też zacząłem naprawdę w to wierzyć - jakby ta historia nie była popaprana, jakbyśmy nie mieli za sobą lat ciszy i błędów, jakby to, że byłem w stanie ją kochać, a ona to odwzajemniała, kochając mnie mimo wszystko… Było najprostszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się wydarzyła. I była.
Dlatego kiedy uparcie, łagodnie próbowała mi wmówić, że wybranie jej to nie tylko jej zasługa, bo „dwie osoby musiały się postarać”, poczułem znajome napięcie pod mostkiem - ten rodzaj sprzeciwu, który nie miał w sobie gniewu, tylko czyste, niepodważalne przekonanie. Otworzyłem usta, żeby powiedzieć jej coś jeszcze, ale ona mnie ubiegła swoim „nie chcę się z tobą kłócić do rana”. Doskonale wiedziałem, jakby to wyglądało - długa, uciążliwie logiczna wymiana zdań, w której każde z nas próbowałoby udowodnić, że nie ma racji, podczas gdy w rzeczywistości oboje po prostu byśmy się uparli. Tak wyglądały nasze dawne kłótnie, w tym wypadku życie niczego mnie nie nauczyło - wciąż byłem taki sam. Ona też. Rzeczywiście stalibyśmy tutaj do rana, przerzucając się argumentami, dopóki Londyn nie wstałby razem z pierwszymi mugolskimi pociągami.
- Otósz to. - Uśmiechnąłem się krzywo, z tą półrozbawioną autoironią. Wywołało to u mnie parsknięcie - krótkie, niskie, dokładnie takie, które potrafiło wydostać mi się z gardła tylko przy niej. Nie zostawałem nigdzie, nie zatrzymywałem się, nie wiązałem, a jednak obrączki na naszych palcach mówiły przeciwnie. - A więc dziękuję ci, sze nie pozwoliłaś mi zostaś kletynem. Tak lepiej? - Przyznać to na głos było niemal wstydliwie łatwe. Nawet to jedno zdanie podkreślało jedną, niepodważalną prawdę -  wyciągnęliśmy siebie nawzajem z życia, które nie miało prawa doprowadzić nas tu, gdzie staliśmy. I byliśmy tu razem, wbrew wszystkiemu, co było najbliższe idealnemu scenariuszowi, jaki kiedykolwiek widziałem. Przede wszystkim dlatego, że było nasze. Byliśmy tak blisko pocałunku, że wystarczyłby milimetr, ale oboje wiedzieliśmy, że to jeszcze nie była ta sekunda - ta dopiero się zbliżała. Wpierw hotel - mieliśmy tam blisko, ale zastygnęliśmy w miejscu, co wcale mi nie przeszkadzało. W takich miejscach nie obowiązywały standardowe godziny meldunku i wymeldowania, pieniądze robiły wszystko.
„Kto by się przejmował papierologią?”
- Na pewno nie ja. - Zaśmiałem się pod nosem, ten śmiech był niski, zachrypnięty, kompletnie niekontrolowany. - Moszesz byś absolutnie pewna, sze całe alchiwum hotelowe świata mnie nienawidzi. Jeszeli kiedykolwiek będę miał bioglafię, to podlosdział o kwatelunkach będzie miał tszy słowa „klucze się matelializowały.” - Wzruszyłem ramionami.
Przechyliłem głowę, przyglądając się jej przez półuśmiech, kiedy powiedziała, że nie zna nikogo bardziej efektywnie mobilnego ode mnie - ta uwaga zrobiła ze mną coś głupiego, coś młodzieńczego. Zawsze reagowałem na jej komplementy w sposób, którego nikt inny nie widział - wewnętrznym drgnięciem, którego nie potrafiłem ukryć.
- Wiem. Jestem bezczelnie dobly w znikaniu. - Uniosłem brew, rozbawienie wślizgnęło mi się w głos zanim zdążyłem je ukryć. Zmrużyłem oczy, jakbym w głowie przewijał wszystkie swoje stare „manewry”, te, które doprowadzały ją do szału, fascynacji albo obu naraz.
- Mhm. Tak. Opowiem ci. O wszystkich. - Przesunąłem dłonią po jej talii, powoli, podsumowywałem swoje zamiary bez potrzeby ubierania ich w słowa. - Ale nie sądzę, szeby dzisiejszej nocy intelesowało cię cokolwiek poza jednym, konkletnym łószkiem. - Nachyliłem się tak, że moje usta znalazły się przy jej uchu, a mój głos obniżył się jeszcze bardziej. - Mnie nie intelesuje. - Milimetry między nami znowu się zmniejszyły, aż poczułem jej ciepło tak wyraźnie, jakby świat ogłuchł, oślepł i został tylko ten dotyk. Trzymałem jej dłoń w swojej, pewnie, z tą niepodrabialną świadomością, że to jest moment w moim życiu, w którym niczego nie chcę odsunąć, wypuścić ani zostawić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
08.12.2025, 23:43  ✶  

To ich poniekąd łączyło, chociaż każde z nich miało zupełnie inne doświadczenie. Dla Benjy'ego nie było jutra, przywykł do tego, żeby nie zatrzymywać się nigdzie na dłużej, w przypadku Prue większość dni po prostu wyglądała tak samo. U niego była to walka o przetrwanie, u niej bardziej egzystencja, teraz miało się to zmienić. Mieli mieć wspólne jutro, wspólną przyszłość, coś czego nigdy nie przyszło jej planować, a teraz chciała to robić, miała do tego prawo, świat przestał być czarno-biały, nabierał kolorów, zresztą jak zawsze przy nim. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że tak jej tego brakowało, wystarczyło kilkanaście dni w jego towarzystwie, aby sobie to uświadomiła i dobrze, że tak się stało, bo to miał być koniec egzystencji, w końcu miała zacząć żyć. Zanim Benjy wrócił do jej życia to żyła z dnia na dzień, teraz miała żyć każdym dniem i nie mogła się tego doczekać.

Nie zamierzała wracać już do tego co było, traktowała to jako zupełnie nowy początek, który dostali od losu, na który zasłużyli, który im się należał po tym wszystkim, co przeżyli. Ich historie bardzo się od siebie różniły, jednak każda była na swój sposób tragiczna, to jednak zostało już za nimi, pozbyli się tego ciężaru, teraz miało być zupełnie inaczej, teraz miało być już tylko i wyłącznie lepiej, i nie bała się tego mówić w głos. Już nie, nie po tym, co wydarzyło się minionej nocy, nie kiedy wyznali sobie wszystko, wiedzieli, że zależy im na sobie tak samo, kiedy naprawdę się kochali.

Wiedziała jakby skończyła się ich wymiana zdań. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, nie raz przecież zdarzyło im się ze sobą wymieniać poglądy i nigdy nie kończyło się to szybko. Każde z nich było w stanie wyczarować kolejne argumenty, którymi naprawdę mogliby się wymieniać do rana, a tego w tej chwili nie chciała, rano mieli znajdować się zupełnie gdzie indziej, w miękkiej, ciepłej pościeli, ich ciała miały być ze sobą splecione, nie mogła pozwolić na to, aby wymieniali swoje argumenty do świtu. Dlatego nie zamierzała drążyć, nie tym razem.

- Zdecydowanie wolę taką wersję. - Uśmiechnęła się szeroko, bo ten ton, krótkie parsknięcie wystarczyło, aby nieco rozładować atmosferę. Nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że był to ich wspólny sukces, jeśli jednak chciał to widzieć w ten sposób, to nie mogła mu tego zabronić, prawda?

Jakimś cudem odnaleźli się po tych czternastu latach, to, co kiedyś ich łączyło nie zniknęło, nadal reagowali na siebie w ten sam sposób, i nic, tym razem nic nie było im w stanie przeszkodzić w sięgnięciu po to, co było dla nich najbardziej właściwie. Stali tu razem, mieli plany, może niezbyt konkretne, ale jednak widzieli wspólną przyszłość, to było naprawdę wiele. Tym bardziej, że dawno nie czuła takiej lekkości, tak właściwie to nie wiedział, czy kiedykolwiek towarzyszyło jej podobne uczucie.

Znajdowali się blisko, tak blisko siebie, że dzieliły ich ledwie milimetry, wystarczyło przesunąć się do siebie o tę drobną odległość, aby mogli znowu zatracić się w kolejnych pocałunkach, ale to nie był jeszcze ten czas, ten moment miał dopiero nadejść, zwłaszcza, że znajdowali się tak blisko celu, blisko miejsca, w którym mieli przypieczętować to, co zrobili. To miała być ich pierwsza, wspólnie spędzona noc jako małżeństwo, miała być wyjątkowa, tak właściwie każdy moment z nim był wyjątkowy.

- Od razu nienawidzi, na pewno są zafascynowani Twoimi metodami działania... - Spoglądała na to nieco bardziej optymistycznie, co było całkiem zabawne, bo przecież to Prue miała tendencje do czarnowidztwa, jeśli chodziło jednak o Benjy'ego to zawsze starała się znaleźć odrobinę jaśniejszą stronę, robiła to od zawsze.

Bardzo chętnie przypominała mu o tym, jaki był wyjątkowy, tak go widziała, od lat, nigdy nie bała się tego ubierać w słowa, czasem mniej delikatne, czasem bardziej, ale nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że widziała go w bardzo specyficzny sposób. - Jesteś bezczelnie dobry w wielu rzeczach, znikanie jest oczywiście jedną z nich. - Mogłaby mu wymienić ich naprawdę wiele, chociaż teraz kiedy stał tak blisko jej myśli podsuwały jej przede wszystkim te nie do końca najbardziej niewinnie myśli, cóż była tylko człowiekiem. Co jednak najważniejsze miała pewność, że mimo, że był bezczelnie dobry w znikaniu, to teraz już nigdy miał jej nie zniknąć, to była naprawdę niesamowita myśl.

- O wszystkich? - Nie spodziewała się, że to będzie możliwe, i wtedy poczuła dłoń przesuwającą się po jej talii, przez co na moment przymknęła oczy, to było naprawdę przyjemnym uczuciem, czuła, jak paliła ją skóra w miejscu w którym ją dotykał, mimo, że jego palce przecież nie dotknęły jej nagiej skóry, a musnęły ją przez ubranie.

Znalazł się jeszcze bliżej niej, szeptał jej to wszystko do ucha, przez co nie mogła powstrzymać się przed głośnym westchnięciem, doskonale wiedziała do czego zmierzają i tak, też niespecjalnie ją interesowało cokolwiek tej nocy, mieli inne priorytety. - Możesz być pewien, że mnie też to niespecjalnie interesuje, nie dzisiaj. - Może kiedyś, kiedy będą mieli więcej czasu na rozmowę.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5578), Prudence Fenwick (4478)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa