02.03.2023, 17:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2023, 15:56 przez Mortimer Slughorn.)
Napędzany hektolitrami kawy i silnym wewnętrznym przekonaniem, że należy mu się w końcu jakiś sukces w pracy, nie spał z dwa albo trzy dni, majstrując zawzięcie przy formule zaklęcia, które przy dobrych wiatrach i odrobinie szczęścia miało szansę za jakiś czas uruchamiać portale czasoprzestrzenne. Jednocześnie, manipulując raz po raz czasem przy pomocy nieodzownego już w jego życiu zmieniacza, co kilka godzin dublował swoją obecność i, zaszyty w ciasnym kantorku przy laboratorium, bazgrolił zawzięcie wnioski w stosach bezsensownych raportów, o które upominał się szef; w końcu zaczęło mu się trochę mylić, która rzeczywistość jest teraźniejszością, a która przeszłością, ale nie poddawał się. Chociaż może powinien. W kluczowym momencie chyba trochę mu się przysnęło, obraz rozmazał, ręka dzierżąca różdżkę omsknęła się, a eksplozja towarzysząca rzuconemu na oślep eksperymentalnemu czarowi miała taki impet, że całe Ministerstwo zadrżało w posadach, a przerażający huk pewnie usłyszeliby mieszkańcy mugolskiej części Londynu, gdyby całe piętro nie było wyciszone czarami. Nieprecyzyjnie wycelowane zaklęcie odbiło się rykoszetem prosto w Morty’ego, a towarzyszyło mu uczucie porównywalne do rażenia prądem; było to skandaliczne porażenie przepisów Bezpieczeństwa i Higieny Czarów, ale on wcale nie postrzegał tego incydentu jako wypadek. Raczej przełom. Nie potrafił tego w racjonalny sposób wyjaśnić, ale miał dziwne wrażenie, że coś jest inaczej. Naturalnie natychmiast wykiełkowała w nim nieśmiała myśl, że o Merlinie, co jeśli się udało - wystrzelił więc z laboratorium jak zaklęcie z różdżki i gnał co sił przez opustoszałe labirynty korytarzy Departamentu Tajemnic, i schodami w dół, bo adrenalina buzująca mu teraz w żyłach nie pozwoliłaby ustać spokojnie podczas podróży windą. Z jednej strony, nie do końca dowierzał w to, że czar mógł rzeczywiście zadziałać, w końcu był dopiero w bardzo pierwotnej fazie testów; z drugiej, nie byłoby to pierwszy raz kiedy niesamowite odkrycie przychodziło znienacka, zaskakując każdego z wynalazcą na czele. Biegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie na raz i cudem tylko, jak niesiony na skrzydłach sukcesu, nie upadł i nie skręcił sobie kręgosłupa, aż dotarł na trzecie piętro, na które wpadł z impetem, wyskakując zza rogu i ślizgając się po posadzce - bo było już po godzinach, korytarze świeciły więc tylko i wyłącznie pustkami oraz świeżo potraktowaną Chłoszczyściem podłogą - aż dziki sprint został przerwany, gdy z impetem na coś wpadł. Rozgorączkowany i pozbawiony snu od skandalicznie długiego czasu ledwo widział na oczy, dlatego w pierwszym odruchu myślał, że znienacka wyrosła przed nim ściana, wystarczyło jednak parokrotnie zamrugać, odzyskać ostrość wzroku i skupić nieco rozproszone myśli, by się zorientować, że stał przed nim człowiek; zatoczył się lekko, tracąc na moment równowagę w wyniku kraksy, ale po raz kolejny udało mu się zachować względny pion - chociaż ledwo oddychał, a serce biło mu w piersi jak szalone i prawdopodobnie gdyby na miejscu był jakiś uzdrowiciel, zdiagnozowałby mu teraz stan przedzawałowy. A kiedy wreszcie podniósł wzrok żeby się przyjrzeć się jegomościowi i, jak tylko złapie oddech, zapytać który mamy rok oraz uprzejmie przeprosić za ten wypadek, rozpoznał natychmiast znajomą twarz, na widok której wszystkie neurony w mózgu w mig przestały ze sobą współpracować. Gapił się na mężczyznę jak skrzat na skarpetę, niezdolny ani do tego by wykrztusić z siebie jakiegokolwiek słowa ani by się ruszyć; po prostu zastygł w miejscu, zupełnie nie mogąc przetworzyć tego, co się właśnie działo.