• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Dziurawy Kocioł v
1 2 Dalej »
[12.10.1972] This meeting could have been an owl | Benjy, Geraldine

[12.10.1972] This meeting could have been an owl | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
13.12.2025, 02:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2025, 01:41 przez Benjy Fenwick.)  
Pojawiłem się w Dziurawym Kotle wcześniej, niż było to konieczne. Wczesny październikowy wieczór wlepił się w Londyn mglistym chłodem i wilgocią - taką, która wchodziła pod płaszcz bez pytania o pozwolenie. Drzwi lokalu zamknęły się za mną z tym samym znajomym jękiem zawiasów, a ja od razu wiedziałem, gdzie jestem, metaforycznie, ponieważ powietrze miało ciężar bardzo konkretnego wspomnienia - grzaniec winny - ten sam zapach przypraw, cynamon, goździki, pomarańcze nuta czegoś słodkiego, co zawsze udawało niewinność, chociaż wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Poprzednim razem spiłem się nim bardziej, niż to było wskazane - i o ile w tamtym momencie czułem się świetnie, miałem bardzo dobry humor i spędziłem naprawdę dobry wieczór, o tyle rano czułem się już nie jak król, a jak ślepy nietoperz obudzony w bardzo słoneczny dzień. Tym razem nie miałem zamiaru się na to nabierać, przynajmniej nie od razu - już miałem darować sobie zamawianie czegokolwiek, kiedy zauważyłem kredową tabliczkę za barem - polecali nową wersję grzanego wina, jak poprzednio, na które zamierzałem machnąć na niego ręką, ale wtedy dostrzegłem dopisek - wersja bezalkoholowa i  wariant na białym winie. Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bez radości, raczej z uznaniem dla czyjejś przezorności.
Zmieniłem zdanie szybciej, niż zdążyłem się za to skarcić. Zamówiłem grzane białe wino dla siebie i bezalkoholowy grzaniec dla Geraldine, aby zachować pozory towarzyskiego spotkania. Wiedziałem, że grzeją tu tak, jakby chcieli napojami wypalać klątwy, więc nawet jeśli miała się chwilę spóźnić - a było jeszcze przed czasem - grzańce nie zdążą wystygnąć. To była ta drobna logistyka, o której się nie mówiło, ale która robiła różnicę, kiedy noc zapowiadała się długa.
Zawiesiłem płaszcz na oparciu krzesła i rozejrzałem się po lokalu - niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty dosłownie dwa dni temu, chociaż zapowiadano tu jesienne przemeblowanie z uwagi na coraz większe obłożenie, tymczasem powitały mnie te same krzywe stoły, to samo światło, które nigdy nie było do końca jasne, nawet przy świecach. Ludzie siedzieli bliżej siebie niż zwykle, jakby chłód z zewnątrz próbował wedrzeć się do środka i trzeba było go odeprzeć ciepłem cudzych ramion i kufli, ale stolików wcale nie było więcej - cudem udało mi się znaleźć jeden wolny, na szczęście w samym kącie sali - niestety głównej, bo do bocznych nie wepchnąłbym się, choćbym chciał, nawet bokiem. Usiadłem plecami do ściany, zawsze tak siadałem - widzieć wszystko, nie być widzianym - stary nawyk, nie widziałem powodu, żeby się go pozbywać.
Czekałem spokojnie, dokładnie tam, gdzie planowałem, zacisnąłem palce na ciepłym kubku, czując, jak szkło oddawało żar. Upiłem odrobinę zawartości wysokiego kufla i uniosłem wzrok, gotów w jednej chwili odłożyć myśli i przejść do rzeczy. Byłem punktualny, tym razem nawet nadmiernie, to akurat potrafiłem, gdy byłem w formie. Gerda miała dołączyć za chwilę, a ja wiedziałem tylko tyle, że nocne zlecenie zacznie się od rozmowy, nie od ruchu - ktoś, gdzieś, jakieś ustalenia - tyle wystarczyło, skoro miałem być jej partnerem w pracy, a ona nie napisała nic więcej, nie czułem potrzeby dopytywania. Zaufanie bywało czasem jedyną walutą, która nie traciła wartości po zmroku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
13.12.2025, 22:19  ✶  

Geraldine pojawiła się dzisiaj w Londynie. Ostatnio nie bywała w stolicy zbyt często, zajmowały ją sprawy w Little Hangleton. Dobrze było powrócić do stolicy chociaż na chwilę, chcąc nie chcąc ostatni widok miasta jaki został w jej pamięci to było ono podczas pożarów, pochłonięte przez ogień. Niezbyt przyjemny widok i mimo, że od tamtego czasu pojawiła się tu kilka razy, to nadal nie do końca potrafiła myśleć o stolicy inaczej niż przez pryzmat tych pożarów.

Dzisiaj miała chwilę, aby pospacerować po okolicy. Chodziła znajomymi alejkami, przemierzała je powoli, aby na nowo zapamiętać miasto. Sporo się zmieniło, niektóre kamienice spłonęły doszczętnie, inne były zniszczone. Ludzie jednak powoli zaczynali ruszać dalej, to dobrze, nie mogli przecież zatrzymać się na tym etapie, nie mogli trwać w miejscu.

Odwiedziła swoje mieszkanie na Horyzontalnej, gdzie spakowała do wielkiej torby część swojej broni, którą trzymała w domu. Musiała mieć ją pod ręką, dom w Little Hangleton stawał się ich miejscem bytowania, więc wypadało tam zacząć składować wszystkie najważniejsze rzeczy.

Napisała do Benjy'ego krótki list. Chciała z nim obgadać jedno ze zleceń, które ostatnio trafiło w jej ręce. Tak właściwie to może nawet więcej niż jedno, jedno mogli zrealizować od ręki, drugie wymagało pełni, a do tej mieli jeszcze trochę czasu. Skoro już wiedziała, że będzie w stolicy wolała to zrobić osobiście, bo czemu nie. Zwłaszcza, że chciała sprawdzić, czy dalej się tak głupkowato do siebie uśmiechał, jak ostatnio, czy już mu to minęło. Skoro nadarzyła się ku temu okazja, to czemu by z niej nie skorzystać.

Zmierzała do dziurawego Kotła, miała jeszcze chwilę do godziny o której miała pojawić się w środku, więc nie spieszyła się jakoś szczególnie. Zimny wiatr wdzierał się pod ubrania, plątał włosy, niósł ze sobą jednak rześkość, powodował, że nieco się rozbudziła, ostatnio męczyły ją te napady senności, do których okropnie trudno było jej przywyknąć. Na ramieniu miała sporą torbę, w której znajdowały się sztylety, noże, kastety, które chciała zabrać do domu. Szykowała tam sobie zbrojownię w jednym z pokoi, w końcu miała na to odpowiednie warunki. Mieszkanie na Horyzontalnej nie należało do najmniejszych, ale nie mogła przeznaczyć na to jednego pokoju.

Przed Kotłem było tłoczno, co sugerowało, że i w środku tak będzie. Pewnie wielu wpadło na pomysł, aby wejść do środka i wypić coś rozgrzewającego, ten jesienny chłód sięgał głęboko, potrafił wychłodzić organizm. Nie zatrzymała się nawet na chwilę przed wejściem, weszła do środka pewnym krokiem, gdy przekroczyła próg zdjęła z głowy kaptur i zaczęła rozglądać się po lokalu. Nie musiała długo szukać, Benjy należał do osób, które łatwo było wypatrzeć w tłumie.

Ruszyła w jego kierunku, gdy znalazła się przy tym stoliku który znajdował się w samym kącie rzuciła torbę na ziemię, kiedy uderzyła o podłogę rozległ się krótki, charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie metali. Przywitała się z mężczyzną, skinęła przy tym głową.

Zdjęła płaszcz, zawiesiła go na krześle i dopiero wtedy usiadła. Gdy zajęła wolne miejsce spojrzała na swojego towarzysza. - Długo czekasz? - Dostrzegła kubek w jego dłoni, który sugerował, że mógł już tutaj chwilę być, bo mimo tej sporej kolejki zdążył zdobyć już napoje. Uderzył w nią ten charakterystyczny zapach. Goździki, cynamon, pomarańcze - to musiało być grzane wino. - To dla mnie? - Spojrzała na ten samotny kubek stojący na stole. Benjy jako jedna z nielicznych osób wiedział o stanie w jakim się znajdowała, więc na pewno nie podałby jej alkoholu, ale mimom wszystko wolała się upewnić.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
13.12.2025, 23:23  ✶  
Podniosłem wzrok dokładnie w tym momencie, w którym przekroczyła próg. Nie dlatego, że spodziewałem się jej akurat teraz, tylko dlatego, że nauczyłem się wyłapywać takie zmiany w powietrzu. Geraldine wchodziła do pomieszczeń jak ktoś, kto nie pyta, czy jest mile widziany, tylko zakłada, że świat się dostosuje, i zwykle miał rację. Zobaczyłem ją jeszcze zanim ruszyła w moją stronę. Płaszcz, kaptur, torba na ramieniu zbyt ciężka jak na zwykły spacer. Wybrała najprostszą drogę, jak zawsze, metaliczny dźwięk uderzających o siebie ostrzy potwierdził to, co i tak było oczywiste. Kącik ust drgnął mi odruchowo, taki akompaniament zawsze działał na mnie trzeźwiąco.
Skinąłem głową w odpowiedzi na jej powitanie - obserwowałem, jak zdejmowała płaszcz, jak wieszała go niedbale na oparciu krzesła, jak siadała - wszystko w jej ruchach było celowe, nawet jeśli sprawiała wrażenie, że robiła to mimochodem. Kiedy spojrzała na mnie i zapytała, czy długo czekam, zerknąłem na swój kubek, potem znów na nią.
- Nie. - Odpowiedziałem spokojnie. - Na tyle klótko, szeby jeszcze nie zdąszyś się znudziś. - Powiedziałem bardziej dla zasady, niż po to, by ją o czymkolwiek zapewniać, bo oboje wiedzieliśmy, że jeśli przyszedłbym zdecydowanie za szybko, to byłaby tylko i wyłącznie moja sprawa, godzina spotkania była jasna i konkretna, wszystko przed nią należało do moich decyzji, nie mogłem narzekać.
Ruszyłem dłonią po blacie stołu, kiedy zapytała, czy grzaniec jest dla niej, i popchnąłem w jej stronę samotny kubek - przesunąłem go lekko w jej stronę palcami, bez większego ceremoniału. Para wciąż unosiła się leniwie, zapach miodu, goździków i cynamonu był gęsty, osiadał na wszystkim dookoła, mieszał się z chłodem przyniesionym przez nią z dworu.
- Dla ciebie. - Potwierdziłem. - Bez alkoholu, jakaś nowa leceptula. Gszeją tu tak, sze mógłby stopiś sleblo, więc spokojnie, jeszcze długo będzie ciepłe. - Kąciki ust drgnęły mi lekko, bardziej z przyzwyczajenia niż rozbawienia. Zerknąłem na parującą powierzchnię napoju, potem z powrotem na nią. - Pomyślałem, sze zanim zaczniemy lozmawiaś o intelesach, dobsze będzie się tlochę ogszaś. - Powiedziałem ciszej. - Zwłaszcza sze sądząc po tolbie, nie planujesz dziś lekkiego wieczolu. - Upiłem kolejny łyk swojego białego wina i oparłem się wygodniej o oparcie krzesła, nie spuszczając z niej wzroku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
14.12.2025, 20:05  ✶  

Nie spoglądała po ludziach, nie interesowało ją to, czy znajdują się tutaj jakieś znajome twarze, szukała tylko tej jednej, przez którą znalazła się w tym przybytku, kiedy go dostrzegła zignorowała wszystko inne, całe otoczenie jej nie obchodziło, ruszyła po prostu w jego kierunku, tym pewnym i szybkim krokiem, który był dla niej typowy.

- To dobrze, szkoda by było, gdybyś ewakuował się stąd nim się pojawiłam. - Zapytała o to z grzeczności, nie była zbyt dobra w small talkach, raczej należała do tych osób, które mówiły wtedy, kiedy miały coś konkretnego do powiedzenia, ale wypadało jakoś zacząć konwersację.

Przesunął kubek w jej stronę, spowodowało to, że jej lewa ręka znalazła się na stole, i złapała go za ucho, jednym, zgrabnym uchem. Kubek znalazł się bliżej, co spowodowało, że intensywność zapachu była jeszcze większa. Nuta miodu, goździków, cynamonu była mocno wyczuwalna. - Nie spodziewałam się, że kiedyś będę sięgać po takie wynalazki. - Grenngrass-Yaxley należała do osób, które za kołnierz nie wylewały, jednak musiała ostatnio nieco zmienić swoje upodobania, czego się nie robiło dla nowego życia, które miało pojawić się na świecie.

- Dzięki, to dobry pomysł. - Nie miała nic przeciwko temu, aby się rozgrzać, nie wiedziała jeszcze, czy przekuje ją idea spożywania grzanego wina bez procentów, dopiero miała to zweryfikować, jednak sam gest był z tych miłych.

Przeniosła wzrok na torbę, którą rzuciła na ziemię. Oczywiście, że Benjy domyślił się co znajduje się w środku, trudno byłoby zignorować ten charakterystyczny dźwięk. - Dzisiaj raczej nie będzie najgorszy, zlecenie jest z tych mniej absorbujących, ale musiałam zebrać trochę rzeczy z mieszkania, żeby mieć je pod ręką w Little Hangleton, zaczynam sobie tam robić zbrojownię. - Uśmiechnęła się, gdy o tym wspomniała, naprawdę uważała, że to wspaniały pomysł, aby mieć takie pomieszczenie w swoim domu.

Uniosła kubek, złapała go dwoma rękoma, odruchowo na jej twarzy pojawiły się rumieńce, które powodowało ciepło bijące od kubka, jak i to, że znalazła się w tym ciepłym pomieszczeniu, po spędzeniu dłużej chwili na zewnątrz. Zamoczyła usta w trunku i okropnie się skrzywiła, kiedy poczuła ten smak na języku. Była bliska wyplucia tego na stół, ale powstrzymała się i przełknęła to, co zdążyła wlać sobie do ust.

- O kurwa, ale gówno, nie wiem, czy to nie jest gorsze od tego, czym raczyli Cię Rumuni. - Odstawiła kubek na blat.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
14.12.2025, 21:38  ✶  
Nie ruszyłem się, kiedy szła w moją stronę, siedziałem spokojnie, plecami do ściany, obserwując, jak przecinała lokal tym swoim pewnym krokiem, jakby Dziurawy Kocioł był tylko kolejnym korytarzem, który należało przejść. Znałem ten sposób przemieszczania się, zawsze miała w sobie coś z pocisku wystrzelonego z bliskiej odległości, bez wahania, bez korekty toru. Uniosłem kącik ust, kiedy wspomniała o ewakuacji.
- Musiałabyś się naplawdę spóźniś. -Rzuciłem. - Albo musiałoby się tu wydaszyś coś spektakulalnie głupiego. Wtedy to fifty-fifty. Albo bym wyszedł, albo byłbym zamieszany. - Skomentowałem, tonem tak poważnym, że aż nie do końca. Small talk nie był jej domeną, moją zresztą też nie, więc ta wymiana zdań wystarczyła za całe towarzyskie wprowadzenie. Skinąłem tylko głową, przyjmując jej podziękowanie, jakby to była oczywistość, w gruncie rzeczy była.
Przesunąłem kubek w jej stronę i obserwowałem, jak chwyta go pewnie, jednym ruchem, jakby całe życie trenowała łapanie gorących naczyń w zatłoczonych spelunach. Zapach uderzył mocniej, nawet mnie na moment zakręciło w głowie od tej mieszanki miodu i przypraw. Uśmiechnąłem się krótko, kiedy skomentowała „wynalazki” - koleje życia robiły dziwne rzeczy z ludźmi, ale to było jedno z tych drobnych przesunięć, które akurat miały całkiem sporo sensu, były raczej naturalne.
Uniosłem brew i uśmiechnąłem się krzywo, tym uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował zapewniać mnie o „mniej absorbującym” zleceniu. Nauczyłem się dawno temu, że to sformułowanie bywało zdradliwe. Dobrze było mieć ostrza pod ręką, świat ostatnio lubił przypominać, że nie jest przyjazny. Kiwnąłem, jakby to było najnaturalniejsze zdanie, jakie dziś usłyszałem. Zbrojownia w Little Hangleton nie zdziwiła mnie ani trochę, raczej utwierdziła w przekonaniu, że wszystko idzie dokładnie w tym kierunku, w którym powinno. Sięgnąłem po swoje wino, upiłem spokojny łyk, bez pośpiechu - białe było znośne, nawet jeśli grzane trochę za bardzo, jak wszystko w tym miejscu - odstawiłem kubek i zerknąłem znów na torbę przy jej nogach.
- Jedno pomieszczenie, wszystko pod lęką, szadnych komplomisów. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, uśmiechając się z aprobatą, chociaż tylko pod nosem. Skinąłem głową, powoli, jakbym w myślach próbował poukładać ostrza, pochwy i wszystkie te rzeczy w przestrzeni, która istniała głównie na papierze. Dom, przestrzeń, pokój, który można bez wyrzutów sumienia wypełnić ostrzami, amunicją i rzeczami, które nie powinny leżeć obok pościeli - to brzmiało naprawdę dobrze. - Maszenie. - Uśmiech jednak szybko zgasł, zastąpiony czymś bardziej przyziemnym. Oparłem się mocniej o krzesło, które jęknęło cicho pod moim ciężarem, w głowie zacząłem liczyć przestrzenie, kąty, szafy, których jeszcze nie było, a które musiałyby się pojawić, jeśli miałbym zrobić coś podobnego. Mieszkanko w Londynie było małe, za małe jak na moje skłonności do gromadzenia rzeczy, które tną, kłują albo wybuchają. Nie byłem typem kolekcjonera, ale przedmioty zawodowe miały tendencję do zostawania - noże, które miały wrócić do właścicieli, artefakty, które „na chwilę” lądowały u mnie, sprzęt, który mógł się jeszcze przydać. Już teraz zastanawiałem się, gdzie upchnąć własne żelastwo, skoro nagle przyszło mi funkcjonować w trybie… Siedliskowym. Małżeńskim. Myśl o tym, że musiałbym wybierać między szafą na ubrania a skrzynią z bronią, była niemal obraźliwa. A stolica? Nadal mnie drażniła, była za głośna, za ciasna, za bardzo przekonana o własnej wyjątkowości.
Przeniosłem spojrzenie z powrotem na nią, kącik ust nadal miałem uniesiony. Ciepło robiło swoje, a może to było zmęczenie, o którym nie mówiła wprost. Tym razem nie powstrzymałem śmiechu - krótki, niski dźwięk wyrwał mi się z gardła, widok jej miny, skrzywionej w szczerym, niczym nieskrępowanym obrzydzeniu, był wart każdego sykla wydanego na ten kubek - ta walka samej ze sobą, żeby jednak nie opluć stołu w Dziurawym Kotle…
- Widzisz. - Machnąłem ręką. - Lumuni pszynajmniej nie udawali, sze chcą komuś zlobiś pszyjemność degustacyjną. Tamto miało byś skuteczne, nie smaczne. To tutaj… To jest plóba oszustwa. - Poprawiłem się na krześle, zerkając na parujący kubek, który ewidentnie właśnie stracił w jej oczach rację bytu. - Daj mu chwilę. - Dodałem. - Albo zostaw. Gszaniec bez alkoholu to i tak bloń psychologiczna, nie napój. - Popatrzyłem na nią znad krawędzi kubka, potem na tłum w lokalu, na to całe londyńskie zamieszanie, które nigdy nie było mi szczególnie bliskie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
15.12.2025, 14:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.12.2025, 23:45 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Nie mam w zwyczaju się spóźniać, więc pierwsza opcja odpada, druga w sumie nawet by mnie nie zdziwiła, też nie do końca potrafisz tak siedzieć bezczynnie jak coś wokół się dzieje. - Nie zdziwiło jej to jakoś szczególnie, ostatatnio zaczęła dostrzegać w ich zachowaniu wiele podobieństw, najwyraźniej byli do siebie dużo bardziej podobni niż jej się na początku wydawało, właściwie pewnie przez to ich znajomość zaczęła się tak niefortunnie.

- Nie da się inaczej, sam wiesz, jak to jest. - Od lat marzyła o tym, żeby zorganizować sobie podobne pomieszczenie. Pod ręką miała swoje ulubione narzędzia do pracy, jednak nie wszystkie, które były jej przydatne. Teraz skoro w końcu kupili dom będzie mogła wygospodarować sobie jedno pomieszczenie, oczywiście odpowiednio zabezpieczone, aby nie wszyscy mieli do niego dostęp. Na pewno czeka ją jeszcze wizyta u ojca, aby przenieść część zgromadzonych przez niego broni, z których korzystała tylko od czasu do czasu, nie mogła się doczekać, aż to zrobi bo zawsze chciała mieć w swoim domu takie miejsce, ominą ją wycieczki do Snowdonii przed bardziej skomplikowanymi wyprawami.

- To prawda, marzenie, od lat za mną chodziło, w końcu mogę sobie na to pozwolić. Pewnie też będziesz mógł sobie coś podobnego zorganizować, tak właściwie, gdzie mieszkacie? - W sumie nie miała okazji się go wcześniej o to zapytać. Wiedziała, że Benjy nie miał raczej stałego lokum z racji na to, że przez lata nie było go w kraju, w sumie teraz pewnie musiał coś sobie zorganizować, no chyba, że jego żona miała jakieś mieszkanie. W sumie dobrze było wiedzieć, gdzie mieszkał, skoro byli partnerami zawodowymi.

Później skosztowała tej nowej receptury, tego grzańca bez alkoholu, co okazało się być wyjątkowo niezbyt dobrym pomysłem, po pierwsze nieco ją zamdliło od tych intensywnych nut zapachowych, po drugie ten smak, smak okazał się być naprawdę obrzydliwy. Skrzywiła się okropnie, oczywiście, że nie zamierzała udawać, że nie do końca leży jej ten trunek. Nie miała w sobie za grosz ogłady, reagowała odruchowo, nie ukrywała w żaden sposób swoich reakcji, Geraldine mimo swojego arystokracyjnego pochodzenia była dość mocno nieokrzesana, tak właściwie na pierwszy rzut oka, trudno było stwierdzić, że należy do elity, jedyne co to jej wzrost świadczył o tym, że była Yaxleyem z krwi i kości.

- Tak, dla Rumunów liczyła się przede wszystkim skuteczność, i warto powiedzieć, że tamte trunki faktycznie były bardzo skuteczne, nie było w tym żadnego oszustwa. - Prędko nie zapomni tamtej nocy, nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek będzie jej dane mieć przyjemność widzieć równie nawalonego Fenwicka. - To tutaj to próba wyłudzenia pieniędzy na osobach, które nie mogą sięgać po prawdziwą wersję trunku, nie wiem do kogo należy składać reklamacje. - Nie, żeby narzekała na brak funduszy, jednak to nie mieściło się w głowie, ten trunek był naprawdę OKROPNY, a akurat ona nie miała szczególnie wybrednych kubków smakowych.

- Weź sobie to sprawdź, może mi się coś popsuło przez te ciążę, ale nie wydaje mi się... - Przesunęła kubek w stronę Benjy'ego, żeby i on skosztował tego bezalkoholowego grzańca. Być może on będzie miał nieco bardziej łaskawą opinię od tej jej. Nie miała w zwyczaju narzekać, naprawdę w swoim życiu wlewała w siebie naprawdę najróżniejsze trunki, różnej jakości, ale chyba nic nie było aż takie okropne w smaku, jak to bezalkoholowe grzane wino. Nie sądziła, że jej się wydaje, raczej skłaniała się ku temu, że ktoś nie do końca przemyślał recepturę.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
21.12.2025, 23:39  ✶  
Pokręciłem głową z pewnym krzywym rozbawieniem, które przychodziło mi naturalnie w takich momentach i brało się bardziej z rozpoznania siebie w cudzych słowach niż z samej ich treści - zawsze reagowałem tym dziwnym wyrazem twarzy, kiedy ktoś mówił o mnie coś, co było aż nazbyt trafne. Nie miałem w zwyczaju zaprzeczać faktom, zwłaszcza tym niewygodnym, Geraldine miała rację z tym, że tak jak i ona, nigdy nie potrafiłem siedzieć bezczynnie, kiedy coś się działo, nawet jeśli rozsądek szeptał, że tym razem naprawdę można. To była jednocześnie zaleta i wada wpisana w kości, nie do wykorzenienia.
- Yhy, jakby bezluch był czymś nienatulalnym, a spokój stanem podejszanym. - Uniosłem kącik ust w krzywym uśmiechu, żeby rozładować atmosferę, ale zaraz spoważniałem. Słuchałem jej uważnie, kiedy opowiadała o zbrojowni, pokoju, który w końcu będzie tylko jej, zamykanym, zabezpieczonym, z narzędziami pod ręką. W jej głosie była satysfakcja, coś wyczekiwanego od lat, i nie dało się tego zignorować. Nie chodziło o broń, tylko o poczucie, że nie trzeba improwizować w chwili, kiedy świat znów zacznie się sypać. Skinąłem głową, bo doskonale rozumiałem to pragnienie, mieć wszystko pod ręką, wiedzieć, gdzie sięgnąć, nie improwizować co noc. Znałem ten błysk w oczach, bo sam kiedyś go miałem, zanim życie nauczyło mnie, że przestrzeń bywa luksusem krótkotrwałym. Było w tym coś niewygodnego, to podobieństwo, które ostatnio coraz wyraźniej przebijało się na powierzchnię, jakbyśmy oboje poruszali się według tej samej, nerwowej mapy, tylko każdy w innym czasie ją odkrył.
Oparłem się znów o krzesło, moje spojrzenie na moment odpłynęło gdzieś dalej, zamiast zatłoczonego lokalu widziałem wrzosowiska Exmoor, wiatr ciągnący po otwartej przestrzeni, brak ścian, które można było zniszczyć, brak drzwi, które można było wyważyć, przynajmniej w tej metaforycznej wersji, będącej kontrastem do tego, co stało się z mieszkaniem przy alei Horyzontalnej. Marzenia techniczne, konkretne, oparte na użyteczności, zawsze wydawały mi się najuczciwsze, nie było w nich ucieczki, tylko porządkowanie świata pod siebie.
Słysząc pytanie, gdzie mieszkamy, zawahałem się tylko na ułamek sekundy - tyle wystarczyło, żeby temat zmienił ciężar, położyłem łokcie na stole,  nachyliłem się minimalnie, chcąc zamknąć ten fragment rozmowy w mniejszej przestrzeni.
- Lósznie. - Zacząłem. - Telas głównie Exmool. Koczujemy tam, póki plóbujemy ogalnąś to, co zostało s mieszkania w Londynie. - Przesunąłem palcem po krawędzi blatu, czując pod opuszkiem drobne nierówności. Nie dodałem od razu reszty, przez chwilę patrzyłem na blat stołu, na drobne rysy, wytarte miejsca po setkach takich rozmów, które nigdy nie powinny się tu odbywać, drewno też miało swoją historię zniszczeń. Dziurawy Kocioł nie do końca był miejscem na to, co przyszło potem, ale skoro zapytała, nie zamierzałem kłamać. - Ktoś je zdemolował, kiedy mnie nie było. - Dodałem jeszcze ciszej, uważniej, automatycznie obniżając głos, chociaż nikt przy sąsiednich stolikach nie zwracał na nas uwagi. - Nie dla pieniędzy. To było… Osobiste. Za duszo wysiłku, za duszo plecyzji jak na zwykłe włamanie. - Odruchowo potarłem nadgarstek, gdzie nadal czułem ślad po kleju do tapet, po tym, jak próbowałem dziś coś podłatać, popodklejać, bardziej po to, żeby mieć zajęcie, niż z realną wiarą w efekt. Przestrzenie dało się odświeżyć, ale bezpieczeństwo to była inna sprawa. - Nie wiem, czy powinniśmy tam wlacaś. - Przyznałem otwarcie. - Pszynajmniej nie telas. Dopóki nie dowiemy się więcej. Na lasie tlaktujemy to jak wyjątkowo wledny lemont. Tapety, zamki, spszątanie. Bez snucia scenaliuszy. Nic, czego nie dałoby się naplawiś czasem i pieniędzmi. - Uniosłem wzrok na Geraldine, bo to jej chciałem powiedzieć wprost, bez krążenia wokół tematu, ale jednocześnie bez dokładania ciężaru, którego nie musiała dźwigać. Wiedziałem, że każda informacja, każde niedopowiedzenie, miało swoje konsekwencje - nie było w tym dramatyzmu, raczej sucha konstatacja faktów. Zbyt dobrze znałem to napięcie pod skórą, ten odruch, który każe wstać, sprawdzić, dotknąć, upewnić się, że nic nie wymyka się spod kontroli. Przez moment patrzyłem w parę unoszącą się nad kubkiem, pozwalając myślom wybrzmieć, zanim poszedłem dalej.
- Lumuni byli uczciwi w tym jednym. - Zgodziłem się z nią. - Tam piło się coś, co miało konkletny efekt i nie udawało niczego innego. To tutaj to plóba oszustwa, pszyplawiona cynamonem. - Niechętnie popatrzyłem na bezalkoholowy napój, zapach był intensywny, lepki, niemal duszący, skoro jednak miała wątpliwości, należało je rozwiać.
Przesunęła kubek w moją stronę, a ja spojrzałem na niego, jakby był podejrzanym artefaktem, przez chwilę wahałem się teatralnie, po czym wziąłem go do ręki i upiłem ostrożny łyk. Natychmiast tego pożałowałem. Skrzywiłem się dokładnie tak samo jak ona, bez cienia wstydu, odstawiłem grzaniec na stół i przez moment tylko patrzyłem w blat, jakbym próbował dojść do siebie.
- Nie. - Stwierdziłem stanowczo, chwytając swoje grzane białe wino, żeby zabić ohydny posmak w ustach. - To nie ciąsza, to jest po plostu obiektywnie paskudne. - Znowu się zmarszczyłem i przesunąłem kubek nieco dalej od nas obojga, jakby istniało ryzyko, że jeszcze kogoś skrzywdzi. Niech sobie wsadzą ten grzaniec gdzieś głęboko w kartę menu.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2342), Geraldine Greengrass-Yaxley (1505)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa