Nie miał na to czasu, ale przede wszystkim chęci, a poza tym uważał, że to zajęcie dla biednych. Spalona Noc sprawiła jednak, że okoliczne biznesy pozamykały się jeden za drugim, zaś Chris mugolskich restauracji i knajp po prostu nie znał - a choć w momencie rozpaczy rozważał udanie się do takich, to jakoś bez rekomendacji nie wiedział nawet, jak się za to zabrać. Skrzat robił absolutnie co mógł, ale chwilowo w apartamencie rodziców Chrisa mieszkało tak wielu ludzi, umykających przed dziwnymi ruchomymi runami i smrodem spalenizny, że zwyczajnie nie wyrabiał.
I matka, jakby nie miała kiedy, posłała go na zakupy. Do samego Hogsmeade! Nic dziwnego, skoro tyle sklepów w Londynie pozamykano, ale problem polegał na tym, że Christopher wrócił z pracowni po wielu godzinach pracy głody jak wilk. Głodny jak całe stado wilków. Mężczyznom nie powinno się odmawiać posiłku, zwłaszcza gdy ciężko pracowali.
Ale umiejętnościom kulinarnym swojej matki Chris nie ufał jeszcze bardziej niż swoim własnym. Chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc, ale umierając z głodu) wygrzebał więc z półki na książki matki książkę z przepisami na tradycyjne, czarodziejskie dania, znalazł takie, które wyglądało na stosunkowo proste i zabrał się do pracy.
rzemiosło
Sukces!
Może chodziło o to, że ręce miał zręczne, a czary potrzebne do mieszania w garnku i tych podobnych wcale nie różniły się specjalnie od tych, jakich potrzebował do przygotowywania szat, bo wszystko szło jakoś tak... prosto. Początkowe zaskoczenie Christophera, gdy pudding przypiekany czarem zaczął roztaczać smakowite zapachy, szybko rozpłynęło się w przekonaniu, że to właściwie nic dziwnego.
W końcu wszystko, co było dziełem jego dłoni, stawało się dziełem sztuki.
Christopher stał więc w tej kuchni, której zwykle używał tylko skrzat, głupio uśmiechnięty... i wdychał zapach.