• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Dziurawy Kocioł v
1 2 Dalej »
[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy

[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
12.12.2025, 23:33  ✶  

Zbliżał się wieczór, latarnie już oświetlały okolicę z racji na to, że dosyć wcześnie robiło się ciemno. Październik na dobre rozgościł się w Londynie, przyniósł ze sobą chłodne powietrze i krótkie dni. Nie, żeby to jej przeszkadzało. Prudence lubiła otaczać się ciemnością, była ich sprzymierzeńcem, jakby nie patrzeć łatwo wtedy mogli przemykać uliczkami stolicy, nikt nie zwracał na nich uwagi, nie rzucali się w oczy.

Wsunęła rękę pod ramię męża, męża, nadal nie do końca przywykła do tego, żeby go nazywać w ten sposób, było to nowe, pewnie w końcu się przyzwyczai, jednak nie zakładała tego, że uda im się kiedykolwiek dojść do tego momentu w życiu. Chciała tego okropnie, ale nie sądziła, że w ogóle jest to możliwe. Benjy jednak szedł tuż obok niej, czuła pod ręką ciepło jego ciała, naprawdę był tutaj z nią i miało być tak już zawsze. Na zawsze jednak miało sens w ich przypadku.

Mimowolnie się uśmiechała, naprawdę była szczęśliwa, tak jak nigdy wcześniej, jakże mogłoby być inaczej skoro poślubiła człowieka, który od zawsze był jej bliski, którego kochała od lat, mimo, że przez tyle czasu nie był obecny w jej życiu. Wystarczyło jednak, że wrócił, pojawił się obok, a wszystko się w niej obudziło, znowu czuła się wyjątkowa, zawsze na nią patrzył inaczej niż inni. Wybrał ją, postanowił zostać w miejscu, które zdecydowanie nie było jego miejscem na ziemi, wziął z nią ślub i już zawsze miał być gdzieś obok.

Spojrzała na twarz Benjy’ego kątem oka, lubiła na niego patrzeć, trudno jej było odwrócić wzrok, kiedy znajdował się tuż obok niej, musiała się jednak skupić na tym, by potknąć się o nierówną kostkę brukową, czy krawężnik, chociaż tak właściwie to nie musiała, bo przecież był tuż obok, gdyby się potknęła to na pewno by ją złapał, jak kiedyś. Zaśmiała się cicho sama do siebie na tę myśl.

Przechodzili koło Dziurawego Kotła, z wnętrza baru uderzył w nich zapach cynamonu, pomarańczy, goździków. Wina, grzanego wina. To zdecydowanie było ono. Spowodowało to, że Prue zatrzymała się na moment, uniosła głowę, spojrzała na swojego męża, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę.

– Czy miałbyś coś przeciwko temu, żebyśmy weszli tutaj na chwilę, ten zapach spowodował, że mam chęć sprawdzić tegorocznego grzańca, jestem ciekawa, czy jest lepszy od tego z poprzedniego roku. – Nie sądziła, że Benjy jej odmówi, zrobiła te swoje słodkie oczka niczym sarenka, co zdarzało się naprawdę rzadko, właściwie to tylko wtedy gdy jej na czymś bardzo mocno zależało, a ten intensywny zapach spowodował, że nie mogła się powstrzymać przed wejściem do środka. Oczywiście, że zapytała go o zdanie, chyba jej nie odmówi, tym bardziej, że się nigdzie nie spieszyli, prawda?



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
13.12.2025, 02:05  ✶  
Październik pachniał mokrą cegłą, dymem, wilgotnym listowiem i obietnicą nadchodzącej zimy, ale zza drzwi mijanych piekarni i restauracji wypełzały na nas podmuchy ciepła, z nutą jesiennych przypraw, które potrafiły rozjaśnić nawet najbardziej parszywy wieczór. Chłód czaił się w londyńskich zaułkach, a latarnie paliły się nad naszymi głowami, złote i zmęczone, ale gotowe wskazywać drogę dwójce ludzi, którzy kiedyś skręcili w zupełnie odmienne kierunki, a mimo to skończyli tu, ramię w ramię. Nie marzyłem o tym głośno, ale czułem się tak, jakby los po prostu zgodził się przestać nas karać i dał nam to jedno małe zwycięstwo, więc może mogliśmy się nim cieszyć przez wszystkie kolejne tygodnie, nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co będzie dalej, pierwszy raz nie z nami. „Małżeństwo”, dla mnie to słowo brzmiało kiedyś jak zaklęcie, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje rzucać, chyba że pragnie nagłej śmierci. A teraz? Teraz nosiłem je w sobie jak amulet, coś ciepłego i stabilnego - coś, co znało jej imię, i chociaż „mąż” wciąż dziwnie brzmiało, nawet w mojej głowie, jakby ktoś włożył mi w usta słowo, które nosiło za dużo światła, bym od razu potrafił je wypowiedzieć bez chwili zawahania, jednocześnie było we mnie tak głęboko osadzone, że gdyby ktoś spróbował mi je odebrać, zostawiłby wyrwę przez pół klatki piersiowej.
Nie byłem typem do takich tytułów, do stałości, która pachniała obietnicą i ciepłą skórą o czwartej nad ranem, ale przy niej nawet to słowo miało swój ciężar, właściwy, prawdziwy, trochę zuchwały. Zawsze uważałem to za rolę, do której niby nie pasowałem, a jednak okazywała się skrojona podejrzanie dokładnie. Prue - moja żona, kolejne magiczne określenie, do którego nadal przywykałem - wtuliła się we mnie lekko, a ja odruchowo przysunąłem ją bliżej, jak wtedy, gdy mieliśmy po kilkanaście lat i udawałem, że łapię ją tylko dlatego, że potykała się o własne buty, nie dlatego, że mój świat kręcił się wokół niej szybciej niż wokół kogokolwiek innego. Zawsze ją łapałem - nawet wtedy, gdy byłem czternaście lat za późno.
Wszystko, co dotyczyło tego, że była moja, a byłem jej, potrafiło mnie rozgrzać od środka jak dobre whiskey, szczególnie że momentami wciąż trudno mi było uwierzyć, iż w tym całym piekle życia trafiła mi się kobieta, która świadomie chciała dzielić ze mną jego resztę, bez drobnych kruczków, bez chęci zmiany mnie w inną osobę, bez dopasowywania się na siłę, tylko całkowicie niewymuszenie i naturalnie. Nie mówiłem tego jednak na głos, bo po co było psuć magię otaczającej nas październikowej ciemności, skoro mogłem po prostu iść obok niej i czuć, że trzymamy się siebie tak blisko, jak nigdy przedtem, a to przecież tak naprawdę był dopiero początek naszej wspólnej przyszłości - już nie tej „tu i teraz, jeszcze przez chwilę, z datą ważności”, tym razem to miało być „zawsze”.
Zauważyłem uśmiech błąkający się w kącikach jej ust - ten, który pojawiał się, zanim jeszcze zorientowała się, że w ogóle się uśmiecha. Ja też uśmiechnąłem się pod nosem w odpowiedzi, trochę cwanie, bo czułem jej wzrok na moim policzku, a gdy spojrzała na mnie kątem oka, kolejny raz tego wieczoru, poczułem znajomy impuls, który zawsze robił mi porządek w sercu i bałagan w głowie. Miałem wrażenie, że rozkwitała przy mnie, tak jak ja przy niej, chociaż nigdy nie nazwałbym tego tak górnolotnie, dla mnie po prostu była szczęśliwa, a ja byłem głupio, irracjonalnie dumny, że to ze mną. Kiedy się na mnie tak gapiła, niby ukradkiem, wiedziałem o tym doskonale, tylko udawałem, że tego nie widzę, żeby mogła dalej patrzeć - tak jak ona z pewnością robiła to dla mnie - a gdy roześmiała się pod nosem, tylko lekko podniosłem brwi, ale nie pytałem o co chodzi, miała przecież prawo do swoich prywatnych reakcji, zwłaszcza takich. Jej cichy śmiech pod nosem trafił mnie idealnie w to miejsce w klatce, gdzie ostatnio zrobiło się za miękko, nie przeszkadzało mi to ani odrobinę.
Przy Dziurawym Kotle powietrze zmieniło smak, uderzył we mnie zapach przypraw, wina, czegoś, co zawsze kojarzyło mi się z jesienią równie mocno, co opadające liście. Pachniało intensywnie - słodyczą grzanego alkoholu, goździków, pomarańczy, cynamonu. Złapałem się na tym, że od paru kroków słuchałem bardziej jej niż miasta, co było tak dobre, jak niebezpieczne, bo zdecydowanie zbyt łatwo mnie rozpraszała - odruchowo zrównałem nasze tempo, nie wyrywałem do przodu, chociaż przywykłem do szybkiego chodzenia, a wreszcie zatrzymałem się praktycznie w tym samym momencie, co moja żona, nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedziałem, po co i dlaczego.
Mąż, jej mąż, nikt by nie postawił na to knuta, jednak znalazłem się tu, w tym całym londyńskim półmroku, z nią pod rękę, zamiast biegać po świecie jak włóczęga, który nie potrafił zatrzymać się dłużej niż na jeden wschód słońca. Ona mnie zatrzymała - metaforycznie i dosłownie - zrobiła to instynktownie, ale całą sobą. Miała w sobie ten rodzaj ciepła, który nie oślepiał, tylko rozświetlał kanty człowieka od środka. Twierdziła, że to ja wybrałem ją, zostałem w miejscu, które nie było „moje”, ale prawda była taka, że kiedy wróciłem i zobaczyłem, jak maluje się granica między życiem z nią a życiem bez niej, wybór stał się śmiesznie oczywisty. Nie byłem bohaterem romansu, byłem człowiekiem, który przestał uciekać od czegoś, czego nawet w żartach nie nazwałby „przeznaczeniem”, chociaż miało smak czegoś, co było nam pisane od samego początku.
Opuściłem na nią wzrok, złapałem ją spojrzeniem - specyficznym, trochę zuchwałym, trochę rozmiękczonym, a przede wszystkim tym zarezerwowanym tylko dla niej - tym, które zawsze mówiło jej więcej niż chciałem wypowiadać głośno, i już było po mnie. Spojrzała na mnie tak, że przez ułamek sekundy miałem ochotę się roześmiać, bo gdy patrzyła w ten sposób, mogła zażyczyć sobie, żebym przyniósł jej gwiazdę, a ja naprawdę zacząłbym szukać drabiny. Jej oczy, te nieszczęsne błyszczące oczy, którymi potrafiła mnie rozbroić szybciej niż jakiekolwiek zaklęcie, te oczy - te, które potrafiły otworzyć we mnie każdy sejf, choćbym zaspawał go pięcioma runami zabezpieczającymi - to właśnie je teraz robiła. Znała tę sztuczkę, niewątpliwie opanowała ją do perfekcji albo po prostu była w tym bardzo naturalnie utalentowana, nie zamierzałem pytać. Sam niby też orientowałem się w tej zagrywce, ale Prue używała jej stosunkowo rzadko, więc nie miałem szans zbudować odporności, innymi słowy - to była perfidia w najczystszej, najbardziej „Prudence Madison Bletchley Fenwick nie gra fair” postaci. Nie miałem szans wygrać z tym spojrzeniem, zresztą nigdy nie próbowałem - raczej pogodziłem się z faktem, że jej pytanie było retoryczne, a jej oczy były odpowiedzią za mnie. Miałem za to w sobie dziwną, zachwycająco prostą ochotę spełniać każde takie „chcę”.
Pochyliłem głowę i musnąłem nosem jej skroń, bo mogłem, bo była obok, bo była moja. Nachyliłem się lekko, tak żeby tylko ona mogła usłyszeć dalsze słowa, a uśmiech wywinął mi się w bok, jak zawsze, kiedy miękłem bardziej, niż wypadało facetowi z moją reputacją.
- Sun… Wiesz, sze to na mnie nie działa. - Kłamałem bezczelnie, znała to kłamstwo, ja też je znałem, ale kto by się z tego spowiadał. Przez moment trzymałem fason, może dwie sekundy, może trzy, a potem, westchnąwszy głęboko, uległem, rzecz jasna. Poddałem się z godnością topora, który w końcu musiał spaść.
- Gdybym odmówił, wyglądałbym na człowieka bez selca, a to podobno źle lokuje w małszeństwie. Plowadź zatem, splawdzimy, czy ten ich gszaniec jest walt twojej miny. - Spojrzałem na nią z tym niemal niewidocznym rozbawieniem, które rezerwowałem wyłącznie dla niej.
Puściłem jej ramię tylko po to, by otworzyć drzwi, wpuszczając ją pierwszą, bo było w tym coś, co lubiłem aż za bardzo - widok jej włosów w ciepłym świetle wnętrza, to krótkie odwrócenie się przez ramię, uśmiech w kącikach oczu. Wszedłem jako drugi, czując, jak wieczór robi się odrobinę jaśniejszy, chociaż za oknem świat właśnie tonął w ciemności.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
14.12.2025, 19:32  ✶  

To, że została jego żoną było wypadkową z pozoru dość spontanicznie podjętej decyzji, nie miała tego w planach, a jednak tamta jedna noc zmieniła wszystko. Mogli teraz dzięki temu iść razem, pod rękę, mogła czuć przy sobie jego ciepło i nie miało się to już nigdy zmienić. Zadecydowali o tym, że tego właśnie chcą. Pewnie niektórym mogło się wydawać, że było to irracjonalne, ale przecież Prue go znała, doskonale pamiętała jakim był człowiekiem. Teraz nic nie stało im na przeszkodzie, nie miał obowiązków, które mogłyby przekreślić ich wspólną przyszłość, nikt już nie miał prawa uznawać, że jest to niewyobrażalne, bo kiedyś, dawno temu odciął się od tego, co mu narzucano. Po tych wszystkich latach w końcu trafił do niej, w końcu i ona zrozumiała, że to, co w przeszłości wydawało się jej oczywiste wyglądało zupełnie inaczej. Wiele zrozumiała w ciągu ostatniego miesiąca, wiele do niej dotarło, przede wszystkim to, że jej uczucia do niego nigdy nie zgasły, nadal się w niej tliły, a kiedy odnaleźli się na nowo wszystko ponownie wybuchło. Nic nie mogła z tym zrobić, nie była w stanie nad tym panować, po prostu tak na niego reagowała, od ich pierwszego spotkania, które wydarzyło się bardzo dawno temu. Wtedy jeszcze uznawała to za zwyczajną przyjaźń, bo była zbyt młoda, aby zrozumieć więcej, teraz wszystko się jej składało, teraz była pewna, że ich drogi po prostu musiały się ze sobą spleść, i wiedziała, jakie miał podejście do tego całego przeznaczenia, jednak ona i tak twierdziła swoje.

Okropnie łatwo przyszło jej wpuszczenie go do swojego życia, kiedy Benjy znajdował się obok traciła gdzieś tę swoją zwyczajową ostrożność, kiedy był przy niej nie miała najmniejszego problemu z tym, aby przestać analizować, w jego towarzystwie po prostu działała. Nie było potrzebne to dogłębne zastanawianie się nad każdym szczegółem, nie przy nim. Miała pewność, że nie da zrobić jej krzywdy, że jest przy nim bezpieczna, więc robiła wszystko na co tylko miała ochotę, bez względu na to czy i w ogóle mogły pojawić się jakieś konsekwencje, wbrew pozorom to było dla niej bardzo proste.

Nigdy nie chciała go zmieniać, nigdy nie chciała, aby stawał się przy niej kimś innym, tak samo jak i ona nie musiała tego robić, rozumiał te jej wszystkie dziwactwa, nigdy jej nie pospieszał, nie sugerował, że to, co robi nie jest do końca akceptowalne, wręcz przeciwnie, wydawał się być tym zafascynowany, nikt nie patrzył na nią tak jak on, przy nim czuła się jakby naprawdę była jedyną kobietą na świecie.

Teraz więc przemierzali uliczki, trzymała swoją rękę pod jego i wiedziała, że nie chciałaby być w innym miejscu, jej miejsce było przy nim, już na zawsze, on był jej i ona była jego, nic nie miało tego zmienić. Ta myśl naprawdę nie mogła przestać do niej wracać, bo jeszcze kilka dni temu wszystko rysowało się zupełnie inaczej, a teraz byli już po ślubie. Dobrze, że wyjaśnili sobie wszystko i podążyli właściwą dla siebie ścieżką.

Zapach, który uderzył w jej nozdrza spowodował, że się zatrzymała i uniosła głowę, aby spojrzeć na niego tym specyficznym wzrokiem, z którego nie korzystała zbyt często. Nie sądziła, że było to, aż tak potrzebne, jednak wiedziała, że jeśli to zrobi, to Benjy zmięknie już całkiem. Rzadko sięgała po te sztuczki, jednak bywały momenty, kiedy nie mogła się powstrzymać, lubiła widzieć, jak zmieniała się jego twarz, kiedy na nią spoglądał.

Pochylił się nad nią, musnął nosem jej skroń, to wystarczyło, żeby serce zabiło jej szybciej, nie drgnęła jednak nawet na moment, nie opuściła wzroku, nadal patrzyła na niego w ten sam sposób. Widziała, że to działa, chociaż twierdził inaczej, nie mogła jednak nie dostrzec tego, jak drgnął mu kącik ust, jak na nią patrzył, słowa mówiły jedno, ale gesty świadczyły coś zupełnie innego.

- Tak, wiem, że to na Ciebie nie działa... - Oczywiście, że nie działało, wcale, a wcale, miała jednak wrażenie że i on doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie było w tym ani grama prawdy, podejrzewała, że byłby w stanie spełnić jej najbardziej popapraną prośbę, jeśli taka by padła w tej chwili. Na szczęście Prudence chciała tylko skosztować grzańca, nie miała żadnych głupich pomysłów, nie tym razem.

- Gdybyś odmówił byłabym bardzo rozczarowana, na szczęście nie będziesz musiał sprawdzać z czym się może wiązać takie rozczarowanie. - Starała się być poważną, ale przy nim jak zawsze miała problem z zachowaniem powagi. Miała wrażenie, że Benjy powodował, że była najlepszą wersją siebie, tej której bardzo dawno nikomu nie pokazywała, trochę może bała się pokazać, skrywała ją gdzieś głęboko, a teraz tak po prostu pozwalała sobie na to, żeby móc wyłonić się na powierzchnię. Chyba nigdy poza Hogwartem się tak dużo nie uśmiechała, to świadczyło samo za siebie.

Puścił ją przodem, przez co jako pierwsza przekroczyła próg Dziurawego Kotła, odwróciła się na sekundę, może nawet mniej, aby sprawdzić, czy szedł za nią, to był odruch, przecież wiedziała, że nie zniknie, ale musiała mieć pewność że kroczy przy niej.

Rozejrzała się po Kotle, który był pełen klientów, najwyraźniej powoli po pożarach wszystko wracało już do normy, ludzie chcieli wrócić do normalności, co niespecjalnie ją dziwiło. Świat na moment się zatrzymał, ale musiał ruszyć dalej. Dobrze było widzieć te roześmiane grupy znajomych siedzące przy stolikach.

Gdy znalazła się w środku, wyciągnęła prawą rękę do tyłu, w stronę Benjy'ego, tak, żeby nie zgubić go gdzieś między ludźmi, to też był odruch, lubiła czuć pod palcami ciepło jego skóry. Omijając pojedyncze osoby, które zmierzały do stolików ze swoimi zamówieniami w dłoniach powoli kierowali się do lady, przy której mogli zamówić to grzane wino, którego tak bardzo chciała skosztować.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
14.12.2025, 22:43  ✶  
Wiele razy w życiu robiłem rzeczy głupie i impulsywne, spontaniczne decyzje znałem dobrze, ale ta jedna była inna, nie pachniała ucieczką ani buntem, tylko domem. Czułem dłoń Prudence i myślałem o tym, jak absurdalnie łatwo przyszło mi oddanie jej miejsca obok siebie na zawsze, bez kontraktów, bez planów awaryjnych, bez tej całej ostrożności, którą przez lata nosiłem jak pancerz. Przy niej ten pancerz odpadał kawałek po kawałku. Szliśmy tak, jakby to było najoczywistsze ustawienie świata - jej ręka pod moim ramieniem, mój krok dopasowany do jej tempa, to lekkie nachylenie barku, które robiłem zupełnie nieświadomie, żeby było wygodniej. W głowie wciąż miałem echo myśli, że to się naprawdę wydarzyło, została moją żoną nie w jakimś odległym, bezpiecznym planie na przyszłość, tylko tu i teraz, w tym mieście, o tej porze roku, w tym życiu, które wcześniej było wszystkim, tylko nie stabilnym. Czułem jej ciepło przez płaszcz i miałem ochotę śmiać się pod nosem z samego siebie - jeszcze niedawno nie wierzyłem w nic, co miało obietnicę trwania, teraz obok mnie szła kobieta, dla której to „na zawsze” miało sens, i cholera, ja też to czułem, nie jako przysięgę rzuconą na wiatr, tylko jako coś prostego.
Znałem ją a ona mnie - naprawdę, nie tę wersję, którą ludzie sobie dopowiadali, ani tę, którą kiedyś próbowała mi narzucić rodzina. Wiedziała, kim byłem i kim przestałem być, może właśnie dlatego wszystko przyszło nam tak łatwo - kiedy była obok, przestawałem się pilnować, znikała przesadna czujność, ten ciągły nawyk analizowania zagrożeń, liczenia wyjść awaryjnych. Przy niej działałem, jakbym wreszcie mógł odrobinę odpuścić. Zauważyłem jej uśmiech, ten cichy, skierowany do siebie, i zerknąłem na nią z boku. Udawałem, że nie patrzę zbyt długo, ale prawda była taka, że nadal nie mogłem się napatrzeć. Miałem wrażenie, że ktoś podmienił mi świat na wersję jaśniejszą, a ja jeszcze nie zdążyłem przywyknąć do tego, co się stało, jakby miało rozmyć się w świetle któregoś poranka - tyle że to nie znikało.
Kiedy zwolniła, ja też zwolniłem, a kiedy uniosła głowę, pochyliłem się lekko, jakbym dokładnie wiedział, co zamierzała. Znałem ten zapach, ciepły, lepki od przypraw, obiecujący spokój i chwilę zapomnienia, zanim zdążyłem go nazwać - grzane wino, Londyn w październiku. Wspomnienie, które nie było moje, bo przez lata mnie tu nie było. Pochyliłem się nad nią i musnąłem nosem jej skroń, bardziej drażniąc się niż naprawdę dotykając. Czułem, jak napina się jej ciało, i to było… Satysfakcjonujące. Lubiłem tę reakcję, tę iskrę, którą mogłem wywołać tak prostym gestem. Spojrzała na mnie w ten sposób, którego rzadko używała, a ja już wtedy wiedziałem, że mogę sobie gadać, wzdychać, udawać obojętność, ale w gruncie rzeczy to przegrana sprawa - zawsze była. Ta sztuczka była drobna, ale trafiała celnie, prosto w miejsce, w którym rozsądek zwykle brał urlop bezterminowy.
- To jest jawne naduszycie świeszo nabytych plaw. - Mruknąłem jej nad uchem, nachylając się trochę za blisko jak na kogoś, kto rzekomo „wcale nie mięknie”. Uśmiechnąłem się szerzej, czując zapach wina unoszący się w powietrzu. - Wiesz, sze to mój pielwszy londyński gszaniec od… - Urwałem, udając, że liczę w myślach. - Od zdecydowanie zbyt dawna. Jeśli okasze się obszydliwy, będę to pamiętał do końca szycia. Tak tylko mówię. - Skoro zamierzała straszyć mnie rozczarowaniem, przecież nie mogła mieć ostatniego zdania - tak to u nas nie działało, ani teraz, ani nigdy.
Wyciągnęła rękę do tyłu, więc złapałem ją bez wahania, nasze palce splotły się same, jakby robiły to od lat. Złapałem jej dłoń od razu, dokładnie tak, żeby poczuła, że absolutnie nigdzie się nie wybieram. Przeciskaliśmy się przez tłum, a ja patrzyłem na tych wszystkich ludzi, na śmiech, na normalność, która powoli wracała na swoje miejsce po pożarach, i po raz pierwszy od bardzo dawna nie czułem się przy tym jak ktoś przemykający obok życia toczącego się dookoła niego. Stanąłem tuż za nią przy ladzie, wpatrując się w tablicę kredową z menu, z ręką splecioną z jej ręką, spokojny w sposób, którego nie pamiętałem u siebie od lat - jeśli to była irracjonalna decyzja, to była też najlepszą, jaką kiedykolwiek podjąłem. Nachyliłem się trochę bliżej, tak żeby nie musieć podnosić głosu ponad gwar Kotła, a przy okazji wejść w tę jej osobistą przestrzeń, którą i tak uważałem już za swoją.
- To jak, tylko gszaniec, czy jemy tesz coś konkletnego i dalujemy sobie później walkę s kuchnią? - Oparłem się ciężarem ciała o ladę, czekając na odpowiedź, w myślach gotów zaakceptować każdą opcję.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
15.12.2025, 01:36  ✶  

Prue nie podejmowała spontanicznych decyzji, no chyba, że znajdowała się obok niego, wtedy wszystko się zmieniało, wtedy zazwyczaj jakoś samo się to działo. Nie musiała myśleć, analizować, po prostu przekraczała wszystkie, swoje granice. Od zawsze tak na nią działała jego obecność, jakoś tak się działo, po prostu. Nie sądziła, że warto było się nad tym zastanawiać, przyjmowała, że tak już musiało być.

Wiedziała, że on także przy niej nie sięgał po swoje przyzwyczajenia. Był kimś zupełnie innym, nie budował wokół siebie muru, pozwalał jej sięgać do miejsc, którymi nie dzielił się z innymi i to było czymś niesamowitym, bo kiedyś też tak reagowali na swoją obecność. Mogli sobie powiedzieć o wszystkim, dzielili się tymi najbardziej absurdalnymi przemyśleniami, i najwyraźniej nadal gdzieś tam to w nich było.

Nie musieli się przejmować niczym w swoim towarzystwie, znali się doskonale, chociaż na dłuższy czas zniknęli ze swojego życia, to jednak niczego im nie odebrało. Bardzo szybko wrócili do tego, co kiedyś było między nimi, niektóre znajomości przynosiły emocje, których nie dawał nikt inny, tak właśnie działo się z nimi.

Bardzo łatwo przyszło jej wrócić do tego, co było kiedyś, on od zawsze miał specjalne miejsce na jej liście znajomości, chociaż okazywali to sobie w bardzo różny sposób. Teraz jednak wszystko działało tak jak powinno, ich relacja wreszcie przybrała właściwie tory, nie byli już ani znajomymi, ani przyjaciółmi, ani wrogami, ani wakacyjnymi kochankami, stali się małżeństwem, nie dało się być ze sobą bliżej.

Zwolniła, a on zrobił to samo, jak zawsze dostosował się do jej kroku, zatrzymała się, a on zbliżył się do niej. Jeśli tak miało to działać przez całe życie, to na pewno będzie zachwycona, rozumieli się ze słów, byli w stanie czytać ze swoich spojrzeń, czy gestów, nigdy nie miało się to zmienić. Zabawne te słowa, nigdy i zawsze jeszcze ostatnio wydawały jej się nie mieć większego znaczenia, ale wszystko się zmieniło.

- To dobrze, wiesz, że ja wszystko pamiętam do końca życia, jeśli ten grzaniec okaże się obrzydliwy, to przynajmniej i ty i ja nigdy tego nie zapomnimy. - Prue chcąc, czy nie chcąc pamiętała wszystko, dobrze więc będzie jeśli nie tylko ona zapamięta jeśli grzaniec okaże się być okropny w smaku. Raczej nie sądziła, że tak będzie, ba, zdecydowanie po tym, co powiedział Benjy zależało jej na tym, aby to był najlepszy grzaniec w jego życiu, ale na to nie miała już najmniejszego wpływu.

Oczywiście, że nie pozwolił jej mieć ostatniego słowa, to było typowe dla nich, każde dążyło do tego, żeby nie dało się ich w żaden sposób przegadać. Tak to zawsze wyglądało w ich przypadku.

Złapał jej dłoń, kiedy wyciągnęła swoją, wiedziała, że idzie za nią, to wystarczyło, aby znowu wywołać uśmiech na twarzy Prue, niby nie było to nic takiego, ale dla niej znaczyło wiele.

Znaleźli się przed ladą, zatrzymała się przed nią i czekała, aż barman w końcu zwróci na nią uwagę. - Jeśli grzaniec będzie smaczny, to możemy coś zjeść. - Nie bywała zbyt często w Kotle, więc nie do końca wiedziała, czego mogą się spodziewać, mogą zacząć od grzańca, a jak dobrze pójdzie to i coś zjeść, to było na pewno dużo przyjemniejsze od wracania do Exmoor i gotowania posiłku.

Wreszcie mężczyzna pojawił się przed nimi, ledwie poprosiła o grzane wino, a to znalazło się przed nimi, jak nic miał wielki kocioł na zapleczu, z którego odlewał wszystkim odrobinę do kubków.  Sięgnęła po dwa kubki, po czym się odwróciła, nie trzymała już męża za rękę, rozglądała się wokół w poszukiwaniu wolnego miejsca, jednak było tutaj dość tłoczno. - Skarbie, załatwisz nam jakiś wolny stolik? - Zapytała wiedząc, że nie było innej możliwości.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
15.12.2025, 21:24  ✶  
Zniknęliśmy sobie z życia na lata, a jednak kiedy wróciliśmy, wszystko wskoczyło na swoje miejsce z zadziwiającą łatwością. Zwolniła, więc zwolniłem. Zatrzymała się, więc ja też się zatrzymałem, instynktownie, jej rytm był moim rytmem, jakbym zawsze dokładnie wiedział, gdzie powinienem być. Zawsze tak było, nawet zanim sam to zauważyłem, czytałem ją z ruchów, z napięcia ramion, z oddechu, słowa nigdy nie były konieczne, automatycznie zrobiłem krok bliżej, ustawiając się bokiem, odruchowo, osłaniając ją od strony przechodzących ludzi. Nawet nie pomyślałem o tym świadomie, ciało zrobiło swoje, tak jak robiło to od lat, tyle tylko, że nigdy wcześniej wobec kogoś. Byłem większy, wyższy, cięższy i świat miał w zwyczaju odbijać się ode mnie, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że stanąłem tak, jakbym blokował dostęp do jej pleców, nie poprawiłem się jednak, nie było powodu. Parę osób obok zerknęło w naszą stronę, szybko odwracając wzrok. Znałem to spojrzenie - wysoki, postawny facet, blizny, ciężkie ramiona - dla obcych byłem potencjalnym problemem, dla niej byłem mężem.
„Żona”, proste słowo, a zmieniało wszystko - nie w tym tanim sensie, że ktoś mnie „naprawił”, po prostu pozwalałem jej wejść tam, gdzie inni nie mieli wstępu. Zawsze tak było, nawet kiedy byliśmy młodsi i udawaliśmy, że to tylko przyjaźń, niechęć lub coś jeszcze innego, już wtedy mówiliśmy sobie rzeczy, których nie mówi się byle komu. Może nie do końca tu, na ulicy, ale przy niej wszystko wyglądało inaczej, znikały stare nawyki, to odruchowe napięcie w barkach, które nosiłem latami jak drugi płaszcz. Zwłaszcza teraz, gdy nie musiałem budować dystansu, nie musiałem niczego ukrywać. Sięgała tam, gdzie niewielu miało dostęp, i robiła to bez wysiłku, jakby te miejsca zawsze były jej. Kiedyś tak było, teraz znowu było dokładnie tak samo, tylko już bez tej całej niepewności, bez nazw zastępczych.
Uśmiechnąłem się pod nosem, bo dobrze wiedziałem, że patrzyła tak intensywnie nie bez powodu, tylko jak zawsze wtedy, gdy coś było dla niej ważne - albo gdy chciała mnie rozbroić - mogłem wywracać oczami, ale działało to na mnie szybciej niż jakakolwiek klątwa. Przy niej wszystko działo się jakoś inaczej, chociaż wtedy, przed laty, jeszcze nie umiałem tego nazwać. Wiedziałem tylko, że Prudence potrafiła wytrącić mnie z toru, po którym zwykle się poruszałem. Z innymi ludźmi byłem inny, mentalnie zdystansowany, zewnętrznie prowokacyjny, przyzwyczajony do kontroli, przy niej jednak puszczały mi blokady - decyzje zapadały same, jakby ktoś wyłączał u mnie ten fragment głowy odpowiedzialny za analizę. Jeszcze niedawno „zawsze” i „nigdy” wydawały się pustymi pojęciami, a teraz miały wagę.
Prue nie podejmowała spontanicznych decyzji, wiedziałem o tym od zawsze, od pierwszych lat, kiedy jeszcze udawaliśmy przed sobą, że to tylko przyjaźń i że nic się pod spodem nie tli. A jednak wystarczyło, że byłem obok, a wszystko się w niej przestawiało, jakby ktoś jednym ruchem ręki zdejmował blokadę z mechanizmu. Widząc to, czułem znajome ukłucie w piersi - nie dumę, coś cichszego, współodpowiedzialność, może, albo zwyczajną świadomość, że kiedy jest przy mnie, pozwala sobie na więcej, bo wierzy, że jej nie pozwolę spaść. I nie pozwoliłbym, trzymaliśmy się razem. Niektóre relacje miały w sobie ciężar i intensywność, których nie dało się podrobić, nasza była właśnie taka, teraz nie trzeba było już niczego jednak pokrętnie nazywać ani udawać, nie byliśmy niczym „pomiędzy” - byliśmy małżeństwem, bliżej się nie dało. Pojęcia związane z byciem z kimś razem „na dobre i na złe” jeszcze niedawno brzmiały dla mnie jak żart, ale teraz przestały mnie drażnić. Zmieniło się coś zasadniczego - minęły lata, zniknęliśmy sobie z życia, a jednak kiedy znowu stanęliśmy obok siebie, wszystko wróciło na swoje miejsce.
Parsknąłem pod nosem, kiedy rzuciła to swoje o pamiętaniu do końca życia, bo znałem tę cechę aż za dobrze. Poznałem ją zbyt dobrze, żeby traktować to jak żart bez konsekwencji. Prue naprawdę pamiętała wszystko, potrafiła wrócić do takich rzeczy po latach, z idealnym wyczuciem momentu. Była jak archiwum z krwi i kości, tylko zamiast zakurzonych półek miała spojrzenie, którym potrafiła przypomnieć człowiekowi coś sprzed dekady w najmniej spodziewanym momencie.
- Świetnie. - Mruknąłem pod nosem, kręcąc lekko głową. - Czyli jeśli będzie obszydliwy, to będziemy mieli kolejne wspólne tlaumatyczne wspomnienie na zawsze. To balso cementuje związek. Lomantycznie. - Uśmiech sam wrócił mi na twarz, kiedy złapałem jej dłoń. Ten drobny gest wciąż działał na mnie zaskakująco mocno. Nie dlatego, że był czuły, tylko dlatego, że był oczywisty, naturalny, jakbyśmy nigdy nie przestali tego robić, tylko na chwilę się zagubili. Przypominało mi to czasy, kiedy jeszcze wszystko było proste, kiedy potrafiliśmy gadać godzinami o kompletnych bzdurach i najdziwniejszych myślach, jakby świat poza nami nie istniał. To wróciło szybciej, niż się spodziewałem - to nie było nowe, wróciło, jakby nigdy nie zniknęło, jakby te wszystkie lata rozłąki były tylko długą przerwą, a nie końcem. Rozumieliśmy się bez wysiłku, w pół zdania, w spojrzeniu, w drobnym geście dłoni, bez murów, bez tej starej czujności, którą nosiłem jak zbroję nawet wtedy, gdy nie było wojny.
Przy ladzie odruchowo ustawiłem się tak, żeby stać trochę za nią, trochę z boku, nawet się nad tym nie zastanawiałem, jej plecy znalazły się niemal pod moim barkiem, a ja zasłaniałem ją od tłumu, który napierał z tyłu. Nie robiłem tego demonstracyjnie, raczej instynktownie, jak coś, czego człowiek nauczył się sam nie wiedział, kiedy dokładnie, i już nie analizował. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że stawałem dokładnie w tej pozycji zawsze, kiedy gdzieś byliśmy publicznie, nawet jeśli nigdy tego ode mnie nie wymagała - to był odruch. Nie komentowałem tego, tylko zerknąłem po sali, oceniając sytuację.
Tłok był konkretny, ludzie nie tylko zajmowali krzesła, ale także stali przy stolikach, siedzieli na ławach, śmiali się za głośno, jakby próbowali zagadać ostatnie tygodnie strachu. Było tłoczno, głośno, żywo. Mieszkańcy wracali do swoich rytuałów, jakby świat nigdy się nie zatrzymał, jakby nie było pożarów, strachu, pustych ulic. Normalność miała tu smak grzanego wina - tego, które zamówiła dla nas Prudence, podczas gdy ja obserwowałem odbicie w mosiężnej listwie, wyłapując ruchy za nami. Barman podał kubki szybko, jakby nie miał najmniejszej ochoty przeciągać naszej obecności przy ladzie. Prue sięgnęła po oba, a ja już wiedziałem, że zaraz zacznie się rozglądać.
- Oczywiście. - Powiedziałem spokojnie, jakby załatwianie stolików w zatłoczonych pubach było moją drugą profesją. - Ty pilnuj gszańca, ja idę na łowy. Zobaczymy, czy chcemy tu zostać na kolację. - Przytaknąłem, bo to było całkiem logiczne. Odsunąłem się płynnie, wchodząc w tłum bez żadnego wysiłku, to było coś, co zawsze mnie bawiło - przy moim wzroście i masie powinienem się przeciskać, zahaczać, burzyć układ pomieszczenia, tymczasem poruszałem się jak cień, wsuwając się w luki, które same się przede mną otwierały. Rodzinny talent - wiedzieć, gdzie postawić stopę, kiedy skręcić barki, jak zniknąć na pół sekundy, żeby pojawić się dwa metry dalej. Ruszyłem w głąb sali bez pośpiechu, przeciskając się między ludźmi z tą swobodą, którą nabywało się po latach funkcjonowania w miejscach, gdzie przestrzeń osobista była luksusem. Rzuciłem kilka spojrzeń, krótkich i oceniających, od razu wyłapując, kto zaraz się zbiera, a kto dopiero zamówił kolejną rundę.
Dostrzegłem mały stolik przy ścianie, przy którym grupa właśnie się zbierała. Podszedłem bez pośpiechu, zdjąłem płaszcz i zawiesiłem go na oparciu krzesła ruchem, który nie pozostawiał pola do dyskusji. Spojrzałem na mężczyznę stojącego obok, niezbyt przyjemny typ, sądząc po twarzy, od razu poczułem nić porozumienia, gdy spotkaliśmy się wzrokiem. Nie powiedziałem ani słowa, a on kiwnął głową, jakby wszystko stało się dla niego nagle jasne, i odsunął się, zabierając resztę towarzystwa. Stolik był nasz, zostało przynieść grzańce i usiąść, co w tym tłumie mogło być wyzwaniem. Niewiele się namyślając, zostawiłem naszą „rezerwację”, kilka chwil później wyrastając u boku Prue.
- Mamy miejscówkę. - Poinformowałem, wyciągając do niej rękę, by poprowadzić nas przez zbitą masę ludzi, tym razem już nie jak cień, tylko jak naturalny taran, oczekując, że to inni się usuną. To nie było takie trudne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
16.12.2025, 16:10  ✶  

Nie zaskoczyło jej to, jak reagował. Zawsze to robił, zawsze się do niej dostosowywał, nawet wtedy kiedy truła mu dupę i chodziła za nim w Hogwarcie, żeby skomentować jego okropne zachowanie to zwalniał, nigdy przed nią nie uciekał, dopasowywał się do niej. Nigdy się to nie zmieniło, ledwie znowu pojawił się w jej życiu, a wszystko wróciło do normy, i miało tak być na zawsze. Wydawało jej się, że zawsze nie jest możliwe, że nie ma racji bytu, a przy nim jakoś po prostu samo nasuwało się na usta, i było to najbardziej właściwe, co mogło się zdarzyć.

Kiedy przystanęli od razu znalazł się obok, miał ten nawyk, aby osłaniać ją przed całym światem, odbijać ewentualne zagrożenie, nawet jeśli nigdy miało się nie pojawić. Górował nad nią, z boku wyglądał jako ktoś niebezpieczny, kto mógł skrzywdzić ją bez żadnego problemu, dla większości osób pewnie mógł wydawać się kimś z kim nigdy nie chcieliby się spotkać w ciemnej alejce, a ona nie mogłaby marzyć o lepszym przypadku, bo był jej mężem, spoglądał na nią inaczej niż na wszystkich innych, przy nikim nie czuła się tak bezpiecznie co było całkiem zabawne zważając na to, że pewnie gdyby ktoś na nich teraz spojrzał to mógłby się zastanawiać, czy aby na pewno nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo, bo wydawali się pochodzić z różnych światów, ale przecież właśnie zaczynali tworzyć swój, jeden, nowy, wspaniały świat.

Miała świadomość, że ma do niej zupełnie inny stosunek niż do wszystkich, zresztą ona reagowała na niego podobnie. Przy nim przestawała się zastanawiać nad tym, czy coś było dobrym pomysłem, wystarczyło słowo, a gotowa była wejść z nim w ogień, bez chwili zwątpienia, bez myślenia nad konsekwencjami, bo przy nim pewnie żadne by się nie pojawiły. Nie analizowała, nie rozkładała wszystkiego na części pierwsze, bo to nie miało żadnego znaczenia.

Znała to ze swojej przeszłości, kiedy przyjaźnili się bardzo dawno temu reagowała w ten sam sposób, od zawsze tak się przy nim zachowywała, to się nie zmieniło, nigdy miało się nie zmienić, bardzo łatwo wróciła do tego dawnego rytmu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Może i była, co czy naprawdę kiedykolwiek czuła, że wszystko znajdowało się na właściwym miejscu, no nie do końca, dopiero teraz, dopiero gdy stała się jego żoną pojawiło się to uczucie pewności.

Miała swój powód, aby spoglądać na niego w ten sposób. To wszystko przez te zapachy, które unosiły się w powietrzu, prosiły się o to, aby zajrzeć do Kotła, zazwyczaj nie miała problemu z tym, aby się im oprzeć, ale tym razem było inaczej. Nie zakładała, że Benjy postanowi odmówić jej tej przyjemności, jaką była wizyta w tym miejscu, nie kiedy sięgnęła po najsilniejsze działa z możliwych - sarnie spojrzenie.

- Nic tak nie łączy jak traumatyczne przeżycia. - Dodała uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Oczywiście, że tak, czy siak miała zapamiętać wizytę w tym miejscu do końca swoich dni, bez względu na to, czy będzie to miłe wspomnienie, czy jednak jedno z tych mniej miłych, tak właściwie nie było opcji, żeby uważała je za traumatyczne, bo mieli razem wypić ten grzaniec, więc to już było wyjątkowo pozytywne, smak miał w tym wypadku zdecydowanie mniejszą wartość. Będzie mogła dodać je do tej listy rzeczy, które ostatnio robili razem, pierwszy raz jako małżeństwo, nie przestawała się uśmiechać, kiedy o tym myślała, bo czekało ich jeszcze naprawdę wiele pierwszych razów i była gotowa je wszystkie z nim przeżyć, nigdy miało się to nie skończyć, wciąż ta myśl była dla Prue ogromnie ekscytująca.

Znaleźli się przy ladzie, Benjy stanął przy niej jak to miał w zwyczaju, nie musiała martwić się o to, że ktoś z tego napierającego tłumu się od niej odbije, to było naprawdę przyjemnym uczuciem świadomość, że obok znajdował się ktoś, kto czuwał nad sytuacją, szczególnie w przypadku jej gabarytów, prosiła się o to, aby ją zdeptać.

Złożyła zamówienie, pojawiło się dość szybko na ladzie, najwyraźniej pracownicy byli przyzywczajeni do szybkiego tempa pracy, nie ma im się co dziwić, naprawdę było tutaj bardzo tłoczno. Musili pracować jak najszybciej, jeśli chcieli mieć pewność, że ludzie będą chcieli tu wracać, nikt nie lubił oczekiwać na swoje zamówienie nie wiadomo ile.

- Będę nad nim czuwać. - Póki co nigdzie się nie wybierała, wolała oddelegować do tego trudniejszego zadania męża, wiedziała, że potrafił poruszać się zwinnie, jak nikt inny, na pewno lepiej mu pójdzie znalezienie wolnego stolika samemu, niż czekanie na to, aż ona się będzie za nim turlać.

Przyglądała się mu kiedy odchodził, dość szybko straciła go z oczu, mimo tego, że przecież nie tak łatwo było go zgubić, czekała, oparta o ladę, w dłoni trzymała dwa kubki pełne grzanego wina, w nozdrza uderzał ją zapach trunku. Miała nadzieję, że uda im się gdzieś przycupnąć, zdecydowanie lepiej było się raczyć tym napojem na siedząco.

Miała wrażenie, że minęło ledwie kilka sekund, kiedy Benjy do niej wrócił. Uśmiechnęła się, kiedy pojawił się przed nią, już zawsze miał do niej wracać, robił to bo chciał, to naprawdę było bardzo przyjemną myślą.

Dostrzegła brak płaszcza na jego ramionach, co sugerowało jej, iż misja, którą mu zleciła zakończyła się sukcesem. Oczywiście, że nie zakładała w ogóle innej możliwości.

Chwyciła kubki w jedną rękę, drugą splotła z niego, by mógł przeprowadzić ją przez ten tłum, dużo łatwiej było manewrować między ludźmi, kiedy on szedł przed nią, miała wrażenie, że wszyscy się odsuwali, bo nikt nie chciał mu wchodzić w drogę.

Dotarli w końcu do stolika, który znajdował się przy ścianie, Prue udało się nie rozlać ani mililitra grzańca po drodze, co uważała za swój ogromny sukces, postawiła kubki na stole, który miał się stać ich chwilowym przystankiem. Mogli odetchnąć na chwilę, no i sprawdzić, czy gra faktycznie była warta świeczki, oby zawartość kubków jej nie zawiodła.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
17.12.2025, 02:01  ✶  
Komentarz o traumatycznych przeżyciach rozbawił mnie bardziej, niż powinien, parsknąłem cicho, nadal pochylając się lekko w jej stronę. Nie było w tym niczego nowego, a jednocześnie wszystko było nowe, zawsze reagowałem tak samo, zawsze się do niej dopasowywałem, zwalniałem, kiedy zwalniała, zatrzymywałem się, kiedy przystawała, jakby moje ciało miało wbudowany mechanizm kalibracji pod Prudence. Jeszcze w Hogwarcie tak było, kiedy potrafiła chodzić za mną pół korytarza tylko po to, żeby wygarnąć mi, że zachowuję się jak skończony idiota. Nigdy przed nią nie uciekałem, nigdy nie przyspieszałem, żeby ją zgubić, dopasowywałem krok, nawet jeśli udawałem, że to przypadek. Teraz było dokładnie tak samo, minęły lata, świat zdążył się kilka razy zawalić i poskładać, a my wróciliśmy do tej samej dynamiki, jakby ktoś nigdy nie wcisnął pauzy. Tyle tylko, że tym razem miało tak zostać - ta myśl nie była ciężarem, była czymś kojącym, zaskakująco prostym.
Kiedy stanęliśmy przy ladzie, znów ustawiłem się obok, ale jednocześnie pół kroku za nią, zasłaniając ją od tłumu. Zrobiłem to zupełnie automatycznie, dopiero po chwili dotarło do mnie, że to był kolejny z tych odruchów, których nigdy bym u siebie nie podejrzewał. Wyglądałem groźnie, wiedziałem o tym - wysoki, szeroki w barach, z twarzą, która raczej nie zapraszała do small talku - z boku musieliśmy więc wyglądać, jakbym ją osaczał, jakby coś jej groziło, absurdalne, przy nikim innym nie byłem tak spokojny jak przy niej. Spojrzałem na nią zresztą kątem oka, w dalszym ciągu widząc ten uśmiech, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy była naprawdę szczęśliwa. Taki bez kalkulacji, bez kontroli, wiedziałem, że przy mnie pozwalała sobie na to samo, co ja przy niej. Nie myślała, nie analizowała, działała i ufała, to było chyba najbardziej niebezpieczne i jednocześnie najcenniejsze, co można było komuś dać.
Zamówienie pojawiło się szybko, a ja obserwowałem, jak sięgała po grzańce, skupiając się na tym, żeby ich nie rozlać. Tłum napierał, ktoś się przepychał, ktoś zahaczył o moje ramię i natychmiast zmienił zdanie co do dalszego kontaktu. Znałem to spojrzenie ludzi dookoła, krótkie, szybkie, z decyzją o zmianie trajektorii. Prudence była przy tym spokojna, pewna, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Dla niej byłem mężem, dla reszty potencjalnym problemem, może dlatego to tak zabawnie funkcjonowało. Mało kto dałby nam szanse, jeszcze mniej osób widziałoby nas razem, a jednak - pod pewnymi względami, przeciwieństwa się przyciągały, choć nie dało się ukryć, że mieliśmy też całkiem sporo wspólnych cech, tylko bardziej ukrytych, niż te wizualne, widoczne na pierwszy, krzywy rzut oka.
Kiedy ruszyłem po stolik, nawet przez moment nie przyszło mi do głowy, że mogłoby się nie udać. Poruszałem się w tłumie instynktownie, jak ktoś, kto robił to całe życie, znikałem między ludźmi, omijałem ich płynnie, bez zahaczania, bez przepychania. Znalazłem stolik, „zarezerwowałem” go bez jednego słowa, spojrzeniem i płaszczem, i wróciłem tą samą drogą. Dopiero w drodze powrotnej na nasze miejsca zmieniłem tryb, Prue złapała mnie za rękę, splatając palce z moimi, i tym razem nie byłem cieniem. Tym razem przeszedłem przodem jak taran. Ludzie odsuwali się instynktownie, ktoś odwracał wzrok, ktoś inny robił krok w bok. Czułem jej obecność, dokładnie tam, gdzie powinna być, to było naprawdę miłe, ciepłe uczucie. Prowadziłem ją prosto do stolika przy ścianie, a kiedy postawiła kubki na blacie i okazało się, że mimo trzymania ich przez nią w jednej ręce, przez całą drogę, ani kropla się nie wylała, uniosłem brew z uznaniem.
- Imponujące. - Rzuciłem. - To chyba dobly omen? - Uniosłem brew, pytająco, zapach też był dokładnie taki, jak powinien - ciepły, korzenny, obiecujący. Kubki parowały na stole, aromat unoszący się w górę był gęsty, słodki, ciężki od przypraw.
Odsunąłem jej krzesło i poczekałem, aż usiądzie. Dopiero potem zająłem swoje miejsce, tym razem plecami do sali, oddając jej przestrzeń przy ścianie. Zrobiłem to świadomie, wbrew wszystkim moim odruchom - nawet się nad tym nie zastanawiałem, tak było właściwie - to było coś odwrotnego niż zwykle, mimo to nie czułem się z tym jakoś fatalnie, nawet jeśli lubiłem obserwować otoczenie, ramiona miałem luźne, czujność nie zniknęła, tylko zmieniła kierunek -  rozejrzałem się raz, krótko w tył, a potem całą uwagę oddałem jej. Oparłem się wygodnie, barkami odgradzając nas od reszty lokalu, jakbym stawiał niewidzialną granicę. Kubki parowały, zapach cynamonu i pomarańczy mieszał się z gwarem. Spojrzałem na nią ponad parującym kubkiem i uśmiechnąłem się krzywo, nie sprawdzając, czy zauważyła - może tak, może nie, dla mnie to było jasne.
Uniósłem swój kubek w niemym toaście, wychylając go do przodu w jej stronę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
17.12.2025, 21:22  ✶  

Nie dało się nie zauważyć, że Benjy'emu okropnie łatwo przychodziło dostosowywanie się do niej, jakby był do tego stworzony, może trochę był? Mieli w tym spore doświadczenie podczas tych wszystkich lat, kiedy się znali, i mimo, że był taki moment, gdy nie było ich obok siebie, to łatwo przyszedł im powrót do tej rutyny. Wystarczył jeden jej gest, a on reagował i wiedziała, że nie jest to wymuszone, po prostu tak miał. Byli idealnie kompatybilni, na szczęście już nie musieli udawać, że nie są.

Parsknął na jej komentarz, co spowodowało, że na jej twarzy pojawił się jeszcze szerszy uśmiech, wiedziała, że zrozumie jej przekaz, zawsze rozumiał, tak już mieli. Najlepsze było to, że już nie musieli nigdy udawać, że tak nie było, że do siebie nie pasowali, że nie potrafią rozumieć się bez słów, teraz wręcz mogli pokazywać jak doskonale się znają, już nikt, ani nic nie stało im na przeszkodzie. Niby po drodze wiele się wydarzyło, oni się zmienili, ale to, co było między nimi było takie same, a może nawet silniejsze, i nic, ani nikt nie mogło tego popsuć. Ta myśl nie dawała jej spokoju, ciągle do niej wracała, zawsze było naprawdę niesamowitym słowem, które brzmiało okropnie potężnie, dlatego je sobie powtarzała w głowie, chociaż już przecież nieraz zostało wypowiedziane na głos, wybrzmiało.

Nie było osoby przy której czułaby się lepiej, to było niesamowite, jakby w końcu naprawdę mogła być sobą, nie musiała udawać, uważać, zastanawiać się, mogła mówić to, co tylko przyszło jej na myśl, mogła robić to, na co miała ochotę i wiedziała, że on będzie przy niej, że zawsze ją wesprze, że zaakceptuje każdą podjętą przez nią decyzję, tak jak i ona podchodziła do niego. Nie analizowała, nie zadawała niepotrzebnych pytań, no, może czasem spoglądała sekundę za długo, jakby chciała coś powiedzieć, ale tego nie robiła, zgadzała się na wszystko. Byli przy sobie szczęśliwi, miała wrażenie, że wręcz byli swoimi najlepszymi wersjami, kiedy znajdowali się obok siebie, to było naprawdę niesamowitym doświadczeniem i miało tak już być ciągle, to było chyba jeszcze lepsze.

Przystanął obok niej, gdy składała zamówienie, pilnował, aby nikt przypadkiem w nią nie uderzył, nie zaczepił, nie musiała się o nic martwić, bo był tuż obok, to nie było wcale dla niej normą, bo raczej zawsze martwiła się o wszystko i rozważała w głowie miliony możliwych scenariuszy, teraz nie musiała tego robić, nie gdy był obok niej.

Grzaniec pojawił się przed nią, złapała kubki w dłoń, on zdążył odejść, zorientować się, czy jest dla nich miejsce i wrócić. Trwało to krótką chwilę, bardzo krótką, wiedziała, że odpowiedzialne były za to te jego specjalne umiejętności, które okropnie jej imponowały, nie bez powodu to jego oddelegowała do tej trudnej misji. Nikt nie poradziłby sobie z nią równie dobrze.

Wrócił po nią, mogli udać się do stolika, tym razem jednak nie skradał się między ludźmi, nie wyłaniał się z cienia, tylko szedł przodem, aby i ona mogła bez problemu się między nimi przemieszczać, splótł ponownie ze sobą ich palce i wiedziała, że jest na swoim miejscu.

Znaleźli się przy zorganizowanym przez niego stole, wtedy postawiła na nim kubki, udało się jej nie rozlać ani odrobiny ciepłego trunku, to był jej sukces, też całkiem spory. - Najlepszy z możliwych omenów, przewiduje, że może odrobinę się dzisiaj wstawimy, to znaczy ja, Ty pewnie nie, musiałbyś wypić z takich dziesięć, żeby coś poczuć. - Jej wystarczyłby pewnie jeden na poprawę humoru, przy trzech mogła mieć już napady śmiechu, przy czterech? Możliwe problemy z równowagą.

Usiadła, gdy osunął jej krzesło, widziała, co zrobił, posadził ją z dala od ludzi, sam zaś usiadł tyłem do sali, wcześniej jeszcze spojrzał przez ramię, aby upewnić się, że nic im nie grozi, ciągle pozostawał czujny, to dobrze, musiał uważać, dobrze, że tak się pilnował, w końcu zależało jej na tym, aby nie stała mu się krzywda, nigdy.

Poprawiła się powoli na krześle, aż w końcu sięgnęła po jeden z kubków. Zdjęła wcześniej płaszcz, ale i tak zdążyło jej się już zrobić ciepło, w Dziurawym Kotle było zdecydowanie cieplej niż na zewnątrz, a że w środku był spory tłum to powodowało, że robiło się też nieco duszniej, a to również sprawiało wrażenie podwyższonej temperatury. Policzki zrobiły jej się od tego różowe, oczy błyszczały, a na ustach miała ogromny uśmiech, kolejny pierwszy raz zaliczony. Testowanie nowej receptury grzańca. Brzmiało to nie najgorzej.

Dostrzegła ten jego krzywy uśmiech, nie umknęło jej to, bo cała jej uwaga była skupiona na mężu, trudno jej było oderwać od niego wzrok.

Zawtórowała mu, uniosła swój kubek, by dołączyć do toastu.

Później upiła niewielki łyk trunku. Przymknęła oczy na krótką chwilę, jakby miało to pomóc jej skupić się na jednym zmyśle, którym w tej chwili był smak. Starała się wyczuć wszystkie składniki, jakie zostały dodane do grzańca. Szło jej to raczej średnio, otworzyła więc oczy. - No, nie jest najgorszy, chyba nie będziemy mieli kolejnego traumatycznego przeżycia do kolekcji. - Może to i lepiej, przynajmniej jej sarnie spojrzenie z którego wcześniej skorzystała nie zostało wykorzystane na marne.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
18.12.2025, 03:01  ✶  
Patrzyłem na nią i miałem to ciche, uporczywe, ale przyjemne poczucie, że przy żadnej innej osobie świat nie układał mi się tak gładko, jakby wszystkie kanty nagle przestawały być problemem. Znikała potrzeba udawania, kalkulowania, mierzenia odległości. Przy niej byłem wersją siebie, którą rzadko wypuszczałem na świat - byłem sobą w odsłonie, której zwykle nie pokazywałem nikomu, najlepszej, jeśli miałem być uczciwy. Stałem przy niej, kiedy zamawiała napoje, czujny bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby, chociaż w obecnych czasach trudno było rozdzielić te dwa, tłum był gęsty, hałas narastał, ale dla mnie liczyło się tylko to, żeby nikt jej nie potrącił, nie zahaczył, nie wszedł w tę naszą niewidzialną przestrzeń prywatną.
Gdy przeszliśmy do stolika, nie rozlewając ani kropli grzańca, bez dwóch zdań uznałem to za dobry omen. Prue też, parsknąłem cicho, kręcąc głową, kiedy zaczęła snuć te swoje wyliczenia, ile kto musiałby wypić, żeby coś poczuć.
- Mam nieuczciwą pszewagę genetyczną, pszyznaję. Dziesięś takich to pewnie minimum, bym cokolwiek poczuł. - Stwierdziłem spokojnie, jakby to była uwaga o pogodzie. - Ale mam doble tempo, tszy na twój jeden to dlobnostka, więc teoletycznie moglibyśmy się tu najebaś jak posządni londyńczycy. - To było nie takie niespełnialne założenie, pytanie tylko, czy chcieliśmy to robić w warunkach jak takie.
Odruchowo zająłem miejsce plecami do sali i pozwoliłem, żeby to wszystko, co znajdowało się za mną częściowo po prostu przestało istnieć - tylko kątem oka kontrolowałem ruch, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej konieczności, a przynajmniej tak to dziś sobie wyjaśniałem. Mieliśmy chwilę przerwy od problemów świata doczesnego, los przestał nam rzucać kłody pod nogi, to był dobry moment, by odrobinę wyluzować. Uniosłem grzaniec w toaście i upiłem łyk, bez teatralnych grymasów. Smak był… Przyzwoity, ciepły, korzenny, wystarczający, żeby rozlać się po żołądku przyjemnym ciężarem - kiwnąłem głową, jakbym zatwierdzał werdykt, że dziś nie mieliśmy przeżyć kolejnej traumy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie było tu nic do przeżywania, zero nowych doznań.
- Soczek. - Zawyrokowałem po pierwszym łyku, leniwie obracając kubek w dłoni. - Niezły, fakt. Dobly, pszyzwoity, ale jakby się człowiek postalał, to nawet by się nie zolientował, sze to alkohol. - Mruknąłem po kolejnym łyku, jeszcze raz kiwając głową, bardzo lekko. - To balsiej napój winoglonowy s ambicjami nisz coś, czym da się uczciwie się najebaś. Losgszewa, pachnie ładnie, lobi doblą atmosfelę w lokalu… I tyle. Do legend się tym nie pszechodzi, ale nie jest tlaumatyczny, to fakt. - Ten grzaniec był… Poprawny. Zdecydowanie bardziej jak jesienno-zimowy napitek niż coś, co mogłoby zwalać z nóg. Nie dało się go nazwać ani dobrym, ani złym, był dosyć mdły, płaski w smaku. W tym wypadku dziesięć nie miało być granicą, jeden mógł mi w zupełności wystarczyć. Zastukałem kciukiem o blat stolika, a moje spojrzenie na moment uciekło mi w bok, jakbym układał w głowie plan logistyczny, po czym wróciło do Prudence.
Przez krótką chwilę tak po prostu, bez słowa, obserwowałem ją przez krawędź kubka i myślałem, że to jest dokładnie ten widok, którego brakowało mi przez te wszystkie lata - miałem to ciche, ciężkie przekonanie, że właśnie tak powinno to wyglądać od zawsze. Policzki miała różowe, oczy błyszczały, wyglądała na zadowoloną w ten sposób, który zawsze sprawiał, że robiło mi się lżej w klatce piersiowej, a uśmiech… Ten uśmiech był dokładnie tym, co sprawiało, że reszta świata przestawała mieć znaczenie. Patrzyłem na nią bez wstydu, bez udawania, że zajmuje mnie coś innego, nie musiałem już odwracać wzroku.
- Wiesz - dodałem, jakby to była zupełnie niewinna uwaga - jeśli chodzi o lealne upicie się, to chyba jednak nie tutaj. Ten gszaniec jest miły, ale szeby coś poczuś musielibyśmy wypiś po wiadsze. - Przesunąłem palcem po krawędzi kubka, myśląc już kilka kroków do przodu. Oparłem łokieć o stół, nachyliłem się odrobinę w jej stronę, głos obniżyłem instynktownie, nie z czułości, tylko z tym konspiracyjnym tonem, który zawsze zwiastował głupi, ale kuszący pomysł.
- Piwniczka w domu wciąsz stoi. Butelki tesz. Te, któle miały „czekaś na specjalną okazję”. To chyba taka? - Zawiesiłem głos na moment. - S tego, co pamiętam, dziś wszyscy, któszy mogliby się tam pszypadkiem napatoczyś, mają wychodne. - Kącik ust znów mi drgnął. Uniósłem brew, ale bez przesady, bardziej jak ktoś dzielący się planem logistycznym niż prowokacją. - Moszemy się losiąść w galaszu. - Ciągnąłem dalej. - Jest chłodno, jest pszestszeń, jest klimat, jest gdzie postawiś wszystko, czego potszebujemy, na upaltego da się nawet zagszaś wino. I mam nieodpalte wlaszenie, sze zostało nam tam kilka… Niedokończonych splaw, zanim się stamtąd wyniesiemy. - Upiłem kolejny łyk grzańca i tym razem już się uśmiechnąłem, bo wizja zaczęła układać się sama. Nie powiedziałem tego wszystkiego na głos, ale przemknęło mi przez głowę, że to całkiem miła perspektywa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jutro, najpóźniej pojutrze, czekają nas te wszystkie dorosłe sprawy - teściowie, rozmowy, decyzje o mieszkaniu, o tym, co dalej, gdzie i jak, poważne miny, odpowiedzialne słowa. Teraz jednak siedzieliśmy przy małym stoliku w Dziurawym Kotle, z kubkami ciepłego wina w dłoniach, i miałem nieodparte poczucie, że zanim wejdziemy w ten etap, absolutnie zasługujemy na jeden wieczór totalnej, kontrolowanej katastrofy. Bez szeptów, bez ostrożności, tylko my, hałas i kilka bardzo dobrych butelek, które od dawna czekały na właściwy moment.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5787), Prudence Fenwick (4533)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa