Kiedy zapytasz jak na spowiedzi,
Czego najbardziej się boję…
Nienawidziła go z całą bezwstydną intensywnością istnienia — ciałem i duszą, sercem i nerwem, aż po ostatnią strunę rozedrganej świadomości. Był jej uporczywą drzazgą, maszkarą wbita w porządek dotąd szanowanego życia; uosobieniem zakazów i nakazów, dyktatorem cudzej niezależności, wyhodowanej na kruchym rusztowaniu zaufania ojca i babki. W nim skupiała się cała bezczelność świata, który śmiał mówić jej, kim ma być i dokąd wolno jej zmierzać. Niech więc diabli biorą tę farsę — niech ogień piekielny zdmuchnie ją z powierzchni dni, skoro tak ochoczo wdziera się w jej oddech. Trzask drzwi uderzył niemal pierwotnie, jakby mieszkanie samo jęknęło pod naporem jej gniewu. Obcas damskiego pantofla wystukał rytm — puk, puk — po drewnie podłogi, zapowiadając nadejście burzy, która nie zamierzała prosić o pozwolenie. Zaraz potem futro, jeszcze pachnące zimnem i ulicą, zerwane z ramion jednym zamaszystym ruchem, wylądowało na czarnych puklach męskiego usposobienia, odcinając go brutalnie od światła kominkowego ognia — i od niej.
— Иди к чёрту! — Drżała nienawiścią. Drżała przez niego. I choć w podrygach czaiła się kobieca gwałtowność, podszyta ironią losu, wiedziała aż nazbyt dobrze, że ten gniew był także dowodem siły — tej samej, która nie pozwalała jej pęknąć, nawet gdy świat usilnie próbował zacisnąć na niej swoje palce. — Блядь! Taki wstyd przynieść mi... MI! — Taki wstyd wypełniał ją po brzegi, gdy reprezentowała ojca u tak znamienitego dyplomaty z fińskiego padołu, a każdy krok wydawał się rymować z własnym wewnętrznym przerażeniem. Matko i córko, zabijcie mnie, przebrzmiewało w myślach, gdy targana nerwem i własnym uporem, niszczyła nastrojowość wyrafinowania, które tak starannie budowała. Szkaradztwo ruskiego kurwienia przemykało tu i tam, rozpraszając słodycz obelg pod jego osobą, a ona, nie bacząc na nic, omijała go zgrabnie, niczym cień przesuwający się po ścianach. — Jak śmiałeś dyktować mi postępowania pośród takich gości?!
Nie czekała, nie rozmyślała długo — pomknęła w kierunku sypialni, gdzie kufer czekał w najlepsze, jakby też odczuwał pilność jej decyzji. Wracała do domu, do własnej przestrzeni, gdzie choćby na chwilę mogła odetchnąć, oderwana od groteski dyplomatycznych ceremonii i od człowieka, który w jednej chwili zdołał tak zranić i tak zirytować jej istnienie. Och, nie nie... Spojrzała na niego z uśmieszkiem, ściągając z szafki nocnej jego ukochany bubel przywieziony z tamtego świata. Zabawnie podrzuciła go w dłoniach, zaraz jednak z trzaskiem opuszczając na podłogę. Huk. Jakościowa rzecz zmieniła się w drobne kawałki rozplenione po fasadzie jej zadowolenia. — U p s... — Zadrwiła, śmiech ukryty w kąciku ust, gdy szuflada nieopatrznie uchyliła swoje wnętrze, ukazując jakieś kartki i zmięte zdjęcie, które drgało lekko w półmroku poranka. Mhm… zaraz je chwyciła, palce przesuwając po papierze z wyrafinowaną ciekawością, a ciało unikało jego obecności, przeciskając się przez płaszczyznę zaścielonego łóżka. Aha… AHA — echo myśli drgnęło jak błysk w oku, gdy czytała adnotację spisaną pięknym kobiecym afrontem pisma. Miłemu Alexandrowi… Na wspomnienie dnia wczorajszego i kolejnego... Puszczał się z lafiryndą?! Serce zatrzymało się na ułamek sekundy, a potem znów zadrżało, śmiech przeplatając się z niedowierzaniem, z poczuciem, że świat jest niezmiernie przewrotny, ten cholerny Alexander — jawił się teraz w zupełnie nowym, skandalicznym świetle. — Ty... — Nienawidzę Cię!