• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want

[12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want
Ледяная грация
Miłość w pewnym sensie przypomina balet: żeby było warto, czasami musi boleć
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
primabalerina
Nieznacznie wysoka, mierząca godne 1,68, prowadzi się z naturalną powściągliwością. Oczy naznaczone chłodem, w odcieniu szarości ciężkiej i nieustępliwej, jak usposobienie wyniesione z bułgarskich krajobrazów. Włosy zmienia jak maskę: na występy przybierają niemal srebrzysty blond, na co dzień zaś wracają do kasztanowej rudości, bliższej ziemi i codziennemu istnieniu.

Yelena Karkaroff
#11
17.12.2025, 16:52  ✶  

Łatwo było się w tym wszystkim zapożyczyć — nie w monetach czy kontraktach, lecz w emocjach, które rosły jak odsetki od źle podjętej decyzji. Zaciągała długi u samej siebie, stawiała na komiczność przeciwności, jakby życie było stołem hazardowym, przy którym rozsądek dawno już wstał i wyszedł bez pożegnania. Rosjanie mieli to we krwi: pieprzoną ruletkę, raz tu, raz tam, adrenalinę tłukącą się o ścianki żył i wódkę grzmiącą w ich wnętrzu jak obietnica zwycięstwa. Byle wygrać. Byle postawić na swoje, choćby stawka była absurdem.

On jawił się jej właśnie jako taka rozgrywka — ciekawa, nieoczywista, podszyta ryzykiem. Może ruletka, może towarzystwo do tańca i grzańca, ciepłego, ciężkiego, który zostawia ślad na języku i w pamięci. W kobiecym obliczu ambitnej szarości, tej codziennej widziała w nim coś więcej niż prostą figurę do ominięcia. Tu i tam przebłyskiwał prawdziwy przystojniak, nie głośny błazen, nie gamoń z nadmiarem ambicji, lecz mężczyzna, który potrafił milczeć równie dobrze, jak prowokować samą obecnością.

— Umysł najpewniej płata Ci figle, mój strudzony mężczyzno… — Tym większą przyjemność sprawiał fakt, że się opierał. Każdy opór był jak podbicie stawki, jak kolejny obrót bębenka, który kazał sercu bić szybciej. Ten kąsek był lepszy właśnie dlatego, że nie poddawał się od razu, że wymagał uwagi, cierpliwości i wyczucia momentu. Subtelnie oblizała dolną wargę, niemal bezwiednie, gestem zdradzającym pragnienie nie tyle ciała, co kapitulacji — jego decyzji, jego kroku w przód. — Och, jakże wiele dać Ci mogę i zaoferować… Swą uwagę na dłużej, złoto mych przodków i dziedziczoną kolię prababki — szepnęła iście subtelnie tuż przy męskich wargach, gdy tak bacznie wędrował wejrzeniem tutaj i tam. Tłukł niespokojnym żarem bijącym od jego sylwetki; przyduszał swą obecnością i dziwacznie korcił. Nie chciała go posiąść; chciała, by sam uznał przegraną. By oddał się tej grze tak po prostu, bez fanfar i deklaracji, jakby było to najbardziej naturalne zakończenie partii. I w tej chwili, zawieszonej między ryzykiem a obietnicą, czuła, że hazard nigdy nie był jej wrogiem — był tylko innym imieniem dla pragnienia, które domagało się, by je wreszcie postawić na stół. — Może zechcesz po prostu mnie? Ten jeden raz, hm?

Dała się porwać w okowy dostojeństwa męskiego chwytu, temu krótkiego półobrotu, w którym zawierała się decyzja i ciężar woli, po czym jej plecy ponownie zapadły się w miękkość narzuty wspólnego łóżka. Tkanina przyjęła ją bez sprzeciwu, jakby znała ten rytuał aż nazbyt dobrze. No proszę — czyżby naprawdę bywał zazdrosny? Myśl ta przemknęła jej przez głowę z figlarnym dreszczem, a wraz z nią przyszło rozbawienie, niemal bezwstydne, bo karmione świadomością własnego wpływu. Ach, jakże ją to schlebiało; ta nuta zaborczości, niedopowiedziana, a jednak wyczuwalna jak zmiana ciśnienia w powietrzu. Uśmiechnęła się subtelnie, z tą oszczędnością gestu, która bywa najbardziej prowokująca. Spojrzenie wodziło z ciekawości ku jego oczom, badając ich chłód i napięcie, po czym uciekało ku wargom, zaskarbiającym sobie łaski z łatwością — tym samym, które już kilka razy potrafiły ją uciszyć, nie podnosząc głosu, a jednak skuteczniej niż wszelki rozkaz. Była w tym pamięć dotyku bez dosłowności, obietnica bez deklaracji, cisza, która brzmiała głośniej niż słowa.

— Jeden i ostatni poranek, potem zniknę z Twego życia? — dywagowała zaczepnie, smużąc opuszkami palców chłód jego policzka. Czując drażniącą powierzchnię zarostu bez kilkudniowego przycięcia, które dodawało mu iście drapieżnej maniery, Jak on sam, jak każda krew z krwi matecznika Rosji. — Nie będę już Twą... udręką.

Był piękny aż do zawstydzenia — jak dar, o który nie prosiła, a który spoczął w jej dłoniach ciężarem cudzej woli. Nazwisko ciążyło mu niczym pieczęć, odbierając lekkość przypadkowego spojrzenia, flirtu bez konsekwencji. A jednak myśl błądziła zdradliwie: na bankiecie, w innym świecie, mogłaby pozwolić oczom ocenić jego ciało z bezczelną swobodą i zaprosić do rozmowy tylko dla przyjemności tonu. Przegryzła wargę — gest drobny, zmysłowy, nieposłuszny rozsądkowi — i czekała, napięta jak struna, na werdykt, który miał rozstrzygnąć nie tyle interes, ile ją samą.

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#12
17.12.2025, 17:23  ✶  
Ten złośliwy uśmiech nie zniknął z jego ust. Nadal tam pozostawał, wargi wygięte w lekką podkowę, oczy rozbawione, acz nader zimne w swoim spojrzeniu. Bo przecie z oboje uwielbiali grać. Nie tylko w tę grę, w którą grali aktualnie, ale oboje lubili obstawiać. Oboje kochali ryzyko, kochali to przyśpieszone bicie serca, a im wyższa stawka tym większa przyjemność? A co było większe niż postawienie własnego serca, własnego życia? Oh, było coś takiego, ale mało kto obstawiał tę jedną drobną rzecz. Mało kto obstawiał własną śmierć.
ym jednak razem oboje wyrzucili swoje kości, postawili losy i czekali. Czekali na to kto pierwszy przegra. Kto się podda. I ten mały zakład był podszyty tym, że żadne z nich nienawidziło przegrywać, że oboje byli popierdoleni i nie potrafili odpuścić. Byli jak ogień i woda. Wybuchowa Lena, gorąca, emocjonalna, i spokojny Alexander, kalkulujący spokojnie, czasem dający się ponieść emocjom. Więc może nie do końca ogień i woda, ale bardziej ogień i ogień. Jak pożar lasu, który trawi wszystko na swojej drodze. Ciekawe czy strawi również ich dusze?
Więc? Które z nich podda się temu uczuciu pierwsze? Kto pierwszy ulegnie? Która krew zwycięży? Bo w końcu oboje zdawali sobie sprawę z tego co czuje teraz druga strona. Pożądanie. Te pierwotne instynkty, aby posiąść. Aby mieć. Aby wziąć. I brać do upadłego. Aby już nigdy nie wypuszczać z objęć. Aby dać cząstkę siebie. Więc napięcie tylko rosło. I rosło bardzo szybko. Te drobne gesty ze strony Leny, oblizywanie war, przygryzanie ich. Nawet sam jej oddech, to jak leżała pod nim, przyciśnięta do łóżka, jakby to było jej miejsce. Miejsce w którym powinna teraz być. Jakby pościel otulała ją tak naturalnie, jak Lena przyjmowała owacje na scenie.
I tak samo naturalnie czuł się Aexander. W tym jak ją trzymał, jak ją przyciskał. Jak pochylał się na nią, z tym swoim szelmowskim uśmiechem, jakby to on kontrolował całą sytuację, mimo że miał świadomość, że sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli kogokolwiek.
-Aż tak nisko cenisz mój czas, że uważasz, że zainteresowałbym się kolią babci? Mogłaby być wysadzana rubinami, a i tak bym jej nie chciał. Lepiej z pewnością, wyglądałaby na Tobie. O tu... - uwolnił jedną z jej rąk, aby swoją przesunąć po jej szyi, dekolcie. Jednak szybko zatrzymał dłoń, czując pod puszkami palców jej szalejące serce. Tak samo szybki puls jak jego.
-Jednak posiadanie Ciebie... Byłoby interesujące. Kobiety której nie da się posiąść. Wspaniałej Yeleny... - wymruczał po chwili zachrypniętym głosem, przesuwając twarz w jej stronę. Sprawnie jednak ominął jej usta, zahaczając swoimi wargami o jej szyję. Wysunął delikatnie język, dotykając jej skóry, powodując u niej gęsią skórkę. A potem...
A potem już stał nad nią z tą miną bez żadnego wyrazu. Jedyne co go zdradzało do tętnica na szyi, pulsująca mocnymi uderzeniami. Tak grali w tę grę. Grę, którą aktualnie oboje przegrywali. Yelena, bo zostało jej odmówione to czego chciała, a przecież oboje wiemy, że nienawidziła, gdy ktoś jej czegoś odmawiał. Zwłaszcza on. A Alexander, bo odmawiał sobie sam tego samego. I mimo, że nienawidził siebie za to, że chciał tego tak samo jak ona... To pragnął. Tylko bogowie wiedzą jak bardzo. Ta pustka, ta nagłą zmiana, aż zdawała się sprawiać mu ból.
-Dobrze wiemy, że ta udręka nie zniknie. Nie może zniknąć. - i mówiąc to zrobił krok w tył. Nadal czuł jej oddech na swojej skórze, jej ciepło na swoim cieple. W nozdrzach nadal czuł jej zapach, tak intensywny, tak zdradziecki. I niejako ta sytuacja była sycąca. Czuł jaką władzę nad nią ma. Jaką ma nad sobą. Mimo bólu, był zadowolony, że potrafił sobie tego odmówić. Że nadal miał nad sobą taką kontrolę, tyle siły, aby po prostu wstać.
-A ty już na zawsze pozostaniesz moją... Udręką.
Ледяная грация
Miłość w pewnym sensie przypomina balet: żeby było warto, czasami musi boleć
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
primabalerina
Nieznacznie wysoka, mierząca godne 1,68, prowadzi się z naturalną powściągliwością. Oczy naznaczone chłodem, w odcieniu szarości ciężkiej i nieustępliwej, jak usposobienie wyniesione z bułgarskich krajobrazów. Włosy zmienia jak maskę: na występy przybierają niemal srebrzysty blond, na co dzień zaś wracają do kasztanowej rudości, bliższej ziemi i codziennemu istnieniu.

Yelena Karkaroff
#13
17.12.2025, 18:33  ✶  

Z rozleniwioną aprobatą poddawała się wędrówce jego dłoni, która nie śpieszyła się ani na moment, jakby każde przesunięcie miało własne znaczenie i ciężar intencji. Ciepło spływało po szyi, osiadało pod skórą, budząc w niej to osobliwe napięcie, gdzie przyjemność splata się z czujnością. Patrzyła na niego uważnie, z półuśmiechem zawieszonym między uznaniem a wyzwaniem, bo wiedziała, że taka bliskość jest bronią obosieczną — równie zdolną zniewolić, co zdradzić.
Myśl biegła niespokojnie, podszyta przekonaniem, że mężczyzna o takiej pewności musiał znać wiele kobiecych konturów, wiele westchnień i obietnic składanych bez pokrycia. I nie budziło to w niej zazdrości, raczej cichą, drapieżną satysfakcję. Skoro tak było, tym większą miała ochotę naruszyć jego spokój, wprowadzić zamęt w porządek, który zapewne uważał za nienaruszalny. Gdy uwolnił jej dłoń, pozwalając na ten drobny akt samodzielności, zbliżyła się jeszcze bardziej, poznając fakturę jego policzka, ciepło skóry i ledwie wyczuwalne napięcie mięśni.

— Raz wszakże może mnie mieć, jeden… — obecność stała się szeptem bez słów, obietnicą psoty i zapowiedzią gry, w której nie zamierzała być biernym elementem. Wiedziała już, że tej nocy nie chodziło o poddanie, lecz o przeciąganie liny — o przyjemność płynącą z tego, że każde z nich mogło stracić grunt pod nogami. — Byś uroczo mógł wspominać grzechy w czasie posuchy — Oczywiście tylko do momentu, w którym Aristov — wierny własnej naturze — postanowił wszystko zepsuć z rozmachem godnym wielkiej sceny. Zaśmiał się tym swoim śmiechem, zbyt lekkim jak na ciężar chwili, i oddalił się od niej o krok, potem drugi, jakby dystans był żartem, a ona jedynie rekwizytem w tej farsie. Brwi powędrowały ku górze w niemal teatralnym geście, zdradzając całą sekwencję gwałtownych przeobrażeń: zdumienie, irytację, wreszcie tę pieprzoną złość, która zawsze wybuchała w niej najgłośniej i najpiękniej. Nienawidziła go wtedy z pasją niemal godną miłości, z całą tą intensywnością, która paliła pod skórą i domagała się ujścia. — Блядь! Bądź przeklęty Aristov!

Usiadła na łóżku gwałtownie. Jedwab narzuty zaszeleścił pod jej ruchem, gdy prostowała plecy, przybierając pozę obrażonej królowej własnego królestwa. Spod przymrużonych powiek posłała mu spojrzenie ciężkie od jadu, ironii i tej komediowej przesady, która czyniła ją niebezpieczną i śmieszną zarazem. — поцеловать меня в зад! — Gdyby wzrok mógł uderzać, już dawno leżałby na deskach. Wargi zacisnęły się w krzywej linii, drżącej od słów, których nie wypowiedziała, bo wiedziała, że cisza bywa dotkliwsza. A on — cóż — on zdawał się doskonale o tym wiedzieć, co tylko podsycało jej furię, czyniąc ją niemal… rozkoszną w swojej własnej, absurdalnej intensywności.

No i miał mieć za swoje, bo gniew w niej nie znał półśrodków ani eleganckich pauz. Złapała go za szmaty w chwili, gdy ledwie zamierzał podnieść się z wyra, jakby ucieczka była równie naiwna co jego śmiech sprzed momentu. Materiał koszuli zaskrzypiał w jej palcach, a w ramionach napięły się mięśnie, wściekłe, drżące, gotowe na odwrót równie porządny, co brutalny w intencji — pragnęła go udusić jak ostatniego barana szykowanego na jutrzejszy obiad, bez sentymentu i z satysfakcją. Lecz on był ciężki, uparcie cielesny, zakotwiczony w łóżku niczym wyrzut sumienia, którego nie da się tak łatwo strząsnąć. Prychnęła tylko, sapnięciem pełnym frustracji, i dorzuciła do arsenału kolejne narzędzie zemsty — palce zaplątały się w jego włosy, szarpnęła bez ostrzeżenia, przyciągając go bliżej, by zaraz zdzielić go poduszką prosto w twarz.

— Już ja będę Twoją udręką, do śmierci i jeszcze dłużej… — Miękkość puchu była niemal komiczna wobec furii, która nią targała, lecz właśnie w tej grotesce tkwiła jej przewrotna przyjemność. Cała scena była nieporadnym tańcem gniewu i bliskości, w którym nienawiść ocierała się o śmiech, a absurd sytuacji tylko dolewał oliwy do ognia. No i przetrzymała tą poduszkę, umieraj!

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#14
18.12.2025, 13:02  ✶  
"Byś uroczo mógł wspominać grzechy w czasie posuchy." I jakby nie patrzeć, to Alexander waśnie załatwił sobie taki akurat czas. Na swoje własne zawołanie, za swoje decyzje. Obydwoje grali w swoje gry, czasem grali wspólnie, czasem nie. Czasem mieli po prostu wspólny cel, który realizowali razem, alenajczęśniej jednak ich cele znacząco się różniły. Tak wyglądała ich codzieność. Wspólnie poranki. Śniadanie, po dwóch najodleglejszych krańcach stołu. Rozmowy, szczere tak że aż bolało, aby zaraz zmienić to wszystko w żart. Bo przecież ich wspólne życie było jednym wielkim żartem. Mogli udawać, mogli grać swoje role, ale żadne z nich nie chciało przyznać, że im zależy. No może Lena trochę teraz pokazywała, ale raczej było spowodowane to frustracją, której aktualnie doświadczała, a nie tym, że rzeczywiście jej zależało. Mogli jedynie tak orbitować wokół siebie.
Widząc więc jak Panna Karkaroff aż drżała ze złości, jak wykrzykiwała te swoje obelgi, Alexander zanosił się śmiechem. Mogła być groźna. Potrafiła. Wystarczy, że wyciągnęłaby różdżkę, że wymierzyłaby dobrze i rzuciła jakieś zaklęcie. Zamiast tego, przyczepiła się do jego koszuli, jak rzep psiego ogona.
-Дикая кошка показывает когти? - rzucił sarkastycznie, gdy tak go trzymała w swoim żelaznym uścisku, z którego przecież mógłby się wydostać, gdyby tylko chciał. Mimo to pozostawał w miejscu. Stał tam jak wryty, jakby jej dłonie zatrzymywały go w miejscu. I może tak było. Może to jej obecność zatrzymywała go w tym miejscu. Bo przecież czemu nie mógłby po prostu uciec z Anglii? Udać się jeszcze gdzieś dalej? Zostawić za sobą to wszystko. Cały ten bałagan. Całe to gówno, którego doświadczył do tej pory. Odpowiedzi był dwie. Yelena. Anatazja. I tylko to się liczyło. Tylko to zatrzymywało go w miejscu. Tylko to powstrzymywało go od robienia głupot... No dobra. Część tych głupot miała rację bytu właśnie przez Lenę, ale wiadomo o co chodzi.
Zaśmiewał się więc z jej agresji. Z tego jak pięknie wyglądała w swojej złości. Jak piękna była, gdy targały nią tak czyste emocje. Wiedział, że mimo tej całej wściekłości jaką go w tej chwili darzyła, nie zrobiłaby mu krzywdy. Nie prawdziwej. Nie fizycznej. Bała się uderzyć jego piękną twarz. Bała się jego gniewu..? Kto wie. Może. I to trochę ochłodziło Aristova. Myśl, że rzeczywiście mógłby wywoływać u niej strach.
Potem jednak oberwał poduszką. Uderzeniem, mocnym, agresywnym, złagodzonym jednak przez puch poduszki. Alexander , który jeszcze przed chwilą nie ukrywał rozbawienia, to teraz jej słowa jakoś dziwnie go dotknęły. Zaraz przestał się uśmiechać i chwycił jej dłoń, zanim zdążyła zamahnąć się poduszką kolejny raz. Spojrzał jej ze spokojem w oczy, jakby doszukiwał się tam jakiejść prawdy.
Ты мне это обещаешь? - spytał suchym tonem. Ten taniec, który prowadzili, namiętność z nienawiścią, to krążenie wokół siebie jak satelity na orbitach. -Obiecaj mi to. Że będziesz moją udręką. Do śmierci i dłużej.
Ton miał surowy, nakazujący. Może nawet nieco ostry. Jakby chciał wymusić na niej takie przyżeczenie. Jakby to było jedynym jego celem, najważniejszą rzeczą jaką miał do uczynienia. Puścił więc jej nadgarstek, delikatnie, ostrożnie, jakby tym razem bał się uszkodzić ten delikatny kwiat. Tę piękną lilię.
Ледяная грация
Miłość w pewnym sensie przypomina balet: żeby było warto, czasami musi boleć
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
primabalerina
Nieznacznie wysoka, mierząca godne 1,68, prowadzi się z naturalną powściągliwością. Oczy naznaczone chłodem, w odcieniu szarości ciężkiej i nieustępliwej, jak usposobienie wyniesione z bułgarskich krajobrazów. Włosy zmienia jak maskę: na występy przybierają niemal srebrzysty blond, na co dzień zaś wracają do kasztanowej rudości, bliższej ziemi i codziennemu istnieniu.

Yelena Karkaroff
#15
20.12.2025, 14:24  ✶  

Nienawidziła go z tą wyrafinowaną precyzją, która rodzi się nie z jednego impulsu, lecz z lat drobnych upokorzeń, niedopowiedzeń i cudzego poczucia wyższości. Dlatego chęć uduszenia go wyrosła ponad wszelkie jej wcześniejsze fantazje o pięknej, błyskotliwej dysputy; rozmowa była luksusem dla ludzi, którzy potrafili słuchać, a on słuchał wyłącznie siebie. Żałowała, że uderzyła go poduszką, miękką i żałośnie bezpieczną, zamiast sięgnąć po coś godniejszego tej chwili — cegłę, może dwie, dla równowagi wszechświata. Tak, to brzmiało uczciwiej, niemal estetycznie, jak kara wymierzona komuchowi jego własną metodą: ciężko, bez finezji, prosto w fundament. Dygotała nie tyle ze strachu, co z wściekłości, że miał nad nią przewagi, wszystkie te paskudne atuty świata zaprojektowanego pod niego: większą siłę, głośniejszy głos, to wstrętne przekonanie, że racja należy się z urzędu. Mogła narzekać, mogła wyliczać, mogła nawet tworzyć w głowie listy krzywd opatrzone numeracją i przypisami, a i tak nic z tego nie przynosiło ulgi. Nienawiść była jak napięta struna — im dłużej trwała, tym bardziej bolała w palcach.

— Ты должна это заслужить, Сашка — Co zabawne, nigdy nie prowadziła się ślepą pogardą do jego nazwiska ani do sztandarów, które tak chętnie wywieszał w rozmowach. Raczej wybiórczym chłodem, tym samym, którym obdarzała każdą masę cywilną: mieli ją podziwiać, najlepiej w ciszy, najlepiej z daleka, najlepiej bez prób dotykania jej świata brudnymi łapskami. On jednak miał tę bezczelność podchodzić bliżej, za blisko, jakby granice były jedynie sugestią, a nie regułą. — Я ненавижу тебя сегодня, завтра и всю оставшуюся жизнь — kolejna gama wszelkich przykrości i obietnic w jego kierunku. Ju ona mu doprawi rogów i zabarwi świat na kolory czeluści; mrocznie. Najbardziej groteskowe było to, że właśnie ten typ, ten chodzący katalog powodów do irytacji, miał zostać kiedyś jej mężem. Przyszłość kpiła z niej otwarcie, szydząc bez wstydu, a ona mogła jedynie stać w tej wizji jak w źle napisanej komedii, z rękami jeszcze drżącymi po zbyt miękkim uderzeniu. I w tej całej furii, w tym kotle nienawiści i ironii, była jedna myśl, absurdalnie komiczna: świat naprawdę miał paskudne poczucie humoru, skoro z całej galerii możliwości wybrał właśnie jego. — Zdradzisz mnie? Twój świat wtedy zapłonie najpiękniejszą pożogą...

Znowu ją złapał, jakby instynktownie, jakby świat miał wbudowany mechanizm zapobiegający jej rękoczynom, i zaniechał całej tej małej rewolucji, którą właśnie próbowała przeprowadzić przy pomocy poduszki. Ta poleciała gdzieś za niego, zdradliwa i bezużyteczna, a ona niemalże zawisła nad nim w tej krótkiej, absurdalnej sekundzie, gdy jego łapska zatrzymały ją w pół drogi. Cholera. Cała ta scena była jak źle skadrowany obraz: ona z przykurczem niezadowolenia na rumianej twarzy, z żuchwą napiętą do granic możliwości i spojrzeniem gotowym zamrozić stal, a on — zadowolony z faktu, że znowu wygrał rundę czysto fizycznie. Słuchała go, choć każde słowo drażniło ją jak ziarnko piasku pod powieką. Och, więc podobały się mu jej obietnice linczu przez resztę świata? Fascynujące. Był dziwny, to należało przyznać, dziwny w ten sposób, który niepokoił bardziej niż jawna agresja. Westchnęła ciężko, bo gniew potrzebował ujścia, a nie zawsze dało się go wykrzyczeć czy wywalić w ścianę.

— Dla Ciebie, Saszka — Zamiast tego łagodnie, niemal prowokacyjnie, oparła udo przez jego ciało. Niech zazdrości. Niech dławi się tym uczuciem. Niech pragnie czegoś, czego nigdy nie będzie mógł naprawdę mieć — jej, w całości, na własnych zasadach, z całym tym chaosem, ironią i niebezpiecznym uśmiechem, który czaił się gdzieś pod powierzchnią jej pozornej uległości.

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#16
20.12.2025, 15:29  ✶  
Przez te wszystkie lata, spędzone w Petersburgu, te wszystkie chwile planowania, obmyślania strategii poszły na marne. Całe to wymyślanie jak tylko by dojebać Karkaroffom. Jaką karę powinien spuścić na nich dzisiaj? Jakie plagi egipskie przewidział dla całego ich rodu? Miesiące ciemności? Szarańcza? Rzeka krwi? A może coś gorszego? I akurat wtedy kiedy ta wojna w końcu mogła się skończyć zwycięstwem jednej ze stron, padło hasło: "Małżeństwo". Cholerne małżeństwo z cholernymi Karkaroffami. On, ON, miał wyjść za Yelenę z uśmiechem na ustach, stworzyć dla nich wspólną, świetlaną przyszłość. Miał być jej wspaniałym mężem...
I właśnie w tym momencie uświadomił sobie, że to nie była kara. Nie dla niego. To był akt największego poświęcenia. Mógł zrobić im na złość. Mógł wykończyć Karkaroffów od tak, mając przy boku ich najukochańszą Yelenę. Ten diament, który błyszczał jaśniej im mocniej się go oświetlało. Im mocniejsze światło, tym mocniejszy i wyrazistszy jest cień. Tak więc i bardziej widoczny był Alexander. To on kontrolował sytuację, mógł z nią zrobić co zechciał a ona nie mogła odmówić. Nie mogła mu powiedzieć nie, bez zrywania zaręczyn, a jak oboje dobrze wiedzieli do małżeństwa MUSIAŁO dojść. Prędzej czy później, ale musiało.
-Już się tak nie denerwuj, Моя Царица - wymruczał jej do ucha, spokojnym tonem. Tak właśnie zmieniały się nastroje w ich domu, nienawidzili się, kochali, potem chwila milczenia, czyli okres względnego spokoju, tudzież budowania złości, aż w końcu wszystko wybuchało i lecieli od początku. Taki krąg trwał bardzo różnie, od kilku dni, po tygodnie, czy czasem miesiące. Czasem mieli lepsze momenty, zazwyczaj przy świętach, czy urodzinach Yeleny, lub jego samego, ale prędzej czy później jednak wszystko i tak wybuchało.
-Jesteś ze mną związana na wieki, czy tego chcesz czy nie. - i może był zbyt uparty, aby powiedzieć ją że ją kocha, ale nienawiść... Nienawiść mówiła wszystko. Tak gorąca, płomienna, intensywna i intymna. Tak. To mógł jej powiedzieć.
- Я ненавижу тебя так, как никто никогда тебя не ненавидел. - słowa kompletnie nie pasowały do jego słów. Mówił tak jakby chciał ją mieć, tu i teraz. Jakby chciał posiąść ją na własność nawet na podłodze, jakby ich ubrania były tylko niepotrzebnym dodatkiem, który należało bezwstydnie zerwać z ich ciał. -Я обещаю ненавидеть тебя до самой смерти.
Dokończył jak dziwną formę obietnicy. Jakby składał jej przysięgę wiecznej miłości, zamiast obietnicy wiecznego cierpienia i nienawiści. Spojrzał jej w oczu, wciąż trzymając ją blisko siebie. Czuł jej dotyk, jej bliskość na swojej skórze. I mówiąc zupełnie szczerze to... Był już bliski szaleństwa. To znaczy bliżej niż zwykle, bo jednak Alexander do najnormalniejszych rzeczywiście nie należał. Jednak przy Lenie, wszystkie granice gdzieś znikały. Wyparowały, jak niechciane, jak zupełnie niepotrzebne bariery. I może rzeczywiście tak było. Może nie potrzebowali ich. Może wszystko co się między nimi działo, a działo się dużo, miało swoje miejsce, tylko dlatego, że oboje zamiast dać się ponieść, to próbowali to jakoś wcisnąć w ramy logiki.
Przyciągnął ją więc agresywnie do siebie i wpił mocno w jej usta. Kiedy tylko ich wargi się zetknęły, Alexander poczuł gorący dreszcz, który przyjemnie przebiegł mu po skórze. Prawie jakby ciepły deszcz, w samym środku lata, spadał mu na skórę. Aristov puścił jej dłoń, objął ją w pasie, a drugą dłoń wsunął w jej jedwabiste włosy.
Ледяная грация
Miłość w pewnym sensie przypomina balet: żeby było warto, czasami musi boleć
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
primabalerina
Nieznacznie wysoka, mierząca godne 1,68, prowadzi się z naturalną powściągliwością. Oczy naznaczone chłodem, w odcieniu szarości ciężkiej i nieustępliwej, jak usposobienie wyniesione z bułgarskich krajobrazów. Włosy zmienia jak maskę: na występy przybierają niemal srebrzysty blond, na co dzień zaś wracają do kasztanowej rudości, bliższej ziemi i codziennemu istnieniu.

Yelena Karkaroff
#17
20.12.2025, 17:36  ✶  

Och, jakże ona go nienawidziła — nienawidziła go czysto, starannie, z nabożną precyzją godną najlepszych rodzinnych receptur przekazywanych szeptem przy kuchennym stole. I dostała to w zwrocie niczym prezent owinięty w złoty papier ironii, z kokardą losu i bilecikiem, którego nikt nie zamawiał. Nienawiść była przecież narzędziem szlachetnym i zdradliwym zarazem, jak mawiała jej babuszka na bułgarskiej ziemi, mieszając zioła i prawdy w jednym garze. Z nienawiści padały imperia, z nienawiści rodziły się sojusze wbrew logice, a z nienawiści — o zgrozo — potrafiła wykiełkować miłość tak lepka i trwała, że żadne dłuto świata nie dawało jej rady odkuć.

— Нет, дорогая... У меня всегда есть выбор — Nie kochała. Nie. Absolutnie. Przynajmniej w tej wersji opowieści, którą powtarzała sobie z uporem godnym lepszej sprawy. Liczyła się wyłącznie doktryna wspólnego uporu, ta cicha wojna na spojrzenia, na kroki bliżej i pół kroku w tył, na to, kto pierwszy ulegnie i komu zabraknie tchu w tym przeciąganiu liny bez liny. A jednak gdzieś pomiędzy jednym westchnieniem a kolejnym przewrotem oczami łapała się na zdradzieckiej myśli, że to jego surowe spojrzenie miało w sobie coś niepokojąco kojącego, a czułość jego dłoni była jak policzek i balsam w jednym. — Ненависть — лучшее выражение любви.

Ciało, zdrajca bez honoru, kochało go całego, bez pytań i manifestów, reagując szybciej niż rozum i śmiejąc się z wszelkich postanowień. Dusza zaś trwała w nienawiści, dumna i zawzięta, jakby to była ostatnia twierdza, której nie wolno oddać bez walki. I tak tkwili w tym osobliwym zawieszeniu, gdzie miłość i nienawiść podawały sobie ręce pod stołem, udając przed światem, że się nie znają, podczas gdy świat tylko kiwał głową, bo widział takie pary już nie raz i wiedział, że z tego chaosu zawsze rodzi się coś nieprzyzwoicie trwałego. Mógł być heroicznym Aresem, tym z brązu i legend, co dla kaprysu trwonił żywoty prostych ludzi niczym drobne monety wysypywane z kieszeni, mógł być też majętnym człowiekiem, oblepionym znaczeniem i ciężarem nazwiska, lecz primabaleriny nie dało się mieć ot tak, jak kupuje się płaszcz na zimę czy kielich do gabinetu. Ona była sceną i ciszą po oklaskach zarazem, chłodną opoką, która na deskach teatru potrafiła rozpostrzeć bezmiar emocji jak wachlarz, a poza nimi ważyła ludzi na zupełnie innej szali. Liczyło się coś jeszcze, nieuchwytne i niewidoczne dla oka, coś, co o człowieku mówiło serce, nawet gdy rozum udawał głuchotę.

A co tutaj widziała? Jeszcze nic, jedynie zapowiedź, szkic, kontur w półmroku. I może właśnie dlatego, gdy się zbliżył, pozwoliła sobie na okrucieństwo małego gestu, chwytając jego brodę w bolesnym uścisku jednej dłoni, jakby chciała sprawdzić, czy to posąg, czy jednak żywy materiał. A on, zamiast się cofnąć, zrobił coś, co odebrało jej mowę, myśli i ciało jednocześnie, coś należnego i bezwstydnie pewnego, co stawiało kropkę tam, gdzie ona planowała jeszcze długi przecinek. W jednej chwili pokazał, kto rządzi i kiedy zapada cisza, ta prawdziwa, ciężka, nie do przerwania.

— Обожай меня, Саша... — szepnęła na leciutkim bezdechu, gdy nareszcie wybroniła swą godność, by przesadnie nie piąć się do przodu. Nie... Więc jakże wygodnie wsparła swoje ciało na jego leżącym, miarowo osiadając na jego udach, jakby to była najbardziej naturalna pozycja świata, a jednocześnie w jej głowie nadal tliła się ochota, by go udusić — nie z namiętności nawet, lecz z przekory i dumy. To była ta osobliwa równowaga, w której chęć zniszczenia splatała się z wygodą bliskości, a komizm sytuacji polegał na tym, że oboje doskonale wiedzieli, iż żadna ze stron nie zamierza dziś naprawdę wygrać. — Bądź zazdrosny po kres naszych dni.

Całuj i nie przestawaj, Saszka...
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Aristov (5324), Yelena Karkaroff (5526)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa