• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence

[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
12.12.2025, 18:16  ✶  
Winda była jedną z tych starych, częściowo otwartych konstrukcji, które pamiętały inne dekady, inne epoki i innych ludzi - z drewnianymi panelami, mosiężnymi poręczami i windziarzem, który wyglądał tak, jakby obsługiwał to urządzenie od dziesięcioleci, i faktycznie - otworzył kratę windy z precyzją kogoś, kto robił to od czterdziestu lat i jeszcze mu się nie znudziło. Starszy mężczyzna, lekko pochylony, z twarzą pooraną zmarszczkami i oczami, które miały w sobie coś pragmatycznego, przyjął nas bez mrugnięcia okiem, jakby nic w naszym wyglądzie, zmęczonych twarzach i braku wieczorowych strojów nie było ani dziwne, ani nie na miejscu. Nie oceniał, nie dziwił się, nie wpatrywał się w Prue z dezaprobatą, ani we mnie z podejrzliwością. Nie próbował nas zagadywać, nie marszczył czoła, nie robił min, tylko skinął lekko, kiedy podaliśmy mu numer piętra, a potem precyzyjnym, przyzwyczajonym do ruchu nadgarstkiem zamknął windę. Paradoksalnie to on, nie portier, był, jak do tej pory, najbardziej normalny w całym tym cholerstwie. Może nic dziwnego - prawdopodobnie był jednym z tych ludzi, którzy widzieli wszystko i nic już nie robiło na nich wrażenia. Może widział już dostatecznie wiele, może nic go nie mogło zaskoczyć. Może był jedyną osobą w tym budynku - poza naszą dwójką - która traktowała nas tak, jakbyśmy faktycznie tu należeli, może po prostu miał to gdzieś. Najważniejsze, że wykonywał swoją pracę, w sposób od którego aż biła dawna szkoła obsługi - jego obecność była wyczuwalna, ale nienarzucająca się.
Jazda w górę trwała pół minuty, może minutę, ale była wystarczająco długa, żebym poczuł, jak napięcie z hotelowego holu zaczyna ze mnie schodzić - warstwa po warstwie, odpuszczało, rozpuszczając się, jak lodowata zbroja, której już nie było powodu nosić. Prue stała tuż obok mnie - o kilka centymetrów za blisko, by wyglądało to niewinnie, o kilka centymetrów za daleko niż mógłbym sobie tego życzyć, gdybyśmy nie byli w towarzystwie - jej dłoń w mojej zdawała się być wyjątkowo ciepła, znajoma, trzymająca mnie przy ziemi tak skutecznie, jakbyśmy nadal znajdowali się na ulicy, a nie w marmurowanym wnętrzu, które przypominało mi trochę za dużo.
Klik.
Drobny stuk, krótki zgrzyt mechanizmu, windziarz sprawnym gestem rozsuwającym kratę zaprosił nas na korytarz.
- Piętro szóste. Dobranoc państwu. - Spojrzał na nas raz jeszcze, tym swoim neutralnym, ludzkim, nieoceniającym spojrzeniem, które było aż dziwnie kojące po tym wszystkim.
Skinąłem mu głową i zachowując resztki tej arystokratycznej maniery, która jeszcze trzymała się mojej skóry jak źle dobrany płaszcz, puściłem żonę przodem.
- Madame. - Mruknąłem neutralnie, grając tę rolę do ostatniej sekundy, gdy jednak postawiła pierwszy krok na miękkim dywanie, a światło lamp odbiło się w jej włosach, poczułem to znajome wibrowanie pod żebrami. Drzwi windy pozostawały przez krótką chwilę otwarte - windziarz stał w środku jak niemy strażnik, kratka przesunęła się z powrotem - i w tej jednej, malutkiej przerwie między światem udawanym a tym prawdziwym zamknęły się za nami z głuchym trzaskiem.
Klik.
W kolejnej sekundzie coś pękło - ta maska, to udawanie, ta rola, którą musiałem przybrać, zniknęły w ułamku sekundy. Jednym ruchem ramienia, nadal trzymając Prudence za dłoń, przyciągnąłem ją gwałtownie do siebie - ciało o ciało, ciepło o ciepło, po długiej, bolesnej wstrzemięźliwości. Drugim, płynniejszym ruchem ciała, prowadząc ją jak w tańcu, obróciłem nas oboje tak, że jej plecy cicho uderzyły o ścianę, a moje ciało zamknęło ją między sobą a tą chłodną powierzchnią. I zanim zdążyła nabrać powietrza, zanim jej dłoń zdołała drgnąć w jakiejkolwiek reakcji, pochyliłem się i wpiłem się w jej usta. Gwałtownie, zachłannie, tak jakby te ostatnie minuty były dla mnie torturą. Zbyt długo trzymałem się w ryzach, zbyt długo stałem wyprostowany, za grzeczny, za spokojny, za arystokratyczny. Maska poszła w diabły, tak szybko, tak kompletnie, jakby nigdy nie istniała. Pocałunek był głęboki, z dłonią wplątaną w jej włosy, z biodrami przyciśniętymi do jej bioder, z każdym centymetrem ciała domagającym się tego, czego nie mogliśmy zrobić w recepcji, w windzie, w żadnej przestrzeni pełnej oczu. Tylko tu, na pustym, odizolowanym korytarzu.
Oderwałem usta od jej ust tylko tyle, ile potrzebowałem, by zaczerpnąć powietrza, przesuwając dłonie w dół jej talii. Zanim zdążyła właściwie zareagować - a może właśnie dlatego, że zaczęła reagować, drgnęła, wciągnęła powietrze, uniosła dłoń, cokolwiek - po prostu wsunąłem dłonie pod jej uda i jednym, pewnym ruchem podniosłem ją do góry, tak lekko, jakby wcale nie była ciężarem, tylko czymś, co należało naturalnie do moich ramion. Jej nogi instynktownie zacisnęły się wokół moich bioder, a ja przycisnąłem ją jeszcze mocniej do ściany, czując ciepły oddech na własnej szyi.
Unosząc ją wyżej, stabilnie, pewnie, tak jakbym przez całe życie robił tylko to, zrównałem nas i spojrzałem jej prosto w oczy. Uśmiech rozciągnął mi się na twarzy szeroko, całkowicie nie na miejscu w eleganckim hotelu, zdecydowanie bardziej pasujący do kogoś, kto właśnie porwał własną żonę. Był dziki, młodzieńczy, pozbawiony cienia tej arystokratycznej powściągliwości sprzed chwili. Ten uśmiech należał do chłopaka, którym byłem, gdy kradłem jej czas na błoniach. Do mężczyzny, którym byłem, kiedy wróciłem. Do męża, którym stałem się tej nocy.
- No dobsze… - Mruknąłem nisko, głosem, który zabrzmiał bardziej jak wydech niż słowa. - Skolo jusz cię mam… - Podniosłem ją odrobinę, nie dla efektu - po prostu chciałem poczuć ją jeszcze bliżej. - To chyba wypadałoby wiedzieś, dokąd mam cię zanieść. - Nie tylko przez próg pokoju, a przez cały ten cholerny korytarz, jakby to był naturalny obowiązek męża, który właśnie dostał swoją żonę z powrotem po czternastu latach przerwy. - Jaki mamy pokój? - Ona miała klucze, ja miałem ją, to był idealny początek nocy. Nachyliłem głowę i przygryzłem własną dolną wargę - od środka, powoli, jak człowiek, który bardzo świadomie rezygnował z jakiejkolwiek samokontroli - patrząc na nią w sposób, który absolutnie nie zostawiał przestrzeni na pomyłkę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
13.12.2025, 23:34  ✶  

Udało im się dostać klucze, nie to, żeby zakładała, że tak się nie stanie, jednak ten niezbyt przyjemny wzrok recepcjonistki i portiera nie wzbudził w niej zbyt pozytywnego wrażenia. Benjy jednak rozegrał to w taki sposób, którego chyba nie spodziewała się zobaczyć, nie miała pojęcia, że potrafi tak bardzo wczuć się w rolę arystokratycznego dupka, którym nie był, ale miał być, więc zdążył się napatrzeć na pewne zachowania. Naprawdę nie chciałaby być na miejscu tamtej blondynki, mimo, że należało jej się takie potraktowanie, to ona spojrzała na nich w ten sposób, jakby byli intruzami, to ona zaczęła potyczkę i cóż, chyba tego pożałowała.

Znaleźli się w windzie. Prudence ściskała w wolnej ręce klucze, które dziewczyna jej wręczyła, drugą dłoń miała splecioną z dłonią męża, nie wypuszczała jej dzisiaj nawet na chwilę, nie chciała tego robić. Winda powoli poruszała się do góry, już za chwilę mieli znaleźć się na ostatnim piętrze. Portier niby był tuż obok, ale właściwie można było zapomnieć o jego obecności, był jakby nieco przezroczysty, pewnie przyzwyczajony do tego, że nie powinien rzucać się w oczy. W przeciwieństwie do innych pracowników, którzy spoglądali na nich jakby nie pasowali do tego miejsca, jakby w ogóle nie powinni się tu znaleźć, w przeciwieństwie do nich ten mężczyzna wydawał się ich nie oceniać. Nie widać było w jego spojrzeniu wątpliwości, pogardy, czy czegoś innego. Widać jego oczy widziały już wiele, pewnie pracował tutaj od lat, i wiedział, że nie zawsze złotem jest to, co się świeci.

Winda zatrzymała się na szóstym piętrze. Drzwi się otworzyły, mogli ją opuścić, niewiele dzieliło ich od tego, aż znajdą się w tym upragnionym pokoju. Ruszyła powoli przed siebie, Benjy jeszcze utrzymywał swoją maskę, jeszcze mówił tym specyficznym tonem, który zupełnie do niego przynajmniej w oczach Prue nie pasował. Wiedziała, że robił to tylko po to, aby udało im się spełnić swoje założenia, jednak była nieco zaskoczona, że potrafił tak po prostu przełączyć się na ten tryb, to było dla niej coś nowego. Gdyby go nie znała, to łatwo byłoby jej uwierzyć w to, że jest takim człowiekiem. Skinęła windziarzowi na pożegnanie, kiedy powiedział, że dotarli na miejsce.

Drzwi zamknęły się za nimi po kilku sekundach, zeszło z niej napięcie, nie było już obcych oczu patrzących na nich, nie było już nikogo, tylko oni. Poczuła ulgę, bo byli tutaj, znajdowali się dokładnie w tym miejscu, w którym chcieli się znaleźć, nic nie stanęło im na przeszkodzie, to było całkiem satysfakcjonujące - świadomość, że razem naprawdę mogli zrealizować każdy założony cel.

Nie zdążyła jednak się odezwać, nie zdążyła właściwie nawet mrugnąć, kiedy Benjy zupełnie niespodziewanie przyciągnął ją do siebie, obrócił jednym płynnym ruchem, przyparł do ściany i pocałował. Był to jeden z  tych pocałunków, których nie dało się zapomnieć, powodujący, że nogi robiły się jak z waty, serce przyspieszało swój rytm i zapominało się jak się oddycha. Łatwo jej się było w tym zatracić, długo czekali na to, aby móc się do siebie zbliżyć tego wieczora.

Odetchnęła głęboko, kiedy na moment odsunął swoją twarz od jej, widziała wszystko w jego spojrzeniu i podejrzewała, że on to samo może wyczytać z jej oczu, to był dopiero początek. Poczuła jego dłonie na swojej talii, nim zdążyła zareagować ponownie sięgnął do jej ust, nie było w tym delikatności, nie, zbyt długo walczyli z tym palącym się w nich uczuciem, uniósł ją nad ziemię, jakby nic nie ważyła, odruchowo zacisnęła na nim swoje nogi, przychodziło jej to już całkiem naturalnie, chciała znajdować się jak najbliżej niego, jak tylko się dało, ręce zaplotła na jego szyi.

Ten uśmiech na jego twarzy, ten, którym obdarzał tylko ją przyprawiał ją o jeszcze szybsze bicie serca, nie potrafiła na niego nie reagować, również się uśmiechnęła, oczy jej błyszczały, policzki były zaróżowione.

Przesunęła głowę nieco w bok, rozplotła na moment dłonie, bo w jednej z nich nadal miała te nieszczęsne klucze.

- Sześćset, pokój numer sześćset. - Najwyraźniej zamierzał ją tam zanieść, miał w tym dosyć spore doświadczenie, często zdarzało mu się ją gdzieś nosić. W tym wypadku to chyba było wskazane, pan młody powinien wnieść pannę młodą przez próg, czy jakoś tak, a byli przecież całkiem świeżym małżeństwem.

- Podejrzewam, że jest to on na samym końcu korytarza. - Tego bowiem oczekiwali, miejsca oddalonego jak tylko się da, koło którego nikt nie będzie się kręcić, gdzie będą mogli się zaszyć na najbliższe kilka godzin, schować przed całym światem, aby celebrować to, co się wydarzyło.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
14.12.2025, 16:57  ✶  
Gdy winda stanęła i drzwi się rozsunęły, jeszcze przez ułamek sekundy trzymałem na twarzy tamtą maskę - szyderczo-zimną linię ust, chłód w spojrzeniu, wyższość, która przez lata była dla mnie niedopasowaną zbroją i kajdanami jednocześnie. Wiedziałem, że Prue to widziała, trudno byłoby nie dostrzec tak drastycznej zmiany w zachowaniu kogoś bliskiego, kto nawet w szczycie niechlubnej „kariery” dziedzica nie zachowywał się w ten sposób - wiedziałem też, że zdawała sobie sprawę z tego, dlaczego to robiłem, ale i tak coś we mnie ściskało się bardziej niż powinno. To była ta świadomość, że potrafiłem się w to wciąż wcisnąć, być może nawet lepiej niż w młodości, bo przez lata nauczyłem się grać - to ona była w tym najbardziej niepokojąca, bardziej niż moje własne odbicie w lustrze, które było i nie było mną. Miałem na twarzy ten lodowaty grymas, wyuczony, nienaganny, arystokratyczny do bólu, gdy ostatni raz skinąłem głową windziarzowi na pożegnanie - dokładnie tak, jak robiłby to tamten bogaty dzieciak, ten z nazwiskiem, którego już nie używałem, a potem wszystko puściło, jakby ktoś zerwał ze mnie cudzą skórę. Maska, którą nosiłem zdecydowanie zbyt umiejętnie jak na kogoś, kto nigdy nie chciał dostosowywać się do tych wszystkich zachowań elity, pękła praktycznie w tej samej chwili, w której drzwi windy zamknęły się za naszymi plecami z tym cichym, ostatecznym kliknięciem. Dźwięk ten był jak zerwanie pieczęci, powietrze się zmieniło, moje ramiona same opadły, oddech się pogłębił, a w piersi rozlało się coś gorącego i niecierpliwego.
Korytarz ciągnął się przed nami długi i pusty, dokładnie taki, jakiego pragnęliśmy, światła rzucały miękkie plamy na grubą, dywanową wykładzinę, a cisza była tak gęsta, że niemal całkowicie intymna. Byliśmy sami, naprawdę sami - żadnych oczu, żadnych ról, żadnych oczekiwań. Tylko ona i ja, w tym ostatnim niewłaściwym pomieszczeniu, które prowadziło prosto do naszego azylu. Pociągnąłem Prue do siebie, zanim zdążyłem pomyśleć, nim rozsądek - ten dawny, rodowy, wyniosły, pasujący do oficjalności drogiego hotelu, jak i jakikolwiek inny, którego zresztą zawsze mi przy niej brakowało - spróbował wtrącić swoje trzy knuty. Nie pozwoliłem nam zrobić kolejnego kroku, tylko odruchowo złapałem ją, obróciłem nas jednym ruchem, który był czystą pamięcią ciała, instynktem kogoś, kto powstrzymywał się dostatecznie długo, i przycisnąłem moją żonę do ściany. Pocałunek wymknął mi się spod kontroli w tej samej sekundzie, w której jej usta odpowiedziały. Cała ta powściągliwość, udawanie, że jestem kimś innym, rozpadło się bez śladu. Czułem jej ciepło, jej oddech, to napięcie, które narastało między nami. Oddychała tak samo nierówno jak ja, odwzajemniając palącą potrzebę bliskości - wiedziałem to, zanim odsunąłem usta, nim spojrzałem jej w oczy, które zawsze zdradzały wszystko szybciej niż słowa. Były ciemniejsze niż zwykle, roziskrzone, zdradzały mi tak wiele, chociaż nawet przez sekundę nie musiałem się domyślać, co w nich zobaczę - dokładnie to samo, co paliło mnie od środka. Zdecydowanie zbyt długo czekaliśmy na tę chwilę, nie chodziło nawet o ten konkretny wieczór, by teraz udawać opanowanie.
- I… Stop. - Powiedziałem półgłosem, jakby ktoś mógł jeszcze krzyknąć „cisza na planie” - ten numer był czysty, technicznie bezbłędny, ale kompletnie nie do utrzymania dłużej niż kilka minut. Uśmiechnąłem się krzywo, ale jednocześnie tym uśmiechem, którego nigdy nie miałem prawa pokazywać w tamtym poprzednim życiu, z którego uciekłem, ani którego nigdy nie miałem w tym świecie, w którym przeżyłem wszystkie ostatnie lata.
Moje dłonie znalazły jej talię, jakby znały właściwą drogę od zawsze, a potem znów zagarnęły wargi, nie było w tym delikatności, była za to ulga, ta dzika, nieprzyzwoita ulga, że wreszcie mogliśmy być sobą i nie płacić za to żadnej ceny. Znowu ją pocałowałem, mocniej, zachłannie, z tą niecierpliwością, która była we mnie odkąd powiedziała „tak”, a ja sam przestałem udawać kogoś, kim nie chciałem już być. Znałem ten dotyk na pamięć, a jednak za każdym razem uderzał we mnie z tą samą siłą - to nie był pocałunek, który zaczynał noc, to był pocałunek, który ją przypieczętowywał. Powietrze zgęstniało, była tak blisko, że wystarczyło jedno poruszenie ramion, żebym zapomniał, kim byłem we wszystkich poprzednim życiach. Jej usta były wszystkim, czego potrzebowałem. Zgubiłem oddech, ale miałem ją - więc co z tego?
Kiedy uniosłem ją nad ziemię, zrobiłem to naturalnie, z lekkością, bez wysiłku i zastanowienia, jakby była dokładnie tam, gdzie powinna być. Serce waliło mi jak u chłopaka, nie jak u trzydziestotrzyletniego mężczyzny, który podobno powinien już wiedzieć, jak trzymać się w ryzach. Jej nogi oplotły mnie instynktownie, a ja poczułem ten znajomy, przeszywający dreszcz, który zawsze pojawiał się, gdy była tak blisko. Wszystko, co się teraz działo było odruchem, czystą fizyczną decyzją - byłem naładowany adrenaliną i uczuciem, które nie znało zmęczenia, dążąc tylko do tego jednego punktu - idealnej kulminacji długiej i chaotycznej nocy w jeszcze dłuższym i bardziej chaotycznym życiu, które teraz miało się zmienić. W chwili, w której poczułem oddech na policzku, ciepły i nierówny, moje palce same zacisnęły się pewniej na jej pośladkach, jakby istniało jakiekolwiek ryzyko, że mógłbym ją puścić, a przecież była lekka. Ramiona objęły mnie za szyję - ten gest zawsze rozbrajał mnie do reszty, chociaż moment później puściły, gdy spytałem o numer pokoju. Kiedy rozplotła dłonie, by sprawdzić klucze, parsknąłem cicho.
- Sześćset, oczywiście. - Głos miałem chrapliwy, taki, który sam w sobie brzmiał jak obietnica. - To bardzo symboliczne, małszonko. - Mruknąłem, powoli ruszając w stronę końca korytarza. - Szóstka to liczba diabła, a z tego, co pamiętam, demony zawsze były twoim typem. - Podchwyciłem jej spojrzenie, uniosłem brew, a uśmiech, ten teatralnie wymowny, rozciągnął się powoli, prawie niedostrzegalnie. Był niemal idealnym odbiciem tego, jaki robiłem, gdy nazywała mnie w ten sposób, zarzucając mi moje „nietypowo ludzkie odruchy”, poza błyskiem w oczach. Tamten człowiek nie uśmiechał się w ten sposób. Ten - nie potrafił inaczej.
Korytarz był pusty, długi, wyłożony grubym dywanem, który tłumił kroki, światło lamp ściennych było ciepłe, przygaszone, ten hotel nocą niewątpliwie sam sprzyjał temu, by wszystko działo się tu wolniej, bliżej ciała niż głowy. Zapach - wosk, drewno, coś czystego i drogiego - uderzył mnie nagle i w jednej chwili zrozumiałem, że naprawdę tu byliśmy, tylko we dwoje, nie było już windziarza, spojrzeń, planu do odhaczenia, tylko kilka kroków do tego właściwego apartamentu. Zatrzymałem się przed drzwiami, metal klamki błysnął w świetle, klucze zadźwięczały cicho w dłoni Prue, nie postawiłem jej jednak na ziemi. Zamiast tego obróciłem się powoli, dopasowując ruch tak, żeby mogła swobodnie wsunąć klucz do właściwego zamka, trzymając ją cały czas blisko, jakby wypuszczenie jej choć na sekundę było po prostu nie wchodziło w grę. Byliśmy u progu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
14.12.2025, 21:32  ✶  

To było konieczne, aby znaleźli się w tym miejscu. Inaczej pewnie nadal staliby przy recepcji, albo z niej wyszli i ruszyli szukać innych możliwości. Byli zmęczeni, ta noc była wyczerpująca, więc Benjy wziął na siebie to, aby kobieta wpuściła ich tu bez zająknięcia, bez kolejnych nieprzyjemnych spojrzeń. Wiedziała, że na pewno sporo go kosztowało włożenie tej maski, nie po to uciekł od tego kim był, aby wracać do tego z taką lekkością. Nie pasowało to do niego, ten ton głosu, to podejście, chociaż pewnie ktoś obcy uważałby zupełnie inaczej, jednak ona go znała, wiedziała, że nie był takim człowiekiem, bardzo daleko mu było do tego.

Potrafił jednak korzystać z tych rzeczy, na które kiedyś patrzył, które oglądał, w których uczestniczył, potrafił znaleźć w tym jakąś korzyść dla siebie, gdy nie było innych możliwości. Oczywiście, że doceniała to, że zrobił to dla nich, nie spodziewała się nawet, że umie, aż tak dobrze grać, że potrafi to w sobie obudzić, wydawał jej się wtedy kimś zupełnie obcym, kogo nie znała, nawet w szkole nie był aż tak przesiąknięty tymi arystokratycznymi zachowaniami.

Drzwi windy jednak się zamknęły, a on ledwie to się stało wrócił do niej, taki jakiego go znała, taki którego poślubiła, którego kochała.

Poza kliknięciem windy w korytarzu nie było słychać żadnego dźwięku poza ich oddechami, najprawdopodobniej piętro było opuszczone, oświetlało je tylko delikatne światło, które odbijało się na dywanie. Byli sami, nie dało się zauważyć tutaj żywego ducha, w końcu udało im się schować przed całym światem, tak jak pragnęli.

Nie zdążyła nawet mrugnąć, złapać głębszego oddechu, bo Benjy niemalże od razu, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja przyciągnął ją do siebie, a potem przycisnął do ściany. Mimo, że była ona dosyć chłodna, to tylko potęgowało to palące się w niej uczucie. Nic nie stało im już na przeszkodzie, aby się do siebie zbliżyć, nie musieli już czekać, powstrzymywać się, czy z tym walczyć, wręcz przeciwnie to był ten długo oczekiwany moment, w którym mogli zacząć się w tym zatracać, wcale nie powoli, nie było teraz na to miejsca, za długo zwlekali, aby jeszcze teraz czekać, czy powoli sięgać po to, czego pragnęli.

Pocałunek był intensywny, łatwo było przez niego zapomnieć o całym świecie, ale teraz w sumie nie musieli już o niczym pamiętać, niczego kontrolować, byli praktycznie na miejscu, nic nie mogło im teraz przeszkodzić w przypieczętowaniu tego, co wydarzyło się tej nocy. Zostali małżeństwem, należeli do siebie, i mimo, że zbliżali się do siebie już nie raz, nie raz się w sobie zatracali, to było w tym coś zupełnie innego. Sama świadomość, że był to dopiero początek ich wspólnej drogi, nie mieli już żadnego określonego czasu przydatności, to miało być zawsze, ta myśl powodowała, że jej serce biło jeszcze szybciej. Wiedziała, że tego pragnie, nigdy nie pragnęła niczego tak bardzo, jak go przy sobie zatrzymać i w końcu jej się udało, im się udało. To było niczym spełnienie sennych marzeń, które nigdy nie miały się wydarzyć.

Kiedy się odezwał wpatrywała się w niego intensywnie, próbowała uspokoić oddech, jednak to wcale nie było takie łatwe po tym, co jej przed chwilą zafundował, chciała więcej, pragnęła kolejnych pocałunków, chciała zatracić się w tej bliskości, w końcu w odpowiedni sposób.

Dłonie mężczyzny dotknęły jej talii, uniosły ją nad ziemię, na co zareagowała odruchowo, jakby to była najbardziej zwyczajna rzecz na świecie, jakby robili tak miliony razy, jakby jej ciało było przyzwyczajonego do reagowania na te gesty. Być może było, łatwo było przywyknąć do tego, co z nią robił, chociaż za każdym razem kiedy znajdowali się tak blisko, świat wydawał się zatrzymywać.

Mruknęła cicho, kiedy ponownie wpił się w jej usta, potrzebowała tego, zacisnęła mocniej dłonie na jego szyi, przywarła do niego całym ciałem, był to pocałunek, który wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa, intensywny, głęboki, zachłanny, świadczący o tym, że znajdowali się już na granicy, i zdecydowanie potrzebowali znaleźć się w tym nieszczęsnym pokoju, żeby przypadkiem nie zatracić się zbytnio w tej chwili, na tym korytarzu, bo kto wie, czy ktoś nie poczułby się zgorszony, nie, żeby się tym jakoś szczególnie przejmowała, gdy znajdowała się w ramionach męża nie przejmowała się zupełnie niczym.

- Tak, demony zawsze były w moim typie, nic więc dziwnego, że wzięłam z jednym ślub. Znaki mówią same za siebie, świat chyba nam kibicuje. - Zdarzało jej się nazywać go demonem, teraz nieco zmieniła narrację, ale poniekąd to do niej pasowało, Benjy doskonale zdawał sobie sprawę z jej zainteresowań, mógł być jej demonem, pewnie dla wielu nim był, zważając na to, czym się zajmował, jednak dla niej był całym światem, zwodził ją na pokuszenie to chyba robiły demony, nie umiała mu się oprzeć i gdyby nadarzyła się okazja to pewnie bez chwili wahania poszłaby za nim do piekła.

Widziała jego uśmiech, zareagowała na niego odruchowo - unosząc kąciki ust, nie potrafiła inaczej, gdy widziała jak się uśmiecha sama robiła to samo. Tak chyba wyglądało szczęście.

Benjy nie wypuścił jej z rąk, ruszył przed siebie w poszukiwaniu drzwi, za którymi w końcu będą mogli zniknąć na kilka godzin, ukryć się przed całym światem, przestać się przejmować czymkolwiek, przypieczętować to, co ich połączyło. Jedną rękę miała owiniętą wokół jego szyi, drugą z kluczem trzymała w powietrzu, gotowa otworzyć drzwi, gdy wreszcie znajdą się przed odpowiednimi.

Korytarz był pusty, nadal nie było słychać żadnych dźwięków, poza krokami stawianymi przez jej męża, no i ich nieco przyspieszonymi oddechami, miała wrażenie, że jest w stanie również usłyszeć swoje głośne i rytmiczne bicie serca, ale może tylko jej się wydawało.

Znaleźli się przed drzwiami do apartamentu, który tej nocy miał się stać ich azylem. Benjy nie postawił jej jednak na ziemię, nie, nie zrobił tego. Zamiast tego odwrócił się tak, aby mogła z jego ramion wsunąć klucz do zamka, przekręcić go i je otworzyć, zrobiła to całkiem sprawnie, jak na to, że znajdowała się ciągle w jego ramionach, co nieco utrudniało jej manewrowanie.

Nacisnęła klamkę, wcześniej wyciągnęła klucz z zamka, drzwi były otwarte, mogli przekroczyć próg i znaleźć się w środku, już nikt, ani nic nie miało im przeszkodzić, dobrnęli do tego wyczekiwanego momentu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
15.12.2025, 04:19  ✶  
Byliśmy już po tej stronie świata, w której słowa zaczynające się od „kiedyś” traciły sens. Nie byliśmy parą, żartobliwą czy realną, zostaliśmy małżeństwem, to nie było kolejne zbliżenie, jeden z wielu momentów, w których traciłem grunt pod nogami - to było jak zmiana grawitacji. Sama świadomość, że nie istniał już żaden termin ważności, żadna umowna data końcowa, rozsadzała mi klatkę piersiową od środka, przyspieszając puls i bicie serca. „Zawsze” brzmiało absurdalnie dobrze, to słowo wciąż odbijało mi się w głowie jak echo w pustej katedrze, poważne i nieodwracalne, a jednocześnie zaskakująco lekkie. Znaleźliśmy się po tej stronie granicy, po której nie było już prostego, pozornie wygodnego odwrotu, tylko dalsza droga przed nami, wspólna, jakakolwiek by nie była, i czułem to w każdym nerwie, w każdym spiętym mięśniu - czułem to w przyspieszonym pulsie, w napięciu mięśni, w tym, jak instynktownie przyciągałem ją bliżej. Należeliśmy do siebie i choć zbliżaliśmy się do siebie nie raz, gubiliśmy się w sobie, to teraz było w tym coś zupełnie innego. Świadomość, że to dopiero początek, nie było już żadnego mitycznego terminu ważności, żadnej prowizorki, żadnego „zobaczymy”, sprawiała, że serce waliło mi szybciej, uparcie, jakby chciało nadrobić pół życia uciekania w przeciwną stronę. Przyciągnąłem ją bliżej, zanim zdążyłem to przemyśleć, bo przemyślenia zawsze były moim wrogiem.
Moje dłonie same znalazły jej talię, zawsze wiedziały, gdzie trafić. Uniosłem ją nad ziemię bez wysiłku, a ona zareagowała odruchowo, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jakbyśmy robili tak milion razy - może faktycznie robiliśmy, tylko w innych wersjach siebie, w innych życiach, które do tej pory omijałem szerokim łukiem. Była lekka, idealnie mieściła się w moich ramionach, kompaktowa w sposób, który zawsze mnie rozbrajał. Pomyślałem, że los miał poczucie humoru, skoro zestawił prawie dwumetrowego klątwołamacza z dziewczyną, którą można było bez trudu podnieść jedną ręką. Półtorej dekady przerwy okazało się żałosnym argumentem wobec pamięci mięśni. Świat zwolnił, kiedy znowu wpiłem się w jej usta, ten pocałunek był głęboki, zachłanny, pełen obietnic, których nie musiałem wypowiadać. Taki, w którym nie było miejsca na słowa, bo wszystko i tak było powiedziane. Zacisnęła dłonie na mojej szyi, przywarła do mnie całym ciałem, a ja przez ułamek sekundy pomyślałem, że to jest właśnie ta granica, za którą zawsze bałem się zajrzeć - ta, po której przekroczeniu przestajesz być tylko sobą, a zaczynasz być prawdziwie czyjś. Wiedziałem, że to inne. Nie dlatego, że wcześniej nie było namiętności. Była, cholera, była aż za bardzo. Inne było to, że nie było już zegara, żadnego terminu przydatności, żadnej drogi ewakuacyjnej. Tylko „zawsze”, teraz trzymałem ją tak, jakbym mógł zatrzymać czas. Była moja, brzmiało to absurdalnie prosto jak zdanie wyciągnięte z taniej ballady, a jednak w tej chwili miało ciężar pieczęci, którą ktoś wcisnął w rozgrzany wosk, miało posmak rytuału odbytego w środku nocy, bez świadków.
Oddychałem ciężej, niż bym chciał, bo po tym, co zrobiłem przed chwilą, ciało nie bardzo miało ochotę udawać spokój. Chciałem więcej - kolejnych pocałunków, zgubienia się w tej bliskości już nie na próbę, nie na kredyt, tylko na serio, na zawsze. „Początek” to słowo zwykle mnie irytowało, ale tym razem było jak obietnica bez daty ważności. Przez lata byłem wszystkim, tylko nie kimś, kto zostaje. Byłem już dawno po tej stronie życia, w której człowiek nie wierzył w nagłe szczęśliwe zwroty akcji, a jednak tej nocy stałem na korytarzu z obrączką i z kobietą w ramionach, która właśnie została moją żoną. Trzymałem ją pewnie, instynktownie, jakby moje ramiona od zawsze wiedziały, do czego zostały stworzone. Zawsze była mniejsza ode mnie, bardziej zwarta, kompaktowa, jakby ktoś zaprojektował ją z myślą o tym, żeby idealnie mieściła się pod moją brodą, pomyślałem o tym z rozbrajającą czułością i parsknąłem cicho pod nosem. Świat skurczył się do jej oddechu i do ciężaru, który był śmiesznie mały w porównaniu z tym, jak bardzo potrafiła mnie rozbroić.
Przez pół życia nie miałem adresu, a teraz prowadziłem nas do wyjątkowo luksusowych drzwi, za którymi miało się zacząć coś stałego - ironia losu była piękna. Przez lata byłem twardy, ostry, trochę zbyt pewny siebie. Teraz byłem zakochany i świeżo po ślubie, i to brzmiało absurdalnie nawet dla mnie, to mnie rozbrajało najbardziej. Nie smoki, nie klątwy, nie rzeczy, które próbowały mnie zabić w ciemnych miejscach świata. Rozbrajała mnie świadomość, że naprawdę to zrobiliśmy, pozwoliła mi przeciąć własną dłoń, połączyliśmy krew bez strachu, bez kalkulacji. Ja, który przez lata nie pozwalałem nikomu, zwłaszcza sobie, zostać na dłużej, patrzyłem na nią intensywnie, a jednocześnie próbowałem złapać oddech, bez skutku - to, co zrobiła mi chwilę wcześniej, wciąż pulsowało pod moją skórą. Chciałem więcej, chciałem kolejnych pocałunków, chciałem zatracić się w tej bliskości bez pośpiechu i bez alibi. Wiedziałem, gdzie się znajdowaliśmy i że to nie było miejsce na zatracanie się do reszty, ale prawda była taka, że gdyby ktoś nas zobaczył, nie obchodziłoby mnie to ani trochę. Nie przejmowałem się niczym innym, poza tym, że była w moich ramionach i teraz mogłem sobie na to pozwolić bez żadnych „ale”. Szliśmy przed siebie korytarzem, pustym i cichym, z miękkim dywanem tłumiącym kroki, słyszałem tylko własny oddech, jej oddech, serce, które biło jak po długim locie na miotle pod wiatr.
- Podpisałaś pakt s własnej woli, to niewątpliwie. - Przytaknąłem półgłosem, należeliśmy do siebie i to nie było poetyckie nadużycie ani ładna formułka do powtarzania w głowie, to nie było to samo „należenie”, które znałem wcześniej z chwil, z łóżek, z obcych miast i adresów zapamiętywanych tylko na fragment nocy. To było prawdziwe. - A potem, zupełnie niepotszebnie, przypieczętowałaś go klwią. Lytuał klwi, wyoblaszasz to sobie. Stlasznie staloświeckie, ale skuteczne. Wiesz, jak tludno to odklęciś. - Uśmiechnąłem się szerzej, bo samo to brzmiało jak żart, a jednocześnie jak coś śmiertelnie poważnego. Świat mógł nam kibicować, ale nawet jeśli nie, mieliśmy sobie poradzić, zawsze byliśmy dobrzy w robieniu rzeczy po swojemu.
Metal cicho szczęknął, drzwi ustąpiły, a ja poczułem coś na kształt triumfu, który nie miał nic wspólnego z wygrywaniem, raczej z dotarciem - z tym, że po wszystkich drogach wreszcie byłem dokładnie tam, gdzie powinienem. Pokój pachniał świeżością i obietnicą snu, który i tak nie miał przyjść szybko. Nie zapaliłem światła, nie było takiej potrzeby, apartament oddychał luksusem nawet w półmroku, a ja wolałem to, co robiły cienie. Zamknąłem za nami drzwi nogą, bez pośpiechu, jakby nigdzie nam się nie spieszyło, choć prawda była taka, że spieszyło mi się do wszystkiego, co miało nadejść potem. Drzwi zamknęły się za nami z tym dyskretnym kliknięciem, które w drogich hotelach brzmiało jak obietnica poufności. Świat został na zewnątrz, razem z naszymi dawnymi wersjami. Dywan był miękki, tłumił dźwięki, a cisza miała w sobie coś ceremonialnego. W kilku długich, ale spokojnych krokach zatrzymałem się przy oknie, zasłony były odsunięte, jakby ktoś wiedział, że to miejsce nie znosiło zasłaniania widoków. Londyn nocą wyglądał jak coś, co można by pokochać, gdyby nie wiedziało się, ile ma ostrych krawędzi. Tamiza płynęła poniżej, ciemna, ciężka, posypana światłami miasta - lśniąca, jakby ktoś rozlał atrament z odrobiną srebra księżyca i złota setek migoczących punkcików.
- To dlugi najpiękniejszy widok tego wieczolu. - Powiedziałem cicho, patrząc na rzekę, chociaż wiedziałem, że i tak patrzę głównie na jej odbicie w szybie. Byłem romantykiem na swój własny, koślawy sposób, chociaż w życiu nie powiedziałbym tego na głos, a jednak ten wieczór był dowodem tych starań - nie kwiaty, nie fanfary - widok miasta, które widziało już wszystko i nadal trwało. Pasowało do nas, do ludzi po przejściach, którzy spotkali się zbyt późno, a jednak dokładnie na czas. Odchyliłem głowę i zamknąłem na moment oczy, oddychając jej zapachem, tą mieszanką znajomości i nowości, która była dokładnie nami.
- Zabawne. - Odezwałem się po chwili. - Pszez pół szycia uciekałem od takich okien. Od takich chwil. Myślałem, sze jak się zatszymam, to mnie dopadną. A telas stoję tutaj i jedyne, czego się boję, to sze ktoś splóbuje mi wmówiś, sze to sen. - Poprawiłem chwyt, instynktownie, jakby moje ciało bało się, że jeśli na moment poluzuję uścisk, to czar pryśnie. Była lekka, ale nie krucha, zawsze taka była, zdolna przetrwać więcej, niż ktokolwiek zakładał. Stałem tak z nią, nie całując jej, nie spiesząc się. Czułem jej serce, swoje własne, i coś jeszcze, nowego, ciężkiego, dobrego - odpowiedzialność, przynależność.
- Wiesz, ile lasy mówiłem sobie, sze związki to nie moja liga. - Dodałem. - Sze jestem tylko pszystankiem, noclegiem, chwilą między jednym zleceniem a dlugim. A potem pojawiasz się ty, po piętnastu latach, patszysz na mnie jak dawniej i nagle… Nagle podpisuję własne imię pod słowem „zawsze”. - Otworzyłem oczy i spojrzałem na szybę, na nasze niewyraźne odbicie - duży facet i drobna sylwetka w jego ramionach, absurdalnie pasujące. - Chyba kiepski ze mnie demon. - Prychnąłem cicho, starając się odebrać słowom ten niezamierzenie poważny, nostalgiczny wydźwięk. Spojrzałem znowu na rzekę, światła drżały na wodzie, jakby same nie były pewne swojej trwałości, nasze odbicia były jednak nieruchome - jedyny stały punkt w migoczącym krajobrazie. Światła mostów odbijały się w wodzie, łodzie sunęły powoli, jakby ktoś celowo zwolnił czas.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
16.12.2025, 20:54  ✶  

Nie spodziewała się tego, że dane im będzie dostać swoje zawsze. Nie wydawało jej się, że jest to w ogóle możliwe, że tacy ludzie jak oni będą mogli mieć swoją szansę od losu, a jednak znajdowali się tutaj, złożyli sobie przysięgę, stali się małżeństwem, nie dało się być ze sobą bliżej, niż oni sobie przysięgali. To było coś zupełnie innego od tego, co ich łączyło do tej pory, nie było już odwrotu, mieli trwać przy sobie bez względu na wszystko i wyjątkowo jej się podobała ta perspektywa. Uczucie, które ich połączyło było wyjątkowe, zresztą odkąd pamiętała on zajmował specjalne miejsce w jej sercu, nawet gdy udawała, że jest zupełnie inaczej, nie bez powodu przecież także wtedy znajdowała się gdzieś blisko niego. Gdy nie było go obok wszystko wydawało się szare, niby próbowała jakoś uzupełnić tę pustkę, ale czy tak naprawdę kiedykolwiek jej się to udało? Nie do końca. Wszystko zmieniło się kiedy ich drogi znowu się skrzyżowały, kiedy znowu pojawił się w jej życiu, łatwo przyszło jej dopuszczenie go do siebie, ledwie miesiąc wystarczył, aby włożyli sobie obrączki na palce, to mówiło samo za siebie - nie było dla nich innej przyszłości niż ta wspólna. Doskonale wiedzieli, jak to jest żyć w samotności, i nie mieli zamiaru tego powtarzać, nie kiedy odnaleźli się po tym wszystkim, co ich spotkało. Byli dojrzalsi, przeszli swoje, jednak ich uczucie rozkwitło, gdy w końcu dostało swoją szansę, odrodziło się na zgliszczach, i nic nie mogło już teraz tego zmienić, nie kiedy mieli być ze sobą na zawsze.

Minął ledwie moment od kiedy zostali sami na tym korytarzu, a Benjy przyciągnął ją do siebie, przyparł do ściany, później uniósł nad ziemią w swoich ramionach, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, może i była, nie był to pierwszy raz kiedy pozwalali sobie rozpadać się pod wpływem swojego dotyku, czy pocałunków, niosło to jednak ze sobą coś zupełnie innego, było początkiem ich nowej, wspólnej drogi, która miała trwać już zawsze. Nie było tutaj miejsca na rozważania, na zastanawianie się ile jeszcze mają czasu, i to właśnie było w tym wszystkim najpiękniejsze, ta zmiana, stabilność, która miała się pojawić. Nowe, wspólne życie brzmiało jak coś, o czym nie mogła marzyć, a jednak właśnie rozpoczynali ten etap.

Oczywiście, że zatraciła się w tym pocałunku, tak długo musieli zwlekać z tym, aby się do siebie zbliżyć, że przyszło jej to bardzo naturalnie, może było w tym nieco chaosu, ale on był jej chaosem, bez którego nie potrafiła przetrwać. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Łatwo było Prue odnaleźć się w tym nowym rytmie, szczególnie, że wiedziała, że przy nim nie musiała się hamować, był jej mężem, mogła sobie przy nim pozwolić na wszystko, mogła go pragnąć, mogła oczekiwać kolejnych pocałunków, bo on był jej, a ona była jego i nic nie miało tego zmienić, już nigdy. Nie musieli się martwić tym, że któreś z nich za bardzo się przywiąże, mogli to zrobić, nie było już określonego terminu ważności tej relacji, mogła w końcu odpuścić, w pełni się zaangażować, nie obawiać się tego, że stanie jej się krzywda, to było za nimi. Mogła w pełni pozwolić sobie czuć to wszystko, a emocje, które ją wypełniały były naprawdę niesamowite.

Rytuał, który ich połączył okazał się przynieść niespodziewaną ulgę, jakby wszystko co złe zostało gdzieś za nimi, jakby nie musieli się już niczym przejmować i mogli skupić na tym, co miało nadejść, skupić na wspólnym życiu, które było przed nimi. Pojawiła się nadzieja na to, że będzie przepięknie, jakże mogłoby być inaczej, nie z nim. Nieważne gdzie będą się znajdować, co im się przydarzy, istotne było tylko to, że w końcu będą razem, zawsze na zawsze. Było to naprawdę cholernie ckliwe, ale ją uszczęśliwiała sama ta świadomość.

- Kto w ogóle zakładał, że chciałabym to odkręcić? Wiedziałam na co się piszę. - Rytuał krwi był naprawdę potężny, ale nie wydawało jej się to przerażać, wręcz przeciwnie, widać było, że jest z tego powodu cholernie szczęśliwa. - Zresztą, czy mogło mnie spotkać coś wspanialszego od paktu podpisanego z demonem, nie wydaje mi się. - Kto jeśli nie ona mógł zrobić coś takiego? No, jeśli nie oni, bo przecież, gdyby nie Benjy to nigdy by do tego nie doszło. Jeśli już się w coś razem angażowali, to zawsze kończyło się to w ten sam sposób. Nie do końca rozsądnie, a jednak właściwie, nie było tu nad czym dyskutować, nie wydawało jej się, aby mogło ich spotkać coś lepszego.

W końcu mieli przekroczyć próg apartamentu, znaleźć się w miejscu, do którego droga zajęła im naprawdę dużo czasu, miejscu w którym będą mogli schować się przed całym światem, zniknąć, tak jak lubili najbardziej. Nikt nie miał się nimi interesować, wchodzić im w drogę, zasługiwali na odrobinę świętego spokoju.

Drzwi zamknęły się za nimi cichym kliknięciem, co przyniosło świadomość, że faktycznie nikt już nie miał im przeszkodzić, dokonali tego, wzięli ślub, a teraz mieli przypieczętować swój związek małżeński. Znaleźli się w miejscu do którego zupełnie nie pasowali, przynajmniej z pozoru, nie w tym życiu, ale jednak to tutaj przyprowadziły ich nogi, czy tam los, bo przecież pozwolili, aby rzut monetą o tym zadecydował.

Nie było sensu zapalać światła, w apartamencie wystarczało to które docierało do niego z zewnątrz, ogromne okna powodowały, że nie dało się ignorować tego, że miasto jeszcze żyło, a oni mogli to oglądać z zupełnie innego poziomu niż wcześniej. Benjy zatrzymał się tuż przed szybą, dzięki czemu mogła przez krótką chwilę skupić się na tym widoku. Faktycznie był warty zapamiętania, chociaż czy aby na pewno, ważniejsze było to, że czuła bicie jego serca, bliskość ciała, to, że zawsze już miało tak być.

- Jest zachwycający. - Nie mogła odpowiedzieć inaczej, naprawdę warto było znaleźć się w tym miejscu, szczególnie, że w przeciwieństwie do swojego małżonka nie miała jeszcze szansy podziwiać Londynu z tej perspektywy. Kolejny pierwszy raz, który przeżyła w jego towarzystwie, nie wątpiła w to, że był to dopiero początek.

- Teraz nie musisz już uciekać, właściwie to nie możesz. - Była to spora różnica, a gdyby tylko spróbował, to na pewno by go znalazła. - Chyba nie tak źle jest się zatrzymać. - Wiedziała, że to co zrobił było zupełnie przeciwne jego naturalnemu instynktowi, ale wybrał ją, nie ucieczkę, miał trwać przy niej zawsze, była z tego powodu okropnie zadowolona, bo w ogóle nie zakładała takiej możliwości, a jednak połączyło ich coś, co miało zmienić jego nawyki, miała stać się jego domem, naprawdę tego pragnęła, cóż, już się to działo.

- Zawsze byłam ambitna i radziłam sobie z niemożliwym, w tym wypadku to może ja jestem demonem, skoro tak łatwo pozwoliłeś sobie zmienić wszystkie przyzwyczajenia, skoro postanowiłeś w końcu sięgnąć po więcej. Mogę być demonem w tej historii. - Nie miała pojęcia dlaczego tym razem postanowił się zatrzymać, dlaczego wybrał właśnie ją, a może i potrafiła się tego domyślić, jeśli czuł to samo co ona, to wydawało się oczywiste. Zasługiwali na szczęście, zasługiwali na to, aby w końcu zobaczyć, jak to jest mieć siebie na zawsze, przecież od lat świat im sugerował, że powinni tego spróbować, ale bardzo skutecznie ignorowali wszystkie znaki, w końcu jednak nie było już niczego, co miało im stanąć na drodze.

Oparła głowę o jego szyję, przymknęła na moment oczy, nie musiała spoglądać za szybę, to, co w tej chwili było dla niej najważniejsze miała tuż obok siebie, ta bliskość i wspólna przyszłość była naprawdę niesamowita, wciąż nie do końca docierało do niej, że to wydarzyło się naprawdę, ale czuła pod sobą ciepło jego ciała, słyszała bicie jego serca, to świadczyło o tym, że to wszystko było prawdziwe.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
17.12.2025, 20:30  ✶  
Pasowaliśmy do siebie od początku, chociaż oboje robiliśmy wiele, żeby to skomplikować - rywalizacja, zadziorność, ostre słowa - dwa temperamenty, które zamiast się odpychać, uparcie się przyciągały. Teraz, stojąc tu z nią, z obrączką na palcu i ciężarem rytuału krwi pod skórą, wiedziałem, że to nigdy nie było przypadkowe. Rytuał krwi był potężny, aż nazbyt dobrze o tym wiedziałem. Nie był czymś, na co decydują się rozsądni dorośli, a już na pewno nie ludzie tacy jak ja, wychowani na zasadzie ciągłego ruchu i braku przywiązań, a jednak z nią ta decyzja nie miała w sobie ani grama chaosu, była czysta, klarowna, jedyna możliwa. Wiedziałem to jedno z absolutną pewnością - Prue była jedyną osobą, z którą mogłem się na to zdecydować. Jedyną, przy której to nie wyglądało jak szaleństwo, tylko jak… Domknięcie kręgu. Zawsze było między nami coś niebezpiecznie kompatybilnego, jak dwa składniki eliksiralne, które po złączeniu dawały reakcję, więc lepiej było trzymać je osobno. Tylko że los - nie, nie przeznaczenie, los łatwiej było w to wplątać - najwyraźniej miał inne plany i w końcu przestał udawać subtelność.
Rytuał krwi nie był metaforą ani romantycznym skrótem myślowym. Wiedziałem dokładnie, czym jest, jeszcze zanim ostrze przecięło skórę - to nie była praktyka konwenów, nie coś, co robi się publicznie ani lekko. Uczyli nas o tym po to, żebyśmy wiedzieli, gdzie kończy się ostrożność, a zaczyna coś, czego nie da się cofnąć. Może właśnie dlatego, stojąc z nią tej nocy, nie miałem w sobie ani grama wątpliwości, kiedy stanęliśmy tam razem, nie miałem w sobie ani krzty wahania. Normalnie powiedziałbym, że to szaleństwo, ale z  nią było to oczywiste, jakby wszystkie drogi, którymi błądziłem przez lata, nagle zbiegły się w jednym punkcie. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość zlały się w jedno. Trzydziestolatek z posiniaczoną duszą i kobieta, która zawsze była jego słońcem, nawet gdy udawał, że woli cień. Patrzyłem na nią i widziałem tę samą dziewczynę, która kiedyś potrafiła spojrzeć mi prosto w oczy i nie odwrócić wzroku, nawet gdy oboje wiedzieliśmy, że to prowadzi donikąd albo dokładnie tam, gdzie nie wolno. Tylko teraz to „donikąd” okazało się jedynym miejscem, w którym chciałem być - wszystko, co wcześniej wydawało się granicą, nagle było tylko drzwiami. Pasowaliśmy do siebie w sposób irytująco oczywisty, nawet wtedy, gdy robiliśmy wszystko, żeby to ukryć, jakbyśmy oboje bali się nazwać rzeczy po imieniu, bo to oznaczałoby konsekwencje.
Parsknąłem śmiechem, zupełnie mimowolnie. Nie tym kpiącym, ostrym, którego używałem przez lata jak tarczy, tylko krótkim, zaskoczonym, takim, który wyrywa się człowiekowi, zanim zdąży go powstrzymać.
- Wspaniały pakt s demonem. - Powtórzyłem pod nosem, kręcąc głową. - Melin mi świadkiem, masz absolutnie wyjątkowy gust do mloku i makably… - Pokręciłem głową, ponownie, stawiając kolejne kroki, wciąż rozbawiony, jakby to była najoczywistsza konkluzja świata. Właśnie to było w niej najbardziej niebezpieczne - nie strach, nie zawahanie, tylko entuzjazm. Patrzyłem na nią i miałem nieodparte wrażenie, że gdyby świat zapalił się od końca do końca, ona tylko poprawiłaby płaszcz i zapytała, czy idziemy szybciej, czy wolniej.
Zawsze taka była, nawet przed laty, zmieniło się tylko jedno i jednocześnie wszystko - w szkole była jak gwiazda zawieszona zbyt wysoko, żebym mógł po nią sięgnąć bez konsekwencji. Udawałem, że nie patrzę, udawałem naprawdę dobrze - to ciągłe „my przeciwko sobie”, które było najbezpieczniejszą wersją „my w ogóle”, jednak wiedziałem, zawsze wiedziałem, nawet wtedy, gdy świat wmawiał mi, że są rzeczy rozsądniejsze, łatwiejsze, mniej ryzykowne, była spełnieniem tych najcichszych, najbardziej niewygodnych pragnień - tych, do których nie przyznajesz się nawet przed sobą, bo brzmią jak słabość. Mogłem udawać, że nie zadzieram głowy, ale ona i tak tam była. Stała. Stała i świeciła, jakby miała mnie doprowadzić do szału samym faktem istnienia.
Los musiał w końcu się zmęczyć rzucaniem nam kłód pod nogi, innego wytłumaczenia nie miałem. Latami nie wierzyłem w „zawsze”, przez lata było dla mnie pojęciem teoretycznym, słowem z cudzych historii na wyrost, nie z mojego życia. „Zawsze” nigdy nie było mi pisane, nie w tej wersji życia, którą prowadziłem przez lata. Zbyt wiele dróg, zbyt wiele miejsc, w których nie zostawałem dłużej, niż było to konieczne, zbyt mało powodów, by się zatrzymać. A jednak stałem tu, z obrączką na palcu, z jej ciałem przy moim, z myślą, która była zaskakująco spokojna - „nie chcę już być nigdzie indziej”.
- No, właśnie. „Nie musisz”, och, ja to słyszę laczej jako „nie powinieneś plóbowaś”. „Nie moszesz” bszmi uczciwiej. - Odpowiedziałem lekko, zaczepnie. - Nie mam nic pszeciwko zostaniu w tak… Tlanspalentnym układzie.
Ostatnie dni wracały do mnie falami, kiedy patrzyłem na odbicie świateł Londynu w szybie. Byłem tam wrakiem, funkcjonującym, skutecznym, ale pustym, bez adresu, bez punktu odniesienia, z walizką, która nigdy nie była do końca rozpakowana. Nawet sukcesy nie miały smaku, bo nie było komu o nich opowiadać, dopiero z perspektywy tej nocy widziałem, jak bardzo byłem nieszczęśliwy i jak bardzo się do tego przyzwyczaiłem. Po raz pierwszy w życiu nie myślałem o drodze ucieczki, o tym, co zrobię, kiedy wszystko się skomplikuje, bo wiedziałem, że się skomplikuje - świat zawsze to robi. Tamiza płynęła spokojnie, Londyn żył własnym rytmem, zupełnie obojętny na fakt, że gdzieś wysoko dwoje ludzi właśnie przestało być samotnymi jednostkami.
- Ustalmy jedno. Ja jestem demonem. Ty nie jesteś szadnym demonem, jesteś czalnoksięsznicą, nie plóbuj mi tu zmieniaś nallacji. Ty mnie ewidentnie zawezwałaś. Balso plecyzyjnie, dodam. A potem uznałaś, sze skolo moje usługi są… Ponadstandaldowe, to naleszy wplowadziś monopol. - Uniósłem brew, wyraźnie zadowolony z własnej interpretacji wydarzeń. Zawiesiłem głos na chwilę, jakbym dopiero teraz wpadł na pewną myśl. - Co plowadzi nas do kolejnego zagadnienia,  plaktyczno-olganizacyjnego. - Rzuciłem lekko, tonem kogoś, kto całe życie improwizował i nagle odkrył, że lubi planować. - Skolo mamy całe to „zawsze”, luksus, blak świadków i świeszo podpisany pakt… To czy tym lasem zaczynamy od wanny? Czy masz inne szyczenia? - Uśmiechnąłem się szerzej, zaczepnie, zupełnie bez wstydu. W końcu byłem dobry w ich spełnianiu, doskonale to wiedziała.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
17.12.2025, 22:18  ✶  

Dosyć szybko się odnaleźli. Nie ma się co dziwić, że musiały pojawić się jakieś komplikacje, zbyt prosto byłoby gdyby od początku wszystko układało się idealnie. Tak nie wyglądało życie, grunt jednak, że po latach wrócili do tego, co było dla nich najbardziej właściwe, do tego co było nieuniknione. Nie dało się inaczej wytłumaczyć podjętych przez nich decyzji, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli nie oni, to nikt inny. Byli dla siebie stworzeni, znaki świadczące o tym mogli dostrzec już na samym początku ich drogi, tylko wtedy jeszcze nie do końca potrafili je intepretować. Później nieco się to skomplikowało, ale przecież doskonale wiedzieli, że nie potrafili się unikać, nawet gdy powinni to robić to starali się znaleźć w tym samym miejscu tylko po to, aby rzucić sobie kilka morderczych spojrzeń, wymienić niezbyt przyjemne komentarze, bo lepiej było mieć cokolwiek, niż nic. Nie godzili się na obojętność, ta nie była im pisana, nigdy, zasługiwali na dużo więcej, na wszystko to co najlepsze. Dobrze, że los znowu wepchnął ich w swoje ramiona i tym razem nie zamierzali się z nich wypuścić.

Byli doświadczeni przez życie, spotkało ich wiele, najwyraźniej musiało się im to wszystko przytrafić, aby mogli sięgnąć po to, co było im pisane. Nie żałowała niczego, nie miała zamiaru ubolewać nad tym, że stracili wiele lat, grunt, że teraz czekało ich dużo więcej wspólnych, szczęśliwych, bo zdecydowali się podjąć decyzję która dla wielu wydawałaby się zupełnie nielogiczna.

Rytuał krwi, potężne zobowiązanie, żadne z nich nawet na moment nie zawahało się nad decyzją, uznali ją za jedyną słuszną, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jaki niosło to ze sobą ciężar, tyle, czy dla nich był to ciężar? Nie do końca. Skoro byli tego pewni, jak niczego innego, to raczej wiązało się z lekkością, którą miało im dać, z tym, co od dawna na nich czekało, ze wspólnym życiem w którym mieli stanąć przeciwko całemu światu. Okropnie podobała jej się ta myśl, wiedziała, że jeśli znajdują się po tej samej stronie

- Nie da się tego ukryć, na szczęście idealnie wpasowujesz się w mój gust. - Dodała z uśmiechem, który zupełnie nie pasował do tego, o czym rozmawiali, pokazywał czystą radość, a najprostszej postaci. Nie była w stanie nic z tym zrobić, naprawdę cieszyła się z tego wszystkiego, do czego doszło tej nocy. Mrok, makabra, przysięga krwi, demony? To wszystko wystarczało, aby doprowadzić Prue do takiego stanu. Tak naprawdę to wystarczało, że Benjy był obok, ale w sumie to chyba oznaczało to samo.

Nigdy nie znikała, zawsze była gdzieś obok niego, przynajmniej wtedy, kiedy rzeczywistość nie rozdzieliła ich na dłużej, nie chciała zbytnio się oddalać, bo wiedziała, że będzie jej jego brakowało, ciągnęło ją do niej jak ćmę do światła, i mimo, że wiedziała, że nie powinna podlatywać blisko, to i tak to robiła, to był odruch, teraz już nie musiała się bać tego, że będzie się to wiązało z niebezpieczeństwem, już nie, już nigdy.

- Faktycznie jest to bardziej przystępna wersja, którą możemy przyjąć. - Grunt to znaleźć jakiś konsensus, czyż nie? To ostatnio też im wychodziło całkiem nieźle, nie mogło lepiej. Chcieli tego samego, i chociaż przez lata mogli wzbraniać się rękoma i nogami przed podobnymi zmianami w swoim życiu, to ta przyszła im naturalnie, nie było odwlekania w czasie, jedna, jedyna słuszna decyzja i teraz znajdowali się w tym apartamencie, z obrączkami na palcu i nic nie mogło ich rozdzielić.

- Teraz już za późno na to, żebyś miał coś przeciwko, czas na negocjacje minął. - Nie sądziła, że musiała mu o tym przypomnieć, ale chciała to zrobić, te słowa same padały z jej ust.

Nie miała pojęcia, że jest możliwe, aby życie tak mocno zmieniło się w jedną noc, w kilka godzin, jednak to, co im się przytrafiło było tego potwierdzeniem - dało się odmienić rzeczywistość, całkowicie zmienić swoje życie, nawet jeśli cos podobnego wydawałoby się niemożliwe.

Parsknęła cicho, kiedy usłyszała jego wersję wydarzeń, zawsze mieli tendencje to wymyślania abstrakcyjnych historii, chociaż, czy ta jego interpretacja faktycznie była taka abstrakcyjna? Była czarnoksiężnicą, on mógł być wzięty za demona, no, był nim poniekąd, przynajmniej dla innych, więc wszystko się zgadzało, nie mogła z tym walczyć.

- Monopol był przewidziany od samego początku, rzadko kiedy trafia się taki demon. - Jeśli już czarnoksiężnica trafiła na najlepszy z możliwych okazów, to przecież nie mogła wypuścić go z rąk, dobrze, że najwyraźniej on też nie chciał uciekać. - Dawno temu poczyniłam rytuały, nie do końca byłam w stanie przewidzieć ich skutki, ale warto było zaryzykować. - Nie mógł jej się trafić ktoś, kto by do niej bardziej pasował, kto by ją lepiej rozumiał, byli idealnie dopasowani, nie dało się lepiej.

- Tak, wanna brzmi jak dobry początek, mam wiele życzeń i podejrzewam, że spełnisz tej nocy większość z nich. - Zdecydowanie powinni zacząć od wanny, nie mogło być inaczej, ta noc była dość wyczerpująca, co wiązało się również z tym, że ich ciała przeżyły wiele, powinni zmyć z siebie kurz tych wszystkich wydarzeń, wiedziała też, że miał to być dopiero początek ich doznań, bo przecież mieli co pieczętować, to miała być bardzo wyjątkowa noc, jedyna taka w całym ich życiu. Nie było w niej czasu na sen.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
18.12.2025, 16:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2025, 16:23 przez Benjy Fenwick.)  
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu, który rozciągnął mi się na twarzy, kiedy mówiliśmy o guście i demonach, o mroku i przysięgach w ten sposób, jakby to były najoczywistsze ingrediencje szczęścia. Naprawdę, gdyby ktoś mi to powiedział dziesięć lat temu, uznałbym, że powinien natychmiast odstawić eliksiry. Nie godziliśmy się na obojętność, nigdy, nawet kiedy udawaliśmy, że potrafimy żyć obok, wystarczy nam półśrodek, rozsądek, dystans. Latami rywalizowaliśmy, mijaliśmy się, wracaliśmy, krążyliśmy po tej samej orbicie, jakby to była gra losu, a nie oczywistość, ten zaś pchał nas sobie w ramiona więcej niż raz, nieskutecznie, dosyć pokracznie. Może dlatego w końcu przestał udawać subtelność i wepchnął nas na siebie z impetem godnym tarana, dopiero teraz nie było w tym żadnego przypadku ani drogi ewakuacyjnej - i dobrze, zadziwiająco dobrze. Stałem z nią na rękach, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, i czułem tę dziwną, lekką pewność, że cokolwiek się teraz wydarzy, już się nie rozpadnie. Byliśmy po tej samej stronie, wreszcie jawnie, tym razem nie zamierzałem się wyplątywać z wyjątkowo jasnego układu, czy tam paktu, terminologia nie była aż tak istotna. Wiedziałem już, że wszystko, co najlepsze, zawsze prowadziło dokładnie tam, gdzie stała ona.
Byliśmy poobijani, doświadczeni, połamani w miejscach, których nie było widać, ale dokładnie dlatego potrafiliśmy sięgnąć po wszystko, bez udawania, bez półśrodków. Trzymałem Prue w górze cały czas, jakby podłoga była opcją czysto teoretyczną - i była, w końcu skoro zaczęliśmy nowe życie z przytupem, reszta ślubnych zwyczajów też była wymagana, co prawda, nie był to próg naszego domu, ale takie detale nie były dziś ważne. Wyjątkowo spontaniczna decyzja nie ciążyła, była jak obietnica, która wreszcie przestała wisieć w powietrzu i stała się faktem, siedziała we mnie jak werdykt, nie wyrok, który zapadł dawno temu, tylko potrzebował właściwego momentu, żeby wreszcie wybrzmieć. Stać razem przeciwko światu… Tak, to było dokładnie to, cholernie mi się to podobało. Ciężar znikał, kiedy decyzja była oczywista, a z nią zawsze taka była, nawet jeśli z boku wyglądało to na czyste szaleństwo.
- Pomyśleś, sze mało kto byłby w stanie uwieszyś w twoje wyjątkowo niebezpieczne plefelensje. - Parsknąłem śmiechem, krótko, bezwiednie, zdradzając się z tym, jak bardzo mnie to bawiło i rozbrajało jednocześnie. - Zawsze podejszewałem, sze masz balso splecyzowane upodobania, chociasz tesz pszes chwilę byłbym w stanie daś się nablaś. Na szczęście akulat w tym jednym pszypadku wyszło idealnie dla mnie, sze nie miałem lasji. - Parsknąłem cicho, pod nosem, bo ten kontrast między treścią a jej uśmiechem był nie do podrobienia. Nie wiedziałem, czy wyłapała ten moment, o którym mówiłem - pewnie nie, chociaż nie raz zaskakiwała mnie łączeniem faktów - najważniejsze było to, że prawda okazała się dużo lepsza od pozorów.
Apartament tonął w półmroku, Londyn za oknem pulsował światłem, a ja czułem, że wszystko, co najważniejsze, już się wydarzyło, reszta była tylko konsekwencją.
- Och, zauwaszyłem. - Odpowiedziałem żartobliwie, gdy już stanęliśmy przy oknie, patrząc na odbicie miasta w rzece za szybą. Nie dało się nie dostrzec tego, że nie prowadziliśmy praktycznie żadnych negocjacji, zanim zdecydowaliśmy się na to, by sformalizować więź, która nas łączyła. - Ale muszę pszyznaś, sze bycie pszypaltym do mulu pszes własną sonę ma w sobie pewien ulok. - Rzuciłem z rozbawieniem, kręcąc głową, jeszcze zanim zdążyłem to powstrzymać.
Zmrużyłem oczy dokładnie w tej samej sekundzie, w której padło słowo „rytuały”, w dodatku „dawne”, to był odruch, zawodowy, chociaż żartobliwy. Nie dało się tak po prostu rzucić w eter „ryzykowne, nieprzewidziane efekty” i liczyć, że przejdę nad tym do porządku dziennego.
- Powinienem się domyśliś. Ty niczego nie zostawiasz pszypadkowi, nawet kiedy udajesz, sze implowizujesz. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, a potem… Potem coś mi przeskoczyło. Przez ułamek sekundy patrzyłem na nią podejrzliwie, a potem… Coś kliknęło. Myśl wpadła mi do głowy z taką siłą, że aż uniosłem brwi wyżej, niż przystało poważnemu, świeżo poślubionemu mężowi - rozszerzyłem oczy wyraźniej, niż wypadało dorosłemu, żonatemu mężczyźnie stojącemu w luksusowym apartamencie. Przez moment jeszcze wierzyłem, że tej nocy nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć - obrączki, rytuał krwi, Savoy, demon na usługach czarnoksiężnicy - wszystko już było na stole.
- Nie. - Rzuciłem twardo, zdecydowanym głosem, z narastającą grozą podszytą absolutnym brakiem powagi. - Nie… Absolutnie nie. - Spojrzałem na nią, potem gdzieś w bok, jakbym próbował zobaczyć własną przeszłość zawieszoną w powietrzu. - Czekaj. Czekaj, czekaj. - Uniosłem palec, powoli, z rosnącym rozbawieniem i czymś bardzo bliskim teatralnemu zaskoczeniu. - „Dawno temu poczyniłam lytuały”? - Zamrugałem. - Nie. Nie, nie, nie… - Parsknąłem, unosząc już całą dłoń. - Czekaj. Chwileczkę. Chwila. - Powiedziałem powoli, z niebezpieczną uprzejmością w głosie. - Chwila, chwila, chwila. - Trzymałem ją cały czas na rękach, opartą o mnie, jakby była tam od zawsze, a jednak ta jedna myśl sprawiła, że spojrzałem na nią uważniej, o wiele uważniej, jakbym właśnie zobaczył ją po raz pierwszy, jakby w półmroku nagle zapaliło się światło w mojej głowie. - Melin cię pokasze… - Popatrzyłem na nią z tą mieszanką rozbawienia i absolutnego olśnienia, która musiała zdradzać wszystko. - To była blansoletka. - Powiedziałem to z pełnym przekonaniem, jak objawienie, przy czym zaśmiałem się krótko, niedowierzająco, jak ktoś, kto właśnie zrozumiał żart opowiedziany dwadzieścia lat za późno, a potem już poszło, bo kiedy Benjy Fenwick coś składa w całość, to robi to do końca, z rozmachem. Pokręciłem głową, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wszystko się zgadzało - fizyczny nośnik, coś, co nosiłem na sobie, coś, co dostałem, zanim nauczyłem się poprawnie rzucać Protego, zanim wiedziałem, jak nie dać się uwiązać na rzemyku. - Ta niewinna, lęcznie lobiona biszutelia. Szemień, kamienie, działanie „ochlonne”, oczywiście balso subtelne, bo pszeciesz byliśmy dziećmi. - Pokręciłem głową, uśmiechając się coraz szerzej. - Na Melina… Ty naplawdę wmanipulowałaś mnie w wieloletnią więś magiczną pszes plezent ulodzinowy. - Spojrzałem na nią uważnie w odbiciu w szybie, od stóp do głów, jakbym pierwszy raz w życiu oceniał ją jako potencjalne zagrożenie magiczne, patrząc na nią z takim skupieniem, jakbym właśnie analizował wyjątkowo podstępną klątwę warstwową. A potem parsknąłem śmiechem, już bez żadnej kontroli. - „Blansoletka pszyjaźni”. - Zrobiłem w powietrzu półcudzysłów palcami wolnej dłoni. - „Pszyjaźń”. - Powtórzyłem z wyraźnym rozbawieniem, przeciągając nazwę jak obelgę. - Chuja tam. To była wczesna welsja kontlaktu małszeńskiego. Nie „pakt s demonem”. Nie „impulsywna decyzja dolosłych ludzi”. Nie. Ty mnie zaploglamowałaś jako dzieciaka, a potem cielpliwie czekałaś, asz dolosnę do roli męsza. Ty mnie wtedy nolmalnie… Zaklepałaś. - Zaśmiałem się znowu, tym razem ciszej, bardziej pod nosem, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wszystko zaczynało do siebie pasować w sposób absolutnie niepokojący. - To był lytuał wiąszący, tylko zapakowany w dziecięcą biszutelię, o cię chuj, zalęczyliśmy się dwie dekady temu. Bez mojej świadomej zgody, dodam. Z tym „to nic takiego, po plostu plezent” tonem. Dałem się zlobiś na szalo w wieku, w któlym największym zagloszeniem magicznym była dla mnie placa domowa s eliksilów. - Prychnąłem z uznaniem. - Lata później dołoszyłaś lytuał klwi, oficjalnie zalegalizowałaś efekt. To była ustawka. Od początku. Była intencja „na zawsze”, był pszedmiot, był kontakt fizyczny, wieloletnia ekspozycja… Klasyka. Splytne. Balso splytne. - Uniosłem brew. - Powiedz mi tylko jedno. Skąd, do diabła, dwunastolatka wzięła taki pomysł? Musiałaś czytać jakąś księgę pisaną przez kogoś a naplawdę stalego, czystoklwistego lodu. - Dodałem z przesadną powagą. - Kto nolmalny myśli „lobię mu plezent, mosze pszy okazji zwiąszę go ze sobą na lesztę szycia”? W takim wieku ustawiaś sobie małszeństwo, to domena alystoklacji. - Pokręciłem głową z niedowierzaniem, ale uśmiech nie schodził mi z ust. Wiedziałem doskonale, że to byłby rytuał zbyt ciężkiego kalibru jak na dwunastolatkę, z naprawdę wysokiej półki, że to raczej moje serce robiło za najłatwiejszy punkt zaczepienia, ale nie mówiłem tego na głos, teoria była zbyt piękna - ta wersja wydarzeń była zbyt dobra, żeby ją psuć faktami. - Czy ty masz pojęcie, jak to bszmi s mojej pelspektywy? - Ciągnąłem, wyraźnie rozbawiony. - Ja tu całe szycie myślę, sze podejmuję własne decyzje, uciekam, wlacam, znikam s własnej woli, a tymczasem… Pyk. Dwunastoletnia czalnoksięsznica wlęsza mi biszutelię i bum. Tak naplawdę byłem na balso długiej smyczy. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Muszę pszyznaś, sze twoje planowanie długotelminowe lobi wlaszenie. - Przyznałem bez oporów.
Nie było pośpiechu, nie było snu w planach, nie było niczego poza tym początkiem, który smakował obietnicą długą jak całe życie.
- Wanna jako pielwszy punkt ploglamu bszmi jak balso lozsądna decyzja. - A kiedy powiedziała o życzeniach, parsknąłem cicho, znowu tym niskim śmiechem, który zawsze zdradzał, że jestem jednocześnie rozbawiony i bardzo, bardzo zainteresowany - Wiele szyczeń - powtórzyłem z lekkim uśmiechem, ruszając w głąb apartamentu, w stronę łazienki, którą ktoś urządził z tą bezwstydną pewnością, że wszystko tu ma robić wrażenie - bszmi jak lista, s któlą poladzę sobie bez naszekania. Zwłaszcza sze najwylaśniej jestem tu od dawna na pełnym etacie. - Trzymałem ją pewnie, wysoko, była dokładnie tam, gdzie powinna, to było oczywiste, że nie będę rezygnował z tego przywileju, otwierając sobie uchylone drzwi przy pomocy barku i biodra. Postawiłem ją dopiero przy samej wannie, ale tylko na sekundę, wystarczająco długo, żeby sięgnąć po kran i odkręcić wodę - para zaczęła unosić się nad wanną, światło z zewnątrz odbijało się na jasnych kaflach - zaraz potem znów objąłem ją ramieniem, przyciągając bliżej, jakbym nie ufał grawitacji.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
18.12.2025, 20:57  ✶  

- Kamuflowanie się najwyraźniej nieźle mi wychodzi. - Zawsze wychodziło. Nosiła maski, kto ich nie nosił? Mało kto miał szansę zobaczyć, to co się po nimi kryło, nie dopuszczała do siebie praktycznie nikogo, bo nie widziała takiej potrzeby, nie wydawało jej się, aby był jakikolwiek sens w tym, żeby ludzie wiedzieli o niej wiele. Z pozory była przecież grzeczna, ułożona, miała odpowiednie stanowisko, nie najgorszy zawód, to wystarczyło, żeby wyrobili sobie o niej jakąś opinię, Benjy'emu jednak od zawsze pokazywała więcej, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co kryło się pod tą całą otoczką. Wiedział o jej zainteresowaniach, fascynacjach, nie musiała się z nimi kryć przed jego osobą, to było dla niej ważne, bo miała świadomość, że nieco odstaje od normalności, ale on również nie wpasowywał się w ogólnie przyjęte normy, więc dopasowali się pod tym względem doskonale.

- Zawsze dostrzegałeś więcej niż inni, widziałeś więcej. - Być może to ona po prostu pokazywała mu więcej, nawet kiedy próbowali być dla siebie obojętni, gdy próbowali udowadniać, że się nie znoszą, nawet wtedy była z nim dużo bardziej szczera niż z resztą otoczenia, chociaż wtedy się do tego przed sobą nie przyznawała. Łatwo było jej się przy nim zapominać,. - Tego się jednak nie spodziewałam, że i Ty mogłeś w to wierzyć, nawet jeśli tylko przez chwilę. - Najwyraźniej jej gra była dużo lepsza, niż zakładała. Momentów mogło być wiele, o który konkretnie mu chodziło nie miała pojęcia, najwyraźniej dzisiaj nie do końca składnie zbierała myśli, na szczęście nie musiała tego robić, nie musiała się już niczym przejmować, osiągnęli w końcu wszystko na czym im zależało.

- Dobrze jest jednak wiedzieć, że zastanawiałeś się nad moimi upodobaniami, i że jednak Cię nie zawiodłam. - Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Naprawdę okropnie lekko było jej teraz przy nim, nie musiała niczego udawać, mogła być sobą i to wydawało jej się być naprawdę najbardziej właściwą rzeczą na świecie.

- Tak właściwie to chyba w ogóle go nie było. - Decyzja została podjęta bardzo spontanicznie, nie było czego negocjować, zdecydowali, że chcą postąpić w ten sposób, że chcą stać się małżeństwem, więc stwierdziła, że najlepiej będzie, jeśli to zrobią od razu. Nie miała w zwyczaju odsuwać rzeczy w czasie, szczególnie, gdy jej na czym zależało, a akurat na tym ślubie zależało jej bardziej, niż na czymkolwiek innym. Dał jej wybór, podjęła więc najbardziej właściwą decyzję, nie miał nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie sam znał kogoś, kto mógł związać ich tym rytuałem, no nie mógł jej się trafić bardziej odpowiedni kandydat na męża.

- Zobaczymy, jak długo będziesz tak uważał. - Parsknęła cicho, nie powinien mówić tego głośno, bo Prue lubiła przeprowadzać eksperymenty, doskonale zdawał sobie z tego sprawę, mogłaby sprawdzić, jak długo będzie podchodził do tego z takim entuzjazmem... nie, żeby chciała robić mu na złość, czy irytować go bez żadnego powodu, jednak poniekąd znowu sam włożył jej sztylecik do ręki. Zgrywała się oczywiście, to też nie było niczym nowym.

- Ktoś taki jak ja nie może zostawiać miejsca na improwizację, przecież wiesz, zawsze mam wszystko zaplanowane, punkt po punkcie na liście do odhaczenia. - W tym wypadku było to bardzo dalekie od prawdy, nie była w stanie zaplanować i przewidzieć tego, co ich spotykało, ba nie wymarzyłaby sobie lepszej wersji wydarzeń, ale nic nie szkodziło temu, żeby mówiła, iż było zupełnie inaczej.

Lustrował ją wzrokiem, widziała, że w jego głowie dochodzi właśnie do jakiegoś bardzo skomplikowanego procesu myślowego, jego twarz jej to powiedziała, nie miała pojęcia, co się działo, wiedziała jednak, że na pewno się z nią tym podzieli, nie zostawi tego dla siebie.

Oświeciło go, widziała ten błysk w oku, jakby coś zaskoczyło. Nie mogła nie zareagować śmiechem na jego poruszenie, wyglądał przy tym całkiem zabawnie, jakby nagle znalazł ostatni puzzel, którego brakowało mu, aby ułożyć całą układankę.

- Nawet jeśli Merlin mnie pokaże, to było warto. - Ciągnęła to, widać było, że idealnie ułożył sobie w głowie jej poczynania, wszystko pasowało do tego, co powiedziała. Stworzył historię, w którą łatwo było uwierzyć. Zrobiła mu tę bransoletkę bardzo dawno temu, to prawda, właściwie nie pytała, czy nadal ją nosił, nie widziała jej na jego nadgarstku, miał tam poplątane ich zbyt wiele, ta jej na pewno dokonała już dawno swojego żywota. Och, powinna zapytać, czy klątwa mu dokuczała, i jak długo, możliwe, że nie, nie miała pojęcia ile właściwie utrzymywał się podobny urok, babka raczej nie sięgałaby po bardzo trwałe zaklęcia, chociaż kto wie... Jej babka była bardzo specyficzną osobą, w sumie można się po niej było spodziewać wszystkiego.

- Nie wmanipulowałam Cię, sam chciałeś ją założyć, nie pamiętasz, ja ją tylko zrobiłam, gdybyś się ze mną nie przyjaźnił, nie dostałbyś bransoletki przyjaźni, w którymś etapie życia miałeś wybór, później go zabrakło. - Nie dostałby bransoletki, gdyby nie zostali przyjaciółmi, nie zostaliby nimi, gdyby nie wpadli na siebie wtedy w pociągu, to było dziełem przypadku, ale czy na pewno, może Prue już wtedy wywęszyła okazję, dostrzegła ciemną czuprynę i postanowiła spróbować swoich szans? W końcu była okropnie przebiegła.

- Tak, jako dwunastolatka już byłam pewna, że kiedyś Cię poślubię, prosta sprawa, musiałam nieco pomóc przeznaczeniu, ale to zadziałało. - Oczywiście, że jak przystało na świadomą i ułożoną nastolatkę myślała o przyszłości i musiała się zabezpieczyć, przyjaźń była tylko przykrywką jej całego niecnego planu.

- Nie da się ukryć, że wtedy nie interesowało Cię nic więcej poza quidditchem, łatwo było zarzucić sieci, nawet zbyt łatwo. - Złapał się w nie w końcu bez większego problemu, czyż nie?

- Wiesz, że spędzałam godziny w bibliotece, w książkach naprawdę można znaleźć wiele, a przy drobnej pomocy wprawionej czarownicy wszystko da się przenieść z teorii na praktykę, nie byłam, aż taka zdolna, abym sama mogła się tym zająć. - W to by jej na pewno nie uwierzył, grunt jednak, że ten cały misterny plan przyniósł odpowiednie skutki.

To nic, że chyba nie dało się czegoś takiego osiągnąć dzięki magii, a przynajmniej nigdy nie słyszała o czymś podobnym, ta historia mogła brzmieć jak prawdziwa, nie była w stanie jednak nie śmiać się cicho bo to było tak cholernie absurdalne, a jednak jakby dłużej się nad tym zastanowić to brzmiało jakby faktycznie mogło się wydarzyć.

- Musiałeś myśleć, że możesz mieć na to jakiś wpływ, dzięki temu mogłam sprawdzić, czy faktycznie jestem wprawioną czarnoksiężnicą, to był bardzo długi eksperyment, jednak zakończył się sukcesem, więc chyba już jako dwunastolatka miałam całkiem niezłe zadatki. - Nie zakończyła jeszcze tej abstrakcyjnej rozmowy, ta cała historia była zbyt piękna, zbyt pięknie pasowała do tego, co ich spotkało, aby już teraz przestać się w nią angażować.

- Cieszę się, że je doceniasz, to naprawdę wiele dla mnie znaczy, będziesz miał szansę jeszcze zobaczyć, jak działa, to dopiero początek, pierwszy sukces za nami, a przed nami całe życie, przekonasz się jak wygląda to planowanie. - Dodała jeszcze z uśmiechem, tak właściwie to ani na moment nie schodził on z jej twarzy.

- Jak zawsze, przecież podejmuję same rozsądne decyzje. - Tak, rozsądek mógłby być jej drugim imieniem, chyba, że znajdowała się przy nim, wtedy przestawał istnieć, na pewno doskonale zdawał sobie z tego sprawę, przy nim budziło się w niej coś, co chowała bardzo głęboko i nie chciało znikać, wręcz przeciwnie krzyczało, aby pozwalała się temu jak najdłużej utrzymywać na powierzchni i już nie musiała z tym walczyć, nigdy więcej.

- Uwielbiam listy, rano będę mogła odhaczyć wszystkie punkty, które się na niej znajdują, podejrzewam, że nie pominiesz żadnego z nich, a być może nawet trzeba będzie coś dopisać. - Tak naprawdę to miała tylko jedno życzenie i dzisiaj już się ono spełniło, teraz już nic nie miało żadnego znaczenia. - Na pewno nie będziesz narzekał, a przynajmniej tak mi się wydaje. - Miała to być ich noc, mieli razem czerpać z niej satysfakcję, poczuć się jak nigdy wcześniej, wiedziała, że na pewno im się to uda.

Zaniósł ją do łazienki, zrobił to bez najmniejszego problemu, nadal miała wrażenie, że nie jest dla niego żadnym ciężarem, już nigdy nie miała być. Postawił ją na ziemi, dziwnie poczuła się kiedy dotknęła stopami podłogi, długo znajdowała się bowiem w jego ramionach, dość szybko jednak znowu przyciągnął ją do siebie, znowu znalazł się blisko niej, doskonale, bo nie chciała być nigdzie indziej. Ciepła woda, która płynęła z kranu powodowała, że w łazience zaczynała pojawiać się para, jeszcze chwila, a będą mogli się w niej zgubić niczym we mgle. Wystarczyło tylko, aby pozbyli się z siebie tych ubrań, które wyjątkowo zaczynały jej przeszkadzać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7798), Prudence Fenwick (6940)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa