Nie wiedział czym jest to całe przyjęcie, ale skoro było w Dniu Bożego Narodzenia, to musiało to być przyjęcie bożonarodzeniowe, prawda? To raczej było dość logiczne, jednak co to okazja biznesowa o której Senior cały czas mamrotał pod nosem? Co mogłoby być tak ważnego, że ojciec był tym tak poruszony? Czyżby w końcu znaleźli coś co mogłoby zniszczyć Karkaroffów!? Alexandrowi aż zaświeciły się oczy, gdy przemierzali zasypane śniegiem ulice Petersburga. Cudownie. Oh. On też nie mógł się już doczekać tego przyjęcia, więc przyśpieszył kroku, zrównując się w końcu z ojcem. Co za noc! CO ZA NOC.
W końcu dotarli do jakiegoś pomniejszego pałacyku na przedmieściach. Oczywiście na pałacyk rzucono masę różnorakich zaklęć maskujących, do których Alexander nie miał teraz głowy. Miał do obmyślenia wiele ważniejszych kwestii. O tak. Ważniejszych. Jak wykończenie każdego z Karkaroffów osobno, czy może wrzucenie ich do masowego grobu i wykończenie wszystkich razem? W ustach aż mu zaschło z wrażenia, więc gdy znaleźli się w przestronnej sali, ktoś wcześniej zabrał ich płaszcze, Alexander rozejrzał się wokół szukając czegoś do zwilżenia gardła.
Cała sala bankietowa była bardzo przestronna, widać było, że nie wszystko zostało zniszczone po rewolucji i niektóre miejsca, pamiętające jeszcze carat, zostały nietknięte, zwłaszcza miejsca z żywą historią, miejsca magiczne. Wielkie kryształowe żyrandole świeciły jasno, oświetlając zebranych czarodziejów i czarownice. Gwar i chaos. To było miejsce do omawiania posunięć dyplomatycznych, do zawierania umów. To było miejsce Alexandra. Jednak ojciec odprawił go, machnięciem ręki, tłumacząc, że ma coś do załatwienia i że pośle po niego, gdy nadejdzie na to odpowiedni moment. Tak więc Alexander przecisnął się przez tłumy zgromadzonych ludzi, zauważył nawet kilka tańczących par na środku sali, jednak on nigdy nie miał głowy do tańca. Znał jakieś podstawowe ruchy, ale w zasadzie wolał bardziej... intymne aktywności.
W końcu zauważył coś co przykuło jego uwagę, niewielki szwedzki stół, przy którym stała młoda kobieta, była odwrócona do niego tyłem, stała tam sama, ale to co najbardziej rzucało się w oczy to... Jej włosy. Na Carewicza Mikołaja... Co to były za włosy. Proste, długie, lśniące w świetle tych kryształowych żyrandoli... A ich kolor? Nigdy w życiu Alexander nie zapomni tego koloru. Czerwone, krwiste, jak słonce o wschodzie. Jak krew rozlana na tanecznym parkiecie, jak róża, która dopiero co wypuściła szkarłatne pąki. Był to kolor tak intensywny, tak przerażający i pociągający, jakby kobieta, do której te włosy należały, zdawała się mówić: "Chodź. Spróbuj swoich sił, sprawdźmy czy twoja krew dorówna kolorowi moich włosów." I, cholera, już nie mógł się doczekać, aby sprawdzić. Szybko znalazł się obok niej, jej twarz promieniowała tak szlachetnymi rysami, jakby sama Afrodyta postanowiła przyjąć śmiertelną powłokę, aby zabawić się tego wieczoru. I tak jak Alexander zawsze wiedział co powiedzieć, tak tym razem zapomniał nawet jak się nazywa. сука - zdążył tylko pomyśleć i odchrząknął znacząco, jakby chciał zwrócić na siebie jej uwagę.
-Witam, Panienkę. Czyżby miała pani za matkę boginię? Czy może to po stronie ojca, należy się spodziewać uderzeń gromów?
Przestało mu się nawet chcieć pić. W ustach miał sucho, ale teraz już z zupełnie innego powodu. Cholera, Alexander. Co się z tobą działo? Przecież miłość, a już z pewnością miłość od pierwszego wejrzenia, nie istnieje, więc przestań merdać ogonem, jak grzeczny psiak, tylko dlatego, że wpadła Ci w oko.