w mieszkaniu przy Alei Horyzontalnej
W jakim miejscu mógł mieszkać ktoś taki jak Dægberht? Ludzie często wyobrażali sobie, że żyje na statku przycumowanym w dokach lub knajpie rodzinnej na Isle of Dogs, on jednak nie zniósłby ani jednego, ani drugiego. Czasami musiał odpocząć od wody. No i zawsze, absolutnie zawsze potrzebował odpoczywać od swojej rodziny. Niechęć do spędzania z nimi czasu nie wynikała z braku sympatii ani nienawiści - wręcz przeciwnie, cenił i swoich rodziców i dalszych krewnych, szanował swoją byłą żonę, kochał córkę - ale nigdy nie był kimś wybitnie rodzinnym.
Jego egzystencja była wielkim, silnym umiłowaniem wolności. Taką wolność oferowało mu to miejsce. Mieszczące się na poddaszu mieszkanie w starej kamienicy przy Alei Horyzontalnej nie było jego własnością. Wynajmowali je w trójkę - on, Viorica i Scylla - bo czwartego lokatora nie udało się znaleźć. Jako ich reprezentantka, Viorica Zamfir widniała na szklanej tabliczce adresowej we wnętrzu klatki schodowej. Flintowi wydawało się, że w jakiś sposób tego chciała. Nawet jeżeli to było złudzenie, mogła poczuć się przez chwilę jak ktoś, kogo było na takie lokum stać. Ale to było kłamstwo. Na pocieszenie - może żadne z nich nie było kimś wybitnie bogatym, ale posiadali coś ważniejszego niż pieniądze - ta przestrzeń posiadała urzekającą, przytulną atmosferę, która krzyczała wręcz: oto dom ludzi, którzy wiedzą, jak żyć.
To miejsce nie posiadało surowego porządku, ale tętniło pozytywną energią. Bo to była trójka wariatów. Widząca ucząca się fachu od celebryty, zbierająca robactwo wszelkiej maści. Dægberht tytułujący się szeregiem przeróżnych zawodów, modlący się na balkonie noc w noc, jakby nagle miało to przynieść Londynowi spokój. Viorica, wiecznie marząca o byciu kimś więcej niż była i pakująca się przez to w obrzydliwe kłopoty. Szpilki do włosów, szpilki do motyli, szpilki do wkłuwania w składniki alchemiczne, żeby nie rozpadły się w wywarze i łatwiej było je wyciągnąć. Tutaj obcęgi, tam niedomyty kocioł. Skarpetki porzucone tu i ówdzie. Wypalone świece przyklejone do parapetu przy wiecznie roztwartej okiennicy, przez którą do rozgrzanego salonu wpadało świeże, zimne powietrze, kontrastujące z duszącą temperaturą od nagrzanego, blaszanego dachu. Splatało się tutaj tyle różnych charakterów... Dębowe stoły i krzesła nosiły znamiona pracy, plamy, jedno było nawet nadgryzione przez chrząszcze, które kiedyś uciekły Scylli z terrarium. Półki i kredensy zastawione były mieszanką flakoników, chaotycznie rozłożonych ksiąg, zasuszonych ziół. Stół miał ślady po lutowaniu absurdalnej ilości srebrnych pierścionków. Kuchenna wyspa zawsze była w ruchu i teraz również będzie, bo może żadnej z kobiet teraz tutaj nie było, ale gościa miał nieobecny często Flint. A może raczej gościnię.
- Laurent - zaświergotał, witając ją w drzwiach i delikatnie objął ją ręką, nim wpuścił dziewczynę do tego ich małego świata. Duże, wpuszczające dużo słońca okna były nieco przysłonięte grubą, ciężką zasłoną. Oczy mu jeszcze nie przywykły do funkcjonowania w Londynie. - Właśnie wstawiłem wodę na herbatę. - Uśmiechnął się serdecznie, zamykając za nim drzwi, ale nie pomagając mu w niczym. Ani w odwieszeniu ewentualnego odzienia wierzchniego, ani w odnalezieniu się w tym miejscu, chociaż gospodarze zwykli zalewać innych masą pytań i zapewnień, że nie - nie musieli ściągać butów. Ale tym razem może jednak musieli, bo Flint chodził tutaj boso. Odziany w długie, wzorzyste, materiałowe spodnie i białą koszulę wyglądał trochę jak ktoś ubrany w nieco za duże ubrania, ale on nigdy nie wyglądał szczególnie normalnie. Bardziej podobała mu się moda z dalekich stron, niż ta czysto brytyjska - zapewne przez brak kolorów. A to był najkolorowszy ptak w okolicy - z dumą prezentujący mu wiszącą nad kominkiem mapę świata, do której przybił właśnie nową szpilkę. - Zapomniałem to zrobić. Niedługo zabraknie miejsc, w których nic nie zbroiłem. - I faktycznie, wbita w mapę pinezka była jedną z tak wielu, że ciężko było na pierwszy rzut oka oszacować ich ilość. Można było za to oceniać tę nie mającą żadnego rytmu przestrzeń pachnącą solą, dymem, cytrynowym eliksirem na przeziębienie i kadzidłem, które miało oczyścić ją ze złej energii.
Było tu wiele opcji, żeby usiąść - na krześle przy stole, przy wyspie kuchennej, na sofie naprzeciwko kominka, lub na poduszkach rozlokowanych na wzniesieniu przy największym oknie - miejscu, które musiało być świadkiem tysięcy wieczornych rozmów.
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr