27.02.2023, 16:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2023, 16:28 przez Danielle Longbottom.)
Danielle, pomimo pokładów empatii oraz otwartej głowy na różnorodność, nigdy nie pochylała się głębiej nad problemami, z jakimi musieli zmagać się Charłacy. A było ich bez wątpienia ogrom. To nie tak, że nie chciała poświęcić im swojej uwagi, czy uważała ich za obywateli gorszej kategorii; po prostu nie miała zbyt dużej styczności z tą grupą ludzi. Spychani na margines, nie mówiło się głośno i ich istnieniu i problemach, jakie wynikają z życia w świecie czarodziejskim bez zdolności magii. Przecież nawet skrzaty domowe posiadały możliwość czarowania, a i tak w oczach większości rodzin czystokrwistych nie posiadały żadnej wartości. Narodziny dziecka, które nie posiadało zdolności magicznych pomimo nieskażonego rodowodu uznawane było za hańbę w rodzinie, przez co nierzadko decydowano się na ukrywanie istnienia takiej osoby przed światem, zamykając przed nimi jakiekolwiek możliwości wykazania się i przysłużenia rodzinie w inny sposób.
W dniu gdy miał odbywać się marsz, była w pracy. Odkąd stała się pełnoprawną uzdrowicielką, w szpitalu spędzała jeszcze więcej czasu niż w trakcie stażu, przez co niektórzy jej najbliżsi podśmiechiwali się, że w zasadzie mogła przeprowadzić się do Munga na stałe. Niedoczekanie. Opuścić posiadłość Longbottomów, pozbawiając się możliwości spotykania (przelotnego co prawda) z rodziną? Nie ma takiej możliwości. Tego dnia wyjątkowo oznajmiła, że wyjdzie o wyznaczonej porze; jeżeli dobrze pójdzie, zdąży dołączyć się do Marszu. Nie wiedziała jeszcze, czy w formie uczestnika czy biernego widza; nie miała na to większego planu. Działanie bez planu w jej wypadku to nie było nic wyjątkowego.
Wiedziała doskonale, że jej siostra jak i kuzynostwo będą czuwać nad bezpiecznym przebiegiem marszu - rozmawiali o tym mimochodem poprzedniego dnia. Miała gorącą nadzieję, że uda jej się dostrzec czy to któregoś z Longbottomów czy Patricka, dzięki czemu będzie mogła dołączyć się do nich, nawet jeżeli swobodna rozmowa nie byłaby możliwa - wszak byli w pracy i na tym przede wszystkim musieli się skupić. Z cichym pyknięciem charakterystycznym dla teleportacji pojawiła się w jednej z bocznych uliczek, tuż nieopodal trasy, którą miał przebiegać marsz. Z co poniektórych stron dochodziły ją szepty ludzi, którzy również zainteresowani byli samym marszem. Niektóre z głosów zdawały się popierać wydarzenie, inne z kolei... całkowicie nie. Słowa i obrzydliwe obelgi kierowane w stronę Charłaków, które udało jej się usłyszeć sprawiły, że wzdrygnęła się mimowolnie. Wchodzenie w dyskusję było kompletną głupotą i choć w innych warunkach najpewniej by to zrobiła, tym razem postanowiła skupić się na odnalezieniu znajomej, przyjaznej twarzy.
Sam Marsz nietrudno było zlokalizować - duża grupa ludzi parła na przód, wykrzykując postulaty. Poza wnioskami na korzyść Charłaków, z różnych stron spoza marszu dobiegały głosy podobne do tych, które słyszała w bocznej uliczce.
Niedobrze - przemknęło jej przez myśl. W tak wielkim tłumie nietrudno było o eskalację konfliktu pomiędzy marszem a kontrmarszem, co wywołałoby panikę i ogólny chaos; niezależnie od tego, ilu aurorów czuwałoby nad porządkiem. Rozglądała się, jednak ku swojemu rozczarowaniu, nie dostrzegła nikogo znajomego.
W dniu gdy miał odbywać się marsz, była w pracy. Odkąd stała się pełnoprawną uzdrowicielką, w szpitalu spędzała jeszcze więcej czasu niż w trakcie stażu, przez co niektórzy jej najbliżsi podśmiechiwali się, że w zasadzie mogła przeprowadzić się do Munga na stałe. Niedoczekanie. Opuścić posiadłość Longbottomów, pozbawiając się możliwości spotykania (przelotnego co prawda) z rodziną? Nie ma takiej możliwości. Tego dnia wyjątkowo oznajmiła, że wyjdzie o wyznaczonej porze; jeżeli dobrze pójdzie, zdąży dołączyć się do Marszu. Nie wiedziała jeszcze, czy w formie uczestnika czy biernego widza; nie miała na to większego planu. Działanie bez planu w jej wypadku to nie było nic wyjątkowego.
Wiedziała doskonale, że jej siostra jak i kuzynostwo będą czuwać nad bezpiecznym przebiegiem marszu - rozmawiali o tym mimochodem poprzedniego dnia. Miała gorącą nadzieję, że uda jej się dostrzec czy to któregoś z Longbottomów czy Patricka, dzięki czemu będzie mogła dołączyć się do nich, nawet jeżeli swobodna rozmowa nie byłaby możliwa - wszak byli w pracy i na tym przede wszystkim musieli się skupić. Z cichym pyknięciem charakterystycznym dla teleportacji pojawiła się w jednej z bocznych uliczek, tuż nieopodal trasy, którą miał przebiegać marsz. Z co poniektórych stron dochodziły ją szepty ludzi, którzy również zainteresowani byli samym marszem. Niektóre z głosów zdawały się popierać wydarzenie, inne z kolei... całkowicie nie. Słowa i obrzydliwe obelgi kierowane w stronę Charłaków, które udało jej się usłyszeć sprawiły, że wzdrygnęła się mimowolnie. Wchodzenie w dyskusję było kompletną głupotą i choć w innych warunkach najpewniej by to zrobiła, tym razem postanowiła skupić się na odnalezieniu znajomej, przyjaznej twarzy.
Sam Marsz nietrudno było zlokalizować - duża grupa ludzi parła na przód, wykrzykując postulaty. Poza wnioskami na korzyść Charłaków, z różnych stron spoza marszu dobiegały głosy podobne do tych, które słyszała w bocznej uliczce.
Niedobrze - przemknęło jej przez myśl. W tak wielkim tłumie nietrudno było o eskalację konfliktu pomiędzy marszem a kontrmarszem, co wywołałoby panikę i ogólny chaos; niezależnie od tego, ilu aurorów czuwałoby nad porządkiem. Rozglądała się, jednak ku swojemu rozczarowaniu, nie dostrzegła nikogo znajomego.