13.12.2025, 21:15 ✶
02.10.1972
Francja, Paryż, Le Fil du Temps
Francja, Paryż, Le Fil du Temps
Paryż w 1972 roku zdawał się mieć w sobie drapieżną nowoczesność, która w Londynie dopiero raczkowała. Ceolsige szła pewnym krokiem Avenue Montaigne, ignorując mugolskie westchnienia do wystaw Yves Saint Laurenta. Jej cel znajdował się w miejscu, które dla zwykłego śmiertelnika było jedynie optycznym złudzeniem, cieniem rzucanym przez sąsiedni budynek Pierre’a Cardina. Miejsce jej było znane z wcześniejszych wycieczek z Cutty Sark.
Wąska fasada wykonana była z matowego, czarnego kamienia. Nierówności, załamania i szczeliny na jego powierzchni sprawiały, że wyglądał, jakby pękł pod naporem magii. W szczelinach pulsowały złote, płynne żyły, zbiegające się ku centralnemu punktowi układając się w nazwę: Le Fil du Temps.
Klamki nie było bo i nie była potrzebna. Czarna tafla wykrywała nadchodzących czarodziejów owiewając ich magicznym cieniem i rozchylając się bezszelestnie na boki.
Przepych wnętrza był spodziewany, a mimo to zaskakujący w swej prezencji dla kogoś nienawykłego do bogactwa. Nie przypominało jednak wnętrza sklepu a raczej szkatułki z biżuterią lub zabytkowego zegara. Dominowało ciemne, polerowane drewno, mosiężne wykończenia i głęboka, butelkowa zieleń welurów.
To, co jednak najbardziej pieściło zmysły, to dźwięk. Nie grała tu żadna muzyka, nie było słychać zgiełku ulicy, z podłoża nie dało się dobyć żadnego znaku kroków. Powietrze wypełniał jednostajny, hipnotyzujący szum. Niczym dźwięk tysiąca jedwabników pracujących jednocześnie nad nieskończoną nicią. Ten organiczny biały szum był co chwila przerywany metalicznym, satysfakcjonującym ciach ocierających się o siebie stalowych ostrzy nożyc.
W centralnym atrium, lewitując na różnych wysokościach, tańczyły drewniane, przegubowe manekiny. Nie były to martwe wieszaki, lecz aktorzy w niemym teatrze mody. Część z nich wirowała w takt nieobecnej muzyki, część spacerowała. Jedna para w połyskliwych szatach zasiadała właśnie do hebanowego stolika.
Niemalże z nicości pojawiła się ekspedientka o dziwnej fryzurze ułożonej w złotą falę spływającą na lewą stronę głowy. Idealnie skrojona czarna szata lśniła jak obsydian podkreślona złotymi obszyciami. Wykonując delikatny ukłon zaprosiła gości do znajdującej się w głębi oszklonej windy. Windy, którą parowy gejzer wyniósł na piętro do przestronnych przymierzalni gdzie klienci mogli w dyskrecji przepastnych pomieszczeń dobierać odpowiednie kreacje.
- Jak znajdujesz tą wersję. - Pytanie Ceolsige wypełniło przestronną przymierzalnie kiedy wychynęła zza magicznej mgły. Nosiła na sobie ognistoczerwoną szatę o długich rękawach. Barwa przechodziła płynnie, przez pomarańcz w złoto ku krawędziom sukni i szerokich rękawów. Faktura tkaniny miała przywodzić na myśl płomienie i pióra, mieniąc się przy tym licznymi kryształkami. Całość miała chyba kojarzyć się z feniksem, niestety nie współgrała chyba za dobrze z bladą cerą i blond włosami kobiety.
Podeszła szybkim krokiem ku podwyższeniu otoczonym przez wysokie lustra, na których na polecenie pojawiały się odbicie akcesoriów i dodatków jakimi można było uzupełnić kreację jednocześnie wykluczając z odbicia całe pomieszczenie z lewitującymi lub stojącymi pufami i fotelami dla "doradców". W tym wypadku jednego doradcy.
Odwróciła się do Lazarusa posyłając mu zachęcający uśmiech spod fali jasnych włosów. - Nie obrażę się. - Wspomniała uspokajająco w zupełnie przyjacielskim i nieco rozbawionym tonie. Od kiedy wyruszyli była szczerze rozbawiona całą sytuacją i postanowiła potraktować ją niemal jak dziecięcą zabawę. Miłe odprężenie od codziennych wyzwań ostatnich tygodni.