• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[09.09.1972] Once I dreamed that we were close to each other

[09.09.1972] Once I dreamed that we were close to each other
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#11
27.11.2025, 05:29  ✶  
Było coś jej zdaniem wyjątkowo okrutnego w przywiązywaniu do siebie ludzi tylko po to, by nagle zacząć ich od siebie odpychać. Szczególnie, kiedy ci kochali i chcieli być kochanymi. Zawsze myślała wtedy o nieszczęsnym lisku i księciu, tylko zazwyczaj nie robiła tego w swoim odniesieniu. To inni cierpieli w ten sposób. To inni byli odtrącani i odpychani, jakby jej to nieszczęście nigdy miało nie dotyczyć.

Patrzyła, ale nie na jego twarz, a na swoją własną dłoń, którą otaczały jego palce i na której skórze zdawała się wciąż czuć ciepło złożonego przez niego pocałunku. A potem nabrała powietrza znowu, tak samo łapczywie i w jakimś urywanym geście.

Loretta. No tak. Zawsze wszystko musiało się kręcić wokół Loretty i wracać do niej. Nie ważne jak bardzo starała się o niej ostatnio zapomnieć i dać sobie z nią spokój, szczególnie kiedy miała na głowie zupełnie inne problemy. To najwyraźniej nie miało znaczenia, kiedy każdy jeden istotny mężczyzna w jej życiu, zdawał się walczyć o to by o tej kobiecie nie zapomniała ani na moment.

- Powiesz mi tym razem coś, czego jeszcze nie słyszałam?


she was a gentle
sort of horror
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#12
27.11.2025, 12:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2025, 12:35 przez Alexander Mulciber.)  
Obrócił jej dłoń, sunąc palcem wzdłuż linii serca.

– Bo ty nie mogłabyś być moją żoną. Nie rozumiesz, Rosie? Wtedy musiałbyś być moją żoną. A moja żona nie mogłaby mieszkać na Nokturnie. Nie mogłaby odwiedzać zamtuzu, który prowadzi jej rodzina. Rodzina, której istnienie przynosi jej tylko wstyd. Jak myślisz, dlaczego przedstawiłem cię tylko matce? Czy mój ojciec pozwoliłby nam żyć tak jak żyliśmy, gdyby wiedział? A wciąż jest jeszcze to, co mówiliby obcy ludzie... Jak byś to zniosła, ukochana? Kiedy nie byłoby nikogo, kto mógłby unieść pięści, aby uciszyć nienawistne szepty na twój temat, jak byś sobie poradziła? Tak jak radzisz sobie teraz? – pytał spokojnie Alexander, słychać jednak było smutek w jego głosie. – Moja żona musiałaby to wszystko znieść. A ty... Ty byś tego nie zniosła. Ty byś tego nienawidziła. Nienawidziłabyś być moją żoną. W końcu znienawidziłabyś i mnie, za to, że jestem twoim mężem. A Loretta nie dbała nigdy o takie rzeczy. A jeśli kiedykolwiek dbała, to przestała dawno temu, wtedy, kiedy odebrałem jej dziewictwo. Dziewczyna z jednej z najpotężniejszych rodzin czystej krwi, z reputacją zniszczoną już na starcie... Złamałem ją. A Lestrange’owie? Oni są wściekli, że ją złamałem. Jeszcze bardziej wściekli, że ją poślubiłem. Ale tylko dlatego, że nie zrozumieli jeszcze, że nie ma nikogo lepszego ode mnie, kto chciałby pojąć Lorettę za żonę. – Zimne kalkulacje Alexandra były przerażającymi, ale mężczyzna albo nie zdawał sobie z tego sprawy, albo zwyczajnie o to nie dbał. – Chcę ich gniewu. Chcę ich pustych gróźb. Chcę patrzeć, jak dochodzą wreszcie do bolesnego wniosku, że gniew i groźby nic im nie dadzą. Chcę widzieć ich desperację. A potem chcę słyszeć ich poddańcze błagania: "weź ją sobie". Weź ją, prosimy, bo inaczej musielibyśmy wydziedziczyć naszą ukochaną córeczkę. Wykląć ją z rodziny, której – mimo naszych starań – przynosi tylko wstyd. Oczywiście, że załamywali by ręce, że wychodzi za takiego łajdaka, jak ja, ale kto inny by ją zechciał? Bo kto inny wziąłby za żonę taką puszczalską kurewkę jak Loretta? Czyja córka, czystej krwi panienka, dopuściwszy się podobnych wybryków, miałaby takie same perspektywy na małżeństwo jakie ma ona? Jestem jednym z najmłodszych, jeżeli nie najmłodszym pośród wszystkich lordów czystej krwi w Wielkiej Brytanii. Dziedziczę po ojcu wszystko. U mojego boku Loretta stałaby się więc lady Mulciber, panią na Mulciber Manor... A jeśli dałbym jej dziecko? Wkrótce każdy zapomniałby, że była kurwą. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko jedno. Dobro rodziny. A jej rodzina musi ją bardzo kochać, skoro nigdy jej nie wydziedziczyli po tych wszystkich latach, które spędziła puszczając się publicznie na prawo i na lewo. Nawet Louvain rozumie, że dopiero u mojego boku z kurwy mogłaby stać się panią. Louvain, prawa ręka Mistrza, najpewniej dziedziczący majątek Lestrange’ów... Powiedz mi, jak mógłby skrzywdzić człowieka, którego kocha jego siostra? Człowieka, od którego zależy jej reputacją? A gdyby miała ze mną dzieci, jak mógłby je skrzywdzić? Przecież byłyby też mimo wszystko dziećmi Loretty. A jak sama zauważyłaś, "Louvain jest okrutny, ale nie marnotrawny". Bo kocha Lorettę tak jak i ja kocham ciebie.

Wszystko to powiedział takim samym obojętnym tonem, z jakim opisywałby laikowi nudny rozkład tarota.

– Miłość. Dziwna sprawa, ta miłość, nie uważasz? Zmusza nas do rzeczy, których nigdy nie chcieliśmy się dopuścić. A rzeczy, które ja robię z miłości... Nigdy nie są dobre, Ambrosio. A jednak cię kocham. Kochałem cię, i byłem gotów porzucić dla ciebie wszystko, te siedem lat temu. Błagałem cię, żebyś została moją żoną, pamiętasz? Po tym, jak odeszłaś. Powiedziałem ci, że wciąż mogę to naprawić. Że postąpię właściwie. I wtedy mówiłem szczerze. A to było trudne, Ambrosio. Nie tylko dlatego, że nie znałem innego życia poza własnym. Byłem głupim chłopaczkiem chowanym pod kloszem, gówniarzem, który zobaczył trochę świata, więc wydawało mu się, że wie wszystko – chociaż nie wiedział nic. Myślisz, że byłoby mi łatwym porzucić wszystko? Zobaczyć zawód w oczach mojego ojca? Nigdy już nie wrócić do domu? Do mojego nazwiska? Czy wciąż dano by mi nazywać się synem mojej matki? – Przesadna samoświadomość bywała przekleństwem. Było mu to wszystko tym bardziej bolesnym, bo jego słowa nie wynikały z obojętności, lecz z troski. Bo te słowa, choć były słowami okrutnymi, były słowami człowieka dojrzałego, świadomego, jak działa świat. – Wiem, jakie to trudne. Wiedziałem to będąc dzieciakiem, więc i wtedy nie chciałem, żebyś musiała podejmować ten wybór. Kochałem cię na tyle, by nie prosić, żebyś wybierała między nami, porzucać swojego świata na rzecz mojego. Ty zawsze myślisz, że ja ci ten wybór zabrałem, że wciąż ci go zabieram. Tymczasem... Tymczasem ja zrobiłem wszystko, żebyś zawsze miała ten wybór.

Podniósł jej dłoń, przytulając ją do własnego policzka, powoli, próbując przezwyciężyć wstręt przed dotykiem, jaki wciąż czuł.

– Ale ty wolisz iluzję wyboru, jaką daje ci Louvain. Czemu więc tak bardzo boli cię, że wolę iluzję uczucia, jaką daje mi Loretta?

Chciała zapomnieć o Lorettcie, a przecież to Loretta była powodem, dla którego nienawidził go Louvain. Powodem, dla którego pojawił się w Ataraxii wraz z resztą Śmierciożerców. To Loretta była powodem, dla którego Ambrosia odmalowywała teraz nadpalony szyld swojego zakładu. Zapomnieć o Lorettcie się nie dało. Musieliby zapomnieć o ostatnich siedmiu latach. Alexander nie mógł powiedzieć, że nie próbował, bo do czasu poronionej ceremonii zaślubin robił wszystko, żeby Ambrosia zapomniała. Nie wspominał przy niej o Lorettcie, nie, Loretta nie istniała, gdy byli razem. Nie istniałaby nadal, pomyślał, sunąc palcem wzdłuż załamań linii serca znaczących jej dłoń, gdyby nie chęć Ambrosii do zangażowania się w chorą dynamikę z rodzeństwem Lestrange. Bo po co zwracała na siebie uwagę Louvaina na weselu? Po co ryzykowała, zdradzając mu, że jest słabością Alexandra? Pokazując, że zrobiłby dla niej wszystko? Gdy teleportował się w nocy do Ataraxii, spodziewał się najgorszego. Jej nieobecność była mu na początku ulgą, ale zaraz zmieniła się w poczucie zaszczucia. Nie wiedział, jak zdołał się uspokoić. Jak zdołał iść dalej z wizjami jej rozwleczonego ciała pod powiekami. Spaliłbym dla ciebie cały świat, nie tak powiedział? Więc palił. A potem, gdy dał się postrzelić, ledwie to wszystko poczuł. Obronił jej dom, więc nie odważyliby się jej niczego zrobić, przekonywał się. Nie odważyliby się jej skrzywdzić. Och, jeżeli Ambrosia myślała, że Alexander był okrutnym, nie doceniała go. Nie doceniała też Śmierciożerców. Nie wszyscy byli jak Rodolphus Lestrange, z jego nieskazitelną szatą i eleganckimi morderstwami, dokonywanymi po mentalnych torturach, po których można było dostać pomieszania zmysłów. Nie, prawdziwy ból był wybitnie wręcz nieelegancki. Był brzydki. Nie było w brutalności otaczających go zbirów nic pięknego, nic poetyckiego. Alexander Mulciber dobrze o tym wiedział, bo był jednym z tych zbirów. W końcu mentalne gierki się kończyły. "Nie baw się jedzeniem", przypominali sobie czystokrwiści chłopcy napomnienia swych mam, po czym wracali do łamania kości. Wycinania języków. Wyłupiania oczu. Do zadawania bezmyślnej przemocy, pozbawionej symbolicznego znaczenia.
Nagle wszystko zaczynało składać się w całość. Po co kłamała, gdy pytał ją o siniaki na szyi. Więc to był Louvain? To musiał być Louvain. Jak wiele z tych rzeczy było z przyczyny Louvaina? Jak długo? To nie zdrada Ambrosii go bolała, bo nie czynił jej przecież wyrzutów ani teraz, ani na weselu, gdy złapał ją na parkiecie z Louvainem. Bolała go jej głupota. Bo co spodziewała się tym wszystkim osiągnąć?

Alexander zamknął oczy, wtulając się policzkiem w dłoń Ambrosii.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#13
26.12.2025, 16:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2025, 16:17 przez Ambrosia McKinnon.)  
Spojrzenie zielonych oczu opadło na dłoń, po której zaczął wodzić palcem. Robił to już nie raz i nie dwa, a mimo tego Ambrosia miała wrażenie że to nie Alexander siedzi przed nią, a zupełnie nowa osoba. Jakby wraz z nadejściem jesieni ktoś podszył się pod niego i grał teraz w niebezpieczną grę, czekając kiedy i czy w ogóle ktoś się zorientuje.

Ostatecznie, tak działało na niego zarzucenie uciech cielesnych i wieczne otumanianie rozumu narkotykami.

Bo jak inaczej miała rozumieć tę litanię niedorzeczności? Czuła się, jakby nie dawał jej powodów, ale właśnie uprawiał myślenie życzeniowe. Oto bowiem pojawiały się Słowa, a jeśli tylko ujrzały światło dzienne, to czemu równie dobrze nie miały być prawdą objawioną?

Nie rozumiesz, Rosie? Oh, nie rozumiała. Była zwyczajnie za głupia, jak właśnie próbował jej wmówić. Biedna mała Ambrosia, która nie była w stanie objąć swoim rozumkiem wielkiego świata, który rozpościerał się poza zasięgiem jej rąk. Co mówiliby ci obcy ludzie? Nic gorszego, czego nie mówili teraz. Nikt nie podnosił za nią pięści. Znosiła to. Zawsze to znosiła, nawet jeśli krew ścinała się jej w środku. Nie ważne czy była na Nokturnie czy na bogatym przyjęciu, ludzie byli dokładnie tacy sami.

Ciężko było słuchać tego, jak wyciera sobie usta najpierw jej imieniem, a potem i Loretty. Nieznosiła tej żmii, co nie zmieniało faktu że kiedy słyszała o skurwieniu innych kobiet, coś w jej głowie się zapalało. Nie ważne co by panna Lestrange zrobiła, pod koniec dnia i tak byłaby dla kogoś kurwą. Teraz dla niego czy dziesięć lat temu dla kolegów z klasy. Kurwa, dziwka, szmata, nie ważne czy aktualnie rozkładała nogi, czy też nie. Oh, jakże znajomo to brzmiało. Szkoda tylko, że padało z jego ust.

Pani na Mulciber Manor brzmiało niezwykle chwytliwie. Szkoda tylko, jak to zgryźliwie przeszło Ambrosii przez głowę, że nikt nigdy w tym tytule nie dorówna pewnie Lorien. Ptaszyna już dawno będzie śpiewać w klatce, zatraciwszy całą siebie, ale będzie mieć najsilniejszy głos.

Nie ważne jednak jak bardzo Alexander chciał ją przekonać do tego, że Lestrangowie powinni go błagać o zabranie Loretty, blondynka wciąż podchodziła do tej wizji niezwykle sceptycznie. Posiadanie ładnej posiadłości i majątku nie zawsze nadrabiało to, co inni szeptali po kątach i brak szacunku. A Louvain prędzej Lorettę zadusiłby we śnie, niż pozwolił jej wziąć ślub na poważnie. No właśnie - na poważnie. Rosie nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, jak cała rodzina podchodziła do tego incydentu. W oczach wszystkich z Angielskiego społeczeństwa, którzy jako tako zainteresowani byli tematem, ślub Alexandra i Loretty był niewiele wart. Póki nie został sformalizowany, pozostawał pełnym goryczy incydentem. Lestrangowie zdawali się zdawać sobie z tego sprawę, skoro ich córunia miała wyjechać do Francji i zajmować się bardzo ważnymi rzeczami. Tam natomiast mogła wieźć zupełnie nowe i równie ekscytujące życie, nie brużdżąc ojcu i jego reputacji.

- Więc już zawsze nim będziesz? Synem swojej matki, kobiety o pustych oczach, która doprowadzono do szaleństwa i zrobiono z nią więźniarkę Mulciber Manor? - zapytała delikatnie, wpatrując się w niego uważnie. Nie oceniała tymi słowami Seliny. Współczuła jej. Widziała przyszłość, a mimo tego nie dostrzegła swojego losu. Zamknięta, wyniszczona, kierująca się tym co było, jest i będzie - wszystkim na raz w tym samym momencie. - I zawsze będziesz już synem swojego ojca, który doprowadził ją do tego szaleństwa swoją miłością? Który wyrwał z niej wolność obiema rękoma i zabrał jej wybór? - przekrzywiła lekko głowę, z oczami pustymi jak paciorki. Jawił się dla niej niczym zamknięty w klatce pies, który wrócił do kenelu dlatego że kiedy w nim był to właściciel nie bił go aż tak bardzo.

Wierzyła, że miłość może zmienić wiele. Wierzyła, że może inspirować i dodawać skrzydeł. Dawał jej wybór? Jeśli tak, to tylko i wyłącznie podcinając przy tym swoje własne lotki. Miała nadzieję, że Alexander w pewnym momencie zorientuje się gdzie tkwił problem i zacznie łamać koło w którym tkwił, ale on uparcie toczył je dalej. Nie musiał brać jej za żonę. Nie musiał opuszczać domu, porzucać dotychczasowego życia całkowicie... nie o to jej w tym wszystkim chodziło. Ale zamiast ryzykować, nieustannie wracał do znajomych rzeczy.

Więc dlaczego jego słowa nie zmieniały nic? Nie podważały tego, czym go darzyła. Jej upór wciąż trwał, może trochę bardziej rozgoryczony.
- Nie ma tutaj żadnej iluzji wyboru. Wiem co mówią karty, co mnie czeka na obu ścieżkach. Ale to czego ode mnie oczekujesz jest zwyczajnie niepoważne. Gdzieś gdzie będę bezpieczna. Gdzie? Nigdzie nie jest bezpiecznie i nie będzie. Puściliście z dymem połowę Anglii, Alexandrze. Ten zakład to i tak wydmuszka, która częściej nie działa jak działa, ale stoi tu z różnych powodów. Nie trzymają mnie tu miejsca, trzymają mnie ludzie. Kocham cię, ale kocham też swoją rodzinę. Matkę, ojca, rodzeństwo, dziadka. Jak mogę myśleć tylko o sobie kiedy im też coś może grozić? Obronisz ich wszystkich? Obiecasz mi to? Bo wątpię, że byłbyś w stanie dotrzymać słowa.


she was a gentle
sort of horror
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#14
27.12.2025, 11:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2025, 11:10 przez Alexander Mulciber.)  
Na chwilę pozwolił sobie przymknąć oczy, jak gdyby powieki przygniatało mu straszliwe zmęczenie. Zmusiła go jednak, żeby na powrót je otworzył. Wiedział, że nie zdoła odpocząć. Alexander skupił więc na Ambrosii swoje przekrwione spojrzenie.

– Tak – odpowiedział, bardzo powoli cedząc słowa, jak gdyby wcześniej nie wyraził się wystarczająco dosadnie. – Dokładnie tym będę. – Wpatrywał się w Ambrosię z twarzą bez wyrazu, całą resztę słów, jakie padły z jej ust, puszczając mimo uszu, dokładnie tak, jak puścił jej dłoń.

Wstał jak tylko zaczęła mówić, pedantycznie dosuwając krzesło z powrotem do stołu. Dokładnie tak, jak gdyby nigdy na nim nie siedział. Jak gdyby nie wszedł tu dzisiaj, aby pomóc jej z odmalowywaniem szyldu. Odsunął się od niej obojętnie, wiedząc, w jakim kierunku pójdzie rozmowa. Nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że nie miała kompletnie sensu.

– A kto tobie dał prawo osądzać moich rodziców? – zapytał z tym upiornym spokojem, który wywoływał ciarki na plecach. Nawet nie próbował jej zastraszać. Wystarczyła... Pogarda. Bo w tej chwili czuł do Ambrosii tylko pogardę. – Moja matka nie jest szalona. – Nieważne, jak wiele razy to powtarzał, wciąż wierzył, że Selina jest zdrowa na umyśle. Wiedział, że umrze, wierząc każdemu słowu, jakie padło z jej ust. Gdyby Ambrosia nie była mu kimś bliskim, zareagowałby gwałtowniej. Bo Alexander nie pozwalał nikomu nigdy mówić o szaleństwie Seliny. Nie, gdy miała w sobie krew cygańskich królów, a we krwi – dar poślubionych im prorokiń. Niechby jego nazwali szaleńcem, ale nie jego matkę. Ze wszystkich ludzi wzięła sobie jego rodziców na przykład... Alexander przechylił jak gdyby w zamyśleniu głowę, przypatrując się Ambrosii. Stał, po prostu stał, oddalony od niej, wiedząc tylko, że chce być daleko. Nawet jego głos zdawał się dochodzić z daleka.
– Ale rozumiem, że można mieć różne pojmowanie szaleństwa... Mimo że wszyscy wiemy, co powszechnie uważane jest za normalne. Ale to nie twoja wina. Tak jak i mylne postrzeganie "wolności", kiedy jest się córką matki, dla której "wolność" to możliwość wprowadzenia dowolnej prostytutki do mężowskiej sypialni. To jak wiele masz tego rodzeństwa, przypomnij? Dużo knutów idzie na ich utrzymanie, czy już sami na siebie zarabiają? Pomyślałby kto, że w takim układzie więcej będziesz miała szacunku do imienia mojego zmarłego ojca, który nigdy nie pytał, dlaczego zabieram cię na wszystkie nasze wyprawy. Który pozwalał mi żyć na jego rachunek, jak długo potrzebowałem. Pozwalał mi żyć tak, jak tego chciałem, mimo, że nie zawsze się z zgadzał z moimi wyborami... Mój ojciec kochał moją matkę. Przykro, że twój nie nauczył cię odróżniać miłości od wykorzystania. Przykro mi, że twoja matka była zbyt zajęta rozkładaniem nóg w tym waszym burdelu, żeby o ciebie zadbać.

Odwrócił się do niej plecami, żeby wyjrzeć przez okno, za którym straszyło oblicze Nokturnu.

– Po co miałbym im cokolwiek obiecywać. Po co miałbym nadstawiać za nich karku. Po co miałbym to robić, skoro zignorowałaś wszystkie moje ostrzeżenia. Myślisz, że bez potrzeby powiedziałbym ci, że jestem śmierciożercą? – Zasunął gwałtownie zasłonkę, niemalże zrzucając przy tym magiczną kulę z sekretarzyka. Nie ze złości, lecz z nieuwagi. Skrzywił się, rozpoznając w niej kryształ, w który zaglądał wcześniej tej nocy, zanim nastał świt. Nie chciał wiedzieć, co jest na jego dnie.

Przewaga Wróżbiarstwo, wnętrze szklanej kuli.
Rzut Symbol 1d258 - 230
Waga (sprawa sadowa)

– Miałaś trzymać się od nich z daleka. Od Loretty. Od Louvaina. Od wszystkich tych skurwiałych... Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? – Alexander pokręcił lekko głową, jak gdyby z niedowierzaniem. Kto tutaj był niepoważny? Odwrócił na powrót twarz w stronę Ambrosii. – Nie rozśmieszaj mnie, chwaląc się w tym momencie swoimi karcianymi rozkładami. Ty widzisz dwie ścieżki, ale ja widzę tysiące. – Nie było w tym nic nadzwyczajnego. W końcu ona była tylko wróżbitką, a on jasnowidzem. – "Czego ja od ciebie oczekuję"? Otóż, oczekiwałem, że będziesz się ukrywać w tej połowie Anglii, której nie puściliśmy z dymem. Czy to tak wiele, Ambrosio? Czy nie takiego życia pragnęłaś? Mogłaś przecież mieć ten swój Nokturn. Miałaś tutaj swoją rodzinę. Miałaś nawet i mnie. Ale ty oczywiście musiałaś zrobić mi na przekór. Czego jeszcze pragnęłaś, że poczułaś potrzebę zaproszenia tu Śmierciożerców?

Ani razu nie podniósł głosu. Mówił monotonnym, bezbarwnym tonem, jak gdyby ktoś dyktował mu to, co ma powiedzieć. Z pewnością proroka odtwarzał rolę, którą mu przypisano. A może taką, którą przypisał sobie sam.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#15
21.01.2026, 21:33  ✶  
W jej mniemaniu jego matka była dokładnie tak szalona jak każdy jeden jasnowidz i nie było w tym niczego zdrożnego. Wszyscy oni zmierzali do tego samego punktu i wystarczyło spojrzeć na takiego Morpheusa żeby zorientować się, że było w tym odrobinę zbyt dużo prawdy. Tragedia Seliny nie polegała natomiast na tym, że była jasnowidzką, a na fakcie że zamknięto ją w czterech ścianach posiadłości, do której nigdy nie powinna trafić. Zamiast tego miała być wolna, dokładnie tak jak wolna była w kraju i taborze z którego się wzięła.
Widać też było że jej słowa, nawet jeśli nie były podszyte jadem i zwyczajnie stwierdzały fakt, który myślała że wszyscy zainteresowani dostrzegali, bolały dokładnie tak samo jak zawsze. Czego jednak się nie spodziewała, to jego kolejnych słów, które zwyczajnie uderzały dokładnie w takim sam sposób, jak kiedy cedzone były przez Louvaina. Powiedziała mu, że tak bardzo jest do niego podobny i najwyraźniej w najmniejszym stopniu się nie przeliczyła, bo robił to wszystko tylko po to, żeby ją zranić. Różnica była taka, że dodatkowo opakowywał całą tę rozmowę w jakieś bzdurne wytłumaczenia, jakoby zależało mu na jej bezpieczeństwie.
- Niesamowite - siedziała sztywno, wyprostowana, z rękoma na kolanach, obserwując go uważnie, jakby spodziewała się że zaraz jednak nie wytrzyma i dopadnie do niej. - Ojciec, który pozwalał ci żyć, póki nie byłeś mu potrzebny. Mam zacząć bić brawo ku jego pamięci? - słowa nie tyle były spokojne co nienaturalnie wręcz bezbarwne. Bardziej pasowały do niej głośne tony, dźwięczące emocjami tony i duże gesty, zamiast trupiego wręcz bezruchu, w którym teraz się zamknęła. - Jeśli tak bardzo chcesz mi się odgryźć, przynajmniej powiedz cokolwiek co jest wspólne z prawdą, zamiast wymyślać i powtarzać wszystko to co już zdarzyło mi się słyszeć - czuła jak niepewność wspina się od żołądka i sprawia że serce bije szybciej, kiedy gwałtownie zasłonił kotarą okno wychodzące na ulicę. Wiedziała, że Alexander nic jej nie zrobi, więc czemu niby się tak bała? Ciało działało samo, nieposłuszne i nie chcąc słuchać rozsądku, kiedy w myślach zaklinała samą siebie raz po raz. Ale może zanadto nauczyła się już obawiać i czekać na moment kiedy nadejdzie kolejny moment bólu i upodlenia. Kiedy, a nie czy w ogóle.
- Masz swoich tysiące ścieżek - zaczęła cicho, niemal szeptem, starając się opanować oddech, co w jej ocenie nie wychodziło jej wcale tak źle. Pewnie gdyby mówiła pewnym głosem, ten zadrżał jej zdradziecko, ale tak czuła tylko niepewność w palcach, które teraz splotła razem, chcąc je uspokoić. - A nie patrzysz na te, które znajdują się najbliżej ciebie. Myślisz, ze tego chciałam? Że zrobiłam to specjalnie? Trzymaj się od nich z daleka - przedrzeźniła go, już głośniej, z większą złością i rozżaleniem w głosie. - Nie pomyślałeś chociaż przez chwilę, że kiedy ty zabawiałeś się z nią, to ja musiałam ponosić konsekwencje? Czego się spodziewałeś, Alexandrze? Że Louvain zostawi tę sprawę samą sobie? Że obierze sobie za cel tylko ciebie? Tak zrobiłby ktoś, kto posiada chociaż odrobinę pierdolonej godności. Tak zrobiłby ktoś, kto nie chciałby zniszczyć do cna wszystkiego, co nie pasuje do jego wizji świata. Myślisz, że jestem zachwycona za każdym razem kiedy mnie znajduje, kiedy mnie bije, poniża, krzywdzi i zmusza do rzeczy, których wcale nie chcę robić? Ale masz rację, może zwyczajnie nie rozumiem co się do mnie mówi. Musiałam zrobić na przekór. Sama ich tutaj wszystkich zaprosiłam. Jeśli tak ci wygodniej, proszę bardzo, obmyj ręce w mojej winie - syknęła na koniec, czując się zwyczajnie zdradzoną i zranioną, z nieprzyjemną goryczą widząc ten moment jako kolejny, kiedy się od niej odwracał. Znowu wychodził, znowu zamykał za sobą drzwi. Znowu miało go nie być, ale czego innego się spodziewała? Powinna się już nauczyć.


she was a gentle
sort of horror
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#16
24.01.2026, 18:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2026, 15:52 przez Alexander Mulciber.)  
Nie żałuję, powiedział jej wcześniej. Nie żałował żadnego słowa, jakie padło z jego ust. Przez lata trzymał ją z daleka od swojej rodziny, o której nie wiedziała więcej, niż sam jej powiedział. Trzymał ją z daleka od swoich uzależnień. Z dala od swojego szaleństwa. Słusznie, jak widać, skoro uważała, że jest dziedzicznym. Być może Alexander rzeczywiście był szalony. W szaleństwie tkwiła jednak metoda. W szklanej kuli zobaczył wagę, może dlatego tak wkurwiającą była skrupulatność, z jaką zdawał się teraz ważyć słowa.

Przysłuchiwał się wyrzutom Ambrosii z twarzą bez wyrazu.

Zarzucała mu, że nie patrzy na ścieżki najbliżej siebie, a sama nigdy nie chciała podążyć tą, którą zmapował. Zbyt krótkie miała spojrzenie. Chciała, żeby liczyli się tylko oni, tylko oni dwoje, ale nie rozumiała, że wokół zawsze byli inni, których należało brać pod uwagę w dalekosiężnych kalkulacjach. A gdy Alexander zapewniał ją, że jak już kończy kalkulować, w jego rachunkach liczy się tylko ona... Tego też nie rozumiała, jak gdyby miała problem z widzeniem z bliży. Rozpaczliwie szukał w myślach rozwiązania, wiedząc jednak, że nie ma niczego, o czym już by nie pomyślał. Nie znajdzie niczego, czego już by nie rozważał. Zawsze taki był. Przez całe życie przyjmował za pewnik, że jeśli tylko uwzględni wystarczająco wiele zmiennych, jeśli odpowiednio wcześnie przewidzi konsekwencje i wytyczy ścieżki, to będzie w stanie ochronić to, co dla niego najważniejsze. Podążył już raz tą najbliższą ścieżką, tą najłatwiejszą, i co mu z tego przyszło? Ambrosia nie potrafiła znieść jednego jego kłamstwa, a trwała w przekonaniu, że zniosłaby śmiechy towarzystwa na salonach. Szkoda, że nie wiedziała nic na temat zwyczajów arystokracji. Na temat kruchego balansu, jaki musiał zachowywać, żeby ukryć przed wścibskimi oczami świata to, na czym zależało jego sercu najbardziej, nie pozostając z tego świata wykluczonym. Kochał przecież swojego ojca i matkę, dlaczego miałby się ich wyrzekać? Dlaczego Ambrosia miałaby się wyrzekać swojej rodziny? Alexander wierzył, że mogliby mieć to wszystko, gdyby byli odpowiednio sprytni.  Należało nawigować sprytnie między oczekiwaniami różnych ludzi. Nie uciekać bez słowa, ale też pozostawać odpowiednio daleko, aby nie przyciągać niepotrzebnie uwagi. Udawać wobec siebie nonszalancję, zachowywać pozory, widując się z innymi ludźmi – "bo przecież on nie może traktować jej poważnie, skoro tańczy z moją córką na każdym balu!" – a jednak trwając wiernie przy swej cichej umowie, że na koniec dnia należą tylko i wyłącznie do tej drugiej osoby, i nieważne, kto stanie między nimi, przeżyją to życie razem.

Pytał ją więc o to, czy miała jakiekolwiek problemy ze Śmierciożercami, wtedy, gdy odszukała go we Francji. Zaprzeczyła. Zaprzeczała wielokrotnie na przestrzeni ostatnich miesięcy, lat. Widząc ślady na jej ciele założył zwyczajnie, że z kimś sypia, i nie chce, żeby wiedział. Nie było to jednak istotnym, bo przecież ją kochał. Inni mężczyźni się nie liczyli, bo wiedział, że to do niego należy jej serce. Po co więc miałaby ukrywać przed nim to, o co dociekał tak wiele razy. Nie wyjaśniła mu zajścia na weselu z Louvainem, nietrudno jednak było domyslić się, że tamten wreszcie dowiedział się, że są sobie bliscy. Ale to, co mówiła teraz, sugerowało, że trwa to dłużej niż Alexander początkowo zakładał. "Za każdym razem kiedy mnie znajduje, kiedy mnie bije, poniża, krzywdzi i zmusza do rzeczy, których wcale nie chcę robić"... Wiedział, że chciała emocji, nie logiki, a jednak nie potrafił z siebie żadnych wykrzesać. Dlaczego, dlaczego, dlaczego, zastanawiał się. Dlaczego mu na to wszystko pozwoliłaś? Dlaczego wciąż mu na to pozwalasz? Ale to przecież było bez sensu. Zrozumiał wreszcie, że popełnił błąd nie w kalkulacjach, lecz w założeniu wyjściowym. Ambrosia nigdy nie wyjaśni mu "dlaczego", bo sama tego nie wiedziała.

Przechylił lekko głowę, jak gdyby potrzebował spojrzeć na nią z nowej perspektywy.

Teraz porównywanie go do Louvaina zdawało się Alexandrowi jeszcze bardziej absurdalnym. Sugerowało, że jedno jego słowo miało taką samą moc rażenia, jak wszystkie ciosy, które Ambrosia otrzymała od Louvaina. Sugerowało, że jednym przekleństwem rzuconym pod jej adresem przed laty Alexander poczynił większe szkody niż podczas Spalonej Nocy. A przecież skłamał wtedy tylko, żeby jej nie narażać na osąd swojej rodziny. Bo lepiej było udawać przed nimi, że Ambrosia nie jest w jego życiu nikim istotnym. To, że w oczach reszty świata była mu tak bliską – że planowali wspólne życie – że Alexander zrobił wszystko, żeby mogli wreszcie zamieszkać razem z dala od Anglii, dokładnie tak jak sobie wymarzyli... To wszystko było dla Ambrosii niczym. Wszystkie jego starania były niczym, bo była zbyt niepewna siebie, żeby uwierzyć, że w pewnym momencie była całym jego życiem. Jeżeli był szalony, to wtedy. Szalony z miłości do dziewczyny, dla której ryzykował wszystkim, a która odrzuciła go, bo... Bo nie mogła przestać zżymać się wciąż o to, że banda głupich dzieciaków śmiała się z niej w szkole.

Nie uważał, że jest czemukolwiek winna, o nie. Uważał, że jest po prostu głupia. I chyba to najbardziej go w tym wszystkim bolało. Milczał, a milcząc, rozważał w głowie wszystkie możliwości. Mogła mu powiedzieć wcześniej. Mogliby zaplanować wszystko, bez zbędnych emocji. Być może wymagałoby to poświęcenia z jego strony, bo nie wierzył, żeby Louvain ustąpił łatwo, ale byłby wówczas na to poświęcenie gotów. Wtedy nie miał przecież spraw rodu na głowie. Co za różnica, czy by żył, czy by umarł, jeżeli zrobiłby to, co należało, i dał temu psu nauczkę. Ale teraz nie mógł przecież tego dokonać. Nie mógł wystąpić przeciwko Lewej Ręce Mistrza, bo to byłoby wystąpieniem przeciwko samemu Mistrzowi. Wciąż czuł jego straszliwą obecność w swojej głowie. Rękę, sięgającą po wspomnienie przepowiedni. A przecież Alexander dopiero co przysiągł, że będzie mu służył do końca, jemu i jego wizji wolnego świata. Nie kłamał. Nie byłby zresztą w stanie kłamać przed obliczem Voldemorta, który zobaczył wnętrze jego umysłu. Zobaczył, że Alexander naprawdę wierzy w to, że nie istnieje dla niego inne zakończenie niż to, które wybrał, stając u jego boku.
"Myślisz, że Louvain zostawiłby mnie w spokoju? Tak zrobiłby tylko ktoś, kto nie chciałby zniszczyć do cna wszystkiego, co nie pasuje do jego wizji świata." Dziwne, pomyślał Alexander, jeszcze przed chwilą mówiła, że Louvain jest okrutny, ale nie marnotrawny. A nawet gdyby, miała przecież rodzinę, która mogła ją obronić, ukryć głęboko na Podziemnych Ścieżkach, tam, gdzie nie sięgały wpływy Louvaina. Ścieżki rządziły się przecież własnymi prawami, i niewielu wiedziało, jak można pośród nich nawigować. Nikt normalny się tam nie zapuszczał, nie bez konsekwencji. Jak niby wszedł na nie Louvain?

Wróciło do niego niewyraźne echo rozmowy z Dolores. "Jak wytłumaczyć ponad trzysta lat, kiedy czarodzieje ukrywali się przed mugolami?" Być może miernota zawsze była wyborem, pomyślał wtedy. Nienawidził siebie za to, że pomyślał o tym też i teraz, przesuwając spojrzeniem po odmalowanym szyldzie Ataraxii.

– Bawiłaś się przynajmniej dobrze? – spytał cicho, powtarzając słowa padłe wcześniej z ust Ambrosii.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7219), Ambrosia McKinnon (4741)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa