26.12.2025, 11:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:52 przez Lorraine Malfoy.)
Niemagiczny Londyn, National Gallery
Nie spodziewali się, że kasjerka wciśnie ich przypadkiem na oprowadzanie z przewodnikiem. Zwłaszcza, że Lorraine poprosiła tylko o wskazanie drogi do wystawy z dziełami malarstwa o tematyce religijnej, o której Baldwin przeczytał w gazecie. Chciała spędzić dzisiejszą noc razem z nim, zwłaszcza, że z tydzień wypadały jego urodziny. Mugolka przy kasie zdążyła ich zapewnić, że wstęp jest całkowicie darmowy, zanim porwał ich tłum chcących załapać się na ostatnie zwiedzanie. Dzisiaj była przecież noc muzeów, bez żadnych opłat można było więc przyjrzeć się zbiorom Galerii Narodowej w niemagicznym Londynie. Lorraine na początku podejrzliwie oglądała się na otaczających ich mugoli. W tłumie łatwiej było zniknąć, ale nie czuła się nigdy pewnie w obecności ludzi pozbawionych mocy magicznej. Trzymała się blisko Baldwina, podążając mimowolnie za przewodnikiem, który opowiadał na temat różnych religii, najwięcej skupiając się jednak na chrześcijaństwie.
– ...A ta wersja "Ukrzyżowania" Rafaela powstała na początku XVI wieku, w chwili, gdy renesans uczył się łączyć lekkość formy z ciężarem wiary. Chrystus nie jest tu zdeformowany bólem. Jego ciało zachowuje klasyczną harmonię. To nie realizm cierpienia jest tu kluczem, lecz symboliczny sens jego ofiary. Jezus Chrystus, według wiary chrześcijańskiej, jest jednocześnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Synem w tajemnicy Trójcy Świętej, gdzie Ojciec, Syn i Duch Święty są jednym Bogiem w trzech osobach. Krzyż staje się więc miejscem paradoksu, śmierci Boga, która nie jest klęską, lecz aktem miłości. Ofiara Syna nie jest zaprzeczeniem boskości, lecz jej objawieniem. Ale znów, tak jak renesans widział w człowieku Boga, tak barok widział w Bogu człowieka. Wystarczy spojrzeć na realistyczny obraz cierpienia de Zurbarána, czy brutalną scenę krzyżowania świętego Piotra autorstwa Caravaggia, których kopie wypożyczyliśmy, aby...
Lorraine ściągnęła usta, zwracając badawcze spojrzenie w kierunku Baldwina. Pociągnęła go delikatnie za rękaw szaty, jak gdyby była kotem, który zaczepił pazurkiem o znoszony materiał. Gdy tylko się ocknął, zaplotła rękę wokół jego ramienia, tak, aby skupić na sobie pełnię jego uwagi. Mugolski przewodnik wciąż mówił i mówił... Ale Lorraine oparła głowę o Baldwina, wtulając się w niego, żeby łatwiej było im porozumieć się szeptem, pozostając przy tym niesłyszanymi przez ludzi dookoła.
– Chcesz słuchać tych bluźnierstw? – spytała cichutko, wyrywając Baldwina z zamyślenia. Mówiła oczywiście o muzealnym przewodniku, który opowiadał na temat wiary chrześcijańskiej, i jej oddziaływaniu na mugolską sztukę. Mimo że wzbraniała się przed obcymi systemami wiary, przed zrównywaniem troistej bogini z troistym bogiem, słuchała z zainteresowaniem, gdy snuł rozważania na temat różnych systemów religijnych. Chociaż jego wiedza nie mogła równać się tej posiadanej przez stryja Marcusa, musiała przyznać, że przemawiał wcale interesująco... Jak na mugola. Z niepokojem spoglądała jednak w stronę Baldwina. Wiedziała, że jego myśli zaczynają krążyć wokół teologicznych wykładów jego ojca. Widziała przecież jego minę. Nieobecny wzrok, utkwiony w obrazie przedstawiającym męczeństwo Chrystusa na krzyżu, ale patrzący w przeszłość. Nienawidziła, kiedy przeszłość zabierała jej Baldwina. Godziła się na to boleśnie, gdy przeszłość miała twarz Calanthe. Nigdy nie miała bowiem mieć jej jego przyszłość, chociaż miłował ją do bólu. Nie musiała godzić się jednak, aby przeszłość miała twarz Marcusa. Wolała więc sprowadzić go na ziemię. W objęcia teraźniejszości, w której nikt nie chciał go skrzywdzić. W jej objęcia. – Czy nie wolałbyś ich zostawić, żebyśmy w spokoju mogli pooglądać obrazy sami...? – wyszeptała w napięciu. – Trochę już bolą mnie nogi. – Była to beznadziejna wymówka, ale przynajmniej nie kłamała. Naprawdę było jej słabo. W galerii było dużo ludzi, w pomieszczeniach panowała więc lekka duchota. Bała się oprzeć o ściany z których straszyły krucyfiksy. Lorraine nie była przyzwyczajona do tak długiego chodzenia. Zbagatelizowała, że może to z głodu kręciło się jej w głowie, chociaż fakt faktem, że nie pamiętała, kiedy ostatnio jadła. Może to i lepiej, pomyślała, bo ten cały Jezus z twarzy przypominał jej trochę Otto. Zemdliło więc lekko Lorraine na widok jego umęczonego ciała, nieważne, że było pięknym w swym męczeństwie. Opuściła oczy, w oczekiwaniu na decyzję Baldwina skupiona na skubaniu rodowego pierścionka. Gdyby chciał posłuchać przewodnika, była przecież gotowa pójść za nim.