• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence

[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
05.01.2026, 01:05  ✶  
Leżałem na brzuchu, policzek mając przyciśnięty do poduszki, dłonie zaś splecione pod klatką piersiową, bez ruchu, jak pacjent z ilustracji w podręczniku. Zdecydowanie nie planowałem tak szybko znaleźć się na kolejnym meblu, który zdecydowanie nie przewidział moich gabarytów, ale tym razem los był dla mnie na tyle łaskawy, że ten postanowił się nie połamać. Wystawały mi za to ręce i nogi, a skurczone barki były wygięte w niezbyt komfortowy sposób, ale co zrobić - nie miałem zbyt wiele opcji, tym bardziej, że spodnie i bielizna zostały zsunięte ze mnie, zanim zdążyłem dobrze zaprotestować - znalazły się nisko wokół ud, zsunięte dokładnie na tyle, ile było trzeba, żeby dostęp był pełny i bezdyskusyjny, a ucieczka utrudniona. Wszystko to wyglądało profesjonalnie, klinicznie i potwornie upokarzająco, biorąc pod uwagę, gdzie się znajdowaliśmy, chociaż Prue zapewniała mnie, że teściowie wrócą dopiero późnym wieczorem. To nie była scena do żartów, chociaż absurd próbował się wepchnąć drzwiami i oknami. Pobliska, strategicznie ustawiona lampka rzucała skupione, wyjątkowo skoncentrowane światło centralnie na jeden punkt mojego opalonego ciała, czemu nie pomagał fakt, że jednocześnie reszta pokoju znikała w półcieniu postępującego wczesnego popołudnia. Nie było w tym nic romantycznego, było za to sporo godności pozostawionej gdzieś po drodze, między kartonami a pękniętym łóżkiem. Kanapa skrzypnęła, gdy spróbowałem znaleźć pozycję, która nie przypominałaby porażki człowieka, który przegrał z dziecięcym łóżkiem i teraz płacił za to cenę.
Drzazga dawała o sobie znać od samego początku, pulsującym, drażniącym bólem, który nie był dramatyczny, ale konsekwentny - taki, który nie pozwalał zapomnieć. Kiedy pierwsza próba zakończyła się tylko częściowym sukcesem i kawałek drewna ułamał się, nie wychodząc całkiem, poczułem krótkie, ostre ukłucie i potem to charakterystyczne wrażenie, że problem wcale nie zniknął, tylko zmienił pozycję. Słyszałem kroki Prudence oddalające się po podłodze, szafki, których zawartość zapewne znała na pamięć, ciche brzęknięcie metalu o metal. Ja w tym czasie leżałem nieruchomo, zgodnie z instrukcjami, których nie trzeba było powtarzać, bo w tej konfiguracji i tak nie miałem dokąd pójść. Lampa grzała lekko skórę, materiał kanapy drapał udo, każdy mięsień miał ochotę się napiąć, ale rozsądek podpowiadał, że to najgorszy możliwy pomysł.
Było w tym wszystkim coś absurdalnego - klątwołamacz, który mierzył się z artefaktami zdolnymi zabić w kilka sekund, leżał teraz bezbronny, czekając na pęsetę numer dwa, mniejszą, niby bardziej precyzyjną, bez różdżki, bez spodni, za to z pełną świadomością, że gdyby ktoś wszedł do pokoju w tej chwili, nie byłoby żadnego sensownego wyjaśnienia. Oddychałem wolno, próbując skupić się na czymś innym niż fakt, że moja prywatna anatomia znalazła się w centrum uwagi medycznej jedynej kobiety, która teoretycznie miała pełny dostęp do mojego ciała, ale zdecydowanie wolałbym, by robiła to w inny sposób. Przypominałem sobie wszystkie sytuacje, w których było gorzej - były rany, oparzenia, klątwy, które paliły od środka - to była tylko drzazga, całkiem spora, owszem, ale wciąż drzazga, a jednak czułem to dziwne napięcie, to zawieszenie między śmiesznością a lekkim stresem, który pojawiał się zawsze, gdy traciłem kontrolę nad własnym ciałem w nie do końca korzystnych warunkach. Wyciągnąłem rękę w kierunku podłogi, aby pochwycić stojącą tam nalewkę i napić się solidny łyk alkoholu, potem odstawiłem ją, westchnąłem w duchu i znieruchomiałem ponownie, wpatrując się w sufit, w jego drobne pęknięcie, które nagle stało się niezwykle interesujące.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
05.01.2026, 01:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.01.2026, 21:31 przez Prudence Fenwick.)  

Sytuacja była dość patowa. Udało jej się jakoś przekonać Benjy'ego, że nie może pozwolić na to, aby ciało obce pozostało na dłużej w jego tyłku. To wcale nie było łatwym zadaniem, szczególnie, że jego doświadczenie z meblami w tym domu nie należało do najbardziej przyjemnych, jednak kanapa okazała się być solidniejsza od jej łóżka, które już nigdy nie miało nikomu służyć do spania po tym drobnym wypadku, do którego doszło chwilę wcześniej na piętrze.

Pacjent leżał, pozbyła się dość sprawnie wszystkich części garderoby, które mogły jej przeszkadzać w oględzinach, a teraz przyglądała się jego tyłkowi z ogromną uwagą. Mrużyła przy tym jedno oko, gdyż nalewki Penelope powoli zaczynały przeszkadzać jej w percepcji, jednak nie poddawała się. To była tylko drzazga, a nie operacja na otwartym sercu.

Stanowisko, które sobie przygotowała wyglądało naprawdę profesjonalnie jak na to, że znajdowali się w salonie jej rodziców. Lampka oświetlała jej wszystko bardzo dokładnie, dzięki czemu nic nie miało jej umknąć, a drzazga, drzazga okazała się być bardzo sporą, do tego weszła głęboko, co nie ułatwiało sprawy. Na szczęście była profesjonalistką, pozbyła się wielu drzazg z ciał swoich pacjentów, mniejszych, większych,  tych, które wchodziły okropnie niewygodnie pod paznokieć i nie dało się z nimi żyć. Tutaj dostęp miała zdecydowanie łatwiejszy, wszystko było dokładnie widać na załączonym obrazku.

Nikt nie miał im przeszkodzić podczas tej drobnej misji, nie widziała więc nic złego w tym, że jej mąż leżał nagi od pasa w dół na kanapie w salonie jej rodziców, a ona nachyla się nad nim i próbowała wyciągnąć mu ten fragment drewna z tyłka.  Do powrotu rodziców było jeszcze sporo czasu, mogła więc się skupić i odpowiednio zająć sprawą, nie zamierzała dopuścić do tego, żeby cokolwiek go później niepokoiło, nie po to przecież przekonywała go o tym, że to jest dobry pomysł. Musiała być profesjonalna jak nigdy wcześniej, aby nie nadużyć jego zaufania. Wiedziała, jakie miał podejście co do leczenia jego osoby, wyjątkowo ciężko było przemówić mu do rozsądku w pewnych sprawach, a dzisiaj jej się udało. Spodziewała się, że wpływ na to, miała jej wizualizacja innych możliwości, kto wie bowiem, gdzie jeszcze mogłaby mu wejść drzazga, no ona wiedziała.

Tyłek, jak tyłek, świecił jasnym blaskiem, mimo wszystko musiała go sobie oświetlać sztucznym światłem, niewielkiej lampki, która znajdowała się na małym stoliku, to pomagało lokalizować jej drobne fragmenty drzazgi, które nie chciały z nią współpracować. Była skupiona, nie odzywała się przy tym ani słowem, starała się również być jak najbardziej delikatna, w końcu chodziło o jej własnego męża, musiała być delikatna i ostrożna, aby go nie uszkodzić przy tej drobnej operacji.

Poinformowała swojego pacjenta o tym, że musi nieco zmienić narzędzie, którym pracowała nad ich problemem, pierwsza pęseta okazała się bowiem być nieco zbyt duża, jak na to, co stało się z drzazgą, którą próbowała wyciągnąć. Udało jej się to częściowo, jednak drobne fragmenty nadal pozostawały w ciele Benjy'ego, nie zamierzała dopuścić do tego, żeby nadal dokuczało mu to nieprzyjemne uczucie. Opuściła go więc na krótką chwilę, ostrzegła przed gwałtownymi ruchami, które mogły tylko pogorszyć jego sytuację, wierzyła, że będzie miał na uwadze jej słowa i zaczęła grzebać w jednej z szafek, w której miała znaleźć to, co było im potrzebne. Zajęło to krótką chwilę, aż w końcu trafiła na to czego szukała. - Mam cię. - Wymknęło jej się z nieukrywanym entuzjazmem. Odwróciła się więc na pięcie, aby wrócić do swojego męża.

Przesunęła sobie lampkę, aby mieć jeszcze lepszy widok na jego ciało, nachyliła się dość mocno, żeby uważnie przyjrzeć się tym ostatnim częściom drzazgi, które znajdowały się tam, gdzie nie powinny. - Zaczynam. - Uprzedziła go jeszcze, wiedziała, że ludzie leżący przed nią, zupełnie bezbronni lubili wiedzieć, gdy zaczynała działać. Powoli, delikatnie, jednak całkiem sprawnie zaczęła wyciągać kolejne fragmenty drzazgi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
05.01.2026, 03:04  ✶  
Drzazga była… Konkretna. Czułem to od początku, jeszcze zanim zostałem ułożony na kanapie w pozycji, której nie przewidywał żaden z moich życiowych planów, a już na pewno nie te ambitniejsze. Patowa sytuacja była faktem, niestety, z którym niewiele dało się zrobić bez interwencji uzdrowiciela. Oczywiście, próbowałem negocjować, a jakże, zanim dałem się przekonać, że ciało obce w tyłku to nie jest coś, co należy „przeczekać”, nawet jeśli całe moje doświadczenie z meblami w tym domu bardzo skutecznie zniechęcało mnie do dalszych eksperymentów. Kanapa, na szczęście, okazała się konstrukcyjnie dojrzalsza od łóżka na piętrze, które zakończyło swój żywot w sposób ostateczny i bezdyskusyjny.
Byłem „pacjentem” - to słowo wracało do mnie z ironiczną regularnością, tym bardziej, że moje wcześniejsze wyobrażenia Prue w kitelku raczej miały w sobie znacznie więcej fantazyjności, niż obecne realia. Spodnie i bielizna zniknęły z pola operacyjnego szybko i sprawnie, zanim zdążyłem zaprotestować choćby we własnej głowie, leżałem więc, nagi od pasa w dół, z twarzą zwróconą w stronę podłokietnika, unosząc wzrok na sufit, a cała moja uwaga skupiała się na tym, by nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, które mogłyby pogorszyć sprawę. Zaufanie było tu kluczowe. I, ku mojemu własnemu zdziwieniu, absolutne, nawet jeśli każdy mięsień na dole moich pleców miał ochotę się napiąć, instynkt kazał uciekać, odturlać się, zrobić cokolwiek, co oddaliłoby mnie od tej całej zabawy w szpital w salonie jej rodziców. Rozsądek, niestety, tym razem przegrał z argumentami i doświadczeniem osoby, która znała ludzkie ciało znacznie lepiej ode mnie.
Nie ufałem uzdrowicielom, nigdy nie ufałem, zbyt wiele razy widziałem, jak ich „to tylko chwila” zamienia się w coś, co pamięta się bardzo długo. Nawet jeśli tym razem była to moja żona, prywatna pani uzdrowiciel, osoba, której ufałem bardziej niż komukolwiek innemu, instynkt pozostał niezmienny - ciało pamiętało. Mimo to, starałem się nie reagować, nie drgnąć, nie dać jej powodu, by uznała, że pacjent jest trudny. W końcu to ja dałem się przekonać, że ciało obce w tyłku to zły pomysł długoterminowy. Skupiłem się na myśli, że to ma sens, to konieczne, im szybciej, tym lepiej, po wszystkim będę mógł założyć spodnie i udawać, że ten dzień nigdy się nie wydarzył. Była w tym jakaś pokrętna intymność, zaufanie wystawione na bardzo osobliwą próbę, i choć sytuacja była absurdalna, wiedziałem, że robiła to dokładnie tak, jak trzeba - ostrożnie, metodycznie, bez pośpiechu.
Salon zamienił się w improwizowany gabinet zabiegowy, który wyglądał podejrzanie profesjonalnie jak na miejsce, gdzie zwykle pije się herbatę. Wszystko miało swoje miejsce - lampka, narzędzia, Prudence. Ja byłem jedynym elementem, który wyraźnie do tej scenografii nie pasował. Ja i moja drzazga w dupie. Głęboko osadzona, uparta, jakby postanowiła udowodnić mi, że w pokoiku mojej żony wszystko, nawet drewno miało ambicje.
Kanapa była faktycznie solidniejsza niż łóżko, to była jej jedyna zaleta, leżałem na niej nagi od pasa w dół, świadomy każdego muśnięcia powietrza i każdego napięcia mięśni, które starałem się kontrolować, bo wiedziałem, że gwałtowny ruch byłby najgłupszą możliwą decyzją. Leżałem nieruchomo, twarzą w obiciu, z policzkiem wciśniętym w materiał, który pachniał starym domem, herbatą i czymś, co zawsze kojarzyło mi się z jej rodzicami, co było tym bardziej niezręczne. Lampka świeciła dokładnie tam, gdzie absolutnie nikt nie powinien świecić, a ja wpatrywałem się to w sufit, na pęknięcie, to w podłogę, licząc sęki w deskach, tworząc i powtarzając ciąg liczb, jak mantrę. Czułem nad sobą światło, intensywne, bezlitosne, skupione w jednym, absolutnie kompromitującym punkcie - sprawiało, że czułem się bardziej jak przypadek kliniczny niż człowiek.
Byłem boleśnie świadomy każdego dotknięcia, każdego minimalnego ruchu narzędzia, tej precyzji, z jaką pracowała - znałem ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że kiedy tak się koncentruje, świat przestaje istnieć. Była tylko praca, problem do rozwiązania, ciało traktowane jak mapa, a nie jak powód do skrępowania. Paradoksalnie to mnie uspokajało - gdyby ktoś inny próbował czegoś podobnego, prawdopodobnie uciekłbym przez okno, nawet z drzazgą w tyłku. Przy niej leżałem i pozwalałem, żeby robiła swoje. Oddychałem powoli, jak mnie uczono przy znacznie gorszych urazach, zaciskając palce na krawędzi kanapy za każdym razem, gdy metal dotykał miejsca, które zdecydowanie nie było stworzone do ingerencji narzędziowej.
Pierwsze ukłucie było ostre, krótkie, potem przyszło to nieprzyjemne uczucie grzebania tam, gdzie nic nie powinno grzebać. Zacisnąłem zęby - z pełną świadomością, że wystarczy jeden zły ruch, a temat „drobnej drzazgi” zamieni się w opowieść, którą będzie się opowiadać latami - bo wiedziałem, że to konieczne, kiedy jednak poczułem, że coś się skomplikowało, serce podeszło mi do gardła - to był dokładnie ten moment, w którym doświadczenie życiowe podpowiadało, że jeśli jest źle, zawsze może być jeszcze trochę gorzej. Ułamała się, oczywiście, że się ułamała. Westchnąłem w duchu, bez dramatyzowania, to było irytujące, ale nie straszne. Bardziej… Upokarzająco powolne, jakby los uznał, że zasługuję na wersję rozszerzoną tej lekcji. Leżenie bez ruchu okazało się trudniejsze, niż się spodziewałem, każdy impuls kazał się napiąć, uciec, zrobić cokolwiek poza byciem idealnie współpracującym pacjentem.
Czułem się jak eksponat wystawowy, bardzo konkretnie oświetlony i zdecydowanie poza swoją strefą komfortu. Czułem ciepło na skórze i miałem bardzo wyraźną świadomość, że znajduję się w najbardziej absurdalnej pozycji, w jakiej przyszło mi kiedykolwiek być, a to już coś, biorąc pod uwagę moją pracę - klątwy, ruiny, przeklęte artefakty, rzeczy, które próbowały mnie zabić na setki kreatywnych sposobów, nic z tego nie przygotowało mnie na bycie pacjentem we własnym małżeństwie, leżącym nagim od pasa w dół w domu teściów. Byłem klątwołamaczem, do diabła, przerabiałem rzeczy, które normalnych ludzi doprowadzały do mdłości albo histerii, a jednak to, co działo się teraz, miało w sobie ten szczególny rodzaj bezbronności, który obchodził wszystkie mechanizmy obronne. Wolałbym mniej profesjonalizmu, a więcej znieczulenia wódą, ale wiedziałem, że to życzeniowe myślenie.
Uprzedzając mnie o konieczności zaopatrzenia się w inne narzędzia, Prue zniknęła na chwilę, zostawiając mnie samego z lampką, kanapą i własnymi myślami. Leżenie tak miało w sobie coś niemal filozoficznego. Oddychałem równo, powoli, licząc w myślach i przypominając sobie, że przeżyłem rzeczy znacznie gorsze niż uparta drzazga i domowe warunki zabiegowe - paradoksalnie - właśnie to bolało w sposób wyjątkowo irytujący, bo było tak… Przyziemne. Żadnej heroiki, żadnej chwały, tylko ja, kanapa i kawałek drewna, który postanowił zostać na dłużej.
Czas płynął jakby wolniej, każda sekunda była wyraźna, każdy impuls z miejsca, którego wolałbym nie być tak świadomy, przypominał, że to jeszcze nie koniec. Tykanie zegara w przedpokoju było jednocześnie pasmem „mogłem przewidzieć”, „nie powinienem” i „jak do tego doszło”. Zastygłem tak, bezbronny i absurdalnie odsłonięty, myśląc, że to musi być jakiś omen - w życiu zawsze jest ten moment, kiedy drobna decyzja prowadzi do kompletnie nieproporcjonalnych konsekwencji, które zwykły mnożyć się wykładniczo - mniejsze fragmenty wciąż dawały o sobie znać, drażniące i nieprzyjemne, wydając się czymś więcej, jak tylko przypomnieniem o własnej głupocie.
Próbowałem myśleć o czymkolwiek innym - o kartonach, tym, że to ostatni raz w tym domu, drzwi się zamkną i już tu nie wrócimy, no, przez co najmniej kilka dni. O tym, że za chwilę będzie po wszystkim. Każda z tych myśli była jak krótki skok w bok, byle nie siedzieć w centrum uwagi. Gdy wróciła, poczułem lekkie napięcie w plecach, instynktowne, trudne do opanowania - nowa pęseta oznaczała finał, ostateczne starcie z kawałkiem drewna. Westchnąłem, przekręciłem głowę w bok i w końcu pozwoliłem sobie na słowa, które cisnęły mi się na język od dobrych kilku minut.
- Jusz losumiem, czemu niektószy nigdy nie wyciągają kija s dupy, wiesz?
To miało być pakowanie, tymczasem dostałem lekcję z anatomii, zaufania i bardzo konkretnej metafory. Jebane szczęście.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
05.01.2026, 16:38  ✶  

Sytuacji wydawała się absurdalna, jednak Prudence podeszła do swojego zadania całkiem profesjonalnie. Nie takie rzeczy widziała już w swoim życiu. Różne przypadki się zdarzały, trzeba było się nimi zająć odpowiednio, aby z pozoru pierdoły nie zmieniły się w coś, co mogło się ciągnąć dłużej, stwarzać komplikacje. Właśnie dlatego postanowiła stworzyć prowizoryczną kozetkę z kanapy w salonie swoich rodziców i położyć na niej swojego męża. Warunki były może nie do końca komfortowe, ale robiła co mogła, aby Benjy poczuł się tutaj bezpiecznie. W końcu świecił przed nią swoim tyłkiem. Wiedziała, że to nie jest szczególnie przyjemnym doświadczeniem, bo być może widywała go już nagiego, jednak teraz znajdował się przed nią w tej formie z zupełnie innego powodu niż zazwyczaj. To było niewygodne, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, dlatego chciała załatwić tę sprawę dokładnie, szybko, aby jak najszybciej zapomnieli o całej sytuacji.

Drzazga pozostawiona na swoim miejscu mogła spowodować jakieś paskudne zakażenie, mogła migrować, sprawiać kłopoty które zdecydowanie nie były im potrzebne. Benjy musiał mieć pewność, że jego ciało jest w doskonałej formie, że żadne pierdoły nie będę go rozpraszać podczas pracy, to było ważne dla Prudence, bo wiedziała, że w dużej mierze od tego zależało, czy będzie wracał do domu cały i zdrowy. Rozpraszająca drzazga w tyłku mogła mu nieco komplikować życie, dlatego też postanowili się jej pozbyć jak najszybciej.

Namówiła go, aby zrobili to od razu, bo przecież tak było najbezpieczniej, czuła się zresztą winna temu, że ten kawałek drewienka znalazł się w jego czterech literach. To ona zachęciła go do odpoczynku na jej łóżku, które nie było przystosowane do osób jego rozmiarów. Musiała więc teraz odpowiednio zająć się szkodami, które wyrządził mebelek, który zakończył swój żywot.

Z początku nie szło najgorzej, pęseta którą wybrała leżała odpowiednio w jej drobnych dłoniach, była w stanie całkiem nieźle nią operować, tyle, że drewienko okazało się dosyć mocno zagnieździć w ciele Benjy'ego. Pozbywała się go kawałek, po kawałku, aż w końcu dotarło do niej, że potrzebuję drobniejszego narzędzia. Nie było to problemem, doskonale wiedziała, gdzie je znajdzie. Zostawiła go więc na kanapie, a sama ruszyła na poszukiwania pęsety odpowiedniego rodzaju. Udało jej się taką znaleźć, gdy przeszukała szufladę, trwało to krótką chwilę, jednak misja zakończyła się sukcesem. Mogła wrócić do pracy.

Benjy wydawał się nawet nie drgnąć, najwyraźniej wziął sobie do serca jej rady o tym, że nie powinien się ruszać. W sumie nie spodziewała się, że jej posłucha, zdawała sobie sprawę iż świadczyło to o ogromnym zaufaniu, przecież leżał na tej kanapie z gołym tyłkiem, spodniami i bielizną spuszczoną do kostek, to nie była szczególnie komfortowa pozycja.

Nachyliła się ponownie nad obiektem, którym miała się zajść, uważnie wpatrywała się w te drobne fragmenty, których musiała się pozbyć, nadal mrużyła jedno oko - nie tak łatwo było się pozbyć śladu nalewek matki z krwiobiegu, ta drobna niedogodność nie miała jednak wpływu na jej profesjonalizm. Naprawdę przykładała się do swojego zadania, nie mogła pozwolić na to, by chociaż jedna część drzazgi pozostała w ciele jej męża. Wzięła to sobie do serca.

Mniejsza pęseta pozwała jej działać dokładnie tak jak chciała, zbliżała ją, łapała co trzeba i wyciągała kolejne fragmenty drzazgi. Przygryzła przy tym dolną wargę, jak robiła zawsze kiedy była bardzo skupiona.

- Myślisz, że wszystkie kije w dupie biorą się z ignorowanych i zapomnianych drzazg? W sumie to całkiem niezła teoria. - Nie sądziła, żeby ktoś przeprowadzał badania na ten temat, ale może warto byłoby się tym zająć, wielu ludzi miało w tyłkach ogromne kije, nie mogły pojawiać się one znikąd.

- Dobrze więc, że się tym zajęłam, wolałabym, żebyś pozostał egzemplarzem bez kija. - Mówiła cicho, nadal wpatrując się bardzo dokładnie w jego tyłek. Świeciła sobie przy tym tą nieszczęsną lampką, aby niczego nie pominąć. Nie zamierzała pozwolić mu wstać dopóki nie będzie miała pewności, że udało im się załatwić sprawę do końca.

- Już prawie, jeszcze dwa, malutkie fragmenty i będzie po problemie. - Wolała go uprzedzić o tym ile to potrwa, miała świadomość, że to co mu robiła nie było szczególnie przyjemne.

Nachylała się właśnie, aby wyciągnąć malutki kawałek drzazgi, kiedy drzwi frontowe się otworzyły, usłyszała ten charakterystyczny dźwięk, nie mogła jednak panikować, bo miała pęsetę, którą łapała właśnie drzazgę, nie mogła się ruszyć bo skończyłoby się to dosyć drastycznym uszczypnięciem Benjy'ego w tyłek, a tego nie chciała zrobić. Póki co, przybysze znajdowali się w przedpokoju, pewnie za parę sekund zastaną ich w tym miejscu. Cóż, jakoś to zniosą, nie mieli innego wyjścia, musieli dokończyć tę operacje.

- Nie możesz się ruszyć, nie teraz, nie kiedy jestem tak blisko. - Uprzedziła go jeszcze, bo naprawdę nie był to dobry moment na żadne gwałtowne ruchy.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
05.01.2026, 21:41  ✶  
Byłem wyjątkowo zdyscyplinowany, wręcz wzorowy, jednocześnie za wszelką cenę starając się trzymać wersji, iż robiłem to z własnej woli - nawet nie dlatego, że kazała mi się nie ruszać, tylko dlatego, że w tej konfiguracji naprawdę nie było gdzie. Najwyraźniej tak wyglądała prawdziwa intymność w małżeństwie - leżenie nieruchomo, kiedy ktoś grzebie ci w tyłku dla twojego dobra. Nie stałem się nagle wzorem pacjenta, po prostu wiedziałem dokładnie, co trzymała w dłoni i gdzie operowała narzędziami, a moja wyobraźnia była aż nadto sprawna. Jeśli ktoś kiedyś miał wątpliwości co do mojego zaufania do tej kobiety, to właśnie w tym momencie dostawałby dowód nie do podważenia. Całe szczęście, byliśmy tu całkowicie sami. Nie to, by udowodnienie teściowi, że naprawdę kocham jego córkę nie było jednym z moich priorytetów, wbrew naszej rozmowie z Prue o tym, że „jak John zareaguje na wieść o ślubie, to jego problem”, zamierzałem być lepszą wersją siebie, ale może niekoniecznie chciałem aż tak poświęcać się dla sprawy. Miałem, jeszcze!, jakąś godność.
Ani drgnąłem, gdy odeszła, szczęki miałem zaciśnięte, dłonie podparte w taki sposób, aby móc jako-tako sięgnąć po alkohol, tak w razie potrzeby, poza tym całe moje ciało współpracowało z jej poleceniami w sposób wręcz podręcznikowy.
Zwykle byłem zaprzeczeniem pruderyjności, więc w innych okolicznościach nie miałbym z tym najmniejszego problemu - nagość nigdy nie była dla mnie sprawą wstydliwą, praktycznie od czasów gry w drużynie quidditcha, zresztą później jeszcze mniej się nią przejmowałem. Znałem swoje ciało, wiedziałem, co potrafiło, miałem zdrową opinię o własnej fizyczności, wiedziałem, że nie miałem nic do ukrycia - to nie była przechwałka, tylko fakt, z którym żyłem w zgodzie. Spałem częściej bez ubrań niż w nich i nie traktowałem tego jako manifestu, tylko wygodę. Słońce widziało więcej, niż powinno, a mieszkania i prywatne pokoje znały mnie w wersjach zdecydowanie mniej oficjalnych. Ale to? To było coś zupełnie innego - tu nie chodziło o ciało, tu chodziło o kontekst, bo owszem, leżałem nagi od pasa w dół, ale nie z wyboru, nie z wygody, nie z poczucia wolności.
Wciągnąłem powietrze nosem, powoli, kontrolowanie, bez słowa sprzeciwu pozwalając Pruey wrócić do zadań, to nie była uległość, a przynajmniej tak to sobie powtarzałem, to był instynkt samozachowawczy. Pęseta znajdowała się zbyt blisko miejsc, które nie wybaczały błędów, żebym mógł pozwolić sobie na cokolwiek więcej. Dyskomfort był oczywisty, pozycja daleka od ideału, ale nie to było teraz najważniejsze. Najważniejsze było to, żeby ta cholerna drzazga zniknęła raz na zawsze. Leżałem nieruchomo jak zaklęty artefakt, którego absolutnie nie wolno dotknąć ani przesunąć, jak obiekt muzealny z tabliczką „nie dotykać”, mimo że byłem dotykany bardzo intensywnie i bardzo precyzyjnie.
Mniejsza pęseta była lepszym wyborem, czułem krótkie, punktowe ukłucia, takie, które mówiły mi raczej „jeszcze chwilę”, a nie „zaraz umrzesz” - nie było to dramatyczne, ale wystarczająco precyzyjne, by regularnie przypominać mi, gdzie dokładnie znajduje się centrum operacyjne. Zaciskałem szczękę, skupiając się na rytmie oddechu, na kanapie pod sobą, na wszystkim poza faktem, że leżę w salonie rodziców mojej żony, z gołym tyłkiem wystawionym na sztuczne światło, stosunkowo precyzyjnie przesuwane wraz z postępami w zabiegu. Zdawało się wypalać punktowo każdy fragment skóry, który akurat uznano za medycznie interesujący. Nie ruszyłem się, nawet nie mrugnąłem, jeśli to było w ogóle możliwe. Zachowywałem się jak ofiara zaklęcia petryfikującego, w pełni świadomy każdego centymetra własnego ciała i absolutnie wszystkiego, co w tej chwili było wystawione na chłodne powietrze w cudzym domu.
Kiedy Pruey stwierdziła, że wolałaby, żebym pozostał egzemplarzem bez kija, uniosłem brew, której i tak nikt nie widział. Doceniałem troskę, naprawdę, nawet jeśli była wyrażana w najbardziej kompromitującym możliwym kontekście. Gdy uprzedziła, że zostały dwa, skinąłem minimalnie głową, choć i to było ryzykowne.
- „Dwa malutkie flagmenty”. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie. - Jasne. Oczywiście. Zawsze są „malutkie”. - I tak uważałem się za całkiem posłusznego pacjenta, z nie sposób było tego nie skomentować, zwłaszcza po tym, jak drzazga już raz połamała się na drobniejsze fragmenty. - Pszyjąłem do wiadomości. - Powiedziałem wreszcie przez zęby. - Dwa. Dam ladę. Znam golse statystyki. I tak, zdecydowanie myślę, sze to biesze się właśnie stąd. - Lampka przesunęła się o włos, a ja wpatrywałem się w sufit, licząc pęknięcia i obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdę, to już nigdy nie usiądę na niczym z tak szeroką wsteczną, a przede wszystkim dziecięcą historią.
Leżałem jak zaklęty, dokładnie tak, jak kazała, i to było chyba najbardziej wymowne ze wszystkiego. Ja, który zwykle nie miałem problemu z nagością w żadnym kontekście, który potrafił traktować własne ciało jak fakt, a nie temat do debat, teraz byłem nieruchomy nie z powodu wstydu, tylko… Zażenowania, chyba pierwszy raz w życiu czułem zażenowanie. Zawsze uważałem, że jeśli ktoś ma z tym kłopot, to jest to wyłącznie jego kłopot. Wiedziałem, że nie mam się czego wstydzić i nigdy nie miałem potrzeby udawać skromnisia, nigdy się z tym specjalnie nie cackałem, ale to było inne, to nie była swoboda, to była procedura. Medyczna. Z publicznością w drodze. Bo co innego chatka w  Exmoor, jezioro, księżyc albo słońce i przestrzeń, czy mieszkanie w Londynie, a co innego kanapa rodziców mojej żony, lampka i drzwi frontowe, które chwilę wcześniej wydały z siebie ten dźwięk.
Ten jeden dźwięk.
Słyszałem go wyraźnie, mimo że byłem skupiony na oddychaniu i na tym, żeby nie reagować na kolejne precyzyjne ruchy pęsety. Klucz, zamek, ten charakterystyczny moment przejścia domu z trybu „bezpieczny” w tryb „publiczny”, w tej jednej sekundzie wszystkie moje dotychczasowe liberalne poglądy na nagość postanowiły zrobić krok w tył i udawać, że nigdy nie istniały. Tak, fakt, że wszystko działo się właśnie tutaj, właśnie teraz, nadawało tej scenie rangę moralnej pułapki.
- Świetnie. - Syknąłem przez zęby, ledwie poruszając ustami.
„Nikt nam nie przeszkodzi”, mówiła. „Mamy czas”, mówiła.
Nie panikowałem - to nie był mój styl, ale w środku miałem to nieprzyjemne, lodowate „o nie”, które pojawia się, gdy wiesz, że historia właśnie zapisuje się sama i nie masz na to żadnego wpływu, za chwilę będziesz czyimś anegdotycznym wspomnieniem, a „pamiętasz, jak…” będzie miało bardzo konkretny kontekst.
Teoria o kijach w dupie była… Zaskakująco trafna. W tej pozycji, w tej chwili, metafora nabierała bardzo dosłownego znaczenia. Pomyślałem, że jeśli ktoś kiedyś zapyta mnie o genezę sztywności światopoglądowej, będę miał bardzo osobistą odpowiedź. Ignorowana drzazga, mikrouraz, potem kompensacja psychiczna, w końcu masz całego kija i wszyscy się zastanawiają, skąd się wziął - to się spinało bardziej niż większość teorii społecznych, jakie słyszałem, brzmiało całkiem jak materiał na pracę doktorską, „Etiologia kijów. Studium przypadków”.
Ostrzeżenie dotarło do mnie natychmiast, ostre i absolutnie logiczne. Pęseta była zbyt blisko, jeden gwałtowny ruch i ten dzień zapisałby się w historii rodu Bletchleyów jako coś znacznie gorszego niż niezręczne wejście. Leżałem więc dalej, z twarzą zwróconą w bok, słysząc kroki w przedpokoju, szelest płaszczy, dźwięki, które mówiły „zaraz tu będą”. Miałem bardzo dużo czasu, żeby przemyśleć swoje życiowe wybory, raczej nie było więc w żadnym razie osobliwym wnioskiem to, że żaden z nich nie wydawał się teraz szczególnie trafiony. Każde krótkie, punktowe ukłucie było jak przypomnienie, że ta teoria o kijach w dupie, rzucona przeze mnie półżartem, właśnie przechodziła test empiryczny. Zapowiedź, że „nikt nam nie przeszkodzi”, umarła bardzo głośną śmiercią w przedpokoju, a ja faktycznie zesztywniałem, jakby ktoś mi coś nie wyjął, tylko wsadził. Zacisnąłem szczękę, oddychając przez zęby, ledwie słyszalnie, po czym złączyłem je jeszcze mocniej, kiedy kolejny fragment drzazgi został wyciągnięty. Dopiero wtedy, bardzo cicho, głosem stłumionym przez poduszkę, żeby tylko Prue to usłyszała, burknąłem:
- Kłamczucha. - To nie było oskarżenie, nie było to dramatyczne jęknięcie, raczej suchy fakt. Nie było w nim złości, bardziej coś pomiędzy rezygnacją a suchym humorem, który ratował człowieka przed kompletnym rozpadem godności. W moim umyśle wszystko krzyknęło JAK TO, ale reszta została nieruchoma, bo pęseta była za blisko, a ja jednak lubiłem swoje pośladki w stanie nieuszczypniętym, najlepiej bez drzazgi, która postanowiła przeciągnąć swoje pięć minut, i bez uwagi teściów, którzy za chwilę mogli wejść do salonu. To oznaczało, że musiałem być grzeczny i posłuszny, przynajmniej jeszcze teraz. Nie znaczyło to za to, że nie mogłem mówić.
- Pelfidna kłamczucha. - Podkreśliłem cicho, z naciskiem, głosem tak niskim, że bardziej czułem go w klatce piersiowej niż słyszałem. Oddychałem wolno, odliczając w myślach sekundy, słuchając dźwięków z przedpokoju, które były zdecydowanie za blisko. Milczałem, licząc w myślach na to, że fragmenty drzazgi dadzą się usunąć szybciej, niż rodzice zdecydują się wejść dalej niż do przedpokoju. Nie chciałem zostać wystawiony na zderzenie z normalnością świata, który nie miał pojęcia, co zastanie za chwilę, z echem codzienności, które w tej sekundzie miało fatalne wyczucie czasu.
Energia weszła pierwsza, zanim jeszcze pojawiła się kobieca sylwetka. Kroki były szybkie, zdecydowane, głos jasny, ciepły, promienny jak słońce po deszczu.
- Och! - Rzuciła radośnie, stając w progu, jakby właśnie zobaczyła coś zupełnie normalnego - to był ten typ człowieka, który nie puka, bo życie jest za krótkie na pukanie. - Jesteście! Myślałam, że… - Zawiesiła głos na ułamek sekundy, podczas gdy spojrzenie prześlizgnęło się po scenie, po lampce, po kanapie, po mnie. I zamiast krzyku, paniki czy oburzenia, na jej twarzy pojawił się szeroki, serdeczny uśmiech. Matka Prudence miała w sobie coś absolutnie nieadekwatnego do roli, którą formalnie pełniła. Zamiast zatrzymać się, zamiast zareagować szokiem, zamiast odwrócić wzrok, zrobiła dokładnie to, czego się obawiałem. - OHO! - Głos Penelope był jasny, żywy, kompletnie pozbawiony wstydu. - Widzę, że nie marnujecie czasu! - Zatrzymała się na sekundę, oceniła sytuację jednym spojrzeniem aptekarki i matki jednocześnie, po czym uśmiechnęła się szeroko, absolutnie rozbrajająco. - Prue, kochanie, lampka bardzo ładnie ustawiona. Profesjonalnie. - Mrugnęła do córki porozumiewawczo, akurat gdy uniosłem głowę minimalnie - na tyle, na ile pozwalała mi pozycja absolutnie nieprzeznaczona do konwersacji towarzyskich, i zerknąłem w jej stronę kątem oka. Na twarzy Penelope był ten sam promienny, bezwstydnie serdeczny wyraz, co podczas kolacji na Mabon, jakby właśnie wpadła na herbatę, a nie na nagiego zięcia pod lampką zabiegową.
Odezwała się pierwsza, oczywiście. Promiennie, jakby właśnie złapała mnie na czytaniu książki, a nie w stanie pełnej, niepodrabialnej kompromitacji.
- Benjy, skarbie! - Jej głos był ciepły, radosny, absolutnie nie na miejscu. - Jak miło cię widzieć… Chociaż przyznam, że perspektywa jest nowa. - Oczywiście, że musiała coś dodać, zaśmiała się lekko, swobodnie, jak ktoś, kto nie zamierzał udawać, że świat właśnie się nie wykoleił.
Przełknąłem ślinę, słysząc kolejne ruchy w przedpokoju. Paradoks polegał na tym, że im mniej miałem do ukrycia w sensie fizycznym, tym bardziej nagi czułem się mentalnie, w dodatku pozwoliłem sobie wmówić, że „nikt nie wróci tak szybko”, bo tak - moja żona, mała kłamczucha mówiła, że mamy czas, mówiła, że nikt nie wróci, mówiła, że to bezpieczne, a ja, jak ostatni naiwniak, uwierzyłem. Klątwołamacz, który rozpoznawał fałszywe artefakty na metr, dał się nabrać na „spokojnie, zdążymy”. Człowiek, który stawał naprzeciw rzeczy znacznie gorszych niż teściowie, teraz leżał z gołym tyłkiem i absolutnym brakiem opcji manewru.
- Dzień dobly, Penelope. - Odezwałem się spokojnie, z tą rezygnacją, która przychodzi tylko wtedy, gdy nie ma już sensu udawać. Zamknąłem oczy na sekundę i pozwoliłem sobie na krótki, wymowny komentarz. - Miło panią widzieć. Wolałbym… W innych okolicznościach. Obawiam się, sze to nie jest mój najlepszy kadl, ale balso się cieszę, sze pani mnie… Losposnaje. - Poruszyłem się minimalnie, natychmiast zamierając z powrotem, i tylko uniosłem dwa palce w geście powitania, bo na więcej nie pozwalała ani sytuacja, ani zdrowy rozsądek.
- Och, kochanie, nie tłumacz się. - Machnęła ręką. - Rodzina to rodzina. To tylko pupa. Nic takiego. A poza tym… - Jej spojrzenie błysnęło figlarnie. - Przynajmniej wiem, że dobrze trafiła. - Znowu zachichotała, jak starsza siostra, trochę doroślejsza siostra, nie pełnoprawna, poważna matka. Najwyraźniej to była jej stała filozofia życiowa - czuła się młodo i właśnie tak się zachowywała.
Tak, to był ten moment, gdy byłem już bardzo bardzo świadomy faktu, że sytuacja wymknęła się z kategorii „domowa interwencja medyczna” i wpadła prosto w „rodzinne wspomnienie, które będzie wracać na każde święta”.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
06.01.2026, 00:11  ✶  

Benjy leżał na kanapie wyjątkowo spokojnie, naprawdę to doceniała, wiedziała bowiem, że to nie jest wcale takie łatwe dla kogoś jak on. Zawsze był samowystarczalny, zawsze radził sobie ze wszystkim sam, a dzisiaj ona wyciągała mu drzazgę z tyłka. Widać było, że próbował walczyć ze swoimi przyzwyczajeniami, naprawdę to doceniała. Nie bronił się przed tym też jakoś specjalnie, nie walczył z jej opinią, po prostu położył się na tej kanapie, tak jak go poprosiła, dzięki czemu mogła zająć się tym drobnym problemem od razu. To miało spowodować, że obrażenia będą niemalże nieodczuwalne.

Radziła sobie nie najgorzej, nawyciągała się w swojej medycznej karierze wielu drzazg z różnych miejsc, niektóre wychodziły od razu, przy pierwszym dotknięciu pęsety, inne podobnie jak ta z którą miała aktualnie do czynienia wymagały nieco więcej uwagi, nie było to jednak nic nowego. Potrzebowała tylko odrobiny czasu, by mieć pewność, że na pewno pozbędzie się wszystkiego od razu. Nie zamierzała do tego wracać, chciała, aby mieli to za sobą, zresztą obiecała mu, że to będzie ich tajemnicą, najlepiej więc by było aby całe ciało obce wyszło od razu, dzięki czemu będą mogli zapomnieć o tym wydarzeniu. No, ona na pewno nie zapomni, ale nie zamierzała wracać do tego celowo, wiedziała przecież, że było to dla niego niekomfortowe.

Starała się działać jak najbardziej precyzyjnie, ale również jak najszybciej potrafiła, aby w końcu mieli to za sobą, światło lampki całkiem skutecznie pomagało Prue dostrzegać to co jej umykało. Zostały dwa, malutkie fragmenty, których miała się teraz pozbyć, poinformowała o tym oczywiście Benjy'ego, zdawała sobie sprawę, że bardzo nienaturalne było dla niego oddawanie losu swojego zadka w czyjeś ręce, więc mówiła mu o postępach, żeby nie martwił się, że coś nie idzie po ich myśli.

- Te naprawdę są malutkie, dlatego tak długo mi schodzi. - Nie chciała się tłumaczyć, jednak wolała to zrobić, aby nie wyjść na nieporadną. - Nie zawsze są malutkie, tak naprawdę zazwyczaj, w większości, to jedna drzazga, jeden ruch ręką i po sprawie. - Oczywiście, że musiała sięgnąć po swoje statystyki, nie omieszkała też wspomnieć o tym, że ta sytuacja była dość wyjątkowa, nie zdarzała się szczególnie często, nie, żeby chciała mu dołożyć, ale trochę tak wyszło, Benjy zdecydowanie był wybrańcem. - Dobrze więc, że tego unikniesz, kij w tyłku mógłby Ci przeszkadzać. - Postanowiła jeszcze potwierdzić, że pozbycie się tej drzazgi było doskonałym posunięciem, bo mogli dzięki temu uniknąć tych wcale nie najprzyjemniejszych konsekwencji. Kij w tyłku musiał bardzo przeszkadzać w chodzeniu...

Później stało się to, czego nie założyła. Usłyszała otwierające się drzwi, co zwiastowało powrót do domu jej rodziców. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, mieli wrócić później, a może ona nie zauważyła, że była już taka późna godzina? Nieco zajęło im pakowanie rzeczy, do tego kosztowali w między czasie tych wszystkich nalewek jej mamy, to było prawdopodobne, przy nim zresztą zawsze traciła poczucie upływu czasu.

Musiała go ostrzec, musiała zareagować, wiedziała, że niektóre odruchy były bezwarunkowe, a naprawdę nie do końca bezpieczne było poruszenie się, kiedy pęseta znajdowała się w tak newralgicznym miejscu. Nie mógł się ruszyć, zeskoczyć, schować - chociaż nie zdziwiłoby jej gdyby miał na to ochotę.

- Niespecjalnie, to znaczy nie kłamałam, nie wiedziałam, że jest już tak późno. - W jej oczach więc nie było to wcale kłamstwem, po prostu niefortunnymi założeniami, które okazały się nie mieć sensu, naprawdę myślała, że mają czas, że uda im się zająć sprawą przed powrotem do domu jej rodziców, niestety los im nie sprzyjał.

- Mam! - Mruknęła cicho, kiedy wyciągnęła przedostatni fragment drzazgi, zrobiła to tuż przed wejściem do salonu Penelope, miała doskonałe wyczucie czasu, nie można jej było tego odmówić.

Matka nie wydawała się być jakoś szczególnie wzruszona tym, co działo się w jej domu. Jak zawsze tryskała pozytywną energią. W tej chwili w sumie nie było to takie najgorsze, chociaż Prue sama nie do końca wiedziała, jaka reakcja mogłaby być tak do końca odpowiednia, jak na to, co działo się w salonie. Stanowisko, które sobie przygotowała wyglądało być może profesjonalnie, co nie zmieniało jednak faktu, że jej mąż, leżała na kanapie jej rodziców, ona świeciła mu lampką w tyłek i czegoś tam szukała.

- Wy też jesteście... - Stwierdziła, bo cóż innego mogła zrobić. Nie spodziewała się, że wrócą tak szybko, naprawdę sądziła, że mają jeszcze odrobinę czasu, że nikt nie będzie wiedział, co działo się w tym pomieszczeniu, obiecała Benjy'emu, że będzie to ich tajemnica, nie do końca wyszło, miała nadzieję, że jej to wybaczy.

- Dziękuję mamo, starałam się, aby wszystko było jak najbardziej profesjonalne. - Doceniała to, że Penelope zauważyła ten drobny szczegół, chociaż sytuacja była naprawdę absurdalna. Nie zamierzała skupiać się jednak na matce, bo wiedziała, że gdzieś tam był też ojciec, który cóż miał swoje podejście do wszystkiego, i chyba zapomnianą drzazgę, która zamieniła się w kij w czterech literach. Starała się skupić na tym, aby wyciągnąć ostatni, brakujący fragment drzazgi.

Pokręciła głową, kiedy słyszała komentarze swojej rodzicielki, nie miała pojęcia skąd ona się urwała, naprawdę, nadal potrafiła ją zaskoczyć swoją lekkością bytu, z ojcem byli jak ogień i woda, a jednak mimo wszystko jakoś udało im się przetrwać razem tak wiele lat, najwyraźniej wszechświat potrzebował równowagi.

Co do Johna... z przedpokoju dobiegło do nich głośne westchnięcie, coś uderzyło o ścianę i się na niej zatrzymało. Później do ich uszu doszły powolne kroki, Bletchley wszedł do salonu. Zatrzymał się już w progu i zaczął się rozglądać. Jego spojrzenie powoli przesuwało się po obecnych w salonie osobach. Zawieszał je na każdej z nich na kilka sekund, póki co nie odezwał się ani słowem, jednak jego mina mówiła wszystko. Na twarzy mężczyzny gościł grymas, nie do końca był zadowolony z tego, co widział. To był jego salon, jego kanapa, a teraz leżał na niej on nagi od pasa w dół, a jego córka nachylała się nad tyłkiem tego mężczyzny. Tak, zdawał sobie sprawę z tego, że była uzdrowicielem, widziała w swoim życiu najróżniejsze części ciała, jednak to... zdecydowanie wolał tego nie widzieć, najgorsze było to, że nigdy miał nie wyprzeć ze swojej pamięci tego widoku.

Zrobił krok w przód, nadal przenosił wzrok po kolei, z jednej osoby na drugą. Kalkulował, próbował przeanalizować to co widział, co się tutaj działo. Lampka w dłoni Prudence, pęseta, szczebiocąca Penelope, to było wiele. Mógł jednak nie brać tego dnia wolnego, mógł nadal być w Mungu, zajmować się swoimi pacjentami, ale ubzdurała sobie kupno tego dywanu, a że ciężko było mu jej odmówić, to tkwił teraz w tym salonie, w którym robiło się bardzo duszno i musiał na to patrzeć.

- Nie spodziewałem się, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś oglądać zakończenie pańskich pleców, panie Fenwick. - Oficjalny bardziej, niż wymagała tego sytuacja. Ton jego głosu był chłodny, pozbawiony jakichkolwiek emocji. John ruszył w kierunku Prue, po chwili się zatrzymał, jakby nie do końca gościła w nim pewność, czy chce na to patrzeć. Nie ukrywał wcale, jakie ma zdanie na temat chłopaka swojej córki, znał takich jak on, wiedział zbyt wiele, potrafił łączyć kropki, zresztą nie bez powodu ostrzegał ją przed nim wiele lat temu, a ten jakimś cudem wrócił tutaj znowu, ponownie wkradł się w jej łaski. Nie podobało mu się to wcale. Nie zamierzał jednak robić scen, swoje już powiedział, musiał zaakceptować jego chwilową obecność w jej życiu, nie wątpił bowiem w to, że było to tylko chwilowe.

- Prudence, czy potrzebujesz wsparcia w czymkolwiek, czym się teraz zajmujesz? - Zapytał jeszcze z czystej przyzwoitości, żeby nie było, że nie interesuje się sprawą, chociaż najchętniej by się stąd teleportował.

Prue uniosła głowę znad tyłka Benjy'ego, spojrzała na ojca, zaprzeczyła jedynie gestem i wróciła do działania. Teraz, kiedy w pomieszczeniu było zdecydowanie zbyt wiele osób musiała zakończyć to, jak najszybciej.


Rzut Z 1d100 - 80
Sukces!
(percepcja ◉◉◉○○ czy Prue uda się zlokalizować ostatni fragment drzazgi)


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
06.01.2026, 04:11  ✶  
Teoria o kijach w dupie była szeroka, tak, ale wciąż uważałem ją za solidną. Ignorowane drobiazgi mają tendencję do eskalacji - widziałem to w ludziach, w klątwach, w domach, które rozpadały się nie od jednej awarii, tylko od lat zaniedbań. Drzazga jako metafora była aż nazbyt czytelna, więc kiedy Pruey potwierdziła, że to dobrze, iż tego uniknę, że lepiej pozostać egzemplarzem bez kija, następnie tak ochoczo przechodząc do dalszej pomocy medycznej, miałem ochotę krzywo się uśmiechnąć, kiwając głową. Pewnie nawet bym to zrobił, gdyby nie fakt, że uśmiech mógłby pociągnąć za sobą reakcję łańcuchową w dolnych partiach ciała. Czułem własny ciężar rozłożony na kanapie, tkaninę pod udami, ciepło płynące z jasnej żarówki lampki skupiony w jednym, bardzo konkretnym punkcie rzeczywistości. Oddychałem wolno, miarowo, tak jak nauczyłem się oddychać przy rzeczach znacznie gorszych niż drzazga - to było nic, a jednocześnie było wszystkim.
- Domyślam się, sze to wyjątek. - Westchnąłem ciężej niż wcześniej, zaraz potem wróciłem do bezruchu, bo pęseta była blisko, a ja nie miałem ochoty zostać anegdotą z dopiskiem „i wtedy zrobił głupi ruch”. - Zawsze tlafiam na wyjątki. Wyblańcem nigdy nie byłem, laczej… Plekulsolem? Doskonałym złym pszykładem? Kimś, kto powinien mieć własny pszypadek? - Naprawdę starałem się pozostać skupiony na suficie, na pęknięciu w tynku, które nagle stało się najciekawszym obiektem w promieniu kilometra. Słyszałem jej głos, spokojny, metodyczny, słyszałem metaliczny dźwięk pęsety i czułem to charakterystyczne, punktowe ukłucie, które było bardziej irytujące niż bolesne. Problemem nie była goła dupa, problemem było to, kto mógł ją teraz zobaczyć i w jakim kontekście.
No, właśnie. Cmoknąłem niezadowolony, nie do końca przyjmując wersję zagubienia w czasie, chociaż ja też nie kontrolowałem zegarków, więc zdecydowanie byłem współwinny całej niezręczności. Przedostatni fragment drzazgi wyszedł tuż przed wejściem Penelope, więc jednocześnie można było wnioskować, iż w pewnym sensie było to idealne wyczucie czasu - oczywiście, że tak. Nagła obecność pani Bletchley była jak zmiana temperatury w pomieszczeniu. Matka Pruey była energiczna, błyszcząca, swobodna do granic przyzwoitości, a może i trochę dalej, nie było w niej ani cienia zgorszenia, raczej ciekawość, rozbawienie, zawodowa ocena sytuacji. Nim się obejrzałem, stała jak ktoś, kto widział już wszystko i uznał, że to po prostu kolejna scena z życia rodzinnego. W dodatku sama tak to określiła, co nie umknęło mi bardziej, niż postanowiłem to okazać - nawet nieświadomie, teściowa miała mnie za kogoś, kto rzeczywiście tu pasował, praktycznie od razu uznała mnie za naturalną konsekwencję dokonywanych wyborów. Nazwała mnie „rodziną”, chociaż z pewnością nie miała pojęcia, jak dobrze tym trafiła, ale ta wieść raczej nie miała spotkać się z brakiem aprobaty z jej strony, zawsze mnie lubiła. W tym wydaniu czy w innym, nie brzmiała na niezadowoloną z mojej obecności.
Gdy Penelope wpadła do salonu, jak promień słońca, uniosłem dwa palce w geście, który miał być powitaniem, a wyszedł czymś pomiędzy kapitulacją a dowodem życia. Zdecydowanie uznała to za wystarczające. Zachowywała się, jakbyśmy spotkali się przy stole w kuchni, nie nad moim nagim tyłkiem, komentowała profesjonalizm, ustawienie lampki, wszystko to, co w danym momencie było najmniej problematyczne, no, przynajmniej do pewnego stopnia, bo niektóre z jej komentarzy nie były już tak dyskretne, ogólnie jednak podeszła do wszystkiego z zadziwiającą lekkością. Część mnie była jej za to wdzięczna, druga część marzyła o teleportacji w dowolne miejsce na świecie, ale może odrobinę mniej niż na początku.
A potem pojawił się John - jego wejście było zupełnie inne, cięższe, wolniejsze, powietrze zgęstniało, a salon nagle stał się za mały. Nie potrzebował się nawet spieszyć, najpierw towarzyszyło temu westchnięcie z przedpokoju, potem coś uderzyło o ścianę, dopiero potem zabrzmiały kroki, które czułem praktycznie w kręgosłupie. Zatrzymał się w progu, nie musiał nic mówić, wiedziałem, że patrzy, analizując - lampka, pęseta, jego córka pochylona nad moim tyłkiem. Jego kanapa. Jego salon. Jego koszmar. Nawet nie musiałem go widzieć, żeby wiedzieć, jak wyglądała ta perfekcyjnie opanowana maska, którą zapewne założył, czułem to w napięciu powietrza - ten osąd, nawet jeśli go nie wypowiedział. „Chwilowa obecność”, „pomyłka”, „margines”, „przejściowy problem” - tak mnie widział - „epizod, który da się przeczekać”, „przelotny błąd, który z czasem sam się naprawi”. A jednak ten „obcy element” wciąż tu był.
Nie odezwał się od razu, to było gorsze niż paplanina jego żony, a kiedy w końcu przemówił, jego ton był oficjalny, niemal kliniczny, jakby dystans mógł zmniejszyć absurd sytuacji. Usłyszałem swoje nazwisko i przez ułamek sekundy zastanawiałem się, czy wypada w tej pozycji odpowiadać „panie doktorze”, czy to już kwalifikowałoby się pod etykietę „pyskacz”. Nie podniosłem głowy, nie próbowałem się odwrócić, leżałem, jak mnie ułożono, bo każda inna decyzja mogła skończyć się krwią albo jeszcze większym upokorzeniem. Oddychałem powoli, świadomy każdego spojrzenia w pomieszczeniu, każdego grymasu Johna, każdej zbyt wesołej miny Penelope. Z twarzą w poduszce i myślą, że w życiu są momenty, w których „być grzecznym” wymaga nadludzkiego wysiłku, ten był jednym z nich.
Wreszcie, po ojcowsko-specjalistycznej farsie wymianie zdań z Prue, obróciłem głowę na bok na tyle, na ile mogłem, żeby nie poruszyć reszty ciała. Nie patrzyłem na niego wprost, raczej w przestrzeń, jakby rozmowa była czymś technicznym, niemal formalnym. Katalogowanie, ocenianie, skreślanie - John Bletchley robił to zawodowo, nawet jeśli nigdy by się do tego nie przyznał. Dla niego zawsze byłem błędem w obliczeniach, czymś, co się nie powinno wydarzyć. Rookwoodem, nawet jeśli nosiłem inne nazwisko. Przez moment miałem ochotę się roześmiać, ale to byłby zły śmiech, taki, który tylko dolewał benzyny. Zamiast tego wciągnąłem powietrze powoli, czując, jak napięcie osiada mi w barkach.
- Zapewniam pana - odezwałem się spokojnie, głosem niższym, bardziej kontrolowanym, niż się po sobie spodziewałem - sze to lówniesz nie był punkt plogramu, któlego wyczekiwałem. - Nie było w tym żartu, była ironia, ale kontrolowana - ta sama, którą wyciąga się tylko wtedy, gdy każde ostrzejsze słowo mogłoby odbić się rykoszetem w kogoś, kogo chce się chronić. Nie próbowałem się tłumaczyć już na starcie, nie mówiłem, dlaczego tu jestem, ani co robię w jego domu. Wiedział. Albo raczej myślał, że wie. A doświadczenie nauczyło mnie, że przekonywanie Johna Bletchleya do czegokolwiek, na co nie był gotów, było stratą energii. Wiedziałem, co o mnie myślał. Wiedziałem to od lat. Odświeżyłem to sobie tylko podczas tamtej rozmowy, w której powiedział mi wprost, żebym trzymał się z dala od jego córki. Pełnej pytań zadawanych bez litości, z założeniem, że i tak nie ma na nie dobrych odpowiedzi, i porównań do mojego ojczyma, wypowiedzianych z taką pogardą, jakby to było piętno, którego nie da się zmyć.
Znał mnie, rozpoznał mnie praktycznie od razu, nie tak dawno temu, abym mógł przełknąć gorycz tamtego spotkania. Nie uderzył tylko w Benjy’ego Fenwicka, lecz także Aloysiusa Rookwooda - tego, który według niego był dokładnie tym samym rodzajem problemu, co mężczyźni, przed którymi ostrzega się córki, bo nie dają przyszłości, tylko ryzyko. Czułem jego obecność za plecami Prudence, ten protekcyjny cień, który zawsze nad nią roztaczał. Wkurzało mnie to, ale próbowałem przekonać się o tym, że go rozumiałem, i gdybym patrzył na świat jego oczami, pewnie też nie widziałbym we mnie niczego, co chciałbym dopuścić blisko własnego dziecka.
Prawda była taka, że nawet, kiedy byłem tylko kolegą Eliasa, przez lata rozkładał mnie na czynniki pierwsze, mierzył, ważył. Czułem jego spojrzenie - ciężkie, oceniające, takie, które nie szukało odpowiedzi, tylko potwierdzenia wcześniejszych założeń. Wiedział, kim jestem, wyjaśnił sobie wystarczająco dużo, by nienawidzić mnie bez wysiłku, widział we mnie echo mojego ojczyma, całe to dziedzictwo, którego nigdy nie chciałem, a które i tak ciągnęło się za mną jak cień. To, że na wiele lat wykreślił mnie z układanki, nie oznaczało, iż nie sięgnął po stare schematy, gdy tylko ponownie się pojawiłem.
Znałem ten grymas, jakim obdarzył mnie pamiętnego wieczoru, podczas Mabon, kiedy zostaliśmy sam na sam - widziałem go wcześniej, w innych twarzach, u ludzi, którzy byli przekonani, że już mnie rozszyfrowali i że nie ma w tym niczego, co mogłoby ich zaskoczyć. Wtedy próbowałem być rozsądnym, dojrzałym mężczyzną, który rozumiał, że niektórych bitew nie wygrywa się słowami, a już na pewno nie w cudzej jadalni, przy cudzym stole, w sytuacji, która sama w sobie była wystarczająco specyficzna. Przewidywał mój upadek z niemal akademicką pewnością, mówiąc mi wprost, że nawet jeśli nie jestem łajdakiem, nawet jeśli nie szukam rozrywki, to i tak jestem zagrożeniem. Bo zginę, bo złamię jej serce, bo nie dorastam jej do pięt, bo tacy jak ja zawsze kończą tak samo. Tylko że tacy jak on zawsze zapominają o jednym szczególe - nigdy nie byłem pokorny w byciu katalogowanym, potrafiłem hodować urazę, nie od razu się jej pozbywałem.
Pamiętałem o niej teraz, ale na kilka chwil, zamiast tego, skupiłem się na jednym - na tym, żeby nie poruszyć się ani o centymetr, by ta sprawa wreszcie się skończyła. Na tym, żeby jego córka mogła wstać, odłożyć pęsetę i zamknąć ten rozdział, zanim zrobi się jeszcze bardziej duszno.
Na zewnątrz byłem wzorem współpracy, podręcznikowym pacjentem, który zrozumiał powagę sytuacji i nie zamierzał jej pogarszać ani o jotę - to była wersja, którą widzieli wszyscy -  Prudence, skupiona, Penelope, promienna, nawet on, stojący w progu, mógł uznać, że oto miał przed sobą przykład człowieka, który w końcu nauczył się miejsca w szeregu, ale wystarczyła jedna myśl, jeden powrót do tamtej rozmowy, żeby coś we mnie drgnęło. Pamiętałem ją zbyt dobrze. Każde zdanie, każde spojrzenie, każde słowo wyważone jak ostrze - moment, gdy mówił mi, że tacy jak ja zawsze coś psują, jak spokojnie, niemal uprzejmie tłumaczył, że jego córka nie potrzebuje ryzyka, chaosu, ani mężczyzny, którego zawód ma wbudowany licznik śmierci, wyliczał możliwe scenariusze, żonglował samymi najgorszymi opcjami… Zginę, zniknę, że się znudzę, skrzywdzę ją nawet wtedy, gdy nie będę tego chciał. Mówił to wszystko z absolutnym przekonaniem, że świat działa według prostych praw, a ja jestem tylko kolejnym dowodem na ich istnienie.
Tymczasem los zrobił mu na złość - Prudence nosiła moje nazwisko, dobrowolnie, bez przymusu, bez złudzeń. Kochała mnie, ja kochałem ją, to nie była młodzieńcza pomyłka ani bunt - to była decyzja, jedna z tych, których nie da się cofnąć bez zniszczenia czegoś bardzo realnego.
Czułem jego wzrok na sobie, wiedziałem, że obserwował każdy szczegół, nawet jeśli udawał, że patrzy gdzie indziej. Ludzie tacy jak on zawsze patrzyli, katalogowali, szukając potwierdzeń własnych tez. Nie podniosłem głowy, nie spojrzałem na niego wprost, to byłby błąd, on żył z takich spojrzeń, z tych mikrosekund, w których mógłby powiedzieć sobie „aha, złapałem cię”, więc nie dałem mu tego.
W środku za to… W środku pojawiło się coś brzydko satysfakcjonującego. Czułem tę perwersyjną, niemal dziecinną radość, której nie powinienem czuć, jak chłopak, który wie, że nie wolno mu wejść do sadu, a jednak stoi już pod drzewem z jabłkiem w ręku. Wygrałem, nie dlatego, że chciałem go upokorzyć - nie dlatego, że pragnąłem go sprowokować - wygrałem, bo mogłem uznać swoją wygraną, byłem tu, leżałem w jego salonie, na jego kanapie, jako mąż jego córki. Nie kochanek. Nie chwilowa pomyłka. Mąż. Kochałem ją, to była jedyna myśl, która tak naprawdę miała znaczenie. Kochałem ją i nigdzie się nie wybierałem. Żadne pytania, żadne tyrady, żadne ostrzeżenia, wyrzuty dotyczące tego, kim jestem i skąd pochodzę, nie miały już mocy sprawczej. Mogły być głośne lub ciche, mogły być bolesne, ale były spóźnione. Nie potrzebowałem jego akceptacji, nie musiał zmieniać zdania - wystarczyła mi ta jedna chwila świadomości, że on wiedział, zobaczył, zrozumiał, dotarła do niego ta jedna prawda, nawet jeśli nigdy nie przyzna, że jego misternie zbudowana narracja właśnie się rozjechała, bo rzeczywistość okazała się bardziej uparta.
Nie planowałem tego, naprawdę, miałem leżeć cicho, być grzeczny, nie dolewać oliwy do ognia, nie prowokować człowieka, który już i tak uważał mnie za błąd w rachunkach świata, być Fenwickiem, nie Rookwoodem, tym, którego trochę łatwiej dało się znieść. Obiecałem sobie to w tej jednej, krótkiej chwili, kiedy zrozumiałem, że sytuacja i tak jest już wystarczająco zła. Bądźmy szczerzy - chwila, w której leżysz nagi od pasa w dół na terenie należącym do teściów, twoja żona trzyma pęsetę, jej matka szczebiocze, a ojciec patrzy na ciebie jak na śmiecia, który przykleił się do podeszwy - to nie był moment na dokładanie drewna i polewanie go czymś łatwopalnym.
Nie powinienem - doskonale o tym wiedziałem - cała sytuacja aż prosiła się o grzeczność, o spuszczenie głowy, o to dyplomatyczne „tak, panie Bletchley, oczywiście, panie Bletchley”, najlepiej w pakiecie z pokorą i skruchą. Leżałem przecież na jego kanapie, w jego salonie, w konfiguracji, którą spokojnie mógłby uznać za ostateczny dowód mojej nieprzydatności jako zięcia. A jednak, kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, to zimne, ważące, katalogujące, poczułem coś, co nie miało nic wspólnego z lękiem ani wstydem - to było to znajome mrowienie pod skórą, to głupie, dziecinne „a właśnie, że nie”, ten impuls, którego nigdy nie potrafiłem do końca zdusić. W końcu ani Rookwood, ani Fenwick nigdy nie był lekkostrawny. Przez ułamek sekundy byłem znów tym bezczelnym dzieciakiem, który nie potrafił przełknąć niesprawiedliwości bez zostawienia po sobie śladu. I jednocześnie kimś zupełnie innym - mężczyzną, który wygrał, bo to było zwycięstwo, ciche, perwersyjnie satysfakcjonujące. Nie grałem z nim, a mimo to wygrałem.
Wiedziałem to wszystko, ciało zrobiło swoje, zanim rozsądek zdążył zareagować. Poruszyłem ręką - niby przypadkiem, minimalnie, tyle, ile potrzeba było, żeby zmienić kąt - moja dłoń wysunęła się spod krawędzi kanapy tylko na moment, dokładnie w tym miejscu, gdzie światło nie sięgało wprost, gdzie nikt poza nim nie powinien zwrócić uwagi. Nie zrobiłem tego w gwałtowny, prowokacyjny, oczywisty sposób, ale ten ruch w zupełności wystarczył, by obrączka złapała błysk lampki, cienki, niemal niezauważalny refleks, jak znak interpunkcyjny w zdaniu, które miało pozostać niewypowiedziane.
A potem, praktycznie tym samym, gładkim ruchem, na ułamek sekundy wyprostowałem środkowy palec. Nie teatralnie, nie wyzywająco - to nie był gest dla publiczności, to było coś prywatnego, precyzyjnego, skierowanego dokładnie tam, gdzie chciałem - do niego, mężczyzny, który znał moje dawne nazwisko, uważając mnie za śmiecia z tej samej półki co mój ojczym, mówiąc o moim życiu jak o statystyce z nieuchronnym zakończeniem.
Trwało to krócej niż mrugnięcie oka, zaraz potem palce znów się rozluźniły, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Nie mogłem tego ukryć - serce uderzyło mi mocniej, czułem to aż w karku. Nie stało się to ze strachu przed konsekwencjami, tylko z powodu tego, że wiedziałem, co zrobiłem - to było głupie, dziecinne, kompletnie niepotrzebne, ale była w tym też jakaś perwersyjna ulga, jakby ten drobny gest przywracał mi kawałek kontroli, której pozbawiła mnie cała sytuacja.
Dłoń opadła z powrotem, gest zniknął tak szybko, jak się pojawił, na twarzy nie drgnął mi ani jeden mięsień, i byłem pewien, że jeśli ktoś zapytałby później, nikt nie byłby w stanie wskazać momentu, w którym cokolwiek się wydarzyło, ale on wiedział - czułem to w napięciu powietrza, w tej ledwie uchwytnej zmianie, która pojawia się, gdy ktoś nagle zdaje sobie sprawę, że przegrał. Pozwoliłem sobie na ten jeden luksus - cichy triumf - miałem być grzeczny, naprawdę, tylko że grzeczność nigdy nie była moją najmocniejszą stroną, nie potrafiłem nic na to poradzić. Nie spojrzałem na niego, nie musiałem, tak jak przewidywałem - wystarczyło mi to, że on spojrzał na mnie, z pewnością łapiąc ten moment, błysk złota i jeden wyprostowany palec, który mówił więcej niż wszystkie grzeczne zdania, jakie mógłbym wypowiedzieć.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
06.01.2026, 12:59  ✶  

- Komplikacje Cię lubią, to prawda, ale to nic złego. - Ten rodzaj wyjątkowości może nie był czymś, czym powinno się chwalić, jednak pasowało do niego idealnie, miała wrażenie, że wszystko robił bardziej niż wszyscy inni dookoła. - Wolę o tym myśleć jako o wyjątkowości, a nie o doskonałym, złym przypadku, bo czy właściwie jest, aż taki zły? Po prostu wymagasz nieco więcej zainteresowania i czasu, ale to również łączy się z nowymi doświadczeniami, co ma sporo zalet. - Dokładnego obejrzenia, sprawdzenia, postawienia hipotezy, na szczęście Prudence uwielbiała trudne przypadki, więc idealnie się składało.

Ulżyło jej, kiedy zlokalizowała ten nieszczęsny, ostatni kawałek drewienka. Tym razem nie ostrzegła Benjy'ego, po prostu sięgnęła pęsetą po drzazgę i ją wyciągnęła. Skupiona była na swoim zadaniu, nie miała pojęcia, co działo się wokół niej. Zrobiło się cicho, jakby wszyscy czekali na ten finał.

Dopiero po chwili dotarło do niej to, co powiedział ojciec... nie wydawało jej się, aby miał szansę oglądać tyłek jej męża w czasie, kiedy ten był już kimś innym. Przecież nie było go w Londynie, nie bywał tutaj, na pewno ostatnio się nie spotykali, a to oznaczało, że wiedział, że miał świadomość, kto jest w ich domu. Pamiętała jego podejście do Alyosius'a, pamiętała, że wtedy ją przed nim ostrzegał, nie sądziła, aby cokolwiek mogło zmienić jego zdanie na temat jego osoby. Miał pewne poglądy, których nie dało się zmienić, wyrobione zdanie, w końcu pracował z jego ojczymem, wiedział z jakiego domu pochodzi. Łatwo było mu wyrobić sobie opinię na temat tego, jakim był człowiekiem, tyle, że nie miał pojęcia, nie miał pojęcia o tak wielu sprawach, był niesprawiedliwy. Wyjątkowo, nie miała zamiaru mu przytakiwać, nie należała do osób problematycznych, nigdy nie sprawiała im żadnych kłopotów, była posłuszna, jednak nie była już dzieckiem i miała prawo do podejmowania własnych decyzji. Zresztą już to zrobiła, wyszła za mąż za mężczyznę, przed którym ostrzegał ją ojciec od najmłodszych lat i nie był to objaw celowego nieposłuszeństwa, tylko świadomie podjęta decyzja. Kochała go i nic nie mogło stanąć im na drodze do szczęścia, nawet jej ojciec, który miał na ten temat zupełnie inne zdanie. Miała nadzieję, że uszanuje jego decyzję, że nie będzie wyciągał jego pochodzenia, że przemilczą to, bo zależało jej na bezpieczeństwie Benjy'ego. Powinien to zrozumieć, zaakceptować, jeśli nie teraz to z czasem. Mógł myśleć, że to było chwilowe, sądzić, że kiedyś otworzy oczy, ale nie miał pojęcia, jak wielu lat to sięgało, jak było głębokie.

Penelope była po prostu sobą, jak zawsze szczebiotała, nie oceniała, miała w sobie optymizm, którego brakowało ojcu Prudence, wyglądali jak księżyc i słońce, dzień i noc, każde z nich miało swoje zdanie na temat tej całej sytuacji, i nie chodziło tylko o drzazgę w dupie, a o obecność akurat tego mężczyzny na kanapie w ich salonie, drzazga była tylko kolejną komplikacją.

- Skończyłam. - Powiedziała cicho Prue i odłożyła lampkę na szafkę, pęsetę nadal trzymała w dłoni. Dopiero wtedy spojrzała na ojca, później na matkę, mina Johna wyrażała wszystko, co siedziało w jego głowie.


John Bletchley nie był człowiekiem, którego łatwo było wyprowadzić z równowagi. Nie, wręcz przeciwnie, reagował chłodem na wszystko, co mu się nie podobało. Nigdy nie sięgał po inne metody. Benjy postanowił się do niego odezwać, na co zareagował kolejnym, przeszywającym spojrzeniem rzuconym w jego kierunku. Nie odpowiedział mu, nie zamierzał wchodzić w słowne potyczki, był ponad to, a przynajmniej tak mu się wydawało. Wyraz jego twarzy świadczył tylko i wyłącznie o dezaprobacie. Nie chciał go w swoim domu, nie chciał go przy swojej córce, niestety okazało się, że póki co Benjy był jak kleszcz, który wbił się w skórę i nie zamierzał odpuścić. Nie mógł zrozumieć dlaczego Prudence nie reagowała, powinna znaleźć sobie jakiegoś porządnego, młodego człowieka, który zasługiwałby na to, aby być przy niej. Nie potrzebowała kolejnych wrażeń, przecież przeżyła w swoim życiu tak wiele, a zbliżanie się do kogoś jego pokroju wiązało się z tym, że znowu miała cierpieć. Być może nie był bardzo wylewny, rzadko kiedy rozmawiał o emocjach, czy uczuciach, ale wiedział, że istnieją, i że łatwo jest kogoś złamać, dużo gorzej było z poskładaniem wszystkiego na nowo. W swój pokręcony sposób chciał jej dobra, tylko nie do końca potrafił zrozumieć, że decyzje, które podejmowała były świadome, przemyślane, nie widział całego obrazka, a tylko i wyłącznie swój punkt widzenia.

Trafił mu się ciężki orzech do zgryzienia, nie przestawał przyglądać się obiektowi na swojej kanapie, analizował wszystko, zastanawiał się, jak długo to potrwa, kiedy Prue pójdzie po rozum do głowy, a wtedy on wyciągnął dłoń. John mrugnął, nie był przyzwyczajony do takich gestów, pokazał mu środkowy palec, tak po prostu, po chwili go schował, nikt inny tego nie widział, najgorsze było to, że przy okazji coś złotego błysnęło w powietrzu.

Odetchnął głęboko. Zaczynało mu się robić gorąco, gówniarz miał czelność w jego własnym domu sięgać po takie gesty, pokazywać mu środkowy palec? Wygrał, zdecydowanie wygrał i się tym chełpił. Złoty kolor, obrączka, to była obrączka. John zbladł, mimo tego, że krew zaczęła bardzo szybko krążyć w jego żyłach, to zrobił się blady. Rzucił okiem na córkę, spojrzał na nią, kiedy odkładała lampkę i dostrzegł ten drobny szczegół, którego nie widział wcześniej.

Jak mogła być taka głupia? To na pewno nie był przypadek, był ślub, musiał być ślub, skoro i on i ona mieli obrączki na palcu, był jedynym mężczyzną obecnym w jej życiu, musiała wyjść za niego za mąż. Drgnęła mu powieka. Nie zakładał tego scenariusza, a naprawdę brał ich pod uwagę bardzo wiele. To było dla niego za dużo. Czuł, że nadchodzi moment, w którym emocje będą musiały znaleźć ujście, nie mógł przecież udawać, że tego nie widzi.

- Nie wierzę, Prudence, czy zwariowałaś do reszty? - Zwrócił się najpierw do córki, a później przeniósł wzrok ponownie na swojego największego wroga, tak, w jego głowie Benjy właśnie się nim stał.

- Omamiłeś ją, co? Tacy, jak Ty zawsze to robią, jesteś z siebie zadowolony? Co Ty niby masz jej do zaoferowania? Jesteś jak karaluch, którego trzeba zdeptać. - Ruszył się z miejsca, w jego oczach widać było wściekłość, nie znosił kiedy dane się nie zgadzały, a nie brał pod uwagę tego, że to coś, co ich połączyło zakończy się ślubem. Powinien zareagować wcześniej, konkretniej, teraz nie miał zbyt wielu możliwości. Przegrał i był z tego powodu okropnie niezadowolony.


Prudence zamarła. Nie spodziewała się, że przyjdzie im dyskutować o podjętych przez nich decyzjach w podobnej sytuacji. Benjy nadal leżał na kanapie, fakt, już bez drzazgi w tyłku, jednak wypadało, aby miał możliwość się ogarnąć, spojrzała na ojca, musiała się odezwać, chociaż nie sądziła, że to zmieni cokolwiek. Nigdy nie widziała go takiego wściekłego. - Tato, za chwilę porozmawiamy... - Wtrąciła się, John spojrzał na nią w taki sposób, jak nigdy wcześniej. Widziała złość w jego oczach i chyba coś na kształt rozczarowania, nie było dobrze. Spodziewała się tego, jednak nie sądziła, że do konfrontacji dojdzie tak szybko.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
06.01.2026, 19:40  ✶  
Komplikacje mnie lubiły, to prawda - tak było od zawsze, jakby życie miało do mnie osobisty uraz albo wyjątkowe poczucie humoru. Rzeczy rzadko bywały proste, a jeśli już, to tylko po to, by za chwilę pokazać, że to była iluzja. A jednak, słuchając jej, nie czułem się jak ktoś, komu coś się przydarza. Raczej jak przypadek, który warto zbadać. Szkoda tylko, że nie wszyscy byli zgodni z tym założeniem.
Czułem wzrok ojca Prudence jak ostrze między łopatkami - ten sam, który pamiętałem z Mabon. Jego spojrzenie było zimne, kalkulujące, jak zawsze, wyrażało milczące przekonanie, że wszystko już o mnie wie, rozgryzł mnie, sklasyfikował, odłożył na półkę z napisem „błąd”. Znałem je, to był wzrok ludzi, którzy byli przekonani, że świat powinien działać według ich zasad, a jeśli nie działa, to znaczy, że ktoś oszukuje. Ktoś taki jak ja, rysa na idealnym obrazie. Nie poczułem strachu ani wstydu. Poczucie bycia przyłapanym nie przyszło wcale, zamiast tego pojawiło się coś ostrego, prawie przyjemnego - bezczelna pewność, że nie mam już obowiązku być grzeczny. Wtedy siedziałem przy stole, trzymałem język za zębami, byłem „gościem”, teraz byłem mężem jego córki, różnica była zasadnicza - znaleźliśmy się na granicy, za którą przestaje się grać w dyplomację, to był ten moment, w którym człowiek przestaje ważyć słowa, bo nagle staje się jasne, że nie ma już nic do negocjowania, może być miły, ale nie uległy, a on właśnie mnie obrażał. Czułem, jak coś we mnie przestawia się z cichego triumfu w tryb konfrontacji, więc kiedy ruszył w moją stronę, uniosłem głowę odrobinę, na tyle, na ile pozwalała mi pozycja. Spojrzałem na niego wprost, bez uciekania wzroku. Fenwick, Rookwood, bez znaczenia, byłem sobą. Nie powinienem się ruszać, rozsądek podpowiadał, żeby zostać dokładnie tam, gdzie byłem, pozwolić Prudence dokończyć to, co zaczęła, i nie dolewać oliwy do ognia, który już i tak trawił salon jej rodziców, ale rozsądek od dawna nie był moją najmocniejszą stroną, a ton Johna Bletchleya działał na mnie jak iskra z zapałki rzuconej w benzynę. Słowo „karaluch” prześlizgnęło się po mnie bez śladu, słyszałem gorsze rzeczy od ludzi znacznie groźniejszych, którzy mieli realną władzę, różdżki i powody, żeby mnie nienawidzić - to nie była nowość - problem polegał na tym, że mówił o Prudence, jakby była przedmiotem, dzieckiem, które można było „omamić”, jakby nie była osobą zdolną do podejmowania własnych decyzji, a to było nie do przyjęcia, nawet jeśli miał szczere, ojcowskie pobudki. John Bletchley miał autorytet, pozycję, przekonanie o własnej racji, ale nie miał nad nami wszechwładzy, już nie. Krew krążyła mi szybciej, wzbierała we mnie ta konfrontacyjna energia, teraz nie widziałem powodu, żeby ją dłużej kontrolować.
- „Kalaluch”? „Omamiłem ją”? - Powtórzyłem cicho, niemal z rozbawieniem. Czułem w sobie ten impuls, który zawsze pchał mnie do przodu, zamiast się cofać, tłumaczyć, usprawiedliwiać się, rozkładać na czynniki pierwsze. Nie miałem zamiaru się bronić, obrona zakłada winę, a ja nie czułem się winny absolutnie niczego. Pozwoliłem spojrzeniu zatrzymać się na nim o sekundę dłużej, niż wymagała grzeczność, kącik ust uniósł mi się minimalnie, ledwie zauważalnie. Nie był to uśmiech, raczej cień uśmiechu, coś pomiędzy kpiną a spokojną pewnością siebie - był krótki, krzywy, pozbawiony sympatii - taki, który nie mówił „przepraszam”, tylko „przyzwyczaj się”. - John, ostatnio byłeś balsiej kleatywny. Pamiętasz? - Postawa mojego ciała była naturalna, niemal niedbała, ale wymowna, nie prosiła o pozwolenie ani akceptację - było w tym coś bezczelnego, coś prowokacyjnego, coś, co mówiło bardzo jasno i mojej pozycji w tej nowej hierarchii, dynamice, jaką budowaliśmy. - Nie omamiłem jej. - Nie zamierzałem opowiadać historii miłości, wspólnych decyzji, nocy przegadanych do świtu, to nie było przesłuchanie, to była linia frontu. Nie miałem ochoty na wyliczanie zasług, na rozbrajanie jego lęków. On nie chciał prawdy, chciał, żebym zniknął. - Nie była pijana, nie była zagubiona, nie była dzieckiem. Wiedziała dokładnie, co lobi. - Dłoń, ta z obrączką, opadła swobodnie przy moim boku, nie demonstrowałem jej już, nie musiałem, raz wystarczyło. Wszystko we mnie było spokojne, aż do granicy, za którą spokój przechodzi w bezczelność. Konstrukcja kanapy jęknęła cicho, gdy się poruszyłem, a ja poczułem znajome napięcie w mięśniach, to stare, dobre uczucie, kiedy ciało wie, że za chwilę stanie do konfrontacji.
Leżenie było pozycją podporządkowania, a ja już dawno wyszedłem z roli, którą John Bletchley próbował mi narzucić. Odepchnąłem się dłonią od oparcia, prostując się do pełnej wysokości, jeszcze zanim ktokolwiek zdążył mnie powstrzymać. Ruch był spokojny, kontrolowany, ale w tej ciszy brzmiał głośniej niż krzyk. Lampka została za mną, kanapa przestała być ołtarzem upokorzenia, a ja wreszcie stanąłem na własnych nogach. Była w ta sama impulsywna pewność siebie, która wcześniej kazała mi przesunąć dłoń z obrączką dokładnie pod właściwym kątem.
Byłem dużo większy niż on, to nie była groźba, to był fakt statystyczny, z którym musiał się teraz zmierzyć. Nie odezwałem się od razu, zamiast tego spojrzałem na niego z góry, tym spojrzeniem, które nie prosiło o zgodę i nie szukało aprobaty. Kącik ust drgnął mi w ledwie zauważalnym półuśmiechu, takim, który nie był miły, ale też nie otwarcie wrogi - to była drobna, ledwie zauważalna forma sprzeciwu, która nie potrzebowała słów.
Każdy mój ruch był kontrolowany, spokojny, wbrew temu, co wrzało mi pod skórą. Stałem wyprostowany, wysoki, szeroki, dokładnie tam, gdzie on musiał na mnie patrzeć, nawet jeśli całym sobą chciał odwrócić wzrok. Nie sięgałem po spodnie - nie dlatego, że zapomniałem, tylko dlatego, że nie chciałem. To było dziecinne, niedojrzałe, a jednak potwornie satysfakcjonujące. Złapałem jego wzrok i nie spuściłem własnego ani na moment, to wystarczyło - to spokojne, niemal rozleniwione zadowolenie kogoś, kto już wygrał i nie musi tego udowadniać słowami. Kogoś, kto wiedział, że wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się poza tym salonem, poza tym domem, poza jego kontrolą. Rzucił we mnie słowami jak kamieniami, a ja poczułem w sobie coś na kształt ciepłej, perwersyjnej radości. Słyszałem to już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie miałem na palcu obrączki, teraz miałem.
Czułem tę satysfakcję, gorącą, niemal szczenięcą, niby niedojrzałą, ale podszytą czymś znacznie mroczniejszym. Wiedziałem, że wygrałem - nie dlatego, że go sprowokowałem. Dlatego, że on już wiedział. Wiedział, że nie jestem epizodem. Wiedział, że nie zniknę. Wiedział, że jego córka dokonała wyboru, który wymknął się jego kontroli. Ten wyraz twarzy znałem aż za dobrze, widziałem go już u ludzi, którzy byli przekonani, że świat powinien działać według ich wewnętrznej tabeli prawdopodobieństwa, a ktoś właśnie rozlał im atrament na obliczenia. Zbyt długo w życiu pozwalałem temu człowiekowi mówić do mnie z góry, katalogować mnie, wsuwać w rubryki opisane hasłami „błąd”, „ryzyko”, „materiał do stracenia”.
Uniosłem dłoń, tę z obrączką, i poprawiłem ją na palcu gestem, który był aż nazbyt czytelny. Potem pozwoliłem spojrzeniu powędrować na chwilę w dół, jakby mimochodem. Wiedziałem, że on to zobaczy. Wiedziałem, że zrozumie aluzję. Niedojrzałe? Być może. Skuteczne? Zdecydowanie. Zamiast słów pozwoliłem sobie na drobny, niemal leniwy gest - przesunąłem ręką po karku, potem niżej, poprawiając koszulę, zupełnie zwyczajnie, a jednak z tą niedojrzałą, prowokującą nutą, której nie dało się nie zauważyć. Spojrzenie, które rzuciłem mu potem, było krótkie, znaczące, bezwstydnie pewne siebie - nie musiałem nic mówić - sugestia wisiała w powietrzu jak zapach po burzy, co zawsze doprowadzało ludzi takich jak on do szału.
- Ostatnio poszło panu lepiej. - Odezwałem się w końcu, ponownie - spokojnie, niemal uprzejmie. Wiedziałem, że każde słowo jest jak iskra, wcale nie próbowałem ich gasić, zamiast tego pozwoliłem spojrzeniu przesunąć się po nim wolno, bez pośpiechu, jakby to on był teraz oceniany, jego trzeba było skatalogować. Ten gest, ten brak pośpiechu, mówił więcej niż jakakolwiek obelga, a potem dołączył do tego jeszcze jeden drobny akt bezczelności - uniosłem podbródek odrobinę wyżej, a moja postawa stała się jeszcze bardziej rozluźniona, pewna, sugerująca, że w tej układance jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Nie powiedziałem wprost niczego, co mogłoby zostać nazwane wulgarnością, nie musiałem, gesty, spojrzenie, ta swoboda ciała wystarczały, by komunikat był czytelny. „Jej życie jest pełne. Bardziej, niż chciałbyś to sobie wyobrażać.” - Był pan balsiej opanowany. Mniej… Emocjonalny. - Kącik ust drgnął mi minimalnie, nie był to uśmiech, raczej cień satysfakcji, ta pewność kogoś, kto wie, że wygrał tam, gdzie drugi nawet nie wiedział, że gra się toczy. Wiedziałem, że on to widzi. Wiedziałem, że rozumie dokładnie to, czego nie zamierzałem nazywać. - Widzę, sze nadal cię to nultuje. - Dodałem, przekrzywiając głowę minimalnie. - Bądźmy więc tlanspalentni. Moje atuty to nie jest losmowa, do któlej jesteś zaploszony. - Przeniosłem ciężar ciała z nogi na nogę, zupełnie naturalnie, bez pośpiechu, pozwalając, by jego wzrok ponownie sam dopowiedział sobie resztę. Jedno krótkie spojrzenie w dół, potem z powrotem na jego twarz - sama sugestia, świadomość, że jego córka wie, co robi, wybrała, jest szczęśliwa. To nie przyszło nagle, ta decyzja dojrzewała od chwili, gdy John przekroczył próg salonu. Do tej pory trzymałem się zasad - leż, nie ruszaj się, nie dolewaj oliwy do ognia - byłem potulny nie z pokory, tylko z konieczności. Teraz konieczność się skończyła.
To był także moment, gdy Penelope westchnęła głośno, wchodząc między nas z tą swoją niepodrabialną energią, która potrafiła jednocześnie rozbroić i zirytować, rzucając mi spojrzenie, w którym było i „rozumiem”, i „nie przesadzaj”. Podeszła bliżej, nie stając między nami, tylko bardziej bokiem, jak mediator, który znał obie strony aż za dobrze.
- John, naprawdę. - Westchnęła, kręcąc głową. Machnęła ręką w przestrzeń między nami, jakby chciała odgonić napięcie jak muchę. - Przestańmy udawać, że nie wiedzieliśmy, że to się tak skończy. - Powiedziała lekko, niemal śpiewnie, ale w tym „lekko” było coś cięższego, bardziej zdecydowanego, rdzeń ze stalowego uporu. - To nie jest przesłuchanie, to jest salon, a ty zachowujesz się, jakbyś był na oddziale zamkniętym. - Zerknęła na mnie, a w jej spojrzeniu nie było ani krzty potępienia, raczej coś w rodzaju rozbawionej rezygnacji, to było równoznaczne z „ubierz się albo chociaż udawaj, że masz dobre maniery”. - A ty… Powściągnij konie, dobrze? Wiem, że potrafisz. - Odezwała się bez wahania, jej ton był zdecydowany, gdy spojrzała na nas - to na jednego, to na drugiego - z tą swoją promienną, niebezpieczną energią kobiety, która całe życie godziła ogień z wodą i najwyraźniej uważała to za sport.
Uniosłem ręce w geście pozornego poddania, uśmiechając się niewinnie, choć oczy nadal miałem utkwione w Johnie.
- Ja tylko stoję. - Odparłem lekko, z tym bezczelnym błyskiem w oku, który mówił jasno, że granica została już dawno przekroczona. Już dawno przestałem być chłopakiem, którego można ustawić jednym spojrzeniem, John mógł to tolerować albo nie, nie byłem jego marionetką, nikt tu nie był pod nim.
Wiedziałem, jak absurdalnie wyglądała ta scena - moje spodnie wciąż znajdowały się gdzieś na wysokości kolan, zsunięte niedbale, jakby nie miały żadnego znaczenia - i nie miały, nie teraz, nie dla mnie. Spojrzenie miałem spokojne, wręcz leniwe, a w tym spokoju było coś, co ludzi takich jak on doprowadzało do szału. Pozwoliłem tej ciszy zawisnąć między nami, ciężkiej, dusznej, przesuwając dłonią po biodrze, bardziej gestem niedbałym niż świadomym, jakby ta pozycja była po prostu… Niewygodna.
Penelope parsknęła cicho, jakby mimo wszystko bawiła ją ta sytuacja, po czym rzuciła mi spojrzenie, znaczące, dziewczęco-ostrzegawcze, dokładnie takie, jakie wysyła się komuś, kogo się lubi, ale kto właśnie balansuje na granicy dobrego smaku.
- John. - Wtrąciła, ponownie, głos miała lekki, ale stanowczy, ten sam, którym potrafiła uciszyć aptekę pełną ludzi. - Kochanie, naprawdę nie masz dziś siły na kolejną krucjatę. - Weszła między nas nie ciałem, a energią, tym swoim jasnym, rozbrajającym tonem, który zawsze sprawiał, że nawet najgorsze spięcia traciły ostrość, ale nie tym razem, oj, nie tym razem.
Czułem na sobie jego wzrok, ciężki, pełen pogardy, tej samej, którą znałem aż za dobrze. Kiedyś potrafiła mnie wbić w ziemię. Kiedyś. Teraz była tylko hałasem. Niewygodnym, irytującym, ale niezdolnym do realnego wpływu. To, co miał do powiedzenia, powiedział już dawno temu, przy Mabon, w kuchni, nie bez tej całej teatralnej uprzejmości, która miała przykryć fakt, że wtedy też mnie rozebrał. Nie z ubrań, tylko z rzekomych intencji. John Bletchley wypowiadał swoje pierwsze oskarżenia z tym chłodnym przekonaniem człowieka, który całe życie wierzył, że ma rację, bo świat do tej pory mu jej nie odebrał. Zobaczyłem wtedy w jego oczach nie gniew nawet, a pogardę, starą, zakonserwowaną, wyciąganą z szuflady specjalnie dla mnie. Teraz też mi to oferował.
„Zginiesz.” „Złamiesz jej serce.” „Nie jesteś odpowiednią partią.”
Stanąłem więc przed nim, wyprostowany, z ramionami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, spokojny aż do przesady. Nie uśmiechałem się szeroko, to był tylko kącik ust, ledwie zauważalny - ten sam, który musiał doprowadzać go do szału od lat. Zajmowałem przestrzeń, zdecydowanie nie wyglądałem na kogoś, kto zamierza się z niej wynosić. Zamiast kulić się w sobie, trzymałem proste plecy i zadarty podbródek, wciąż jeszcze bez tej drobnej kurtuazji, jaką byłoby natychmiastowe sięganie po spodnie, ignorując fakt, że nie byłem w pełni ubrany. Nie dlatego, że zapomniałem, tylko dlatego, że nie zamierzałem się spieszyć. Nie miałem zamiaru wyskakiwać na baczność jak chłopiec przyłapany na kradzieży jabłek.
- Loys, ubierz się chociaż częściowo i siadaj, zanim doprowadzisz go do apopleksji. - Dodała mimochodem, jakby mówiła to setny raz w życiu, nie po raz pierwszy w tej sytuacji. - Wiem, że masz tendencję do… Ekspresji, ale nie dolewaj oliwy do ognia, porozmawiajmy spokojnie. - Odezwała się szybciej, niż zdążyłem rzeczywiście dolać oliwy do ognia kolejnym zdaniem. Ton miała taki jakbyśmy wszyscy byli uczestnikami trochę zbyt głośnej rodzinnej sprzeczki, a nie wojny ideologicznej. Uniosłem brew, rozbawiony tym, jak naturalnie użyła tego imienia. Loys. Aloysius. Nie Benjy. Coś, co istniało pod spodem. Coś, co najwyraźniej nie miało szans przejść pod jej radarem, mąż zdecydowanie musiał wyrazić swoje zaniepokojenie moim powrotem na tapetę.
- Stalam się być gszeczny. - Odparłem spokojnie, choć w moich oczach wciąż czaiła się prowokacja. - Naplawdę. - W powietrzu zrobiło się gęsto.
Penelope westchnęła teatralnie, jak ktoś, kto dokładnie wie, że obaj mężczyźni w tym pokoju są niemożliwi, i że to nie pierwszy ani ostatni raz, rzucając mi spojrzenie, które mówiło więcej niż długi wykład.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
06.01.2026, 22:47  ✶  

Słowa jej ojca ją zaskoczyły, nie miał w zwyczaju mówić do nikogo w ten sposób. Układała sobie powoli w głowie to wszystko, najwyraźniej wiedzieli kim był Benjy, jeśli wiedział ojciec, to matka też musiała posiadać te informacje, na pewno się z nią podzielił swoim odkryciem. Znali go wtedy, bardzo dawno temu jako jednego z przyjaciół Eliasa, bywał w ich domu podczas wakacji, więc mogli mieć na jego temat jakąś opinię. Minęło jednak wiele lat, stał się zupełnie innym człowiekiem, kimś innym, odważył się zawalczyć o swoje, czego zdecydowanie nie potrafił dostrzec jej ojciec. Miała wrażenie, że w tym przypadku jego myślenie było bardzo ograniczone. Zresztą nigdy nie sięgał po takie porównania.

Prudence napięła się i wyprostowała, czuła, że nie będzie to przyjemna rozmowa, nie spodziewała się, że dojdzie do niej tak szybko, jednak widziała w tym pewne pozytywy, im szybciej John uświadomi sobie jak wyglądała sytuacja, tym szybciej powinien dać sobie spokój. Nie miał w tym przypadku na nic wpływu i chyba to go najbardziej bolało, lubił kontrolować sytuacje, przewidywać różne rozwiązania, tym razem nie miał szansy tego zrobić. Postąpili szybko, spontanicznie, bo tego chcieli, musiał się z tym jakoś pogodzić, kiedyś pogodzić, bo nie sądziła, że zrobi to szybko, biorąc pod uwagę jego reakcję. Nigdy nie widziała go tak wkurzonego, jakby to, czego się dowiedział obudziło w nim jakąś jego bardzo głęboko skrywaną wersję, o której istnieniu ona nie wiedziała.

Mie podobał się jej ton jakiego używał, nie podobał się jej sposób w jaki zwracał się do jej męża, nie potrafiła zaakceptować tego, co myślał o tym wszystkim. Jej wzrok przeskakiwał między mężczyznami, w końcu zawiesiła go na matce, próbując odczytać z niej cokolwiek.

Słuchała ich wymiany zdań, nie miała pojęcia o tym, że jej ojciec miał już szansę powiedzieć Benjy'emu co o nim myśli, nie wiedziała, że podczas Mabon doszło do pierwszej rozmowy, teraz to do niej dotarło. Oczywiście, że musiał to zrobić, musiał powiedzieć swoje, mimo, że była dorosła, sama mogła decydować o swoim życiu i wiedziała, co jest dla niej dobre. Musiał być nadopiekuńczy, nie znosiła tego. Nie miała zamiaru przyjmować tego jako normalności. Byli już w końcu małżeństwem, Benjy nigdzie się nie wybierał, miał być przy niej na zawsze, jeśli wymagało to od niej ograniczonych kontaktów z ojcem, to nie widziała innej możliwości, sam się o to prosił tym, w jaki sposób się zachowywał.

- Ojcze, ja tu stoję. - Przypomniała jeszcze, gdyby zapomniał. Sięgnęła po ton równie chłodny, którym komunikował się Bletchley, widać było po kim odziedziczyła te naleciałości. - Nie do końca grzecznie jest rozmawiać o kimś w ten sposób, kiedy znajduje się obok. - Nigdy nie zdarzyło jej się go upominać, ale w tej chwili poczuła taką potrzebę. Słyszała wszystko, o czym mówili, nie podobało jej sposób jego myślenia. Nie mogła akceptować tego, że uważał, że nie ma swojego własnego rozumu, być może był jej ojcem, miała do niego szacunek, jednak przekraczał granicę, i nie mogła mu na to pozwalać.

Benjy się podniósł, zrobił to powoli, stanął pewnie na nogach i spoglądał na jej ojca. Prue przesunęła się nieco, by znaleźć się bliżej, chciała stanąć obok niego, chociaż nie wydawało się jej, aby potrzebował jej pomocy, tak, czy siak, była jego żoną, nie zamierzała pozwalać na to, by czuł się nieswojo w jej domu, to ona go tutaj przyprowadziła. Spodziewała się, że nie będzie to szczególnie przyjemna rozmowa, jednak nie zakładała, że, aż tak bardzo.


John nie spuszczał wzroku z Benjy'ego. Wydawało się, że w tym pomieszczeniu widział tylko jego, zupełnie ignorował obecność żony i córki. Fenwick miał czelność stanąć przed nim, rzucać mu te kpiące spojrzenia, nie umknął mu kącik ust, który się unosił. Chciał mu pokazać, że wygrał, do tego wszystkiego nadal nie naciągnął spodni na dupę, zachowywał się, jakby był u siebie, nie miał za grosz ogłady, to jeszcze bardziej rozwścieczyło starego Bletchley'a. Pogrywał z nim, czuł, że to robił, a do tego wszystkiego John czuł, że nie miał zbyt wielu możliwości. Wiedział, że przegrał walkę. Prudence została jego żoną, nie mógł z tym nic zrobić, pewnie niedługo zostanie wdową, co wcale nie byłoby najgorszym rozwiązaniem... patrząc na to, jak rysowała się cała sytuacja. Problem rozwiązałby się sam. Nie był złym człowiekiem, nie życzył nikomu śmierci, zazwyczaj. Ten jeden przypadek jednak miał spędzać mu sen z powiek. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Jego jedyna córka postanowiła poślubić kogoś takiego. Nie potrafił tego zrozumieć, nie pojmował tego, a to zdarzało się naprawdę rzadko. Zazwyczaj wystarczała chwila, aby znalazł przyczyny, tutaj nie potrafił tego zrobić. Być może on coś zrobił źle, zawiódł, jak inaczej miałby wytłumaczyć to, że Prudence postanowiła związać się z kimś takim.

Pękł w momencie, w którym Benjy wykonał ten drobny ruch głową, krótkie spojrzenie w dół. Nic nie zwiastowało tego, co mogło się stać. Domownicy byli raczej przyzwyczajeni do tego, że John podchodził do wszystkiego na spokojnie, nie okazywał emocji, tym razem było zupełnie inaczej. Ruszył przed siebie, wykonał kilka większych kroków, aby znaleźć się przed mężem swojej córki. Górował nad nim, bardzo, to jednak nie wydawało się mieć żadnego znaczenia. Nie myślał, nie podchodził do tego na zimno, obudziły się w nim emocje, które rzadko kiedy się pojawiały. Jego oczy błyszczały, widać było w nich wściekłość, nie, to nie była wściekłość, a czyste wkurwienie.

- Tak jak się spodziewałem, nie masz żadnych atutów, nie masz jej nic do zaoferowania, nigdy nie będziesz miał. - No, może poza tym, co już mu tak ochoczo zademonstrował, ale to zdecydowanie nie leżało w aspektach, które interesowałyby go jako ojca.

- Prędzej, czy później wróci tutaj, skrzywdzona przez Ciebie, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, bo tylko na tyle Cię stać. Nie zapominaj, że wiem kim jesteś. - Najwyraźniej miał swoją, bardzo mocno wyrobioną opinię na temat Fenwicka i nie zamierzał jej zmienić.

Penelope się odezwała, co tylko jeszcze bardziej go zirytowało. On, niby udawał? Naprawdę spodziewała się, że to się tak skończy? Dlaczego mu tego nie powiedziała, dlaczego o tym nie wspomniała? Mógłby jakoś zareagować, mógł uchronić Prudence przed tą bardzo nierozsądną decyzją. - Myślałem, że nasza córka jest rozsądniejsza. - Nie ważył słów, był wściekły, mówił co myślał, a nie zdarzało się to zbyt często.

Pani Bletchley próbowała jakoś złagodzić sytuację, jej działania nie do końca przynosiły jednak jakieś efekty, John zupełnie nie reagował na niej słowa, zamiast go uspakajać, powodowały, że irytował się jeszcze bardziej. Jak mogła przyjąć to tak lekko, udawać, że to nic wielkiego? Nie miał pojęcia, dla niego była to chyba największa porażka w jego życiu, bo nie dotyczyła tylko jego, ale córki, której życzył jak najlepiej.

- To nie jest przesłuchanie? Zamierzasz to tak po prostu zaakceptować? - Naprawdę nie potrafił tego pojąć, wiedział, że nie ma już nic do gadania i chyba to go najbardziej bolało. Mleko się rozlało. To był koniec. Czuł, że jest podstawiony pod ścianą. Ten gówniarz przed nim uśmiechał się ciągle, miał świadomość, że ma nad nim przewagę, wygrał.

Uniósł dłoń, aby złapać go za koszulę. Nie przestawał spoglądać na jego twarz, miał ochotę zetrzeć mu z ust ten cholerny uśmieszek i to nie było racjonalne, zupełnie, nie był to przeciwnik z którym mógłby sobie poradzić. Mimo wszystko to zrobił, postanowił złapać go za materiał ubrania. Najwyraźniej nie zamierzał z nikim rozmawiać, na rozmowy było już za późno, na wszystko było za późno tak właściwie, reagował więc irracjonalnie, odruchowo.


Prudence drgnęła, nie spodziewała się po ojcu podobnych reakcji, nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Wiedziała, że przekroczył wszelkie granice, nie zamierzała mu tego zapomnieć. Nie sądziła, że Benjy będzie stał spokojnie, wiedziała, że zbliża się moment eskalacji, podczas którego już nie będzie szansy na negocjacje, ojciec pozwolił sobie na zbyt wiele, to było oczywiste, obawiała się jednak, że nie do końca założył do czego może go to doprowadzić. Wiedziała, że Benjy był doświadczony, nie zamierzała mu wchodzić w drogę, bo jej zdaniem John dzisiaj przeszedł wszystkie możliwe granice, nie mogła tego zaakceptować. Była tutaj ze swoim mężem, czy go lubił, czy nie, należał mu się szacunek.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14043), Prudence Fenwick (6838)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa