Teraz, gdy się zbliżyła, mogła policzyć zjawy: było ich pięć. Duch, który ją powitał, przypatrywał się Heather pustymi oczyma. Być może słowo, którego użyła było mu obce.
- Opłakujemy naszą śmierć - powiedział w końcu.
- Opłakujemy naszą rodzinę i przyjaciół - odezwał się duch kobiety, która zajmowała miejsce z drugiej strony Heather.
- Witamy tych, którzy do nas dołączą - dołączył do nich starzec, siedzący na skraju ławy.
Na stole nie było potraw. Nie miał kto ich przygotować, ani zwykłych, idealnych dla ludzi, ani tych popsutych, przez które lubiły czasem przenikać hogwarckie duchy, twierdząc, że wtedy niemal czują ich smak. Gdy Heather usiadł, poczuła pod palcami nie tylko chłód, ale i wilgoć: ława okazała się pokryta szronem. Jej oddech zamieniał się w parę. Drobne ciało brygadzistki zaczęło drżeć. Nie ze strachu, który tak rzadko odnajdywał drogę do jej serca, a w czysto fizycznej reakcji na zimno.
– Jestem Jaimie McClivert. Kim jest ta, która dołączy do mieszkańców zamku McClivertów?
czy Bren pozbiera się w tej turze?
Nie