• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence

[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
07.01.2026, 21:33  ✶  
Czułem napięcie w powietrzu, jakby salon skurczył się o kilka metrów sześciennych. Gdzieś obok, Penelope poruszyła się niespokojnie, jakby była gotowa wejść między nas, zanim sytuacja naprawdę wymknie się spod kontroli, w końcu znała nas obu wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że to zderzenie było nieuniknione. Nie spojrzałem na nią, wiedziałem, że spróbuje ratować sytuację, ale ten pociąg już się rozpędził.
- Chłopcy… - Zaczęła, ostrzegawczo, z tym tonem, który zwykle oznaczał „dość”. Odezwała się gdzieś z boku, szybka, stanowcza, próbując przeciąć to napięcie, ustawić nas obu, jakbyśmy byli dwoma nastolatkami, którym puściły nerwy. Słyszałem jej głos, ale nie reagowałem, nie teraz.
Jeszcze zanim teść zdążył mnie dotknąć, już wiedziałem, że to się tak skończy - ten moment był wpisany w jego sposób patrzenia na świat od samego początku, John tylko dotąd trzymał go na smyczy rozsądku, etykiety, pozycji, a teraz ta smycz pękła. Stałem spokojnie, zbyt wyprostowany, jak na kogoś, komu właśnie próbowano wyryć dziurę w klatce piersiowej przy pomocy samego spojrzenia, nie cofnąłem się nawet o pół kroku, kiedy jego wzrok zmierzył mnie od góry do dołu z tą coraz mniej tłumioną wściekłością, przechodzącą w jawną nienawiść - to nie tak, że czułem satysfakcję, bo go sprowokowałem, prawda była inna, dużo bardziej prozaiczna - zawsze lubiłem testować cudze granice, a on już zdążył mi pokazać, gdzie twierdził, że u niego leżały. Najwyraźniej okłamywał sam siebie, bo teraz pękał, niczym za mocno napompowany balon.
Różnica wzrostu i masy, jaką mieliśmy, mierząc się wzrokiem, była aż obsceniczna, niemal komiczna - sto siedemdziesiąt kilka centymetrów nerwu i ambicji przeciwko prawie dwóm metrom czegoś, co nie potrzebowało już niczego udowadniać. Uśmiech nie zniknął mi z twarzy, zmienił się tylko jego charakter. Nie szczerzyłem się szeroko, prowokacyjnie w oczywisty sposób - nie - to był ten grymas, który pojawiał się u mnie, gdy ktoś wreszcie zaczynał pokazywać karty. Widziałem, jak jego twarz drżała coraz bardziej, coś w nim walczyło, ta wersja Johna Bletchleya, która zawsze była „ponad to”, pękała pod ciężarem emocji, których nie potrafił nazwać ani kontrolować.
Słuchałem go - naprawdę słuchałem - każdego słowa o tym, że nic nie mam do zaoferowania, każdego zapewnienia, że jego córka wróci skrzywdzona, każdego fragmentu tej starej, dobrze znanej narracji, w której tacy jak ja są zawsze błędem, przejściowym chaosem, czymś, co trzeba przeczekać albo zetrzeć.
- Wiesz, co jest zabawne, John - odezwałem się w końcu, głosem niskim, pozbawionym śladu uprzejmości, z tym tonem, który zawsze pojawiał się u mnie tuż przed eskalacją - mówisz dokładnie to samo, co powiedziałeś mi jusz wcześniej. Słowo w słowo, tylko ton masz dziś mniej elegancki. - Uniosłem brew, patrząc mu prosto w oczy, nie mrugając. - I wtedy tesz byłeś pewien, sze mnie losszyflowałeś, „lospoznałeś”. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka. - A jednak coś ci się nie zgadza, dane się nie domknęły, to musi byś flustlujące, kiedy fakty nie pasują do teolii.
Czułem w sobie narastającą ciemność, tę znajomą, uporządkowaną złość, która nie wybuchała od razu, tylko zbierała się i twardniała - nie była to furia - to było coś znacznie gorszego. Coś, co pamiętało, wiedziało, jak boli władza oparta na strachu. Słowa Johna docierały do mnie wyraźnie, ale przestawały mieć znaczenie w tej formie, w jakiej chciał je nadać. Oskarżenia, proroctwa, moralne wyroki wydawane z pozycji kogoś, kto uważał się za jedynego dorosłego w pomieszczeniu. Znałem ten ton, ten mechanizm, to był ten sam rodzaj głosu, który kiedyś mówił mi, że wszystko, co robię, skończy się źle, bo ja jestem zły. Tylko że tamten głos miał różdżkę i pięści, ten miał tylko przekonanie o własnej racji. W mojej głowie coś przeskoczyło, ten cichy, przełącznik, który znałem aż za dobrze, uruchamiał się nie wtedy, gdy byłem przestraszony, ale wtedy, gdy ktoś próbował mnie złamać. Widziałem już ten wzrok. Widziałem go u ludzi, którzy byli przekonani, że moralna wyższość wystarczy, by wygrać każdą konfrontację, i jeśli nazwą cię śmieciem odpowiednio głośno i wystarczająco często, to sam w to uwierzysz.
John mylił się w jednym, fundamentalnym punkcie - już dawno przestałem potrzebować czyjejkolwiek zgody. Widziałem, jak to działało na niego, każdy dodatkowy ułamek sekundy, gdy nie próbowałem się przed nim ukorzyć, doprowadzał go do szału bardziej niż gwałtowność.
Zerknąłem na Prudence tylko na sekundę, gdy się odezwała, robiąc krok w moim kierunku - wystarczająco długo, żeby wiedziała, że ja sam nie cofnę się ani o krok, to nie był moment, w którym zamierzałem być ugodowy, grzeczny. Kto jak kto, ale moja żona znała ten wyraz mojej twarzy, widziała go już wcześniej, w innych okolicznościach, gdy świat próbował mnie ustawić w roli, której nie zamierzałem przyjąć. Wróciłem wzrokiem do Johna. Stałem przed nim bez pośpiechu, z tym spokojem, który nie bierze się z opanowania, tylko z decyzji - z decyzji, że już nie będę ustępował, a jeśli ktoś spróbuje mnie zepchnąć do kąta, to odkryje, że w kątach nauczyłem się oddychać, stać i czekać, nie są dla mnie pułapką, tylko miejscem startu.
Kiedy ruszył w moją stronę, poczułem to znajome napięcie w karku - nie strach, tylko rozpoznanie - ten moment, gdy ktoś przestaje być rozmówcą, a zaczyna być problemem. Jego kroki były szybkie, nerwowe, zbyt długie, za gwałtowne jak na człowieka, który całe życie wierzył, że wystarczy autorytet i ton głosu. Poczułem to wyraźnie, bardzo wyraźnie, nie ruszyłem się jednak, nie cofając się ani o centymetr. Moje ciało było ciężkie, stabilne, jakby zapuściło korzenie w podłogę jego salonu.
Podniosłem się już wcześniej, ale dopiero teraz naprawdę stanąłem, cały ciężar przeszedł na stopy, moje barki cofnęły się naturalnie - tak wyglądał moment, w którym kończyły się słowa, a zaczyna coś znacznie prostszego i znacznie bardziej pierwotnego. Nie zrobiłem tego gwałtownie, nie musiałem, przy moich gabarytach każdy ruch i tak miał w sobie obietnicę przemocy, nawet jeśli jeszcze jej nie realizował. Stanąłem nad nim, dosłownie - o ile wcześniej, z odległości, nie było to aż tak odczuwalne, o tyle teraz nasza dysproporcja przestała być abstrakcją, a stała się faktem, którego nie dało się zagadać.
Patrzyłem na Johna bez uśmiechu - ten wcześniejszy, prowokacyjny cień na ustach zniknął, jakby nigdy go nie było, zastąpiła go cisza. Taka, która nie była pustką, tylko napięciem. Złym napięciem.
- „Nie mam jej nic do zaofelowania”? - Powtórzyłem. Westchnąłem krótko. - John, spójsz na nią. - Nie musiałem wskazywać, wystarczyło, że przesunąłem wzrok w bok, a potem wróciłem nim do niego. - Jest tu. Stoi obok mnie. Wyblała mnie. - Zrobiłem krok w bok, niewielki kroczek w stronę żony. Jeden, ale wystarczający, by skrócić dystans. - To nie jest teolia. To fakt. - Uśmiechnąłem się nieznacznie, nie kpiąco, nie wesoło - to był uśmiech kogoś, kto słyszał podobne rzeczy przez całe życie i nauczył się, że nie warto ich prostować.
Czułem obecność Prue, wiedziałem, że była gotowa zareagować, ale nie odwróciłem się, nie teraz, to było między mną a nim. Penelope też to czuła, jej energia zmieniła się, była czujna, gotowa wtrącić się w każdej chwili.
- „Wlóci skszywdzona”? - Parsknąłem cicho. - Wiesz, co jest w tym zdaniu najbalsiej obszydliwe? Nie to, sze mi nie ufasz. Tylko to, sze nie ufasz jej.
Byliśmy blisko. Zbyt blisko, by to było wygodne dla niego. Widziało się to w jego oczach, w tym drobnym zawahaniu, które próbował ukryć gniewem.
- Mówisz, sze wiesz, kim jestem. - Ciągnąłem dalej, głos miałem coraz twardszy, niższy. - Świetnie. To powiedz mi, John. Jeśli wiesz tak duszo, to dlaczego nadal stoisz pszede mną i plóbujesz mnie zastlaszyś, zamiast lealnie mi zaszkodziś? - Uniosłem brew. - Bo to jedyne, co umiesz? Wykładaś teolię?
Penelope wtrąciła się, ostrzej niż wcześniej.
- Dość. Oboje. - Jej głos był stanowczy, ale ja już byłem za daleko. - Loys, Benjy, proszę. John, opanuj się.
Odwróciłem głowę tylko na moment, spojrzałem na nią, a potem bardzo powoli skinąłem.
- Pszeplaszam, Penny. - Westchnąłem powoli, jakby mnie to wszystko zmęczyło, ale nie zamierzałem odpuścić. - Ale on chyba potszebuje, szeby ktoś mówił do niego językiem, któly losumie. - Wróciłem wzrokiem do Johna, uśmiechnąłem się szerzej, tym razem bez cienia sympatii. Widziałem, jak jego szczęka się zaciska, wściekłość szukała ujścia. - Myślisz, sze wyglałem, bo ją „omamiłem”. - Zrobiłem minimalny ruch, pochylając się, teraz byłem niemal na nim. - Masz balso konkletne pojęcie o tym, jak wygląda szycie s kimś, kto uwasza, sze kontlola to tloska. - Wyprostowałem się z powrotem, nie dając mu czasu na reakcję. - A mose wyglałem dlatego, sze nie jestem tobą. - Wzruszyłem ramionami.
Zapanowała cisza, ciężka, gęsta. Spojrzałem na niego bez pośpiechu - ten moment, w którym uniósł dłoń, był jak kliknięcie zapadki - znałem ten gest, zbyt dobrze, ciało rozpoznało go szybciej niż umysł, jak wspomnienie zapisane w mięśniach, nie w słowach. To był ktoś, kto tracił kontrolę, bo kończyły mu się argumenty.
Coś we mnie pękło w chwili, w której John zrobił ten ostatni krok w moją stronę i złapał mnie za koszulę. Nie było w tym gestu ojca, nie było troski ani kontroli - była przemoc, czysta i nieprzefiltrowana, ubrana w przekonanie, że ma do niej prawo. Znałem ten typ aż za dobrze, wychowałem się na nim. Nie cofnąłem się - to była decyzja, świadoma, spokojna. Tak samo świadoma jak ta, którą Prudence podjęła, wychodząc za mnie za mąż. Czułem jego dłoń na materiale koszuli, widziałem, jak napięły mu się przedramiona, jego twarz stwardniała w tym brzydkim, zawziętym grymasie człowieka, który właśnie stracił kontrolę i nie umiał się z tym pogodzić. Był ode mnie niższy, znacznie, szczupły, kościsty. Zbyt przyzwyczajony do tego, że wystarczy mu autorytet i ton głosu. Przez ułamek sekundy pozwoliłem mu wierzyć, że ma nade mną przewagę. Ściskał moje ubranie, jakby chciał mnie do siebie przyciągnąć, jakby naprawdę wierzył, że może mnie przestawić siłą, to wystarczyło.
- Ach tak? - Zapytałem. - To jest ten moment, w któlym pszestajesz byś „losądnym ojcem”, a zaczynasz byś dokładnie tym, pszed czym szekomo chcesz chloniś bliskich? - Nachyliłem się minimalnie, tylko tyle, by musiał unieść głowę, żeby na mnie spojrzeć. Uśmiech, który wcześniej błąkał mi się po ustach, zniknął całkowicie, zostało coś innego, coś chłodnego - coś bardzo, bardzo starego. Spoglądałem na niego, tym razem bez cienia żartu.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? - Przekrzywiłem głowę, minimalnie. - Sze najbalsiej boisz się tego, sze mogę nie zniknąś.
Zacisnął szczękę, jego dłoń drżała, dostrzegałem to i sprawiało mi to perwersyjną satysfakcję. John nie puścił, zamiast tego ścisnął mocniej, najwidoczniej przekonany o tym, że ten gest miał mu przywrócić kontrolę, którą właśnie tracił, jego oczy błyszczały, widziałem w nich coś więcej niż gniew - widziałem w nich człowieka, który nagle zdaje sobie sprawę, że nie ma już kart w ręku.
- Kalaluchy są odpolne. - Odparłem. - Pszeszywają wszystko. Mose dlatego tak balso cię to dlaszni. - Nachyliłem się minimalnie do przodu - tylko tyle, ile było trzeba, żeby zmniejszyć dystans do czegoś niekomfortowego, sfery, w której słowa przestają być bezpieczne. Pozwoliłem mu to poczuć - różnicę wzrostu, różnicę masy - fakt, że gdybym chciał, ta sytuacja skończyłaby się w ułamku sekundy, i że właśnie dlatego stałem nieruchomo. Mój głos opadł do szeptu, tak cichego, że był przeznaczony wyłącznie dla niego.
- Mówisz to s taką pewnością - mruknąłem - jakbyś jusz widział pszyszłość. A tak naplawdę widzisz tylko własną pętlę. - Uniosłem wzrok o ułamek centymetra w górę, a potem znowu w dół.
- John, proszę. - Penelope odezwała się gdzieś z boku, słyszałem jej głos, szybki, zaniepokojony, próbujący jeszcze raz ustawić świat w ryzach, zarejestrowałem to tylko peryferyjnie, w tej chwili istniał dla mnie tylko on. - Wciąż mówisz o Prudie, jakby była kimś, kogo trzeba uratować przed nią samą. - Nie spojrzała na mnie. Całą uwagę poświęciła jemu. - Myślałeś, że jest rozsądna, bo przez lata robiła to, co uważałeś za bezpieczne. - Dodała. - A teraz po prostu żyje po swojemu. I to nie odbiera jej rozumu. Spróbujmy wszyscy trochę odetchnąć i porozmawiać, dobrze? - Powiedziała cicho, z tym charakterystycznym ciepłem, które oznaczało, że nie mówiła z pozycji żony przeciw mężowi, tylko z miejsca, gdzie pamięć i doświadczenie ważyły więcej niż gniew. Tyle tylko, że to nie działało, gdy żaden z nas nie skupiał się na niej, obaj byliśmy stanowczo zbyt zafiksowani na sobie nawzajem.
Pochyliłem się jeszcze trochę, minimalnie, żebyśmy byli niemal na tym samym poziomie wzroku, choć i tak górowałem nad nim. Głos miałem niski, niemal bezdźwięczny, wystarczająco cichy, by nie dotarł do dwóch kobiet stojących obok. Nie krzyczałem, to tylko by go usprawiedliwiło.
- Siedzisz w niej od lat, John. Biulko, kolytasz, lapolt. Losądek - powiedziałem, niemal szeptem, tak cicho, że dźwięk ledwie wydostał się spomiędzy moich zębów, wystarczająco jednak, by on go usłyszał - to twoje ulubione słowo, plawda? Tylko sze losądek bez odwagi zamienia się w tchószostwo. - Przechyliłem głowę minimalnie, wystarczająco, by spojrzeć na jego dłoń na mojej koszuli, a potem z powrotem w jego oczy. - A ty? Co ty masz jej do zaofelowania, John? Oplócz stlachu pszed światem i listy szeszy, któlych „nie wolno”? - Dla dwóch kobiet byłem niemal niemy. - Nienawidzisz mnie, bo utknąłeś - powiedziałem - całe szycie byłeś „losądny”, zawsze wiedziałeś lepiej, a tu nagle okazuje się, sze świat nie zapytał cię o zdanie. Wielki usdlowiciel - ciągnąłem, bez pośpiechu - specjalista od cudzych błędów. Zawsze bezpieczny. Zawsze czysty. Zawsze s daleka od plawdziwego syfu.
Nie mrugnąłem, chociaż patrzył mi w oczy - tam już nie było kalkulacji, była czysta furia.
- Widzisz - byliśmy bardzo blisko, widziałem drobne zmarszczki przy jego oczach, napięcie szczęki - znam ludzi, któszy podnoszą lękę, kiedy tlacą kontlolę. Zawsze tłumaczą to koniecznością. Zadbania o losinę. O posządek. O to, co „właściwe”. - Uśmiechnąłem się krótko. - I zawsze mówią, sze to dla czyjegoś dobla. Wiesz, co mnie fascynuje w takich jak ty? - Ciągnąłem dalej, już bez uśmiechu. - Ta pewność, sze cielpienie zawsze musi pszyjść s zewnątsz. Zawsze jest jakiś potwól, jakiś „Fenwick”, jakiś „Lookwood”, któly pszyjdzie i zniszczy to, co wy sami tszymacie w klatce. Wiesz, czym jeszcze się lósznimy? - Dodałem jeszcze ciszej. - Ty całe szycie leczyłeś konsekwencje. Ja byłem w miejscu, gdzie one powstają. Nienawidzisz mnie, bo ja wyszedłem, ty nie. Nie ochlonisz losiny pszed tym, czego tak panicznie się boisz, John, blakuje ci jaj i o tym wiesz. - Nie uśmiechałem się, mówiłem poważnie.
Nie ruszyłem się, nie strąciłem jego ręki, spojrzałem na nią, potem z powrotem na jego twarz. Pozwoliłem, żeby złapał mnie mocniej, by sam poczuł, że trzyma coś, czego nie potrafi kontrolować.
- No plosę. - Odezwałem się głośniej, gdy jego luźna dłoń mocniej się zacisnęła, formułując coś na kształt małej piąstki, wystarczająco, żeby Prudence i Penelope to usłyszały. Ton miałem spokojny, niemal uprzejmy. - To jednak jest pszesłuchanie. Tylko blakuje ci pałki.
Zapanowała cisza tak gęsta, że aż bolała w uszach. Penelope wciągnęła gwałtownie powietrze.
- Benjy. - Powiedziała ostrzegawczo. - Dość.
Nie oderwałem wzroku od Johna. Jego nozdrza zadrżały, pięść zacisnęła się odruchowo - widziałem, jak walczy z impulsem, i wtedy poczułem coś jeszcze - tę starą, znajomą pogardę wobec ludzi, którzy mylą strach z autorytetem.
- Spokojnie, Penelope. - Powiedziałem. - Jeszcze nic się nie stało. - To było kłamstwo, ale potrzebne, wiedziałem, że ona próbowała ratować sytuację, jak zawsze, z pewnością zawsze była tym buforem między światem a jego ostrymi krawędziami, tacy ludzie właśnie tak mieli. Lubiłem ją za to, po prostu nie zamierzałem oddawać tej walki bez wyrażenia własnego zdania.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
08.01.2026, 14:47  ✶  

Prudence przeniosła wzrok w stronę matki. Doceniała jej próbę, jednak nie wydawało jej się, aby ona przyniosła jakiekolwiek efekty. Na to było już zbyt późno, spojrzenia padły, słowa padły, nic nie było w stanie przerwać tego, co miało nadejść. Widziała to w oczach ojca i w postawie swojego męża. Penelope miała wyjątkowo optymistyczne podejście licząc na to, że uda jej się powstrzymać to, co już się działo. Na to było zbyt późno. Prue wiedziała, że nie ma sensu się wtrącać, to była sprawa, którą musieli załatwić między sobą, w przeciwieństwie więc do matki po prostu stała obok i czekała na to, co się wydarzy, a była pewna, że nie ominie ich demonstracja irytacji z jednej i z drugiej strony, zresztą to trwało od chwili, w której ojciec pojawił się w salonie.


John był w takim stanie, w jakim chyba nie znajdował się nigdy wcześniej, w całym swoim życiu nikomu nie udało się go wyprowadzić z równowagi tak bardzo. Benjy więc mógł przypisać sobie to dokonanie. Coś w nim pękło, nieodwracalnie, nie było już możliwości, aby nad sobą zapanował, nawet jeśli miało go to zgubić. W jego oczach widać było mętlik, nie przygotował się na to, że dzisiaj dojdzie do podobnej konfrontacji, nie miał szansy niczego zaplanować, rzadko kiedy dawał się ponieść emocjom, ale w tym przypadku nie było innej możliwości. Obecność męża córki w tym domu działała na niego niczym czerwona płachta na byka, stracił cały rozsądek, który był jego charakterystyczną cechą. Nie było w nim za grosz stateczności, powieka nie przestawała mu drżeć, szczęka ciągle była zacisnięta, tak samo jak jego dłoń na koszuli Benjy'ego.

- Nic nie wiesz na temat moich teorii. - Wysyczał przez zaciśniętę zęby. Czy naprawdę nie widział tego, że popsuł wszystko? Wszedł do jego idealnego świata i go zniszczył. Nagle nic już się nie układało. Cały obraz został rozwalony. Nie bez powodu wtedy powiedział, co myślał, chociaż, czy naprawdę powinien wierzyć w to, że ktoś taki jak Fenwick w ogóle weźmie jego słowa pod uwagę? Nie. Tacy jak on myśleli tylko i wyłącznie o sobie, nie miał pojęcia, jaki bałagn po sobie pozostawi, a John doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że będzie ogromny. Wtedy wszystko spadnie na niego, zdecydowanie wolał zapobiegać problemom, nie bez powodu tak doładnie analizował to, co działo się wokół niego. Nie przewidział jednak, że sprawy zabrną tak daleko, że nie będzie odwrotu, że Prudence postanowi wyjść za kogoś takiego za mąż. Była już kiedyś zaręczona, nigdy nie doszło do ślubu, nie miał pojęcia, co musiało się wydarzyć, że sprawy tutaj eskalowały tak szybko. Coś w nim drgnęło, jakby lampka zapaliła się nad głową. - Zrobiłeś jej dzieciaka? - Nadal zupełnie ignorował to, że i jego żona i córka stały tuż obok. Nie mówił też typowym dla siebie językiem, jakby gdzieś zniknął Bletchley lekarz, poważny doktor. Nie miał już żadnych granic, nie szczypał się, nie gryzł w język, mówił wszystko, co mu ślina na język przyniosła. To wydawało mu się jedynym powodem dla którego ona postanowiła tak spontanicznie wziąć go za męża, a w jego opinii spowodować to mógł tylko i wyłącznie jakiś powód. Nie popełniłaby takiego błędu bez konkretnej przyczyny.


Prue wpatrywała się w to wszystko z niedowierzaniem. Nie sądziła, że jej ojciec będzie skłonny do takiego zachowanie. Wiedziała, że nie będzie prosto, czy lekko, ale nie spodziewała się czegoś takiego. Nie widziała go w podobnym stanie w całym swoim życiu, miała wrażenie, że zaraz eksploduje. Przerażało ją to na swój własny sposób, naprawdę nie mogła uwierzyć w to, że tak bardzo zapętlał się w tej swojej teorii, że nie darzył ją zaufaniem, nie wierzył w to, że potrafi o siebie zadbać, bo przecież robiła to od wielu lat. Starała się radzić ze wszystkim sobie sama, nie być problemem, najwyraźniej było to za mało widoczne. Nadal traktował ją jak zagubione dziecko. Poczuła się urażona, nie miała zamiaru akceptować takiego podejścia, już zadecydowała, że jej noga szybko nie postanie w rodzinnym domu, nie po czymś takim. Przedstawienie jednak trwało dalej.


John przełknął głośno ślinę, kiedy Benjy odezwał się do jego żony. Za kogo on się uważał, że mówił o nim do niej w ten sposób? Przeciągał strunę, aż ona pękła, nie było już co zbierać. Nie miał zamiaru się hamować.

- Jeśli jest ślepa, to ktoś musi otworzyć jej oczy. To jest troska, jeszcze kiedyś mi za to podziękuje, szkoda, że wtedy będzie za późno. - Wybrała jego, nie miał co do tego wątpliwości. Najwyraźniej miała ku temu powód, już on sobie dopasował swoją wersję, nie mogło być inaczej, tacy jak on zawsze to robili - bałamucili te najbardziej porządne kobiety, nie miał pojęcia dlaczego tak chętnie wchodziły w podobne relacje. Nie spodziewał się, że jego córka będzie jedną z nich, najwyraźniej była jak wszystkie inne.

- Miałem Cię za lepszą Prudence, nie spodziewałem się, że skończyć rozkładając nogi przed kimś takim. - W jego głosie było słychać tylko pogardę, nie spojrzał na Prue, nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, pozwolił sobie tylko na ten niezbyt miły komentarz.


Prue jedynie zacisnęła usta w wąską linię. Nie odezwała się nawet słowem, wiedziała, że nie ma to najmniejszego sensu, ojciec i tak zawsze wiedział swoje, nie potrafił zaakceptować tego, że ktoś może widzieć świat inaczej od niego, chcieć czegoś więcej. Był to moment, w którym powinni opuścić dom rodziców, jednak jeszcze tego nie zrobili.


- Nic nie wiesz o byciu rozsądnym ojcem, nie masz pojęcia z czym to się wiąże, bo jakie możesz mieć doświadczenie, jaki przykład, co? - Mówił ciszej, przez zęby, ignorował otoczenie, to było między nimi, zwłaszcza po tym, jak Benjy się nad nim nachylił. Górował nad nim, ale nie wydawało mu się to w niczym przeszkadzać, już nie. Rozsądek zniknął gdy tylko pojawił się w salonie i zobaczył jego gołą dupę na swojej kanapie, w swoim domu.

- Tacy jak Ty zawsze nikną, prędzej, czy później, sami, albo z pomocą innych osób. - To było jego jedyną nadzieją, naprawdę chciał uwierzyć w to, że stanie się to prędzej, niż później, że jeszcze wrócą do normalności, Prue wtedy pójdzie po rozum do głowy, może nieco pocierpi, ale w końcu do niej dotrze, że podjęła najgorszą możliwą decyzję ze wszystkich.

- Prędzej, czy później Cię znajdą, wiesz o tym, wtedy będzie za późno, żeby zareagować. Być może kieruję się rozsądkiem, ale przynajmniej cała moja rodzina żyje, jaką masz pewność, że z Twoją tak będzie? Że ktoś nie postanowi na Was polować? Nazywasz to odwagą? Niepotrzebne ryzyko, które zakończy się tragedią. - Nie widział innej możliwości, dla niego ta relacja od samego początku była skazana na niepowodzenie, jeszcze tylko nie ustalił, nie przewidział jak bardzo tragicznie się to zakończy dla jego córki.

Kolejne słowa uderzały w niego brutalnie, wyraz jego twarzy zmieniał się coraz bardziej, nie miał zamiaru wdawać się w dalsze pyskówki, nie miały one najmniejszego sensu. Penelope próbowała coś mówić, niby słyszał jej głos, ale nie docierały do niego pojedyncze słowa. Czuł zbyt wiele, zbyt wielki gniew. W końcu postanowił dać jemu upust. Opuścił rękę, a po chwili ją uniósł. Było to głupie, irracjonalne, ale nic już więcej nie mógł zrobić. Wiedział, że Benjy ma rację i to go najbardziej zabolało, postanowił więc po prostu walnąć go w twarz - nie, żeby wiedział jak się to robi. Zacisnął dłoń w pięść i próbował trafić w policzek stojącego przed nim mężczyzny.



Rzut O 1d100 - 45
Akcja nieudana
( af John'a ◉○○○○)


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
09.01.2026, 18:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.01.2026, 18:48 przez Benjy Fenwick.)  
Nie pamiętałem chwili, w której przestał być dla mnie tylko człowiekiem w gniewie, a stał się automatycznie identyfikowanym zagrożeniem, pobudzającym organizm do stanu pełnej mobilizacji - to przyszło cicho, bez fanfar, jak zaciśnięcie mięśnia, którego nie ćwiczy się świadomie. Stałem blisko, zbyt blisko, tak blisko, że czułem zapach jego oddechu, tę metaliczną nutę strachu, którą gniew zawsze niesie pod spodem. Pozwalałem mu na to tylko dlatego, że jeszcze próbowałem być kimś lepszym - nie dla siebie, nie po to, by coś sobie udowodnić - próbowałem pamiętać, że to ojciec Prudence, mąż Penelope, a dom ma ściany, które nie powinny widzieć takich rzeczy, jakie mogły się wydarzyć. Czułem jednak, że coś we mnie powoli, metodycznie traciło cierpliwość z każdą upływającą sekundą konfrontacji, z wypowiedzianym i usłyszanym słowem. Im dłużej mówił, tym bardziej czułem, jak coś we mnie narasta, nie sygnalizując ryzyka nagłego wybuchu już w tym samym momencie, raczej jak wzrastanie ciśnienia, które zbiera się latami, cierpliwie, bez świadków - nie gwałtownie, tylko ciężko - to było jak psucie się zaworu w starym szybkowarze. Nagromadzony gniew nie eksplodowało od razu, najpierw pojawił się syk, potem gorąco, potem już nie było powrotu.

Chwilowo tylko oddychałem ciężej, wolniej, jakbym liczył każdy wdech, żeby nie zrobić kroku za daleko… Chociaż w głowie już wiedziałem, że to tylko kwestia sekund. Blada ręka zaciskała się na mojej koszuli, a ja nawet nie próbowałem jej strącić, pozwoliłem mu trzymać, chciałem, żeby czuł, że to on wisi na mnie, nie ja na nim, to jego palce drżały, nie moje, chciałem, żeby czuł, że to nie działa tak jak sobie wyobraził, i że to kolejny błąd w jego schemacie. Znałem ten stan, znałem go aż za dobrze - ten moment, w którym człowiek wmawia sobie, że jeszcze kontroluje sytuację, podczas gdy dawno już ją stracił. Widziałem to drganie powieki, szczękę tak spiętą, jakby miała pęknąć, i przez chwilę nawet pomyślałem, że to zabawne - całe życie łatać innych, a siebie zostawić z ropiejącą raną. Słuchałem, jak syczy o swoich teoriach, jakby były prawami natury, a świat naprawdę działał według wykresów, które sobie rysował w głowie. Nie zamierzałem mu współczuć, bo w żadnym scenariuszu, jaki chciałem wybrać, nie skończyłbym dokładnie w tym samym miejscu co on - przerażony, wściekły i kompletnie ślepy. Właśnie dlatego byliśmy inni.
- Masz lasję. - Powiedziałem cicho, ale nie uprzejmie, tylko przez zęby - to był ten ton, którego nigdy nie używałem przy ludziach, na których mi zależało. - Gówno wiem o twoich teoliach. Całe szczęście. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez cienia wesołości, tym rodzajem uśmiechu, który pojawia się, kiedy ktoś mówi „teorie”, a ty słyszysz „fantazje”. - Znam za to fakty. I jednym s nich jest to, sze twoje teolie właśnie się lossypały.
Czułem twardnienie mięśni karku, kiedy mówił o Prue jak o kimś, kogo trzeba było ratować przede mną, jakby była przedmiotem, jakby była słaba… Ale jeszcze się trzymałem. Ledwo. Tylko dlatego, że dokładnie wiedziałem, czym one są - te jego przekonania - były strachem ubranym w mądre słowa, paniką w fartuchu uzdrowiciela. Cała jego siła była w głowie, w założeniach i rekomendacjach, w kontrolowaniu świata zza biurka, więc teraz, gdy to wszystko się rozsypało, stał przede mną tylko zwykły, kruchy człowiek z pianą gniewu na ustach i białymi plamami furii pod powiekami. Czułem to niemal fizycznie, zmianę ciśnienia w pomieszczeniu, nagłe zagęszczenie powietrza, które robiło się ciężkie do oddychania, jego dłoń na mojej koszuli była wilgotna od potu, palce drżały, a ja ani na moment nie miałem wątpliwości, że to już nie będzie rozmowa na poziomie.
Słuchałem dalej, chociaż już wcześniej słyszałem te słowa - o tym, że zniszczyłem mu świat, o tym, że wszedłem i go rozwaliłem, o tym, że tacy jak ja zostawiają po sobie bałagan. Przez chwilę niemal mnie to bawiło, jakby mówił o huraganie, a nie o człowieku, który konsekwentnie wybierał jedną kobietę, nawet wtedy, gdy to bolało. Wsłuchiwałem się bardzo dokładnie, chociaż w tamtej chwili wszystko zaczęło mu się rozmywać na krawędziach, jakby ktoś zbyt gwałtownie potrząsnął jego światem. Zaczynał bredzić. Stałem przed nim i widziałem, jak rozsypuje się ta sterylna konstrukcja zbudowana z chłodu, teorii i kontrolowanych oddechów, którą John sobie stworzył, ta jego bańka, szklana kula. Życie właśnie wymknęło mu się spod skalpela, a ja nie współczułem mu ani przez sekundę. Patrzyłem prosto w te desperacko-wściekłe oczy, nie mrugając, nie dałem mu tej satysfakcji. Widok był niemal groteskowy - człowiek, który całe życie budował swój wizerunek na kontroli, teraz kipiał jak kociołek bez pokrywki. To było żałosne, nawet jeśli w jakiś sposób… Smutne. Widziałem w nim uzdrowiciela, który nagle stracił grunt pod nogami, człowieka, który całe życie kontrolował zmienne, a teraz stanął naprzeciw czegoś, czego nie mógł ani zdiagnozować, ani zamknąć w szufladzie.
A potem padło to pytanie - głupie, brutalne, rzucone jak kamień w szybę, wypowiedziane z tą obrzydliwą pewnością, że znalazł klucz do całej zagadki. Oczy mu błyszczały, jakby naprawdę wierzył, że zgadł odpowiedź - tę, która wszystko usprawiedliwia, i jeśli mnie odczłowieczy, to odzyska przewagę. Szukał we mnie winy, rozpaczliwie próbował ją znaleźć, żeby uzasadnić własny strach.
„Zrobiłeś jej dzieciaka?” - poczułem znajome, duszące ukłucie pod mostkiem, jakby ktoś nacisnął stare, źle zrośnięte złamanie, widziałem przed oczami rzeczy, których praktycznie nigdy nikomu nie opowiadałem, ale odgoniłem je w tej samej chwili, bo to nie był ten moment. Nie spojrzałem na Prue, choć czułem ją obok - czułem jej napięcie jak prąd przy skórze - sam też buzowałem, ale w inny sposób, bardziej rozżarzony.
Nie odpowiedziałem od razu, spojrzałem na niego powoli, od dłoni zaciskającej się na mojej koszuli aż po oczy pełne tej chorej, panicznej pewności, że musi istnieć „powód”, bo inaczej jego córka miałaby prawo do własnej decyzji. Przez ułamek sekundy świat zwęził się do jednego punktu - do ucisku w klatce piersiowej, nagłego, bolesnego skurczu, którego nie dało się kontrolować, ale potem coś we mnie zareagowało szybciej niż myśl, przez twarz przeszedł mi wyraz obrzydzenia, którego nie zdążyłem ukryć - wiedziałem to - poczułem to aż za dobrze. Nie było mi z tym źle.
- To nalawdę wsystko, co masz? - Spojrzałem mu prosto w oczy, bez cienia pobłażania. - Wybielasz wialę, sze jedynym powodem, dla którego twoja cólka wyszła za mnie, jest to, sze ją zapłodniłem? - Coś we mnie drgnęło, nie był to jednak wstyd ani poczucie winy, to był czysty wstręt. Skrzywiłem się znowu, tylko na moment, jednak wystarczająco, żeby poczuć, że gniew zaczął buzować mi w trzewiach ze zdwojoną siłą. Nie wybuchł jeszcze, ale zapadł się głębiej, ciężej, przestałem słyszeć połowę dźwięków, za to każdy jego oddech dudnił mi w skroniach.
- Uwaszaj. - Powiedziałem cicho, bardzo cicho. - Bo właśnie wszedłeś na balso gsząski telen. - Głos mi się nie podniósł, był niski, szorstki, pozbawiony cierpliwości, zbyt opanowany jak na to, co się we mnie kotłowało. To było gorsze. - Nie masz plawa nawet wypowiadaś tego zdania. Twoje teolie kończą się tam, gdzie zaczyna się cudze szycie. Jeszcze jedno słowo w tym kierunku i pszestajesz mówiś jako ojciec. Zaczynasz mówiś jako ktoś, kto właśnie stlacił plawo do bycia wysłuchanym. - Ale on już się rozpędził, zignorował Prudence, zignorował Penelope, jakby były meblami, i kiedy powiedział, że ktoś musi „otworzyć jej oczy”, poczułem, jak dłonie same mi się zaciskają, a wściekłość zaczyna mieć smak - metaliczny, znany, tożsamy z tym nieświadomym przygryzieniem policzka od wewnątrz, by skupić się na tu i teraz. To był odruch, ten sam, który uruchamiał się, gdy ktoś próbował mnie ustawić w roli, której już dawno nie przyjmowałem. Instynkt - ten sam, który kiedyś kazał mi wstawać z ziemi, otrzepywać kurz, wycierać krew z ust i wracać po więcej, bo nie było innej opcji.
Zaczął mówić o wdzięczności, która przyjdzie za późno, oczy mu mętniały, jakby naprawdę uwierzył w każdą bzdurę, którą sobie właśnie sklejał w głowie. Parsknąłem krótkim, gorzkim śmiechem. Znałem ten język, słyszałem go wcześniej w życiu, z ust ludzi, którzy lubili czuć się wielcy, operując cudzym strachem.
- Otwalłeś jej oczy? - Nachyliłem się minimalnie, zmniejszając dystans między nami do czegoś niebezpiecznego. Słyszałem głos Penny, dobiegający gdzieś z boku, urywany, nieskładny, nie docierał do mnie, skupiałem się tylko na nim, na tej chwili. - Pszes lata zamykałeś je na wsystko, co nie pasowało do twojego świata. Masz czelność nazywaś to tloską? Ty, któly… - Nie skończyłem, bo on już był dalej, bo powiedział to - powiedział dokładnie to, czego nie wolno mówić ojcu o własnej córce.
Kiedy zwrócił się do Prudence w ten sposób…
- Cofnij to. - Powiedziałem nisko, tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć. Tak cicho, że pozostałe osoby mogły tego nie usłyszeć. - Telas. - Mówiłem tak, by słyszał to tylko ten konkretny człowiek, bo nie zamierzałem robić większego widowiska, jeszcze nie. Nie zrobił tego - oczywiście, że nie - zamiast tego wylał jeszcze więcej jadu, więcej pogardy, jakby każde słowo miało mnie sprowokować, i udało mu się, tylko nie w sposób, jakiego się spodziewał. Stałem przed nim i czułem, jak coś we mnie pęka warstwa po warstwie, jakby ktoś systematycznie zdejmował zabezpieczenia, które przez lata uczyłem się zakładać na samego siebie. John Bletchley nie był już medykiem, ojcem, ani nawet rozsądnym przeciwnikiem, był tylko mężczyzną, który stracił kontrolę i desperacko próbował ją odzyskać cudzym kosztem - jego palce wciąż gniotły materiał mojej koszuli, czułem napięcie szczupłej dłoni, drżenie, które zdradzało więcej niż jakiekolwiek słowa. Słuchałem go, bo zawsze słuchałem takich rzeczy, nie zamierzając przepuścić okazji, by złapać przeciwnika na potknięciu, które mógłbym później wykorzystać przeciwko niemu, w taki albo inny sposób, to było przekleństwo i nawyk zarazem.
Ignorował Prudence, ignorował Penelope, jakby były meblami, a nie ludźmi. Czułem, jak jego gniew miesza się z czymś innym - ze strachem, bo wiedział - wiedział, że to nie była zabawa, to nie był kaprys, że są rzeczy, których się nie robi, jeśli nie jest się gotowym ponieść konsekwencji. Moja żona była tylko argumentem w jego równaniu, a nie osobą z krwi i kości, ja zaś poczułem, jak coś ciężkiego osiada mi w klatce piersiowej. Gniew nie był już gorący, był gęsty, lepki.
- „Kimś takim”. - Powtórzyłem wolno, jakbym smakował te słowa, a potem wypluł je z pogardą. Uśmiechnąłem się, krótko, bez cienia wesołości, to był odruch, tik, jak drgnięcie powieki przed ciosem. Nie zamierzałem tłumaczyć mu się z własnej wartości lub z jej braku, nie jemu, nie nigdy. Nie miałem problemu w byciu tym, kto powie mu prosto w twarz, że jego teorie są wygodne, bo nie wymagają odwagi, łatwo budować światy z papieru, gdy nigdy nie wychodzi się w deszcz, jego „analizy” pachną gabinetem i kurzem ksiąg, a nie ziemią pod paznokciami. - Nie jesteś niczyim wybawcą. Jesteś człowiekiem, któly właśnie plóbuje wmówiś własnej cólce, sze nie potlafi decydowaś o swoim szyciu. I lobisz to, oblaszając ją pszez moje nazwisko. - Przerwałem mu ruchem głowy, krótkim, ostrym.
Przez ułamek sekundy poczułem, jak coś we mnie się napina, jak struna naciągnięta do granic wytrzymałości. To było to, granica - ta, której nie wolno było przekraczać.
- Zamknij moldę, zanim pszegniesz. - Powiedziałem nisko, tak gładko, że mogło zabrzmieć jak prośba, ale nie było nią w najmniejszym stopniu. Napięcie w moich barkach rosło, ciało samo zaczynało przygotowywać się do czegoś, co znało aż za dobrze - nie chciałem tego, jeszcze nie.
- Jeszcze jedno słowo o mojej sonie w tym tonie - powiedziałem cicho, przez zęby, nachylając się tak, że tylko on mógł to usłyszeć - a zapomnisz, jak brzmią twoje własne wymysły, bo będziesz zajęty liczeniem zębów.
Nie broniłem jej dlatego, że była bezbronna, Prudence nie potrzebowała adwokata, potrzebowała męża, który nie pozwoli, by ktoś pluł jej w twarz, a ja nim byłem - broniłem granicy - jej, mojej, naszej - to, że w ogóle musiałem to robić przed kimś, kto powinien kochać ją bezwarunkowo, wkurwiało mnie do żywego.
- Moses mnie nienawidziś, życzyś śmielci, moses snuś swoje chole wizje o tym, jak znikam. Znam ten lepeltual. Słyszałem go od golszych od ciebie i lepszych od ciebie, pszesyję, ale jeszcze jedno słowo o niej w tym tonie i pszysięgam, sze zapomnę, kim jesteś i gdzie stoisz, szybciej, nisz zdąszysz sięgnąś po tytuł pszed nazwiskiem. - Dodałem zimno, nie kryjąc tych słów. Przeniosłem wzrok na Prudence tylko na moment, jakbym chciał sprawdzić, czy wciąż stała pewnie tam, gdzie była - stała prosto, chociaż wiedziałem, ile mogło ją to kosztować - wróciłem więc spojrzeniem do niego. - Mosesz myśleś, sze jestem „kimś takim”, ale jeszcze las splóbuj splowadziś kogoś, kogo kocham do loli, któlą sobie wymyśliłeś, a pszekonasz się, jak balso się mylisz co do tego, kim jestem. Lozumiesz lósznicę, doktosze?
Nie spojrzałem na Prudence, nie musiałem, wystarczyło mi wiedzieć, że stała obok, to była linia, której nie pozwalałem nikomu przekroczyć, kiedy więc rzucił do niej tym plugawym zdaniem, coś we mnie stwardniało na dobre. Widziałem, jak zesztywniała, jak zamknęła się w sobie, i to było jak kolejny gwóźdź wbijany mi pod skórę. Jeszcze się trzymałem. Jeszcze. Stała sztywno, blada, z ustami zaciśniętymi w cienką linię, to bolało mnie bardziej niż jego słowa, bo to nie ja byłem celem, była nim ona. Milczała, ale wiedziałem, że słyszy każde słowo, wiedziałem też, że nie potrzebuje, żebym ją bronił. To było również dla mnie - dla tego chłopaka, który kiedyś stał w podobnej pozycji i nie mógł odpowiedzieć, teraz mógł. Ona nie potrzebowała obrońcy, to ja potrzebowałem mówić, bo jeśli jeszcze raz usłyszałbym o „impulsie”, o „błędzie”, o „chwili słabości”, to naprawdę bym go staranował.
A potem zrobił to - przekroczył granicę, której nie wolno było dotykać. Przez twarz przeszedł mi jeszcze jeden grymas, którego nie kontrolowałem. Czułem, jak Penelope mówi coś w tle, była obok, tak jak Prudence, ale w tej sekundzie świat się zawęził do jednego punktu. Groźby o tym, że mnie „znajdą”, że ktoś będzie na nas polował, spłynęły po mnie jak deszcz po blasze - znałem ten świat - lepszy i gorszy od jego wyobrażeń, ale kiedy mówił o tragedii, zobaczyłem w jego oczach coś jeszcze - nadzieję - nawet jeśli mógł mi życzyć śmierci, to mówienie tego w ten sposób było obrzydliwe.
- Nie masz pojęcia - czułem w sobie dawny ból, stary jak blizny, które nosiłem pod skórą, przez ułamek sekundy musiałem odwrócić wzrok, bo gdybym nie zrobił tego, nie byłbym w stanie nad sobą zapanować - ile wiem o tej odpowiedzialności. I jak dlogo się za nią płaci. - Nie tłumaczyłem się, nigdy tego nie robiłem, nie miałem zamiaru zaczynać teraz.
Nie pamiętałem chwili, w której w mojej głowie zapadła decyzja, ona po prostu się wydarzyła, jak zatrzaśnięcie drzwi w przeciągu. Najpierw była cisza, głucha, lepka cisza, w której mózg potrzebował ułamka sekundy, żeby zrozumieć, że ktoś właśnie wbił palce w miejsce, którego się nie dotyka, zrobił to nieświadomie, ale z pogardą, z przekonaniem, że miał do tego prawo. Zobaczyłem obrazy, których nigdy nikomu nie opisywałem - życie ustawione pod coś, co miało nadejść, plany, które miały sens tylko dlatego, że miały komuś dać przyszłość, ciszę po tym, jak okazało się, że nie nadejdzie nic, i to jedno, niewypowiedziane nigdy zdanie, które zostaje w człowieku na zawsze. Nie pamiętałem, żebym się nad nim nachylił, ale nagle byłem bliżej, dużo bliżej. Spojrzałem na niego wtedy po raz pierwszy, tak naprawdę, nie z góry, nie z wyższością, z czymś znacznie gorszym.
- Nawet nie zbliszaj się do tego tematu. Nigdy. - Warknąłem, nadal przez zaciśnięte usta, mimo że wiedziałem też, że on tego nie rozumiał i nigdy nie zrozumie.
Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej poczuł coś tak czystego i tak brudnego jednocześnie, jakby ktoś jednym ruchem zerwał ze mnie wszystkie warstwy, które przez lata uczyłem się zakładać. Przez twarz musiał mi przejść wyraz, którego nie kontrolowałem - coś starego, co dawno powinno było zostać zakopane. Nie było już kalkulacji, nie było „to ojciec Prudence”, była tylko czysta, biała furia.
- Nie jesteś plolokiem. - Przez ułamek sekundy patrzyłem na niego bez wyrazu, a potem uśmiechnąłem się krzywo, bardzo powoli. Od momentu, gdy mówił o polowaniu, o mojej rodzinie, o tragedii, widziałem w nim nie uzdrowiciela, nie ojca, tylko przestraszonego człowieka, który woli zniszczyć cudze życie, niż przyznać, że nie ma nad nim kontroli. - Jesteś tchószem w faltuchu, któly myśli, sze biurko i tytuł chlonią go pszed światem.
Wiedziałem, co robił - budował narrację, w której był jedynym rozsądnym człowiekiem w pokoju, a ja elementem chaosu, błędem w równaniu, który należało usunąć, zanim zniszczy całość. Widziałem takich ludzi wcześniej. Zawsze mieli „teorie”, zwinięte w ciasne tuby, mapy świata, na których cudze życie było zaledwie drobnym punktem, używali ich jak pałki, kiedy kończyły im się argumenty.
Widziałem, jak Penelope próbuje coś powiedzieć, jak jej usta się poruszają, ale głos kobiety nie miał już do mnie dostępu. John puścił moją koszulę, a ja jeszcze przez ułamek sekundy łudziłem się, że to się zatrzyma, wypluje z siebie jad i padnie z wyczerpania. Nie padł.
Zareagowałem instynktownie, odbiłem jego rękę, skręcając się w bok, a potem uderzyłem mocniej, niż on planował, mocniej, niż było to konieczne. Pięść spotkała jego twarz z głuchym, tępym odgłosem, który na chwilę wypełnił całe pomieszczenie. Ruch był szybki, czysty, wyuczony przez lata zbierania ciosów. Trafiłem go w kość policzkową tuż pod okiem, zapewne mając pozostawić tam jasny dowód zadanego ciosu. A potem… Oddałem.
Nie z wyrachowania, nie z kalkulacji - z furii.
Mój cios był krótszy, cięższy, pewniejszy - trafił, zanim John zdążył się cofnąć - poczułem opór kości, mięsa, usłyszałem ten mlaszczący dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Trafiłem w nos, krew momentalnie zabarwiła mi knykcie, odznaczając się na skórze dłoni. Nie triumfowałem, po prostu nie byłem już tym chłopakiem, którego można było bić bez konsekwencji. Stanąłem nad nim, oddychając ciężko, dłonie mając drżące nie ze strachu, tylko z tłumionej furii. Nie próbowałem zadać mu kolejnego ciosu. Wiedziałem, że przekroczyłem granicę, wiedziałem też, że on zrobił to pierwszy, i że tej granicy już nigdy nie da się cofnąć. Cisza po uderzeniu była głośniejsza niż wszystko, co padło wcześniej. Penelope zamarła, tak po prostu gapiąc się na nas obu z rozchylonymi ustami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
19.02.2026, 13:53  ✶  

Prudence nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, że wizyta w jej rodzinnym domu zakończy się w ten sposób. Jasne - nie spodziewała się entuzjazmu, wiedziała, że rodzice mogą być nieco niepocieszeni tym, że postanowili zrobić po swojemu, nie informując nikogo o tym, co planują. Liczyła jednak na odrobinę zrozumienia, która się nie pojawiła, nie ze strony ojca. Widać było, że nie miał zamiaru tego zaakceptować. Widziała moment, w którym coś w nim pękło. Penelope nie mogła z tym niczego zrobić, to po prostu eskalowało bardzo szybko.

John rzucał słowa, zupełnie do niego niepodobne, niepasujące do tego, jak zachowywał się zazwyczaj, widać została przekroczona granica, co nie zmieniało jednak faktu, że mógł się do niej odnosić w ten sposób. Spoglądała na ojca niedowierzając w to, co mówił. To bolało, nie mogła zaakceptować tego, że mówił o niej w taki sposób. Rozczarowała go - z tym mogłaby się pogodzić, miał co do niej inne oczekiwania, tak się zdarzało, można było się mijać. Była jednak jego córką, nie powinien o niej mówić w ten sposób.

Wiedziała, że Benjy na to nie pozwoli, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, widziała jego zaciskającą się szczękę, miała świadomość, że nie będzie już odwrotu, jej ojciec sam do tego doprowadził, a nie miała szansy usłyszeć wszystkich zdań, które padły, które powiedział.

To musiało się skończyć w ten sposób. Spojrzała w stronę Penelope, która nie bardzo miała jak zareagować, mimo, że próbowała złagodzić sytuację, czasem nie dało się nic zrobić i to był właśnie jeden z takich momentów. Było na to zbyt późno, żałowała, że nieodpowiednio kontrolowała czas, nie chciała, aby Benjy wysłuchiwał bezsensownego gadania jej ojca, nie chciała stawiać go w takiej sytuacji, ale to wszystko się stało, było zbyt późno, aby coś zmienić.

John próbował jeszcze coś powiedzieć, jednak nim zdążył to zrobić, dostał pięścią w twarz, samemu nie udało mu się w żaden sposób skrzywdzić męża córki, co powinien przewidzieć, nie miał z nim najmniejszych szans. Jego głowa nieco odskoczyła w bok, kiedy dotknęła, to znaczy uderzyła w nią pięść. Ciało mężczyzny również drgnęło, nie był na to przygotowany, żona złapała go pod ramię. Nie komentowała tego w żaden sposób, posłała Prue jedynie krótkie spojrzenie.

To był moment, w którym powinni się ewakuować, Prudence nie chciała tu dłużej zostać, zresztą nie mieli czego tu szukać, dotarło to do niej, mogli udać się do swojego nowego domu, w którym nikt nie będzie rzucał w nimi nieprzychylnymi komentarzami. Ojciec mógł być pewny, że jej noga szybko tu nie postanie, o ile w ogóle jeszcze kiedyś się tutaj pojawi, szkoda jej było tylko matki, która na pewno nie czuła się z tym dobrze. Ona nie mogła wybrać żadnej ze stron.

- Chodźmy. - Mruknęła jeszcze cicho do Benjy'ego. Zdecydowanie zależało jej na tym, aby opuścili to miejsce. Nie patrzyła na ojca, nie spojrzała na niego nawet przez krótką chwilę, zamiast tego złapała swojego męża pod ramię, poczekała, aż się ogarnie i będą mogli stąd wyjść i nigdy tutaj nie wrócić. To by było na tyle jeśli chodzi o rodzinne obiadki.



Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14043), Prudence Fenwick (6838)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa