• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton Las Wisielców [13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine

[13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
10.01.2026, 15:06  ✶  
Podniosłem się z ziemi szybciej, niż powinienem - nie dlatego, że było mi łatwo, tylko dlatego, że adrenalina buzująca w moich żyłach po bliskim zetknięciu z kostuchą miała własne, bardzo konkretne zdanie na temat tego, co jest możliwe - robiła swoje, trzymała mnie w pionie, mimo że ciało już zaczynało wysyłać sygnały ostrzegawcze, że coś jest nie tak. Geraldine pomogła mi wstać, jej dłoń była pewna, mocna, a ja złapałem ją, jakby była poręczą na schodach, które właśnie zaczęły się chwiać. Świat przez moment falował, ale udało mi się utrzymać równowagę, stabilizując ciało i stając ciężko na nogach.
- Ty… - Zacząłem, zanim w ogóle złapałem pełny oddech. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie była moja krew, nie było nią pieczenie w boku, ani to nieprzyjemne uczucie pod skórą. - Wsystko w posządku? - Zapytałem, nim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym. Dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej - szczególnie na jej bok, tam, gdzie wcześniej widziałem ruch pazurów, błysk i to krótkie, nienaturalne skręcenie ciała, które zawsze oznaczało, że coś poszło nie tak. To był krótki moment, sekunda, ale zapisał mi się w głowie wyraźniej niż większość ciosów wymierzonych we mnie. Światło było marne, księżyc zawieszony niżej niż wcześniej, jak symbol upływającego czasu, przesłonięty gałęziami, ale wystarczające, by zobaczyć ciemniejszą plamę na materiale, która raczej nie była wilkołaczą posoką.
- Daj zobaczyś. - Mruknąłem, przysuwając się bliżej, chociaż nogi miałem jak z waty. Zignorowałem to, że sam czułem się jak po przejechaniu przez rozpędzony wóz, oddychając trochę zbyt szybko, bo serce waliło mi jak oszalałe, a ręce miałem całe we krwi. Nie analizowałem, czyja to krew, jeszcze nie, olałem pieczenie w boku, ignorowałem lepkość pod koszulą, ignorowałem fakt, że każdy głębszy oddech był jak przeciąganie nożem po żebrach - bywało gorzej, naprawdę bywało. Pochyliłem się ku Gerdzie, ostrożnie, nie jak wojownik, tylko jak ktoś, kto starał się ocenić sytuację, nawet jeśli sam wyglądał znacznie gorzej, obryzgany flakami zabitej bestii, brudny od ziemi i błota.
- Nie wygląda śmieltelnie. - Stwierdziłem, bardziej dla siebie niż dla niej, kiwając głową, trochę uspokojony. - Boli? - Głupie pytanie, ale czasem takie właśnie trzeba zadać.
Nie czekałem długo, wiedziałem, że nie mieliśmy luksusu stania w miejscu.
- Musimy ogalnąś telen. - Powiedziałem, prostując się. Adrenalina zaczynała opadać, a wtedy wszystko zaczynało się upominać o uwagę. - Zanim coś jeszcze wpadnie na genialny pomysł, szeby splawdziś, co tu się wydaszyło.
Rozejrzałem się dookoła, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, polana wyglądała jak po przejściu huraganu - poorana ziemia, połamane gałęzie, ślady walki, których nie dało się pomylić z niczym innym. Ciało wilkołaka leżało ciężko, bezwładnie, jak worek mięsa, a jego głowa spoczywała w nienaturalnym pochyleniu, kawałek dalej, z otwartym pyskiem, jakby nadal chciał coś powiedzieć - nie patrzyłem na nią długo, nie dlatego, że się jej brzydziłem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Bestia zdecydowanie nie żyła, nie miała się zregenerować z takich obrażeń, nie było na to nawet cienia szansy.
Zaczęliśmy obchód, każdy po swojej stronie, utrzymując całkiem sprawne tempo, chociaż w swoim odczuciu szedłem wolniej, niżbym chciał - czułem to chybotanie, subtelne przesunięcie środka ciężkości, które mówiło mi bardzo wyraźnie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno, ale działało wystarczająco. Krążyłem dalej, mimo że świat zaczynał mi lekko falować przed oczami - przymrużałem je, skupiałem się, co jakiś czas potrząsając głową albo lekko parskając, ale nie zamierzając się nad sobą użalać. W końcu trafiliśmy na grotę, spotykając się mniej więcej w połowie, nie była daleko, ledwie kilkanaście metrów w głąb lasu, między skałami, porośnięta mchem i krzakami, które wyglądały, jakby ktoś celowo pozwolił im się rozrosnąć - naturalna zasłona - idealne miejsce, żeby się zaszyć.
Zapach uderzył mnie pierwszy - krew, wilgoć, stęchlizna, coś słodko-kwaśnego, co nie miało prawa tak pachnieć, nie mając nic wspólnego z naturą. Światło mojej różdżki omiatało wnętrze groty, szybko ukazując to, co było… Makabryczne. Fragmenty ubrań, stare przedmioty, biżuteria, której nikt już nie szukał, wszystko ułożone bez ładu, jakby było tylko kolejnymi gratami, nie pozostałościami po życiu stanowczo zbyt wielu osób. Rozejrzałem się uważniej, wtedy, gdy poczułem to znajome ukłucie pod skórą, a włoski na karku stanęły mi dęba - to była magia ochronna, zdecydowanie, łamiąca się tarcza, która znikała, bo jej twórca już nie żył - nie była silna, ale obecna, teraz mieliśmy już do czynienia z echem, powidokem czegoś, co kiedyś tu było i zostawiło po sobie ślad.
- Mamy tu coś jeszcze. - Mruknąłem, dopiero teraz dostrzegając drugą komorę groty, ukrytą pod pajęczynami. - Stale zabezpieczenia. Laczej plymitywne, ale… Ktoś się postalał.
Kucnąłem, chociaż kolana zaprotestowały, wchodząc głębiej, do drugiej części legowiska - tej, która wcześniej musiała być chroniona. Pierwsze, co zobaczyłem, to kości - nie wszystkie ludzkie, część była zwierzęca, część nie - zostały zawieszone na sznurkach, ułożone w stosy, niektóre wyrzeźbione, inne po prostu porzucone. Przesunąłem palcami wzdłuż wyżłobionych linii na jednej z nich - to nie były runy per se, raczej coś pomiędzy instynktem a bardzo pierwotną magią, jakby ktoś, kto nie do końca wiedział, co robi, próbował stworzyć coś, co ochroni jego norkę. Podniosłem się, gdy skończyłem, i prawie się zachwiałem.
- Hej. - Mruknąłem do siebie, łapiąc równowagę o ścianę, po czym zerkając przez ramię, na Geraldine, która sprawdzała coś w innej części jaskini. W tej części groty było jeszcze więcej fragmentów ubrań, strzępów materiałów, ułożonych w prowizoryczne posłanie, jakieś metalowe przedmioty, które kiedyś musiały mieć znaczenie dla kogoś, kto już ich nie potrzebował - trofea, ale nie tylko.
Dalej, w głębi, stały skrzynki, pootwierane, a obok tego… Normalne rzeczy - opakowania po jedzeniu, resztki chleba, butelki, puszki. Ślady po tym, że ktoś żył tu jak człowiek, albo raczej jak coś, co próbowało być człowiekiem, kiedy nie było bestią. Nie wiedziałem, czy to było bardziej przerażające, czy bardziej smutne. Najważniejsze, że nie było tu chyba niczego, co miałoby jakąś wartość - mogliśmy więc opuścić to miejsce, wychodząc na zewnątrz i skupiając się na spaleniu truchła bez głowy, podlewając ogień znalezionym alkoholem, któremu zdecydowanie nie ufałem w żadnym innym zakresie, chociaż wszystko we mnie chciało się czegoś napić, jak zawsze po trudnej walce. Wciąż ignorowałem to, że ręka mi drży, koszula zaczyna mi się lepić do skóry w miejscu, gdzie nie powinna, a świat od czasu do czasu robi się podejrzanie ciemniejszy przy krawędziach.
Bywało gorzej, ale bywało też lepiej.
Zrobiłem kilka kroków, potem kolejnych, czując, jak kolana zaczynają mi mięknąć, zatrzymałem się więc przy drzewie, oparłem się o pień, niby od niechcenia, jakbym po prostu odpoczywał - nie zamierzałem się przyznać, że robi mi się słabo, sprawdziłem jeszcze jeden obszar, potem drugi. Instynkt mnie prowadził, a ja mu ufałem bardziej niż własnemu ciału. W końcu wróciłem bliżej środka polany, mając ze sobą chyba wszystko, co wypadło mi podczas walki.
- Kończmy to i wlacajmy. - Stwierdziłem do towarzyszki, przyglądając się martwemu cielsku bestii. Było już późno, a ja nie chciałem spędzać tu ani jednej nadprogramowej chwili, ona raczej też nie, powoli zbliżała się godzina, w której niebo miało zacząć jaśnieć, a dym mógłby zwrócić uwagę niepowołanych osób, nawet w takim miejscu jak Las Wisielców, więc lepiej było mieć to z głowy, wracając do domu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
11.01.2026, 00:21  ✶  

Walka nie była łatwa. Wilkołak okazał się być trudnym przeciwnikiem, jednak w końcu udało im się go pokonać. Nie miała wątpliwości w to, że im się to uda, aczkolwiek nie spodziewała się, że starcie będzie takie wyrównane. Miała szczęście, że nie pojawiła się tutaj sama, bo mogło się to skończyć inaczej. Naprawdę była zadowolona z tego, że postanowiła współpracować z Benjy'm, nie, żeby wcześniej miała co do tego jakiekolwiek wątpliwości, jednak po takim starciu człowiek wyjątkowo doceniał swojego towarzysza niedoli.

Wyciągnęła dłoń w kierunku Benjy'ego, aby pomóc mu wstać, przecież to on bardziej dostał po dupie podczas tego starcia, bestia wyjątkowo się na nim uwzięła, skupiła swoją uwagę na mężczyźnie, to jego chciała się pozbyć jako pierwszego. Podniósł się na nogi, nie sądziła, aby potrzebował jej pomocy, ale to był zwyczajny odruch, on leżał na ziemi, ona stała nad nim, chciała pomóc mu wstać. Nic specjalnego.

- Tak, to nic takiego. - Zapewne widział, jak ją drasnął, dało się wyłapać ten jeden, konkretny moment. Bok ją piekł, jednak nie było to, aż tak poważne uszkodzenie ciała, mogło być dużo gorzej. Nie uniknęła pazurów, które wbiły się w jej ciało, jednak obrażenia nie były najgorsze, stała, trochę ją to piekło, ale było to do zniesienia.

Najwyraźniej to nie wystarczyło, bo Benjy postanowił jeszcze się temu przyjrzeć. Wiedziała, że w pewnych momentach dyskusja nie miała sensu, więc po prostu mu to pokazała. Podciągnęła do góry sweter ukazując mu kawałek ciała, nie sądziła, że będzie w stanie zbyt wiele zobaczyć, bo księżyc rzucał bardzo słabą poświatę, ale skoro chciał to zobaczyć, to po prostu to zrobiła. - Tylko mnie drasnął. - Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, gdzieś z tyłu głowy wiedziała jednak, że mogło się to skończyć o wiele gorzej. Adrenalina nadal krążyła w jej żyłach, co sprzyjało ignorowaniu dolegliwości.

- Trochę, nie jest źle. - Miewała gorsze wypadki przy pracy podczas swojej łowczej kariery, nie przejmowała się więc jakoś szczególnie tym zadrapaniem. Jasne, ktoś będzie musiał ją opatrzyć, ale tym będzie się martwiła później, na szczęście to był tylko bok. Powinna nieco przemyśleć dobór kolejnych zleceń, miała to na uwadze z racji nie do końca na swoje bezpieczeństwo, musiala bardziej uważać ze względu na dziecko.

Cofnęła się o krok, aby dokładniej przyjrzeć się Benjy'emu, w końcu to on dwa razy wylądował z wilkołakiem na ziemi, chciała zobaczyć, czy z nim było wszystko w porządku. Trudno było to stwierdzić, bo był cały umorusany w krwi i błocie. Miała nadzieję, że ta krew to była krew wilkołaka, wolała jednak o to zapytać. [Bo] - Mocno oberwałeś?[/b] - Miała wrażenie, że widziała jeden ruch, podczas którego bestia wbijała w niego swoje pazury, później było dużo gorzej, nie wyłapała praktycznie nic z tego, co się działo, bo sama skupiona była na tym, aby trafiać w nią bełtami.

Kiwnęła głową, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Musieli zająć się okolicą, nieco ją ogarnąć, żeby kolejne stworzenie nie zainteresowało się ich obecnością w tym miejscu. Im szybciej to zrobią, tym szybciej znajdą się w swoich domach, to było całkiem niezłą motywacją, chociaż pewnie będzie łączyło się z zatroskanym spojrzeniem ich partnerów. Życie z kimś takim jak ona, czy Benjy nie było proste, zdawała sobie z tego sprawę, nigdy nie wiadomo, czy wszystko pójdzie gładko, czy pojawią się komplikacje, które w ich przypadku mogły zakończyć się śmiercią.

Każde ruszyło w swoją stronę, aby zacząć obchód. Geraldine dokładnie rozglądała się po polanie, która wyglądała niezbyt malowniczo, widać było na niej ślady walki. Szła całkiem żwawym tempem, chociaż dało się zauważyć po niej zmęczenie. Nie narzekała jednak, nie marudziła, robiła, co było trzeba. Spotkali się gdzieś przed grotą, która okazała się być leżem wilkołaka.

Weszli do środka, ostrożnie, powoli, nie wiedząc do końca co tam zastaną. Każdy z nich ponownie zaczął oględziny idąc w swoją stronę, dzięki temu działali szybciej. Miejsce było domem bestii, którą zlikwidowali. Gdy tylko znalazła się w środku dostała potwierdzenie, że dobrze zrobili, a może źle, może mogli trafić na niego jeszcze wcześniej, mogło to uratować komuś życie, cóż przynajmniej nie odbierze już żadnego kolejnego.

Zbierał pamiątki po swoich ofiarach, biżuterię, ubrania, kolekcjonował je niczym trofea. Zapach, który unosił się w powietrzu uderzał ją w nozdrza, krzywiła się przez to okropnie, zrobiło jej się niedobrze, ale powstrzymywała torsje. Normalnie nie powinno to robić na niej, aż takiego wrażenia, ale aktualnie nie do końca panowała nad tymi odruchami.

Szła dalej, niewielki promień światła pokazywał jej coraz więcej, trafiła w końcu na część mieszkalną, gdzie znalazła jakieś resztki jedzenia, puszki, czy butelki. Próbował być człowiekiem, chociaż inne rzeczy, które tutaj znaleźli wcale o tym nie świadczyły.

- Stworzył sobie tutaj swój azyl. - Rzuciła jeszcze do Benjy'ego nie wiedząc na co on dokładnie trafił w swojej części jaskini, może to i lepiej. Nie zauważyła tego, że jej towarzysz miał drobne problemy z panowaniem nad swoim ciałem, bo była zajęta eksploracją okolicy, niestety nie zauważyła tego, że dość mocno walczył z samym sobą i ignorował problemy zdrowotne.

Nie znaleźli w jaskini nic więcej, żadnych cennych rzeczy, poza tymi trofeami po jego ofiarach, ludziach, których może nadal ktoś szukał, a nigdy nie mieli wrócić do domu, wzięli ze sobą niedokończone butelki alkoholu, a później wyszli na zewnątrz, aby zająć się ciałem, które leżało na polanie. Musieli się go pozbyć, potrzebna im była przecież tylko głowa, która miała być potwierdzeniem wykonania zlecenia.

Yaxley udało się znaleźć swój drobny sztylet, który od razu schowała na miejsce - do cholewy buta, wilkołak zdążył wyrwać go sobie z pleców. Później znalazła się nad cielskiem, z którego wyciągnęła bełty, wolała nie zostawiać tutaj śladów swojej obecności.

Odłożyła głowę z boku, przy jednym z pni, mogli więc pozbyć się reszty, a później faktycznie oddalić i udać do swoich domów. [B] - Chcesz czynić honory?[/bo] - Zapytała kiedy wylewała na niego niedokończoną zawartość butelki z alkoholem, po chwili gdy to zrobiła wyciągnęła w stronę mężczyzny zapalniczkę, miał wybór, mógł rozpalić ogień, jeśli nie, to ona to zrobi. Dobrze by było, aby ogarnęli wszystko przed świtem.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
11.01.2026, 22:32  ✶  
Wszystko wreszcie ucichło, nie było już wycia, łamania gałęzi, szarpnięć powietrza przecinanego gwałtownymi ruchami, tylko ten ciężki, w pewnym sensie lepki bezruch, jaki zostawał po czymś, co było zbyt intensywne, by od razu uwierzyć, że wreszcie się skończyło. Zrozumiałem, że to koniec, nie w chwili, gdy bestia padła, ale wtedy, gdy natura wokół nas powoli zaczęła wracać do wcześniejszego rytmu - ptaki przestały wydawać te wysokie dźwięki, drzewa nie szumiały tak jak wcześniej, zapadła cisza, tak gęsta, że prawie namacalna. Las Wisielców jeszcze chwilę temu ryczał, trzeszczał, wstrzymywał oddech razem z nami, a teraz… Teraz z pozoru był tylko zwykłym lasem, szumiał cicho, jakby nic się nie stało, jak gdyby nie połknął właśnie czegoś, co oddychało.
Podniosłem się z ziemi wolniej, niż bym chciał, ale szybciej, niż pozwalało mi na to obolałe ciało - ten rozdźwięk nie był nowy, wielokrotnie byłem w dużo gorszym stanie, ale był nieprzyjemny, jak zawsze, trudno było przyzwyczaić się do zbierania łomotu, nawet jeśli robiło się to regularnie. Nie musiałem nawet na siebie patrzeć, by wiedzieć, jak wyglądałem, krew miałem wszędzie - na rękach, na brzuchu, na nogach - trudno było stwierdzić, co jest moje, a co nie. Bolało mnie w kilku miejscach naraz, a ból nakładał się na siebie, jakby ktoś rozlał go nierówno po ciele. Najgorsze było to, że zaczynałem go czuć coraz wyraźniej. Czułem się tak, jakby mój środek ciężkości został zaburzony - coś we mnie przestawiło się o kilka stopni, nie dość, by się zawalić, ale wystarczająco, by wszystko było odrobinę nie tak. W rzeczywistości świat miał teraz tendencję do lekkiego falowania, w zupełnym kontraście, jak jeszcze godzinę wcześniej, gdy stałem pewnie na nogach, przekonany o własnej gotowości do wykonania zlecenia.
Oddychałem płytko, bo każdy głębszy oddech kończył się nieprzyjemnym uciskiem pod żebrami, jakby ktoś przywiązał mi tam bujający się ciężarek. Skóra mnie piekła, mięśnie drżały, ale to były rzeczy, które już kiedyś przechodziłem - to był znany ból, roboczy - z nim umiałem sobie radzić, potrafiłem funkcjonować przy jego znacznie większym natężeniu, za to ten drugi… Ten drugi był inny. Wszystko mówiło mi, że coś jest mocno nie tak, czasem ciało było mądrzejsze ode mnie, ale starałem się to ignorować.
Wilkołak leżał nieruchomo, ani nie wracając do swojej ludzkiej formy, ani nie przeistaczając się do końca w potwora - to nie była bestia, nie człowiek, tylko coś pomiędzy, coś, co nie pasowało ani do jednej, ani do drugiej kategorii -  zawsze tak było z takimi stworzeniami, gdy padały w stanie pomiędzy pełnym działaniem klątwy, zostawał ten niepokojący półcień.
Spojrzałem na Geraldine - wyglądała na zmęczoną, brudną, poobijaną, ale stała, oddychała, patrzyła na mnie z jasnością w oczach, z pewnością wciąż buzowała w niej adrenalina, ale wyraźnie nie było z nią źle, chociaż nasza sytuacja w pewnym momencie naprawdę mocno wymknęła się spod kontroli. To była dobra współpraca - wiedziałem, że bez niej mogłoby to wyglądać zupełnie inaczej. Gdy podciągnęła sweter, pokazując mi skórę, zmrużyłem oczy, próbując coś zobaczyć w tym marnym świetle księżyca - nie wyglądało to  dobrze, ale nie wyglądało też źle czy tym bardziej śmiertelnie, skinąłem więc głową, słysząc jej deklarację, a potem pytanie o mnie.
Przez moment zastanawiałem się nad odpowiedzią, miałem kilka opcji, każda z nich była w jakimś sensie półprawdą, bo już tak miałem, nie zwykłem przyznawać się do słabości, jeśli wiedziałem, że zaraz będę w stanie dojść do siebie i ją pokonać. Spojrzałem na swoje ciało - krew i błoto tworzyły coś w rodzaju mapy na moich ubraniach, nieczytelnej, chaotycznej, nie byłem w stanie powiedzieć, ile z tego było moje, nie byłem pewien, czy chcę to wiedzieć. Najważniejsze, że też nie wyglądało to fatalnie, przynajmniej z pozoru.
- Da się szyś. - Powiedziałem, świadomy tego, że to mogło znaczyć wszystko, od „boli, ale przejdzie” po „jeszcze stoję”. Tak jak „tylko draśnięcie”, było walutą w naszym świecie, znaczyło wszystko i nic jednocześnie, pozwalając nam dociągnąć misję do końca. Nie chciałem, żeby teraz zaczęła sprawdzać, ile dokładnie miałem dziur w ciele, odpowiedź i tak brzmiała „za dużo”, a każda minuta dłużej spędzana w tym przeklętym miejscu była czymś, czego nie chciałem już robić.
Rozeszliśmy się w przeciwnych kierunkach, robiąc obchód polany - chodziłem wolniej, niż bym chciał, ale szybciej, niż powinienem - ciało nie było zachwycone żadną z tych decyzji. Zająłem się technikaliami - sprawdzałem ostrza w kieszeniach, rozglądałem się za zgubami w trawie - to było łatwiejsze niż myślenie. Przechodziłem między wysokimi kępami traw, uważając, żeby nie zahaczyć o wystające korzenie karłowatych drzewek i krzewów, nie poślizgnąć się na wilgotnych liściach, upadek byłby teraz bardzo nie na miejscu. Oddychałem płytko, poruszałem się bardzo świadomie, uważałem, żeby nie zdradzić zbyt wyraźnie, że każdy krok był jak krótkie przypomnienie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno.
Las Wisielców dookoła nas był cichy w ten specyficzny sposób, który pojawia się po czymś brutalnym - patrzył, obserwował, ale nie był już uczestnikiem sceny. Wydawał się aż nazbyt spokojny, ale nie dziwiło mnie to, zawsze tak było w takich miejscach - przeklęte miejsca często potrzebowały czasu, by upoić się przelaną krwią, karmiąc się widokiem śmierci, jakby sama przestrzeń zapamiętywała wszystko, co się w niej wydarzyło. Spotkaliśmy się przy wejściu do groty, smród uderzył mnie od razu, jak fala, prawie cofnąłem się o pół kroku, zanim zdążyłem to powstrzymać. Weszliśmy. W środku było gorzej - zbyt wiele zapachów na raz, za wiele rzeczy, które nie powinny leżeć razem. Nie były to ciała, tylko resztki życia - ubrania, fragmenty, drobiazgi, które ktoś kiedyś uznał za ważne. Bransoletka, kawałek szalika, but, który stracił parę - trofea - nie oglądałem ich długo, wiedziałem, że jeśli się zatrzymam, to obraz zostanie mi w głowie na dłużej, niż bym chciał. Już bez zagłębiania się w detale związane z pamiątkami, zbyt dobrze rozumiałem, że nie byliśmy spóźnieni o kilka godzin - byliśmy spóźnieni o miesiące, może o lata. Kimkolwiek był ten potwór, polował tu na długo przed tym, jak ktoś postanowił coś z nim zrobić.
W pewnym momencie poczułem, że robi mi się zimno, nie w taki zwyczajny sposób, tylko od środka, jakby ktoś powoli wyciągał ze mnie ciepło. Oparłem się na chwilę o skałę, udając, że oglądam coś przy ziemi, po czym skierowałem kroki w stronę wyjścia - nie było sensu tu zostawać bez powodu, każda minuta dłużej w tym lesie była złą inwestycją.
Ciało leżało tam, gdzie upadło, wyglądało mniej groźnie, kiedy nie było już w nim życia - to zawsze było dziwne, wszystko, co wcześniej było zagrożeniem, teraz było tylko mięsem. Wilkołak nadal nie wyglądał jak w pełni przemieniony potwór, ale też nie jak człowiek, tylko jak coś pomiędzy, zawieszone w złym momencie przemiany, zatrzymane dokładnie tam, gdzie nie powinno być. Tak miało już pozostać, a ja nie czułem specjalnej potrzeby dopytywać Geraldine, czy ktokolwiek, kto zlecił jej polowanie, znał tożsamość bestii. Nie potrzebowałem wiedzieć, kim był, zanim postanowił zupełnie się odczłowieczyć, i jakie były jego pobudki.
Kiwnąłem głową, kiedy wyciągnęła w moją stronę zapalniczkę, nie musiałem się zastanawiać, nie było w tym nic bohaterskiego ani rytualnego, żadnej symboliki, którą można by potem ładnie opowiedzieć przy piwie, to była robota do zrobienia. Brudna, śmierdząca, nieprzyjemna robota, ale ktoś musiał ją wykonać, a skoro już tu byliśmy, skoro to my go położyliśmy, to logiczne było, że doprowadzimy wszystko do końca.
- Ta. - Powiedziałem krótko, biorąc od niej zapalniczkę. Palce mi się trochę trzęsły, ale nie na tyle, żeby nie dało się jej odpalić - mały płomień zapalił się bez problemu, drgnął lekko na wietrze, ale nie zgasł, wystarczyło tylko wzniecić nim prowizoryczny stos pogrzebowy.
Ogień złapał szybciej, niż się spodziewałem - najpierw cicho, niemal nieśmiało, potem nagle, gwałtownie, rozlewając się po ciele w nierównych językach światła, nie był spektakularny, nie był filmowy, ale był skuteczny. Dźwięk, który temu towarzyszył, był paskudny, głęboki, mokry, ale trzeszczący, jakby coś bulgotało i pękało jednocześnie. Ciepło uderzyło we mnie niemal natychmiast, rozchodząc się falami po wyziębionym ciele, ale nie przyniosło mi jakiejkolwiek ulgi. Nie miałem ochoty patrzeć, nie czułem pociągu do makabry tego typu, to była tylko robota, zero przyjemności, ale wiedziałem, że muszę, stałem więc i obserwowałem, jak ciało, które jeszcze chwilę temu próbowało mnie zabić, staje się tylko materiałem do spalenia, dym wznosił się w górę, znikając wśród gałęzi.
Zapach alkoholu mieszał się z metaliczną wonią krwi, wilgocią lasu i z tym charakterystycznym, ciężkim aromatem spalenizny, który jeszcze nie pojawił się w pełni, dopiero zaczynał docierać do mojego nosa, ale już czaił się gdzieś w tyle głowy - to był zapach, którego nie dało się zapomnieć, nawet jeśli bardzo się chciało, zostawał na drobnych włoskach w nozdrzach, w gardle, na ubraniach, we włosach, a przede wszystkim w pamięci, jeśli robiło się to kiedykolwiek wcześniej, ja robiłem, nigdy nie czerpałem z tego satysfakcji, swąd palonego tłuszczu i mięcha był jedną z bardziej obrzydliwych części takiej roboty. Nie mogliśmy jednak zostawić ciała, nie w takim miejscu, nie w lesie, który już nie raz próbował nas zwodzić, nie po tym, jak widzieliśmy, co jego wierny kundel gromadził w swojej norze, ogień był jedyną opcją, która gwarantowała, że to naprawdę się skończy i żadna sztuczka nie sprawi nam niespodzianki.
Płomienie rosły, wspinały się po masywnej, ale kurczącej się pod wpływem temperatury sylwetce, oświetlając pnie drzew wokół, rzucając długie, drgające cienie. Las nie reagował, ani jednym liściem, ani jednym skrzypnięciem, jakby wszystko, co żywe, zdecydowało się zrobić krok w tył. W którymś momencie pomyślałem o tym, że jeszcze kilka godzin temu był człowiekiem. Gdzieś. Kiedyś. Potem ten obraz rozpadł się w głowie, bo nie miał już znaczenia, znaczenie miało tylko to, że nie zabije już nikogo więcej. Patrzyłem, jak płomienie trawią bestię, która stawała się coraz mniej rozpoznawalna, wszystko, co jeszcze przed chwilą było zagrożeniem, znikało w ogniu, trawione przez pomarańczowo-złote jęzory. Jeszcze chwila i mogliśmy wracać do domu. Nadchodził świt nowego dnia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
12.01.2026, 18:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.01.2026, 18:27 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Geraldine miała wrażenie, że dla otaczających ich drzew to była codzienność. Ktoś wchodził do tego lasu, ktoś z niego nie wychodził. Drzewa to obserwowały, mogłoby się nawet wydawać, że z ciekawością, a później przychodził nienaturalny spokój, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło, jakby na tej polanie wśród nich nie stoczyła się właśnie walka na śmierć i życie. Okolica straciła nimi zainteresowanie w momencie w którym przelała się krew, wróciła do swojego własnego rytmu.

Nie do końca przejmowała się swoją raną, wiedziała, że nie była ona zbytnio głęboka, przeciął jej skórę - nie było to też nic nowego, w ich zawodzie zdarzało się często. Mogło być dużo gorzej zważając na to, jak potoczyła się walka, nie miała co do tego wątpliwości, na szczęście ich doświadczenie okazało się być wystarczające, aby w końcu pokonali bestię. Ktoś będzie musiał na to spojrzeć, na pewno, nie miała zamiaru się jednak tym teraz martwić, mogła chodzić, mogła walczyć, gdyby wymagały tego okoliczności, naprawdę jak na nią nie było to zbyt wielkie uszkodzenie ciała. Pokazała jednak ranę Benjy'emu, chciała mieć to z głowy, rzucił na nią okiem i doszedł do podobnych wniosków. To było tylko draśnięcie, nic wielkiego. Zresztą wilkołak stracił nią zainteresowanie dość szybko, to jego obrał sobie za cel, to on dłużej z nim walczył w zwarciu, to on powinien obejrzeć się dokładniej. Wiedziała, że czasem adrenalina bardzo skutecznie uśmierzała ból, pozwalała o nim zapomnieć, kiedyś zaś przestawała krążyć w żyłach nagle okazywało się, że na ciele znajdują się głębokie rany. Miała nadzieję, że jej towarzysz tego nie doświadczy. Tak właściwie to stał przed nią, trzymał się na nogach, więc chyba nie było z nim tak źle. Trudno jej to było ocenić w ciemności, zwłaszcza, że był cały w krwi i błocie, jako, że rozpruł brzuch bestii wydawało jej się, iż musiała to być jej krew, trzymała się tej wersji, nic zresztą nie wskazywało na to, że mogło być inaczej.

- To dobrze. - Jego odpowiedź na zadane przez nią pytanie była nieco zdawkowa, jednak nie sądziła, że ukrywałby przed nią ewentualne, zbyt rozległe obrażenia, w końcu byli partnerami, poniekąd byli odpowiedzialni za wzajemne bezpieczeństwo, zależało ono również od tego, czy będą ze sobą szczerzy. Wiedziała, że czasem trudno było wspominać o tym, że oberwało się zbyt mocno, sama nie lubiła tego robić, nie znosiła pokazywać swoich słabości, ale w niektórych sytuacjach było to konieczne, wierzyła, że jeśli coś takiego by mu się przytrafiło, to by się z nią tym podzielił, powinni mieć do siebie zaufanie.

Rozeszli się każde w swoją stronę, aby sprawdzić okolicę. Miało to sens, musieli pozacierać ewentualne ślady walki, pozbierać broń, zobaczyć, jak to wyglądało. Spotkali się przed grotą, do której weszli. Zapach z niej dochodzący zapowiadał to, co mogą znaleźć w środku, wiedziała, czego mogą się spodziewać. Walczyła, że sobą, aby nie puścić pawia w środku, jej ciało naprawdę bardzo chciało to zrobić, kiedyś nie była taka wrażliwa, jednak wszystko się zmieniło. Kiedy eksplorowali jaskinię docierało do niej, że to co zrobili było najbardziej słuszną z możliwych decyzji, szkoda, że podjętą tak późno, może zdołali by uratować kilka niewinnych żyć, gdyby zlecenie trafiło do nich wcześniej, wierzyła jednak, że dzięki nim komuś udało się przetrwać, nie wiadomo bowiem kto mógł zostać jego kolejną ofiarą. Poza trofeami, które kolekcjonował wilkołak nie znaleźli tam nic więcej, więc opuścili grotę.

Geraldine zaciągnęła się bardzo głęboko świeżym powietrzem, przystanęła na chwilę i pozwoliła sobie na kilka głębokich, powolnych wdechów, musiała przestać czuć ten specyficzny zapach, bo było naprawdę blisko tego, żeby wyrzuciła z siebie zawartość swojego żołądka. Po krótkiej chwili, kilku wdechach było lepiej, chociaż na moment zbladła.

Dała sobie krótką chwilę, wiedziała, że w tym wypadku jest to potrzebne, kiedyś pewnie by tego nie zrobiła, ale ostatnio przestała udowadniać wszystkim wokół, że jest niezniszczalna, wiedziała, że jeśli na chwilę się zatrzyma, przynajmniej w tym momencie, to nic takiego się nie stanie. Był to moment, kiedy mogła to zrobić, nie wydawało się bowiem, aby coś jeszcze zamierzało ich dzisiaj zaatakować. Las nadal milczał, był dużo spokojniejszy niż wcześniej, drzewa szumiały, ale cicho, gdzieś w tle, nie jak wcześniej. Przedstawienie się zakończyło i otoczenie zdawało sobie z tego sprawę.

Wylała zawartość butelek z alkoholem na ciało wilkołaka, wręczyła swojemu towarzyszowi zapalniczkę, aby rozpalił ogień, jeszcze chwila, a będą mogli się stąd zwinąć. Będzie musiała odpowiednio zabezpieczyć głowę, żeby zanieść ją do zleceniodawcy, ale zamierzała to zrobić dopiero za chwilę. Najpierw musieli zająć się resztą ciała. Spalić je, tak, aby pozostał po nim tylko popiół, by nikt nie był w stanie dowiedzieć się, co tutaj zaszło, oczywiście oprócz drzew, które ich obserwowały, które były świadkami tej walki, do której doszło na polanie.

Mężczyzna nachylił się, by wzniecić ogień. Geraldine stała gdzieś za nim, czekała na moment, w którym trup zacznie płonąć. To był jego koniec. Pokonali bestię, wykonali zlecenie, spowodowali, że nikt już nie straci przez niego swojego życia. Odczuwała spokój, była zadowolona z sukcesu, który odnieśli. Odebrali jedno życie, aby ocalić kilka, a może kilkanaście, czuła, że to, co zrobili ma sens, zwłaszcza po tym, co znaleźli w jaskini.

Po krótkiej chwili pojawiły się płomienie, zaczęły trawić ciało, miało zmienić się w popiół. Poczuła ciepło dochodzące z tego prowizorycznego stosu pogrzebowego, wpatrywała się w ogień, w nozdrza uderzał ją zapach ciała, które właśnie się spalało, to nie był przyjemny zapach, przez co cofnęła się o kilka kroków, jakby miało jej to pomóc ignorować ten zapach. Miała nadzieję, że szybko spłonie, że będą mieli to za sobą i będą mogli wrócić do domów.

Rozejrzała się jeszcze po okolicy, korzystając z tego, że ogień rozświetlił polanę, aby zobaczyć, czy nie zostawili gdzieś czegoś swojego, poza głową, czekającą na to, aż ją zabierze jednak niczego nie zauważyła, to dobrze, udało im się jakoś wszystko ogarnąć. Geraldine nie chciała widzieć w tym, kogo właśnie palili człowieka, dla niej przede wszystkim był bestią, która odebrała wiele niewinnych żyć, na tym się skupiała, mógł poprowadzić swoje życie inaczej, to nie musieliby się znajdować w tym położeniu, to były tylko i wyłącznie jego wybory, sam doprowadził do tego, że właśnie płonął.

Ogień trawił ciało, kawałek po kawałku, już za chwilę wraz z nadejściem nowego dnia, miał po nim zostać tylko popiół, a oni będą mogli wrócić do siebie. Pozostało czekać, aż spali się do końca.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2793), Geraldine Greengrass-Yaxley (2020)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa