• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[05.12.1970] Pick your poison

[05.12.1970] Pick your poison
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
05.01.2026, 15:00  ✶  

Minęło kilkanaście dni od momentu, gdy Voldemort ogłosił swój manifest, ale świat wcale z tego powodu się nie zatrzymał. Nie było żadnej pauzy dla nabrania oddechu i przemyślenia następnych ruchów, wręcz przeciwnie – świat przyspieszył. A na pewno świat Victorii Lestrange, która przygotowywała się do pracy aurora. W Ministerstwie atmosfera nie była obecnie najlepsza. W powietrzu czuć było napięcie, wzmożone patrole, nadgodziny, a to, że noce były coraz dłuższe, a dnie przeszywająco zimne, nie polepszało sytuacji.

To najgorsze, bo pierwsze uderzenie było już za nimi. Teraz zbierali tego plony. A Śmierciożercy… stali się aktywni.

Świat jednak się nie zatrzymał. Nadal trzeba było żyć, nie tylko swoją pracą, ale też… tym, czego wymagano od córy z dobrego domu. Od kobiety, która nosiła nazwisko sławnych alchemików; tej samej, która sama szła ich drogą, lecz w bardziej umiarkowany sposób, bo nie związała się w ten sposób pracą, nie. To było hobby. Lubiła warzyć eliksiry, znała się na tym, uważała to za delikatną, subtelną i jednocześnie piękną sztukę, której jednak nie każdy był w stanie docenić.

Potrafili za to zwykle docenić pieniądze.

Nie było żadną tajemnicą, że Victoria robiła różne eliksiry na zamówienie – była to działalność całkowicie prywatna, osiągalna właściwie tylko dla czystokrwistych, bo to pocztą pantoflową rozeszła się kiedyś ta wiadomość za sprawą jej matki, właśnie po rodzinach czystej krwi. Czasami zgłaszał się do niej ktoś, kto czegoś potrzebował niekoniecznie od ręki, a wolał mieć kogoś zaufanego. To znaczy jeśli nie przeszkadzało to, że Victoria od lat pracowała jako funkcjonariusz, najpierw w Brygadzie Uderzeniowej, a obecnie w Biurze Aurorów… Potrafiła jednak oddzielać pracę od życia prywatnego.

I właśnie w ten sposób skontaktował się z nią Alexander, z którym nie chciała ustalać szczegółów listownie, więc zaprosiła go do siebie. Do rezydencji znajdującej się na obrzeżach Doliny Godryka, jak najdalej od mugolskich zabudowań jak tylko się dało.

Skrzat domowy wpuścił mężczyznę do jednego z mniejszych saloników, znajdującego się niedaleko wejścia do posiadłości. W środku mieściły się regały zapełnione książkami, fotel i stolik obok niego przy jednej ze ścian, ale też większa kanapa i wygodne fotele przy niższym stoliku. Victoria wolała tutaj zapraszać swoich gości, bo można się było tutaj zamknąć i było dość kameralnie, nie robiło się przemarszu przez cały dom, a jakiś członek rodziny nie natykał się na te spotkania przypadkowo. To były zdecydowanie bardziej kontrolowane warunki, tym bardziej, gdy chodziło o dyskrecję.

– Dzień dobry, miło mi poznać. Victoria Lestrange – wyciągnęła do niego dłoń, tak jak nakazywał obyczaj – kobieta, podawała rękę mężczyźnie. Lestrange nie była zbyt wysoka. Jej ciemne, prawie czarne włosy, falą opadały na ramiona, sięgając do łopatek. Miała na sobie granatową suknię do ziemi, z jakiegoś drogiego, lejącego się materiału, która podkreślała mocne wcięcie w talii. Pomimo tego, że była niewysoka i szczupła, trudno byłoby ją nazwać wiotką, zdecydowanie miała czym oddychać. – Kawy? Herbaty? A może coś mocniejszego? – zapytała, wskazując mu jedno z miejsc.

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#2
05.01.2026, 18:45  ✶  
Grudzień wyglądał trochę jakby Aristov wcale nie opuścił Leningradu. Ujemna temperatura, choć nadal znacznie wyższa niż w jego ojczyźnie, delikatnie padający śnieg. Wszystko wskazywało na to, że święta w tym roku będą białe i mroźne. Tak jak zapamiętał to Alexander, tak jak pokochał to za małego brzdąca. Wszystko się jednak zmieniało. Czasy, ludzie u władzy, czy osoby, które stawały po różnych stronach barykad. Bo przecież ostatnie wydarzenia nie mogły przejść bez echa. Niejaki Lord Voldemort ogłosił się Czarnym Panem. Jego zwolennicy, Śmierciożercy stawali się coraz bardziej aktywni, zuchwali w swoich poczynaniach. Dla takich osób jak Alexander, które dopiero niedawno przybyły do Anglii był to, które były politycznie obojętne i nieświadome tego co się działo poza kurtyną, mogła być to prawdziwa okazja. Mógł się przecież szybko dorobić na nieszczęściu, lub właśnie szczęściu, innych czarodziejów i czarodziejek. Popyt na różne talizmany ochronne, eliksiry, czy inne tego typu urządzenia, stawały się coraz bardziej pożądane. Z drugiej jednak strony ludzie inwestowali coraz mniej pieniędzy. Bali się, potrzebowali pewności, że będą mieli odpowiednią sumę pieniędzy na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Były więc dwie strony medalu, tej całej sytuacji. Tylko czas pokaże, która strona wypadnie, przy rzucie monetą. Orzeł, czy reszka?
Szczerze mówiąc to nie tego spodziewał się Alexander, kiedy otrzymał kontakt do Victorii Lestrange. Sądził że będzie ona kobietą starszą, doświadczoną w swoim fachu. Nie to, żeby wątpił w jej umiejętności, jednak... Znał kiedyś jedną czarownicę, która specjalizowała się w tworzeniu eliksirów. Raczej z gatunku tych szkodliwych. Jednak ją można było opisać słowem wiedźma. Była starsza, pomarszczona, niska. Miała haczykowaty, wielkie nos. No i te oczy, szybkie, bystre. Nic dziwnego, że zyskała od dzieciaków, w tym i od małego Alexandra, przydomek "Baba Yaga". Nawet teraz, na sama myśl Alex drżał. A powiedzmy sobie szczerze, nie był tchórzliwym człowiekiem. Był nawet przekonany, że nawet jeśli nazywali ją tak te dwadzieścia lat temu, to ona nadal żyła. Zapewne nadal ważyła te soje trucizny z dala od wścibskich oczu.
Teraz jednak Alexander miał inne zadanie. Klient płacił sowicie za jeden z eliksirów, które były raczej z gatunku trudno dostępnych. Od słowa do słowa, Aristov doszedł do osoby, która zajmowała się przygotowaniem eliksirów na zamówienie. I może nie był to zbyt skomplikowane zadanie, ale w zasadzie upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze dostarczy klientowi tego, czego klient potrzebuje, a po drugie pozna osobę, z którą dobry kontakt może mu wielce pomóc.
Strzepnął więc śnieg ze swojego płaszcza, gdy skrzat domowy zaprosił go do środka. Powolnymi ruchami rozpiął swoje okrycie i odwiesił płaszcz na jakichś stojak, a potem ruszył za skrzatem, wygładzając swoją białą koszulę, poprawił również mankiety, a także same rękawy ze srebrnymi zapinkami. Jeden guzik, na samej górze koszuli, był rozpięty, dodając trochę luzu do tego sztywnego, formalnego wyglądu. W końcu do rozmów należało się ubierać szykowanie. Zwłaszcza, że nie wiedział czego spodziewać się po tej kobiecie. A musiał przyznać, że robiła wspaniałe pierwszy wrażenie. Była znacznie niższa od niego, w końcu Alexander był jak syberyjski niedźwiedź. Skutecznie krył się za koszulą, jednak jego wzrost... No jego nie da się ukryć. Ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, delikatny zarost, czarne włosy w artystycznym nieładzie. Czy wyglądał na niebezpiecznego chłopca? Z całą pewnością. Czy wyglądał na kogoś, kto zna się na manierach? Niewątpliwie. Więc kiedy gospodyni wyciągnęła do niego swoją dłoń, on ujął ją delikatnie w swoje palce i pochylając się, musnął jej wierzch swoimi wargami.
-Cała przyjemność po mojej stronie, Panno Lestrange. Alexander Aristov. - odpowiedział prostując się powoli, unosząc kąciki ust w szelmowskim uśmiechu. Z tym dziwnym błyskiem w oku. Zmierzył ją jeszcze raz wzrokiem. Zdecydowanie nie spodziewał się po niej tego. Wyglądała bardziej jakby wybierała się na bal. lub wracała z jakiegoś, niż brała udział w rozmowach handlowych. Coś mu podpowiadało, że będą to bardzo interesujące rozmowy. -Jeśli nie ma Pani nic przeciwko zdecydowałbym się na coś mocniejszego. Jednak nie chciałby zdradzać swoich preferencji już na samym starcie. Zdam się na Panią. Niech mnie Pani czymś zaskoczy.
Kącik ust ponownie poszybował w górę. Bo w końcu mówił tylko o alkoholu... prawda? Pozwolił sobie zając miejsce na jednym z foteli, obok mniejszego stolika, obserwując kobietę bardzo uważnie, delikatnie przekrzywiając głowę.
-Czy mógłbym jednak zasugerować, aby przejść na ty, Victorio? Tak będzie mi wygodniej, zwłaszcza, że wasz język jest dla mnie nieco странный ... Dziwny. Jeśli powiedziałbym coś niedorzecznego, proszę mnie natychmiast poprawić, nawet jeśli to wymagałoby przerwania mi.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#3
06.01.2026, 13:59  ✶  

Teoretycznie sytuacja, jaka panowała w kraju po manifeście Czarnego Pana, powinna służyć rodzinom czystej krwi. Wielu zagorzałych konserwatystów najpewniej cieszyło się z takiego obrotu sprawy, może potajemnie (lub mniej skrycie) gratulowali sobie dożycia czasów, w których ktoś w końcu zrobi porządek z mugolami i mugolakami, może dołączali właśnie do tej rebelii, przysięgając przed Voldemortem posłuszeństwo w imię idei. Tego czarnoksiężnika z pewnością nie dało się zignorować, a problemem aurorów było to, że nie wiedzieli kto to jest, ani gdzie go szukać. Zaszył się gdzieś i nie pokazywał, za to zaczęli być widoczni jego słudzy w maskach i dziwnych płaszczach. Gdzieniegdzie widziano już na niebie złowieszczy znak… Nastawał czas strachu wśród ludzi, lecz nie u czystokrwistych – przecież to nie oni mieli służyć, to mugole mieli, wedle oznajmienia Voldemorta, służyć im. Teoretycznie nie powinna się tym wszystkim przejmować. W praktyce jednak czuła niepokój, mocno zakorzeniony w pracy. Czuła, że to nie było coś, co skończy się równie nagle, jak się zaczęło. Większość czystokrwistych miała jednak na tyle oleju w głowie, by nie rozpowiadać na głos swego poparcia dla sprawy Voldemorta; część się cieszyła, część odczuwała strach, który próbowali ukryć. A gdzie była ona? Nie bała się Voldemorta, choć może nie było to zbyt mądre, może powinna. Bardziej bała się tego, co mogą zrobić jego poplecznicy. W imię swoich przekonań ludzie potrafili robić rzeczy okropne, a to przecież już się zaczęło… A gdzie stała w tym wszystkim ona? Kobieta pracująca w biurze aurorów, na półmetku stażu, kursów przygotowawczych do pełni wykonywania zawodu? Ona… po części zgadzała się z tym, co mówił Voldemort, ale tylko trochę: nie lubiła mugoli, nie przepadała zwłaszcza za mugolakami – naoglądała się tego, co potrafili zrobić, niezdecydowani w którym świecie chcieli żyć, gdy pracowała jeszcze w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym jako amnezjator. Ile zła potrafili wyrządzić tak mugolom jak i czarodziejom. Była więc za tym, że ich czarodziejski świat powinien być dla nich: dla czarodziejów. To, że wśród mugoli czasami rodził się ktoś z pierwiastkiem magii było taką samą anomalią jak to, że wśród czarodziejów rodzili się ci, którzy w ogóle nie potrafili czarować, charłacy. I jedni powinni należeć do świata mugoli, a drudzy do świata czarodziejów, bez tego… kręcenia się to tu, to tam. Ale robić z nich sługi czystokrwistych? Albo zabijać ich, wytępić jak szkodników? Nie. Potrzebowali kompromisów, nie walki. Jak dla niej – mugole i mugolacy powinni żyć, po prostu z dala od nich i to tyle.

Sama nieco się zdziwiła, ujrzawszy Alexandra. Zrozumiała, że ma do czynienia z kimś zza granicy, a przynajmniej z kimś, kto ma korzenie nie w Wielkiej Brytanii, gdy widziała nazwisko w liście, lecz chyba sama spodziewała się… czego w zasadzie? Starszego mężczyzny? Kogoś nieokrzesanego, dzikiego? Może. Nie była raczej osobą, która ulega stereotypom, czasami jednak pewne wyobrażenia, podtykane przez głowę, były silniejsze. Nie, chyba nie spodziewała się tak dobrze ubranego, raczej niewiele od niej starszego mężczyzny. Lubiła brunetów. Ale to zdziwienie raczej nie znalazło odbicia w jej twarzy; ludzie często mieli ją za zdystansowaną i chłodną, bo gdy podjęła się nauki oklumencji, uczyła się też kontrolowania swoich emocji, tego, by nie wypływały na jej twarz, która zdawała się być rzeźbą, z rzadka przecinaną uśmiechem. To był jej wybór, styl życia, nie oznaczało to jednak, że tych emocji była pozbawiona. Czasami zresztą ta tafla była zmącana jakimś uśmiechem, lecz nigdy szerokim, a lekkim, oszczędnym. Jak teraz, gdy Alexander przyjął jej dłoń na przywitanie i musnął jej wierzch.

A potem… Uniosła wyżej jedną brew, na propozycję Alexandra i… zwykle nakazałaby skrzatu podanie trunku, tak teraz uznała, że może jednak się trochę zabawi i uśmiechnęła się ponownie, tym razem unosząc jeden kącik ust w górę. Odesłała skrzata.

– Żaden problem – machnęła lekko dłonią, dając znać, że nie ma nic przeciwko przejścia na mniej formalną formę i odwróciła się do jednej z szafek, która jak się okazywało skrywała barek. Wyciągnęła stamtąd dwie szklanki wyglądające jak cięte z kryształu i zawahała się na moment, patrząc po butelkach jakie tam mieli, aż się zdecydowała. – Długo jesteś w Anglii? – zagaiła, pomiędzy nakładaniem szczypczykami kostek lodu z małego, najwyraźniej zaklętego pojemnika, który trzymał temperaturę, by te się nie stopiły i nalewaniem ognistej whisky na dwa palce. Tak, dla siebie również. Co zaś się tyczyło jej pytania – miała takie wrażenie, że Aristov nie był w Wielkiej Brytanii jakoś przesadnie długo, skoro bał się, że miejscami nie poradzi sobie z językiem. Miała też już swoją odpowiedź na pytanie, czy był przyjezdny czy miał tu swoje korzenie, chyba że tak dobrze grał… – Wiele ludzi zawsze narzeka na deszczową aurę i szare niebo – mówiła dalej. W końcu jednak postawiła szklanki na stoliku, uśmiechnęła się krótko i sama zajęła drugi fotel, założyła nogę na nogę i jedną rękę położyła na podłokietniku. – To znaczy miejscowi również narzekają – często, gdy już miała jakieś spotkania biznesowe, z początku lubiła poprowadzić jakąś niezobowiązującą rozmowę, jakoś wybadać drugiego człowieka – bo lubiła wiedzieć. To ciekawość i głód wiedzy popychał ją do przodu. – Mam nadzieję, że Wielka Brytania nie jest zbyt rozczarowująca – mogło to znaczyć wiele, bo miała na myśli… wszystko: pogodę, kulturę, ale też i niepokoje, jakie wśród czarodziejskiej społeczności pojawiły się po manifeście Lorda Voldemorta.

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#4
07.01.2026, 12:09  ✶  
Czysta krew, czy brudna krew? Szlechetne rody wysoko postawione w świecie czarodziejów, czy niskie rody, znaczące zupełne nic? Osoby, które były wychowywane w przeświadczeniu, że są znacznie lepsze od innych i wszystko przychodziło um gładko, czy może osoby, które wszystko musiały brać siłą i ciężką pracą? W obu przypadkach, krew była krwią. Przelewanie jej na darmo było marnotrastwem. Alexander miał co do tego mieszane podejście. Z jednej strony sam przecież przelewał krew, nie raz nie dwa. Starał się jednak nie zabijać ludzi dlatego, że mu tak pasowało, bo chciał. Jeśli już to dla większego dobra. Dla jakiegoś celu. Nie był wyrahowanym mordercą, zimnym psychopatą. Bo w zasadzie jeśli patrzymy na Czarnego Pana to dlaczego nie określać go właśnie jako psychopaty? Ktoś nie zgadza się z jego opinią? Cyk, załatwiony. Ktoś stwarza zagrożenie? Proszę bardzo, kolejny. Nawet wśród jego popleczników nie można było czuć się za bardzo bezpiecznym, a przynajmniej tak Alexander uważał, bo jak czuć się bezpiecznie przy seryjnym mordercy? I choć Alexander rozumiał pobudki, mogły być najbardziej słuszne na świecie, to sama droga pozostawiała wiele do życzenia. I tak, mógł być jednym z tych czystokrwistych, jego narzeczona mogła być jednym z czystokrwistych, ale czy oboje byliby w stanie dołączyć do tak skrajnej grupy? Alexander zdecydowanie wolał zahować neutralność, przynajmniej na razie. Kto wie, może wyjdzie mu to na dobre?
Trzeba było żyć dalej, trzeba było pracować, utrzymywać rodzinę, starać się z wszystkich sił jakoś to wszystko połączyć, jakoś to wszystko powiązać ze sobą, pogodzić. Dlatego Alexander był tutaj dzisiaj. Dlatego spotkał się z Victorią, aby to wszystko jakoś ulokować, pogodzić.
-Dziękuję. Co do pytania... - widział jak Victoria podnosi kącik ust. Czyżby było to ciche zaproszenie do tej gry? Czy może tylko przejaw przyjazne traktowania gościa? Uwielbiał takie podchody. Uwielbiał stawiać stopę za granicą, aby szybko cofnąć ją jak gdyby nigdy nic. Jakby zupełnie nic się nie stało. -Nie. Nieco ponad rok. Co prawda uczyłem się angielskiego zanim wyjechałem, zajmowałem się zagranicznymi interesami ojca, jednak szczerze mówiąc to wypadłem z... wprawy.
Zatrzymał się przy ostatnim słowie, jakby szukał tego jednego, odpowiedniego. Obserwował ją uważnie, gdy nakładała szczypcami lodu. Głowę nadal miał delikatnie przekrzywioną, jakby jej ruchy były najciekszwymi na całej ziemi. Możliwe, że gdzieś tam w duchu wolał mieć pewność, że kobieta nie otruje go, że nie doleje mu czegoś do szklanki. Takich tanich sztuczek mógł się spodziewać w Leningradzie, a nie tutaj, prawda? W końcu kto używał jeszcze trucizn do pozbywania się konkurencji?
-Deszcz, szare niebo? Dlaczego miałoby to komuś przeszkadzać? Co prawda w Leningradzie pogoda jest podobna, opady praktycznie przez cały rok, czy to deszczu, czy śniegu, choć muszę przyznać, że tutaj jest cieplej. Mimo wszystko. - głos miał spokojny, jakby trochę rozmarzony, gdy wracał wspomnieniami do tego jak to było żyć w Rosji.
Obserwował swoją rozmówczynię, gdy tak siadała na drugim fotelu, gdy zakładała nogę na nogę w tej swojej boskiej sukni. Ciężko było odwrócić od niej spojrzenie, jednak Alexander wolał skupić się na jej oczach. Podobno z oczu można było wyczytać bardzo dużo o swoim rozmówcy, nawet jego duszę. A Alexander miał ogromną chęć na dobrą lekturę.
-Była. Do tej pory. - powiedział spokojnie, unosząc kącik ust ku górze. Pochylił się do przodu, sięgając po szklankę z ognistą whisky, ale nie uniósł jej jeszcze do ust. Co to za przyjemność pić samemu? -Rozumiem, że ty i twoja rodzina pochodzicie z Wielkiej Brytanii? Twoje nazwisko w ustach brzmi jeszcze bardziej... obco, niż inne nazwiska. Lestrange. - wymówił z delikatnym rosyjskim akcentem, jakby próbował umiejscowić gdzieś to nazwisko na mapie własnych myśli. Możliwe, że słyszał wcześniej to nazwisko, i to nie raz, jednak nie przywiązywał do niego żadnej wagi. Teraz jednak zaczęło być dla niego interesujące. Nawet bardzo.
Ani na moment nie spuścił wzroku z jej oczu, jakby rzucał jej trochę wyzwanie, czy wytrzyma jego twarde spojrzenie. I kusiło go, oj tak, kusiło bardzo, aby spojrzeć jej raz na jej nogi, ale skutecznie się przed tym powstrzymywał. Zastanawiał się, czy zrobiła to specjalnie, część jej gry, czy może był to zupełny przypadek i nie miała na celu prowokować go? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. A nadal nawet nie przeszli do sedna sprawy. Wciąż tylko krążyli wokół siebie, jak zawodnicy na ringu, oceniając swojego przeciwnika. Uniósł więc swoją szklankę z bursztynowym płynem ku górze, na wysokość twarzy.
-Może powinniśmy wnieść jakiś toast? Za owocne interesy? Albo za pomyślność twoją, lub moją. Naszą? Nie wiem jakie toasty wznosicie tutaj w Wielkiej Brytanii.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#5
08.01.2026, 23:13  ✶  

Ludzie życie mieli tylko jedno, a ona, pracując najpierw w biurze brygady, a teraz aurorów niejako obowiązywała się to życie chronić. To nie tak, że nigdy nie podniosła na nikogo różdżki – wręcz przeciwnie. Po to ją miała i po to nosiła odznakę, by móc spacyfikować jednego czy drugiego. Nigdy jednak nie wyrządziła nikomu krzywdy niesprowokowana. Nie atakowała pierwsza. Jej specjalnością była obrona, tarcze, rozpraszanie magii, a choć mówiło się, że najlepsza obroną jest atak, Victoria się z tym nie zgadzała. I to nie tak, że nigdy nie chciała nikogo skrzywdzić, czasami i nad nią emocje brały górę – było to jednak zjawisko rzadkie, w większości potrafiła nad sobą zapanować. Nie znosiła jednak, gdy silniejszy znęcał się nad słabszym. Gdy krzywdzono dzieci. Gdy cierpiały zwierzęta… W swojej pracy potrafiła być do bólu skrupulatna. Prawda o niej była też jednak taka, że gdy już kończyła godziny pracy, gdy chowała odznakę do kieszeni, stawała się na powrót Victorią, a nie brygadzistką Lestrange, albo aurorem-w-trakcie-szkolenia Lestrange. Potrafiła nie widzieć, że sytuacja wymaga interwencji funkcjonariusza, chyba, że było jej to na rękę. Uważała to zresztą za zdrowe: potrafić grubą kreską oddzielić pracę, od życia prywatnego. Nie musiała przecież nosić munduru przez 24h, 7 dni na tydzień. Zabić jednak kogoś dla większego dobra? W jej głowie to oznaczało chyba tylko tyle, że należało zabić tego, kto był mrokiem dla tego świata, może właśnie Voldemorta. Że tak byłoby zdrowiej, niż wciskać go do Azkabanu (zakładając, że uda się go ująć) i dawać mu czas na nigdy wcześniej nie udaną ucieczkę – ale zawsze musi być ten pierwszy raz, nie? Nigdy nie sforsowana twierdza pewnego dnia mogła okazać się nie tak dobrze strzeżona. Jakaś myszka mogłaby się przedrzeć. Myślała sobie, że cały oddział aurorów, gdyby natknął się jakimś cudem na Czarnego Pana, z pewnością zdołałby go ująć, a wtedy… Wtedy ktoś powinien go po prostu wykończyć. Przypadkiem.

Po co kusić los?

– To niezbyt długo – przyznała, zastanawiając się nad tym. Jak to było przez rok mieszkać w zupełnie innym kraju, niż żyło się dotychczas. Niedługo jej własna siostra miała wyjechać do Francji na dodatkowe szkolenia i kursy, sama jednak nigdy nie przejawiała takich marzeń. Dobrze jej było tutaj, odwiedzając inne kraje tylko w ramach chwilowego kaprysu i wycieczki, wakacji. Nie na dłużej. – Ach, nie. Mówisz całkiem dobrze – stwierdziła i uśmiechnęła się lekko. Zgoda, słychać było akcent, był znacznie twardszy, ale mówił dobrze. – Kiedyś słyszałam, że angielski jest stosunkowo prosty do nauczenia się, być może całe szczęście.

– Mówią, że angielska pogoda jest ponura, bo za mało tu słońca. Że jest zmienna, nieprzewidywalna. W jednej chwili z mżawki robi się wielkie oberwanie chmury, by za moment wyszło trochę słońca i zaraz się schować – wyjaśniła i sięgnęła po swoją szklankę, lekko zakręcając nadgarstkiem i wprawiając bursztynowy trunek w ruch. Kostki lodu zagrzechotały o szkło. – Że to dobre podłoże do wilgoci i rozwoju pleśni, grzybów – mówiła dalej patrząc na swojego rozmówcę. – Więc w Leningradzie też tak jest? Nigdy nie miałam okazji odwiedzić Rosji – tylko zimniej, tak? Nie miała nic przeciwko śniegu, wręcz wolała go, niż takie nie wiadomo co gdy już spadł, a potem temperatura podnosiła się i zaczynał topnieć, a na ulicach można było zastać rozjeżdżającą się breję, a wilgotność powietrza sprawiała, że miało się ochotę oszaleć. – Słyszałam, że zimy są tam bardzo srogie, nie to co tu… Trochę śniegu, który zaraz zniknie – jej spojrzenie było ciemne, spokojne, choć bystre. To nie był zamglony wzrok marzycielki. Na razie prześlizgnął się po sylwetce Aristova, rejestrując to i owo, Victoria była jednak w pełni skupiona na rozmowie.

– Do tej pory? – powtórzyła za nim. – Cóż takiego się więc zmieniło, jeśli mogę zapytać? – że przestało być tak rozczarowująco, rzecz jasna. Punkt dla niego za szczerość, swoją drogą. Czy chodziło o ten niepokój, który zagościł teraz w ludziach, po manifeście Voldemorta? A potem uśmiechnęła się nieco szerzej. – Korzenie mojej rodziny sięgają Francji – wyjaśniła krótko, bo nie było się nad czym rozwodzić. – Ale to stare dzieje. Już dawno moja rodzina osiadła w Wielkiej Brytanii, z Francją łączy nas teraz tylko pewien sentyment – i to, że wielu jej krewniaków na pewnym etapie do Francji wyjeżdżało. Część mieszkało tam na stałe, część po prostu miała tam domy… Ciągnęło ich do kolebki, choć urodzili się już w Anglii. I trwało to od wieków. – I dziwne nazwisko, rzecz jasna – dodała i uśmiechnęła się, podejmując to zaproszenie do pewnego rodzaju walki na spojrzenia.

Bo nie odwróciła wzroku.

– Wznosimy dokładnie takie toasty, jakie tylko chcemy – odparła ciszej, ale uniosła nieco wyżej swoją szklankę. – Niech więc będzie to toast za owocną przyszłość – bo interesu jeszcze żadnego nie dobili. Jedyne co Victoria na jego temat wiedziała to to, że chodziło o sprawy związane z eliksirami – inaczej by się z nią nie kontaktował. Lestrange byli w końcu bardzo rodziną słynącą z wybitnych alchemików, twórców eliksirów i uzdrowicieli. A potem przytknęła szklankę do ust, nadal nie spuszczając wzroku z Alexandra. Oczywiście, ze go prowokowała. Ale tylko dlatego, że on zaczął pierwszy, a ona zdecydowała się podążyć niewinnie (lub wręcz przeciwnie) za tą grą.

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#6
09.01.2026, 14:46  ✶  
Zabić, czy nie zabić? Oto jest pytanie. Czasem jednak życie pozbawia Cię możliwości wyboru. Czasem nie ma jasnej odpowiedzi na takie pytanie. Czasem po prostu musisz to zrobić. Czasem reguły są jasne. Zniszcz, albo zostaniesz zniszczony. I czasem, tylko czasem, nie było w tym nic złego. Złe było to jak zachowa się twoja dusza. Czy dobije Cię wyrzutami sumienia? Czy będzie nosić ze sobą to naznaczenie? Czy stłamsisz ten cichy głos w środku? A może po prostu dasz się pochłonąć mrokowi? Tej wszechogarniającej ciemności, która pożera wszystko czego się dotknie, aż nie zostanie już nic, ani nikt. Nie zostanie po Tobie nawet wspomnienie. Aż w końcu zniknie nawet ta skorupa. Więc tak. To nie nasze umiejętności świadczą o tym jakimi jesteśmy ludźmi, a wybory jakich dokonujemy. Choć nie... Nawet nie same wybory, bo wybrać błędnie nie jest jeszcze złem. Złem jest ciągnięcie tego wyboru, nawet kiedy zauważymy, że jest zły. Nie przyznawanie się przed samym sobą, że zrobiliśmy coś okropnego. Zagłuszenie tego.
Dobrze było więc postawić sobie swoje własne reguły. Swoje własne ograniczenia, jakieś realne granice. Bo mogą Ci zabrać wszystko, ale tego jednego nigdy Ci nie zabiorą. A kiedy przekroczysz już swoje własne granice... Przestajesz być człowiekiem. Bo jeśli postawiłeś sobie jakieś ramy, samemu je przekraczając to kim jesteś? Kim się stałeś? Bo nie jesteś już tą osobą, która je wyznaczyła.
Tutaj już nawet nie chodziło o samego Czarnego Pana. Zawsze znajdzie się ktoś to do walki, ktoś z poglądami bardzo skrajnymi. Czy to Grindewald, Hitler, czy Czarny Pan. I może nie wiemy co przyniesie przyszłość, ale zapewne znajdzie się ktoś kolejny. Ktoś jeszcze kto będzie próbował wpłynąć na losy historii swoimi poglądami. Przekuwając swoją ideologię w miecz i wojując nią, machając ostrzem na prawo i lewo. Tak był skonstruowany świat, a to czego Alexander się nauczył to tego, że historia lubi się powtarzać.
-Dziękuję pięknie, Victorio. - odpowiedział jej Alexander na komplement, że mówi całkiem dobrze. W zasadzie do z angielskim miał już do czynienia znaczenie wcześniej, jednak musiał go jakoś odkopać w odmętach pamięci. Rozwiązać sobie język. A co lepiej działało na rozwiązywanie języka, jeśli nie alkohol? Zwłaszcza tak mocny jak "Ognista". Choć Alexandrowi zdarzało się poznawać osoby, które piły czysty spirytus. -Jeśli chcesz to mogę Ci pokazać jak brzmi rosyjski.
Kącik ust powędrował powoli w górę, jakby miało to być częścią flirtu z jego strony. Oh miał nadzieję, że nie rozumiała ani słowa w jego języku, miałby wtedy tak szerokie pole. Ryzyko... Ryzyko, które tak Alexander uwielbiał. Postawienie wszystko na jedną kartę, na przeświadczenie, że Victoria nie znała rosyjskiego.
-Wasza pogoda jest... Interesująca. Uwielbiam wszystko co nieprzewidywalne. Każda niespodzianka przyprawia mnie o szybsze bicie serca. - powiedział spokojnie, choć coś w jego spojrzeniu, które nadal spoczywało na Victorii, sugerowało, że wcale nie nawiązuje tutaj do pogody. -Grzyby i pleśń... Wilgoć i deszcz. Sugerujesz, że Anglia jest przykra i smutna. Brzydka i spleśniała. Widzę to trochę inaczej. Widzę purpurowe wrzosowiska, o poranku, gdy promienie słońca muskają delikatnie kwiaty, gdy ciężka mgła osiada nisko. - powiedział spokojnie, podnosząc drugą dłoń do ust i przesuwając palcami po swojej dolnej wardze, nie spuszczając nadal spojrzenia z kobiety. -Jednak ludzie. Ludzie są inni. Zimni. Głośni. Wyrzucają z siebie nic nie znaczące słowa. Oceniają Cię, jakby znali Cię od urodzenia, nie wiedząc o Tobie zupełni nic.
Tak. Dlatego "Do tej pory". Co jednak zmieniło się teraz? Oczywiście mógłby jej powiedzieć. Mógłby jej to wszystko ułatwić słowami: "Bo poznałem Ciebie." Uśmiechnąłby się przy tym szarmancko i przeszedł do dalszej części rozmowy. Jednak co to byłaby za zabawa, gdy odkrył wszystkie karty od razu? Oh nie. Zostawi to pytanie bez odpowiedzi. Niech rozumie to jak chce. Niech ten brak odpowiedzi połechta trochę jej ciekawość. Lub niech po prostu przejdzie obojętnie.
-Jeśli tylko masz ochotę mogę pokazać Ci kiedyś Petersburg. To znaczy Leningrad. Zimowy Pałac wygląda zjawisko, nie tylko zimą. A same zbiory Ermitażu zawierają największe dzieła sztuki. Хотя и не так феноменальна, как ты, Виктория. - dodał jeszcze ostatnie słowa po rosyjsku tonem, jakby właśnie wychwalał największe dzieło sztuki. Choć jedno na pewno była w stanie zrozumieć. Swoje imię na końcu zdania. Jednak Alexander nie śpieszył się z wyjaśnieniami. Jedynie uniósł swoją szklankę wyżej, i zamieszał płynem, który był w środku, podobnie jak ona wcześniej. Gdy ona opowiadała o swojej rodzinie, on zaczął myśleć o swojej. Nostalgia? Tęsknota? Czym były te uczucia? Ojciec był jego ojcem. Był kimś formalnym. Był jak premier, albo prezydent. Wydawał polecenia. Wydawał rozkazy, a rozkazy to nie to czego potrzeba chłopcu. Czego potrzebuje syn. Jednak zostawił w Rosji coś więcej niż tylko ojca. Zostawił tam swoje życie. Wszystko co miał i znał. Wszystko co przez tyle lat budował. Zostawił tam siostrę. Choć miał nadzieję, że uda mu się kiedyś jeszcze ją spotkać. Może... I jeśli to co właśnie teraz poczuł to była tęsknota, to jej nie chciał. Takie dziwne, a potem ucisk, gdzieś w okolicach serca. Jakby coś zdławiło go, przynosząc do oczu niechciane... łzy? Czy to były łzy? Szybko zamrugał, aby pozbyć się tych szklistych oczu. Im bardziej nie chciał myśleć o swojej siostrze, tym bardziej wracały do niego te wszystkie wspomnienia, których z całą pewnością teraz nie potrzebował. Szybko więc przybrał ponownie na twarz maskę obojętności. Nawet mimo tej chwili, która trwała zaledwie sekundę, Alexander nie spuścił swojego wzorku z kobiety, z którą rozmawiał. W końcu mieli pojedynek. A jego cechą specjalną było to, że był uparty. Wyjątkowo uparty. No i to, że nie znosił przegrywać. Tyczyło się to głównie Yeleny, ale oddziaływało też na inne aspekty jego życia. Takie aspekty jak ten, teraz.
-Więc za owocną przyszłość. - obserwował uważnie, gdy Victoria przytyka swoją szklankę do ust. I nawet gdyby nie grali w tę dziwnie intymną grę, byłoby mu trudno odwrócić spojrzenie w tym momencie. Było coś hipnotyzującego w jej gestach. Coś takiego, że Alexander z niecierpliwością wyczekiwał kiedy kobieta weźmie pierwszy łyk trunku. Sam jednak nie pozostawał dłużny. Podniósł szklankę bliżej, jednak zanim przystawił ją do swoich warg, zwilżył je najpierw językiem, dopiero po tym powoli upił łyk swojej whisky. Cóż to była za gra. Cudaczna, dziwna, sprawiająca że serce było szybciej. I możliwe, że będzie tutaj zwycięzcy, ale sama gra była warta świeczki.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#7
10.01.2026, 19:07  ✶  

Magia w jakiś sposób rozróżniała intencje czarodzieja. Magia w jakiś sposób wiedziała, czy chciało się kogoś skrzywdzić, czy krzywdę wymierzało się zupełnym przypadkiem – bo chciało się bronić. Magia w jakiś sposób znała odpowiedź… I w ten sposób odróżniało się czarnoksiężnika, którego dusza ulegała rozpadowi, od czarodzieja, który jedyne czego chciał, to spokoju. Nie każdy miał jednak ten luksus, by spokój w ogóle mieć, czasami trzeba było sobie pobrudzić ręce… Lecz tak, w większości był to wybór. A wybór definiował dalszą drogę. Czasami jeden zły wybór był głazem, który poruszał lawinę. Jeden zły wybór i na duszy powstawały pęknięcia, których nie dało się już później opanować… Niektórzy jednak robili ten krok znad przepaści i nie rzucali się w jej kuszącą czerń. Z czarną magią było jak z otchłanią, która po długim czasie obserwacji zaczynała się wpatrywać również w ciebie.

– Czemu nie? Nie krępuj się – to nie tak, że nigdy rosyjskiego nie słyszała, ale bardziej w tle, gdzieś w akcencie, a nie całe zdania, by móc wyrobić sobie na to jakiś konkretny pogląd. Wiedziała tylko, bo tyle słyszała, że mówienie po angielsku z rosyjskim akcentem było… mnie okrągłe, ale w żadnej mierze nie toporne. Twardsze, mocniejsze. I nie, nie rozumiała ani słowa po rosyjsku, być może na szczęście dla Alexandra. Posługiwała się angielskim, uczyła się trochę w dzieciństwie francuskiego, znała podstawowe zwroty w tym języku i wiedziała jak to powinno brzmieć, nie jednak na tyle, by było to komunikatywne i by móc o sobie powiedzieć, że się po francusku z kimś dogada, bo to byłoby mocno na wyrost. To były jednak jedyne języki jakie znała. No… trochę łacińskich nazw kwiatów czy zwierząt można było jeszcze dorzucić do tej mieszanki, ale to by było na tyle. Z żadnym ze słowiańskich języków nie miała styczności.

– Ach, rozumiem, jesteś ryzykantem spragnionym adrenaliny – stwierdziła ze zrozumieniem. Nawet jeśli mówili o pogodzie, to powiedział to w tak ogólny sposób, że nie sposób było upierać się przy tym, że ta nadal była przedmiotem rozmowy, a Victorii zresztą to nie przeszkadzało. Pogoda była tylko pretekstem, miałkim rozpoczęciem, punktem zaczepienia w dwóch odległych sobie światach – tym angielskim i tym rosyjskim, gdy nie wiedziała, czego powinna się spodziewać po swoim gościu. Sama z tym nie oddziaływała, bo nie potrzebowała ryzyka, by cokolwiek poczuć (choć wybór kariery zawodowej mógł temu przeczyć), wręcz często te emocje starała się wyciszyć i zdusić, choć to nie znaczyło, że całkowicie znikały… bo wręcz przeciwnie. A potem jej uśmiech przybrał zupełnie inną barwę, bo delikatniejszą, choć może to spojrzenie jej trochę zmiękło. Wzmianka o wrzosach coś w niej poruszyła – kochała kwiaty całą sobą. Kwiaty, rośliny… To było jej hobby, zresztą i w tym pomieszczeniu można było znaleźć większe, zdobne donice i rośliny bynajmniej nie sztuczne. – Mówiłam, co mówią o Anglii. To niekoniecznie moje zdanie – odparła. – Gdybym miała Anglię za brzydką, smutną i spleśniałą, to już dawno by mnie tu nie było – dodała. – Ale cieszę się, że i ty jej tak nie widzisz. Góry, jeziora i potoki, klify, wrzosowiska, lasy i ogrody – wymieniała. – Anglia ma się czym pochwalić.

Czy ludzie tutaj byli inni niż w Rosji? Całkiem możliwe. Nie potrafiła tego ocenić. Lecz pewnie wszędzie było widoczne pewne rozwarstwienie? A może nie potrafiła sobie tego wyobrazić inaczej, znając tylko takie życie: że ludzie oceniali. Ludzie rzadko mówili to, co naprawdę myśleli. Dzielili się na majętnych i biednych, na czystej krwi czarodziejów i mugolaków pochodzących od mugoli, na lepszych i na gorszych, na tych, którzy byli coś warci i tych, co nie. Dokładnie w tych kategoriach. Jedni mieli wszystko, a drudzy mieli nic.

– W Rosji ludzie są bardziej otwarci? – zapytała za to, szczerze ciekawa tą różnicą kulturową. – Łatwiejsi w obyciu? Może to po prostu kwestia przyzwyczajenia i doświadczenia – bo miała takie przemyślenie, że chyba nie byłaby do końca pewna, jak poradzić sobie z kimś, kto wystawia wszystkie karty na stół od razu, bez filtra. A tu… Alexander radził sobie świetnie, jakby od dziecka bywał na salonach angielskiej magicznej socjety. Jedyna inność, jaką od niego w tej chwili wyczuwała, był ten akcent.

– Dopiero co się poznaliśmy i już mnie zapraszasz na wycieczkę do Rosji? – uśmiechnęła się zaczepnie i okręciła sobie kosmyk ciemnych, niemal czarnych włosów wokół palca wolnej dłoni. Choć prawda była taka, że lubiła zwiedzać, lubiła poznawać, lubiła wiedzieć, lecz nie tak łatwo się było do Związku Radzieckiego dostać. Uniosła za to wyżej brwi, bo nie zrozumiała ani słowa z tego, co Alexander powiedział później – prócz swojego imienia. Skonsternowana patrzyła na niego przez moment. To co powiedział, brzmiało wcale nie twardo jak angielski w jego wykonaniu. Było miękkie, niemalże śpiewne. – Zechcesz mi powiedzieć, co powiedziałeś? Nie wiem czy właśnie próbowałeś mi utrzeć nosa, czy wręcz przeciwnie – nie wyglądała na to na złą, że powiedział coś, czego nie miała szansy zrozumieć. Bo to była ta gra, zabawa, prawda? I ona była w tym równie uparta, zaś różnica, jaka ich dzieliła, była w tym, że nie musiała za wszelką cenę wygrywać.

Upiła łyka ze swojej szklanki, nie przerywając tego pojedynku na spojrzenia. Nie przerwała go nawet, gdy już szklankę odsunęła i uśmiechnęła się do Alexandra niemalże niewinnie. Niemalże.

– Więc w czym mogę służyć?

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#8
11.01.2026, 16:46  ✶  
Niewykluczone że magia w jakiś sposób wiedziała. Bo w końcu żeby rzucić czarnomagiczne zaklęcie trzeba było bardzo tego chcieć. Trzeba było tego pragnąć, potrzebować. Kwestia tego, że to zostawiało na użytkowniku trwałe ślady. Niewidoczne gołym okiem, to prawda, ale były tam, piętnując rzucającego zaklęcie. I znowu wracamy tutaj do punktu wyjścia. Jak zachowa się człowiek zależało tylko od niego. Czy używanie czarnej magii, aby czynić dobro jest złe? Czy osoba, która nie używa takich zaklęć, ale nie zawsze postępowała słusznie, była dobra? Nie było na te pytania dobrej odpowiedzi. Bo, uwaga, świat nie był czarno-biały. Był okrutny, bezlitosny, niebezpieczny. Był też jednak wspaniały, piękny, nieprzewidywalny i zjawiskowy. Nie było ludzi tylko dobrych, lub tylko złych, w każdym jest tyle samo dobra i tyle samo zła. I to od nas samych zależy po jakiej stronie staniemy. Za każdym kryły się jakieś wybory, jakieś odpowiedzi, jakieś pytania.
Tak więc wypadałoby się postawić najpierw w sytuacji innego człowieka, zanim zdecydujemy się postawić jakieś wnioski. Nawet Czarny Pan prawdopodobnie miał jakieś motywy z przeszłości. Może ambicja, może ktoś go w dzieciństwie skrzywdził. Może. Jedno było pewne, trzeba było go powstrzymać. Alexander nie wiedział czy nadawał się do tego. Czy pozostawienie w tej wąskiej, szarej strefie nie było teraz dla niego najlepsze. W końcu nie jego cyrk i nie jego małpy. Wielka Brytania powoli stawała się jego domem, ale nadal było do tego daleko.
Z tego krótkiego zamyślenia, wyrwał go głos Victorii, aby nie krępował się z mówieniem po rosyjsku. Może, jeśli ich znajomość wejdzie na odpowiednie tory, a na razie nie było ku temu żadnych przeciwskazań, Alexander nauczy ją kilku słówek? Nie był najelpszym nauczycielem, ale z doświadczenia wiedział, że najłatwiej jet nauczyć się wulgaryzmów. Im bardziej jakiś wyraz był wypowiadany z emocją, bardziej powiązany i gwałtowny, tym łatwiej było go zapamiętać. Przynajmniej tak miał Alexander, gdy uczył się angielskiego.
Niestety po łacinie Alexander znał jedynie nazwy kości. Nie znał się zbytnio na kwiatach, jedynie te najbardziej podstawowe. Domyślał się jednak, że Victoria miała znaczenie bardziej rozległą wiedzę o roślinach i ich efektach, skoro zajmowała się warzeniem mikstur. Kiedy ta stwierdziła, że Alexander jest ryzykantem spragnionym adrenaliny, on tylko uśmiechnął się kącikami ust.
-Czy to źle, że szukam zastrzyków adrenaliny, nawet w najdorbniejszych... spotkaniach? - powiedział powoli, podkreślając ostatnie słowo swoim akcentem. -W końcu czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? Bez tego dreszczyka emocji? - to mówiąc pochylił się delikatnie do przodu, w jej stronę, opierając łokcie na oparciach fotela. Obserwował ją cały czas, nie wiedział jednak, czy jeśli jego wzrok opuści jej twarz, kierując się na jej nogi, to czy w takim wypadku przegra tę rozgrywkę? W końcu nadal wzrok pozostawał na "niej". I co prawda kusiło, aby skierować wzrok niżej, to jednak Alexander wolał tego nie sprawdzać. Był zbyt głodny zwycięstwa.
-Więc czysto teoretycznie, gdybyś uważała Anglię za zgniłą, dokąd byś wyruszyła? - zapytał Aristov z zaciekawieniem, obracając szklankę w swojej dłoni. -Mimo wszystko Rosja też ma wiele do zaoferowania. Od siarczystych, ostrych zim, przez gorące klimaty.
Głos miał spokojny, choć to jak wypowiadał się o zimach, jasno mówiło, że Alexander preferował te chłodniejsze klimaty. I może dziś wydawał się dosyć otwartą i ciepłą osobą, może to był wynik tego, że od teg zależało dość sporo, zwłaszcza czy galeony trafią do jego kieszeni, kiedy już dogada się, przynajmniej taką miał nadzieję, z Victorią. Jednak w gruncie rzeczy Alexander był jak jedna z takich właśnie syberjskich zim. Zimny, ostry, nieprzyjemny. Można było znaleźć w tym jakieś dzikie piękno, ale nigdy nie wolno go było lekceważyć.
-Otwarci? Nie. - po raz pierwszy Alexander roześmiał się. Jednak śmiech był chłodny, zupełnie pozbawiony rozbawienia. -Gdy tylko dasz im powód, zaraz na Ciebie naniosą. Za maskaradą uśmichów i przymilnych słówek sączą jad. Jednak nikt w twarz nie powiedział mi nigdy, żebym... - tutaj Alexandero odchrząkną znacząco zmieniając swój głos na sztucznie niższy. -..."wypierdalaj w podskokach jak to robią komunistyczne świnie." - po tych słowach pokiwał tylko głową, skupiając swój wzrok tym razem na ustach Victorii, ponownie.
Prawda była taka, że nie działało to na niego jakoś specjalnie. To znaczy takie teksty, nie ona. Ona...
-Nie wiem w zasadzie co wolę. Czy sączenie jadu z ukrycia, czy taką otwartą wrogość. Obawiam, że do obu można się przyzwyczaić, jeśli zostajemy w jendym miejscu zbyt długo. Może... Może kiedyś, gdy już nazwę to miejsce swoim domem, może wtedy ludzie przestaną mnie postrzegać jako zagrożenie. Choć jestem przekonany, że nie wszyscy.
Tak. Alexander doskonale sobie radził w Angielskiej socjecie, ale to tylko dlatego, że zajmował się zagranicznymi interesami ojca, nie tylko w Brytanii, ale też Francji, choć po Francusku nie potrafił ani słowa, a także inny słowiańskich krajach.
-Czy mógłby być lepszy sposób na zaciśnianie magicznych więzi, niż wspólny wypad za żelazną kurtynę? - powiedział z delikatnym rozbawieniem Alexander. Obserwował jak zakręca sobie kosmyk włosów wokół palca i odczuł wielką chęc, aby samemy to zrobić... ale wokół całej dłoni. Szybko jednak odrzucił te myśli upijając łyk alkoholu. Uśmiechmął się szelmowsko, gdy poprosiła go o to, aby wyjaśnił jej swoje słowa. -Oh miałbym pozbawić się tej jedynej, maleńkiej przewagi jaką jeszcze mam? Mógłbym w zasadzie... - powiedział spokojnie z udawanym zamyśleniem na twarzy. Ta cała gra między nimi była tak szalona, nikt nie znał zasad, nikt nie znał reguł. Nie wiedzieli co dostanie zwycięzca, ani co straci przegrany, a mimo to parli naprzód, wchodzili w to coraz głębiej. Co jednak, jeśli w pewnym momencie nie będzie już odwrotu? Jeśli zajdą w tym tak daleko, że nie będą w stanie wrócić do tego co było?
- Jednak skoto tak ładnie prosisz, jak mógłbym Ci odmówić? W dość dużym skrócie, powiedziałem, że nawet całe zbiory Ermitażu, nie są tak fascynujące jak ty. - lewu kącik ust uniósł się delikatnie ku górze we flirciarskim uśmiechu, ale to by było na tyle. Ten jeden malutki gest.
W końcu Aristov wrócił do poprzedniej pozycji, opierając plecy wygodnie o oparcie. Ten jej, prawie że, niewinny uśmiech tylko bardziej utwierdził go w przekonaniu, że ta gra jest jedną z ciekawszych jakie prowadził od dłuższego czasu. Już nie tylko interesy trzymały go w tym pomieszczeniu, a właśnie ta gra między nimi. Nawet jeśli Victoria nie zgodzi się na jego propozycję, to czas ten nie będzie całkowicie stracony.
-"Służyć"? Oh w niczym. Możesz jednak pomóc mi, oraz swojej kieszeni. Bo widzisz Victorio potrzebowałbym eliksiru. Wyjątkowo silnego remedium na... Może jednak zacznę od początku. Jeden z moich znajomych, odkrył że pewna kobieta wlewa w niego dość silny eliksir miłosny. Z zasady nie wchodzę z butami w czyjeś sprawy miłosne, ale ten "znajomy", obiecał wynagrodzić mnie za moje starania. Najwidoczniej jestem jedyną osobą, której może z tym zaufać. I uprzedzając pytanie, nie. Nie jest w stanie skonfrontować się z tą kobietą. Nie pytaj mnie czemu. Łatwiej byłoby po prostu postawić sprawę jasno. Jednak... Sam nie znam sie ani odrobinę na eliksirach i remediach. Pocztą pantoflową trafiłem jednak na Ciebie, całe szczęście.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#9
12.01.2026, 21:56  ✶  

Czarna magia zostawiała trwałe ślady. Poza tym, że dusza ulegała rozpadowi, ciągnął się za nią smród, niczym ten papierosowy. Osiadał na czarodzieju, który rzucał mroczne zaklęcia, osiadał na kamieniu brukowym, na murach domów, wypalał się w ziemi. Czy więc używanie tych zaklęć było dobre… Ogół społeczeństwa powiedziałby pewnie, że absolutnie nie. Ale Victoria widziała w tym możliwość większego dobra, tylko że tych opcji nie było zbyt wiele. Sama zresztą rozumiała pewne postulaty, jakie wygłosił Voldemort, nie zgadzała się za to z metodami. Ani ze wszystkim, co ten czarnoksiężnik mówił. Powody? Może i miał powody, ale czy one go usprawiedliwiały? Czy musiał wyżywać swoją złość i nienawiść nawet na ludziach, którzy dotąd o nim nie słyszeli? I… co przyniesie im przyszłość? Czy to miał być tylko przejściowy etap, który zostanie zduszony w zarodku, czy ten ogień rebelii zagorzeje mocny i bolesny?

Victoria nie bała się jednak żadnego ognia. Ona wkładała ręce w płomienie i czuła tylko ich kojące ciepło. Siostry Lestrange nie mogły w końcu zapłonąć.

– Źle? Nie – choć teraz wyłożył jedną z kart na stół i od razu ją odkrył, bo faktycznie ta krótka pogawędka o pogodzie została wręcz wyrzucona i w mig zapomniana. – Byłoby życiem odrobinę spokojniejszym, może nieco bardziej… stabilnym – odparła uprzejmie i uśmiechnęła się nieznacznie, mówiąc jak najbardziej z własnego doświadczenia. Nawet jeśli było to pytanie retoryczne, to jak zwykle nie potrafiła się powstrzymać przed odpowiedzią.

– Czysto teoretycznie – Victoria zastanowiła się, znowu nieco bezwiednie wprawiając w ruch złocisty płyn w szklance, którą nadal trzymała w dłoni. – Pewnie spróbowałabym we Francji i dopełniła rodzinnej tradycji – zaśmiała się krótko, cicho. – A może wybrałabym Stany Zjednoczone. Jedno z dwóch, nie wiem które bardziej – pewnie zależałoby to od stopnia, jak bardzo chciałaby z Anglii wyjechać, jak bardzo uciec: czy gdzieś bliżej, czy gdzieś dalej. Lecz było to rzeczywiście mocno teoretyczne zagadnienie, bo Lestrange nigdy o tym nie myślała, nie było jej to potrzebne do szczęścia. – Czemu więc wyjechałeś, jeśli to nie jest zbyt prywatne pytanie? – nie wątpiła, że Rosja miała coś do zaoferowania, chyba każde miejsce na ziemi miało, pytanie tylko, czy dla danej jednostki. Coś jednak musiało się wydarzyć w życiu Alexandra, że ten był teraz tutaj, w Wielkiej Brytanii i jakoś układał tutaj swoje życie. Nie zamierzała naciskać, to było tylko zagajenie.

Lekka zmarszczka pojawiła się pomiędzy ciemnymi brwiami i Victoria przekrzywiła głowę, spoglądając z uwagą na Alexandra. Dostrzegła w nim pewną zmianę, gdy mówił o Rosjanach. Czy wyczuwała w nim gorycz? Czy to to usłyszała w tym śmiechu? Czy to rozpoznała w mimice? A potem leciutko pokręciła głową, jakby bardziej do siebie, niż do niego.

– W takich momentach trzeba zapytać, czy w ogóle wiedzą czym jest komunizm. Jakoś trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek tutaj się przejmuje takimi sprawami, to nigdy nie miało miejsca w Anglii – w sensie nie było tutaj komunizmu. Były próby, ale nigdy nie zyskały poparcia, ale to nie było coś, na czym znała się Victoria. – Do mnie też tak czasami mówią. Coś o, hm… wypierdalaniu i suce w mundurze – czasami trudno było uwierzyć, że takie brzydkie słowa wychodzą z jej ust, lecz w prywatnych rozmowach działo się to w jej wykonaniu rzadko. W pracy? W pracy częściej, ale czasami różne środowiska wymagały dopasowania języka. Zwłaszcza jak się kogoś łapało. Szło na patrol na Nokturn i pluto pod nogi. Bo trzeba było kogoś aresztować. Mówili o niej różne rzeczy, inne, również na wzgląd na ładną buźkę, tego jednak powtarzać nie zamierzała. – Nie warto się przejmować. Psy szczekają, karawana jedzie dalej – machnęłaby dłonią, na jednej ręce się jednak opierała, a w drugiej trzymała szklankę, wydęła więc bardzo krótko usta. – Tak chyba jest wszędzie? To znaczy tak zgaduję. Jednym się przeszkadza, jednym wręcz przeciwnie. Wystarczy mieć grupkę znajomych, kontakty i życie samo płynie do przodu – Alexander kontakty miał, w końcu bez nich nie trafiłby do niej, a jak ze znajomymi? Zwykle ci prędzej czy później znajdywali się sami. I tak to jakoś szło. Gładko. – W takim razie życzę ci, by nastał ten dzień, że nazwiesz Wyspy Brytyjskie swoim domem. Żeby to było szybciej niż później – i z tymi słowami uniosła szklankę raz jeszcze, w niemym toaście i wypiła kolejnego łyka ognistej. Rzadko pijała tak mocny alkohol, ale czasami miała ochotę, a teraz czuła jak trunek pali ją w gardło, jak ciepło lekko uderza w ten zimny dzień.

Uśmiechnęła się lekko pod nosem, nie zamierzała zaprzeczać, ani potwierdzać. Widzieli się pierwszy raz na oczy, byłoby więc głupotą z jej strony, by zgadzać się na jakieś wyjazdy za granicę. Nie wiedziała, z jakim człowiekiem miała tu do czynienia, tak jak on raczej niewiele wiedział o niej. Plotki to jedno – rzadko pokrywały się z prawdą tak do końca, nie oddawały rzeczywistości w pełni. A Victoria była kobietą ostrożną, rozważną, twardo stąpającą po ziemi, którą sobie tak ukochała. Bo gdyby przyrównać ją do żywiołu, to ludzie najczęściej wybierali właśnie ziemię. Gdyby miała wybór, dokonałaby takiego samego, lecz prawda była taka, że pod tym spokojnym spojrzeniem, zdystansowaniem i pozornym chłodem, czaił się ogień, który płynął w jej żyłach, nie czyniąc żadnej krzywdy. Nie kojarzyła się jednak z ogniem, bo nie była na pierwszy rzut oka taka temperamentna, ale to tam było… pod powierzchnią.

A potem uśmiechnęła się raz jeszcze. Zgadywała, że Alexandrowi chodzi o jej urodę, której była świadoma i nawet jeśli było to na pewien sposób płytkie i próżne, to która kobieta nie lubiła się podobać? Nawet jeśli ona sama uważała, że to to, co ma się w głowie, tworzy prawdziwe przyciąganie. A przynajmniej dla niej.

–  Dziękuję za komplement – odpowiedziała i leciutko skłoniła głowę. – Choć nie znamy się za długo – puściła do niego oko , dając znać, że nie mówi tu przy tym na poważnie i poruszyła się, zmieniając nogę założoną na nogę, przerywając przy tym ten pojedynek na spojrzenia bardzo… płynnie. Gładko. Niby przypadkowo.

W trakcie jego opowieści wyraz jej twarzy zmienił się. Z psotliwego uśmieszku stał się skupiony, bo słuchała Alexandra uważnie i tryby w jej głowie bardzo szybko zaczęły działać, same z siebie. Zagadka. Lubiła zagadki, lubiła je rozwikływać, lubiła wymyślać nowe rozwiązania, lubiła eksperymentować. Te eliksiry – nie robiła tego dla pieniędzy, tych miała dużo. Robiła to, bo zwyczajnie sprawiało jej to przyjemność i dawało odprężenie, którego nie każdy był w stanie zrozumieć. To był dla niej też test samej siebie: czy podoła. I możliwość rozwoju.

– Czyli amortencja – odparła z zastanowieniem, gdzieś po drodze odłożywszy szklankę na stolik i teraz z zamyśleniem postukała opuszkiem palca w usta. – Mieliśmy tu kiedyś w Anglii cały skandal z rodziną cukierników, którzy dodawali do swoich czekoladek amortencję – powiedziała i uśmiechnęła się lekko, bo to brzmiało jak straszna bzdura, choć było prawdą i cukiernia McKinnonów splajtowała. – Osoba, która podała ją twojemu znajomemu już musiała popełnić przynajmniej jeden błąd, skoro zdążył odzyskać zmysły na tyle, że poprosił o pomoc. Zwykle trzeba podawać ją w odpowiednich dawkach i to ciągle. Codziennie. Obsunięcie godzin podania eliksiru powoduje, że ten traci moc… aż do przyjęcia kolejnej pełnej dawki – wiedziała, że nie musiała tego mówić, ale sama czuła potrzebę wyjaśnienia o czym tutaj mówią i na czym stoją. Czy Alexander do tej pory zastanawiał się, czy w ogóle trafił pod właściwy adres? Czy ta kobieta w ogóle znała się na eliksirach, gdy chodziła ubrana jak na jakiś bal? Może. Nie zamierzała wnikać w to, dlaczego ten mężczyzna nie zwiał przy pierwszej nadarzającej się okazji, bo to nie był jej problem ani jej sprawa. Alexander chciał jakieś remedium na to i mogła mu takie uwarzyć – była o tym przekonana. Milczała jeszcze przez chwilę, po jej oczach było widać, że zastanawia się, patrzyła teraz w bok, patrząc to na szafkę, to na ścianę, to na drzwi, choć wcale ich nie widziała. A w końcu jej ciemne spojrzenie ponownie utkwiła w Alexandrze. – Mogę przygotować coś, co powinno zadziałać jako kontra dla amortencji. Zapewne kilka dawek, żeby jakoś go z tego wyrwać i przynajmniej na jakiś czas zablokować to, co podaje mu ta kobieta. Ale to będzie… podchwytliwe. Nie uwarzenie tego, chociaż może trochę tak, tylko samo podanie mu tego. Bo kiedy jest się pod wpływem amortencji, to nie chce się przyjmować do wiadomości żadnych złych rzeczy na temat obiektu swojej… emmm… miłości.

Kolorowy ptak
Umrzesz ty. Umrą wszyscy bliscy twoi. Potęgi upadną. Jedno tylko żyć będzie przez wieki - poległych wojenna chwała.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód

Alexander Aristov
#10
14.01.2026, 14:37  ✶  
Więc czy Alexander śmierdział? Czy w ten oto sposób Alexander został naznaczony przez czarną magię? Jeśli tak to czy tego "smrodu" dało się w jakiś sposób pozbyć? Czy dało się naprawić duszę, po tym jak już uszkodził się ją, stosując czarnomagiczne zaklęcia? Było tak wiele pytań, a żadnej odpowiedzi. Gdyby tylko Alexander znał kogoś, kto byłby w stanie odpowiedzieć na te pytania. Gdy ktokolwiek mógł wytłumaczyć co się działo z duszą i jak naprawić. Może powinien udać się do jakiegoś kościoła? Katolickiego? Protestanckiego? A może jeszcze jakiegoś innego?
Czysto teoretycznie. No bo przecież nikt nie chciał zostawiać za sobą wszystkiego co znał. Nikt nie chciał porzucać swojego dawnego życia, tego co zbudowało się ciężką pracą i własnymi rękoma. I nieważne jak straszne było życie, niewiele osób było w stanie porzucić je i wyruszyć w zupełnie nieznane miejsce, aby zacząć coś nowego. Coś... magicznego.
-Jeśli moje życie skomplikuje się, tak że będę w stanie go znieść, a ty będziesz chciała porzucić to wszystko i wyjechać, wyjedziemy razem do Stanów, albo do Francji. Albo w ogóle do Włoch.
Alexander machnął dłonią, jakby cały świat stał dla nich otworem, bo w zasadzie stał. Mogli być kimkolwiek chcieli. I to było w zasadzie piękne. Możliwość zmiany. Widać, było, że Alexander zatracił się na moment w myślach, jakby smakując w ustach słowa, które miał zamiar wypowiedzieć.
-Wszystko znika. Wszystko znika nagle, niczym oddech na szybie. Pomyśl o tym, Victorio, wszyscy się zmieniamy. Przez całe swoje życie jesteśmy innymi ludźmi. I to ma sens. Bo musimy się zmieniać, musimy się rozwijać. Jednak nie możesz zapominać kim byłaś wcześniej, nie możesz zapominać o tym, jakie decyzje doprowadziły Cię do tego kim jesteś dzisiaj. - czy była to odpowiedź na jej pytanie? Oczywiście, że nie. Czy miało to jakiś sens? Dla niej mogło, by kompletnie wyciągnięte z kapelusza, jednak dla Alexandra miało. Bo jeśli to nie te decyzje, jego i innych, doprowadziły do tego, że dzisiaj mieszkał w Anglii, że siedział u niej w domu, popijając ognistą, to co innego? Przeznaczenie? Nie istniało dla niego coś takiego jak przeznaczenie.
-Wybacz jeśli czasem mówię bez sensu. Nie zdarza mi się to zbyt często. Wracając jednak do twojego pytania, wolałbym jednak, aby na razie pozostało to tylko w domysłach. - powiedział to spokojnie, choć na jego ustach zawitał delikatny uśmieszek. Może coś na kształt wyzwania, zakwitło na jego twarzy. Może chciał ją sprowokować, a może nie miał żadnego podobnego celu. Może to, tak jak wszystko co się działo między nimi od jakiegoś czasu, było tylko zwykłą grą?
-Suka w mundurze? Jeśli już to bardziej wilk w owczej skórze. I to muszę przyznać, że podoba mi się takie owcze futerko. - zaśmiał się cicho, rzucając to tak frywolnie, jakby robił to na co dzień. Bo w końcu robienie interesów to głównie oczarowywanie swojego rozmówcy. I nie chodzi tutaj o rzucanie zaklęć, które mogłyby na nią wpłynąć, a zwyczajne złote usta. Które Alexander ćwiczył. -Nie przejmuję się tym co o mnie mówią. Niech gadają. Nieważne co mówią, ważne że mówią. - po tych słowach Alexander uśmiechnął się czarująco, jednak coś kryło się pod tym uśmiechem. Jakaś niewypowiedziana groźba. Oczywiście nie w jej stronę.
Nie znał jej... jeszcze, więc nie mógł stwierdzić jak ją określić. Wodą? Ogniem? Ziemią? A może jeszcze jakąś pochodną? Możliwe, że stąpała twardo po ziemi, możliwe że miała też w sobie coś z ognia. A może nawet wody? Może była jak niebezpieczny nurt rzeki, do którego możesz wejść, ale w momencie gdy staniesz się nieostrożny, pochłonie Cię, zabierze ze sobą. Mogła być tym wszystkim, a Alexander nie mógł się doczekać, aby jak najszybciej doświadczyć tego na swojej skórze. Chciał się przekonać, co kryło się pod tą gładką skórą. Pod tymi delikatnymi wargami.
- Nie trzeba kogoś znać, aby dostrzec jego urodę. Tak jak nie muszę znać Rafaela Santi, aby podziwiać jego dzieła. Nie muszę znać Da Vinciego, aby podobała mi się Mona Lisa. Tu jest podobnie. - i tak jak bardzo chciał ją poznać, dowiedzieć się jakie demony trzyma w szafie, albo co lubi, czego pożąda, tak samo chciał widzieć jej więcej. Oglądać jej uśmiech, jej oczy. Jeśli miało to w ogóle jakiś sens. Ale czy musiało?
Wzruszył więc tylko ramionami, jednocześnie do swoich myśli i do wypowiedzi, którą właśnie zakończył. Mogło być to dziwne, że tak komplementował kobietę, którą spotykał pierwszy raz, ale tak jak wcześniej już Alexander wspomniał, szukał tego dreszczyku emocji nawet w najdrobniejszych rzeczach, a co dostarczy więcej emocji, niż niewinny flirt w nowo poznaną osobą? Zwłaszcza, że prezentowała się wspaniale w tej sukni. Po chwili jednak Alexander wstał powoli, odwracając się plecami do Victorii, aby podejść do okna, za którym dość mocno śnieżyło. Jedną dłoń wsadził do kieszeni swoich spodni, drugą nadal trzymał zaciśniętą na szklance z alkoholem. Ah, szkoda, że ten nie uzupełniał się sam, gdy była taka potrzeba.
-W moich rodzinnych stronach wszystkie eliksiry są pod ścisłą kontrolą. Była jedna taka kobieta, która nielegalnie zajmowała się produkcją. Zwłaszcza trucizn. Nazywaliśmy ją "Баба-Яга", była stara pomarszczona, zupełnie jakby żyła z dwieście lat. Wszyscy o niej wiedzieli, ale nikt nie miał odwagi zakazać jej tego czym się zajmowała. Niektórzy mówili, że niektórzy wysoko postawieni czarodzieje kupowali u niej trucizny, aby wykańczać politycznych przeciwników. - głos Alexandra był spokojny, wciąż stał do niej tyłem, jak zahipnotyzowany patrzył na padający śnieg. Zapowiadała się sroga zima tego roku. Wyjątkowo dużo padało tego śniegu. -To wystarczyło, aby skutecznie zaaplikować mi wstręt do eliksirów. Jednak teraz, kiedy widzę Ciebie, tak różną od tamten kobiety... No cóż. Może eliksiry nie są wcale takie złe?
Aristov zaśmiał się, powoli odwracając się do niej. Może i był trochę niegrzeczny, wpatrując się gdzieś indziej, a nie na swojego rozmówcę, ale po tym jak cięty, jeszcze przed chwilą, był ich pojedynek wzrokowy, Alexander chciał dać jej nieco odpocząć od tego jego wgapiania się w nią. Jeszcze by pomyślała, że zachowuje się jak jakiś psychol, komplementując ją i wpatrując się jak w jakiś skarb.
-Oh. Podanie zostaw mi. Dostałem pozwolenie na... hm... Zastosowanie bezpośrednich środków. przymusu. Podanie nie powinno być żadnym problemem. Nigdy nie byłem pod wpływem żadnego eliksiru miłosnego. Czasem zastanawiam się jakie to uczucie? Czuć motyle w brzuchu? A może czujesz się jak obcy w swoim ciele? A może nie czuć zupełnie nic, tylko twój organizm reaguje tak skrajnie?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Aristov (7592), Victoria Lestrange (7866)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa