- Nie jest ci zimno? - zapytał ni stąd ni zowąd, przyglądając się przez moment Victorii. Musiało być, przecież była babą, bo jemu na pewno nie było. Śnieżne zaspy piętrzyły się jednak na krawędziach chodników, a biały puch chrzęścił pod podeszwami butów. No... może już nie był biały, po tym przeszły po nich setki stóp, zamiast tego przybierając brązowawy kolor, ale zimno trzymało na tyle by nie dać mu się roztopić. Nosy marzły, mróz szczypał w policzki, a mimo tego ludzie wciąż tłumnie krzątali się po placu na środku Pokątnej.
Może byłoby mu cieplej bardziej komfortowo, gdyby nie wyciągnął parę chwil temu papierosów i nie ściskał teraz jednego między palcami, czując jak dłoń powoli grabieje. Ale był dzielny, bo nałóg nie wybierał miejsca ani godziny, a przede wszystkim to szli teraz po Pokątnej w konkretnym celu.
Nie minęło dużo czasu od Yule by okazało się, że sprzedawane jeszcze nie tak dawno na placu bombki, ktoś doprawił czarami. Ale nie tymi ładnymi, które poruszały znajdującymi się na nich malunkami, albo sprawiały że przybierały kształty twoich własnych marzeń. Nie, nie. Te podobno kradły dzieci. Atreus nie był do końca pewien jak konkretnie osiągały ten cel, ale przede wszystkim - znikały razem z pociechami, które zabierały je ze sobą i wychodziły prosto w śnieżyce i zawieruchę. Szli więc teraz od jednego domu, po przepytaniu rodziców, do drugiego - na piechotę, bo nie była to duża odległość, a on bardzo chciał zapalić.