Od czarnoksiężników czuć było czarną magię, gdy używali zaklęć, gdy ta magia miała szansę osiąść na skórze, na ubraniach, przeniknąć przez sploty materiału… Można było ją zamaskować paląc papierosy, w końcu zapach był bardzo podobny i zachowywał się podobnie: utrzymywał na ciele i człowieku, aż się jej nie zmyło. Wystarczyło więc tylko… umyć się dokładnie po rzuceniu czarnomagicznego zaklęcia i problem z głowy, tak? W zasadzie to tak. Tylko, że im bardziej zepsutym się było, tym bardziej chciało się tej magii używać, tym mniejsze miało się opory, więc przy kolejnym takim zaklęciu smród znowu osiadał na człowieku, dopóki się go nie zmyło… To było jak takie perpetuum mobile. Czy więc Alexander pachniał czarną magią? Victoria nic od niego nie czuła, wyglądał na zadbanego człowieka, który nie bał się mydła, a jeśli miał coś na sumieniu, to wiedział jak się tego okropnego zapachu pozbyć. A jeśli bał się o swoją duszę… cóż, kowen Whitecroft modlący się do Pani Księżyca, wielkiej Matki z pewnością ucieszyłby się, że mają kolejną osobę, którą mogą edukować i poprowadzić do światła. Victoria jednak nie była przesadnie religijna, nie pozwalał jej na to jej racjonalny umysł, który musiał na własne oczy zobaczyć, poczuć, dotknąć czegoś, by uwierzyć. Matka zaś, i nauki o Limbo i innych cyklach brzmiały dla niej trochę jak bajki, chociaż dzielnie oddawała się tradycji i świętowała podczas sabatów, zwłaszcza jeśli chodziło o Yule w grudniu.
– Cóż, w grupie na pewno jest raźniej, niż w pojedynkę – odparła, ni to się zgadzając, ni to zaprzeczając tej bardzo śmiałej propozycji, jaką Alexander rzucił. O ile to była propozycja, a nie zlepek słów mający podtrzymać rozmowę.
– Jesteśmy sumą naszych doświadczeń i wyborów, oraz doświadczeń i wyborów ludzi, którzy nas wychowali i ukształtowali – powiedziała po chwili w odpowiedzi na jego słowa, pozornie wyrwane z kontekstu, ale Victoria zrozumiała z tego tyle, że coś stało się w jego przeszłości, co kazało mu lub zmusiło go do wyjazdu. Uśmiechnęła się do niego po chwili. – W porządku, nie będę dopytywać. Ale nie mówisz bez sensu – miało to więcej sensu, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka, albo to może po prostu ona się go tam doszukiwała lub rozumiała z tego więcej, niż zostało w ogóle powiedziane.
– Nie ma ze mnie nic z owieczki, Alexandrze – powiedziała spokojnie, a malutki uśmieszek ciągle gdzieś tam kręcił się na linii jej ust. – A w mundurze, bo w pracy obowiązują mnie zasady, również ubioru. Zaś ludzie, którzy mają coś na sumieniu, gdy przyłapie się ich na gorącym uczynku i zaświeci odznaką, zwykli tego bardzo nie lubić, bo rzadko który ma w sobie na tyle pokory, by przyznać się do błędu i nie próbować go popełnić drugi raz – nie wiedziała, czy osoby lub osoba, które go do niej skierowały, poinformowały go, że na co dzień żyła z bycia stróżem prawa. Że przez kilka lat przywdziewała szary mundur brygadzistki z brygady uderzeniowej Ministerstwa, a teraz nosiła czarne szaty aurora, choć nadal takiego w trakcie szkolenia, egzamin czekał ją za rok. Jednak ludzie, których aresztowała, nie byli zadowoleni, nazywano funkcjonariuszy psami, a ona była suką – zawsze przewracała na to tylko oczami. Aristov nie miał się jednak o co bać, wszak potrzebował pomocy kogoś, kto znał się na eliksirach, a ją szczegóły nie bardzo interesowały. – Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza – dodała jeszcze, mając na myśli właśnie swój zawód.
– To tylko fasada – wyglądała na niezrażoną i nieprzejętą tym, że Alexander ocenia jej powierzchowność, opakowaniem dla mózgu i duszy, skądinąd ładnym, dla niektórym może pięknym. Lubiła jednak o sobie myśleć jako o osobie, która jest warta więcej niż to piękne lico, które otrzymała w genach głównie po swojej cholernej matce. – Skąd wiesz, może skrywa w sobie pokręcony umysł wariatki i duszę tak wykrzywioną, że nie ma w sobie już nic z piękna, które widzisz? – drażniła się z nim, widać to było w tych lekko rozszerzonych, dużych ciemnych oczach i ciągle tym uśmieszku na jej pełnych ustach. – Ale na razie zadowolę się tym, że jestem miła dla twojego oka.
Upiła kolejny łyk ognistej i z lekkim zaskoczeniem przyjęła, że Alexander wstał, odwracając się teraz do okna. Nie miała nic przeciwko, tak też mogli rozmawiać, przyglądała mu się teraz w uwagą, jego sylwetce, temu jak koszula układa się na jego ciele, jak trzyma rękę w kieszeni.
– Tam, gdzie coś jest pod ścisłą kontrolą, zawsze musi się wytworzyć czarny rynek. Ludzie nie lubią zakazów – stwierdziła po wysłuchaniu jego historii o starej trucicielce. – Eliksiry to subtelna sztuka, ścisła nauka, która pozwala na wiele. Bez magii eliksirów nie byłoby lekarstw, uzdrowiciele byliby bezsilni. Nie byłoby maści, które mogą zagoić rany i szpecące blizny. Nie byłoby mikstur, które mogą ściągnąć człowieka z krawędzi śmierci. W eliksirach można zakląć prawdę, miłość, śmierć i życie, Alexandrze. Jest jak każde inne narzędzie. Nóż może przynieść śmierć, ale może też uratować życie i z eliksirami jest dokładnie tak samo – mówiła o tym tak, jakby to była jakaś poezja, lecz była to jedynie sama prawda, którą przyswoiła bardzo szybko. – Ale nie każdy potrafi się zachwycać dźwiękiem bulgocącego kotła, tak jak nie każdy docenia ciężar dobrze wyważonego, kunsztownie wykonanego noża – nie miała więc za złe nikomu, że nie dostrzegał w eliksirach tego, co ona.
Kiwnęła głową, bo nie zamierzała dopytywać o szczegóły. Nie interesowało ją jak poda to temu mężczyźnie, ani kim on był, nie było to dla niej w żaden sposób ważne. Uznała zwyczajnie, że Alexander powinien wiedzieć z czym będzie się mierzyć.
– W porządku. Będę potrzebowała trochę czasu, żeby to uwarzyć. Czy twój znajomy ma jakieś uczulenia? To znaczy o ile o czymkolwiek wiesz, będę musiała to uwzględnić, jeśli coś mu szkodzi – musiała o to zapytać, choć miała nadzieję, że będzie mogła stworzyć ten eliksir z dowolnych składników. – Co do bycia pod wpływem eliksiru… Uwierz mi, raczej byś nie chciał. Amortencja… ogłupia. Jest się bezsprzecznie zakochanym w osobie, która ten eliksir podała, czy raczej wpada się w obsesję na jej punkcie. To działa na psychikę, na ciało również, bo ono na nią reaguje. Nie wiesz o tym, że coś jest nie w porządku, wręcz przeciwnie, uważasz, ze wszystko jest w jak najlepszym i że wszystko jest tak, jak powinno być. To… cholernie niebezpieczny eliksir, bo miesza w percepcji jak mało co. Nie życzę nikomu być pod jej wpływem – a problem z amortencją był też taki, że im dłużej „leżakowała”, tym silniejsza się stawała.