Wyglądało na to, że gdy ostatni McClivertowie zdali sobie sprawę z tego, że nie pokonają kwintoped, część z nich umknęła z zamku i mogła szukać schronienia w latarni morskiej – i że Cormac mógł wyruszyć tam ich śladem.
Drugą możliwością zaś były podziemia. Duch, zapętlony w chwilach tuż przed swoją śmiercią, odtwarzający je bez końca, może bo chciał, może bo musiał, sprawił, że Dora natknęła się na wejście, a Thomas mógł stwierdzić, że Cormac i Finn prawdopodobnie też tu dotarli. W notatniku, znalezionym w pracowni, znajdowały się zapiski, które w połączeniu z tym, co robił duch, sprawiały, że osoba wiedząca co nieco o runach miała możliwość otworzenia przejścia.
Nie mieli czasu z wielu względów – na ląd wzywała ich praca i sprawy Zakonu, jedna kwintopeda już odkryła, że w zamku są ludzie i nie chcieli czekać, czy wkrótce inne będą podążać jej śladem, a Cormac i Finn, jeśli jeszcze żyli, mogli być w tarapatach. Pozostawało się rozdzielić: sprawdzić latarnię i podziemia.
Wejście do, prawdopodobnie, laboratorium, znajdowało się na dolnej kondygnacji. W powietrzu unosiła się woń wilgoci i pleśni, na ziemi w jego pobliżu wciąż leżały szczątki kobiety, która szukała tu schronienia przed potworami. Po tak długim czasie pozostały po niej ledwo kości. Strzępy gobelinu, niegdyś wspaniałego, porzucono blisko ściany – nie dało się już zobaczyć, co przedstawiał, mogli jedynie zgadywać, że być może był to herb klanu i zawieszono go tu, by zasłaniał znaki, kiedyś pewnie dobrze widoczne na ścianie.
Kamienie, naciśnięte w odpowiedni sposób, po uzupełnieniu kilku symboli za instrukcjami z notatnika, zapadały się, aż w końcu ujawniło się przejście.
/odpisy do godziny 9.00, 19.01/