• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence

[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
19.01.2026, 14:05  ✶  
13.10.1972 noc

Tak właściwie to nie do końca wiedziała kiedy się położyła. Alkohol wypity przez nią po południu nieco namieszał jej w głowie, nie tak, żeby nie pamiętała rozmowy, którą wcześniej odbyli, a jednak nie do końca było jej dane stwierdzić kiedy właściwie się położyła. Spała jak kamień, jak na to, jak potoczył się ten dzień to nie było tak całkiem oczywiste.

Przebudziła się w środku nocy, wtedy dotarło do niej, że pościel jest zimna, poduszka wydawała się nietknięta, a jej męża nie było tuż obok. Benjy musiał wyjść z domu jakiś czas wcześniej, nie obudził jej, może próbował, ale mogła być nieco za bardzo pogrążona we śnie. Poprzedni dzień okropnie ją zmęczył.

Światło latarni przebijało się przez szyby, było jedynym źródłem światła w sypialni. Przetarła oczy, dość szybko przyzwyczaiła wzrok do tego półmroku, który panował w pomieszczeniu. Dostrzegła kartkę, zapisek zostawiony pewnie w pośpiechu. Wzięła go w dłoń i zerknęła na treść.

Odetchnęła głęboko. To nic wielkiego, Benjy zostawił jej informację o tym, że dostał zlecenie niecierpiące zwłoki. Miała świadomość, jak to u niego wyglądała, wiedziała na co się pisze, nie miał takiej wygody jak ona, jego czas pracy był nienormowany. Nocą potwory, czy klątwy pokazywały swoje twarze.

Nie zamierzała jednak wracać do łóżka. Nie mogłaby tak sobie zasnąć mając świadomość, że on gdzieś się tam teraz plącze, na coś poluje, albo z czymś walczy. Nie byłaby w stanie zasnąć.

Kiedy wyszła spod kołdry, mała czarna kulka się poruszyła. Musiała obudzić kota, co zwiastowało też ciche miauknięcie. Pogłaskała go, kiedy znalazła się na brzegu łóżka. Nie chciała przeszkodzić zwierzakowi we śnie, zrobiła to przypadkiem. Zielone ślepia wpatrywały się w nią intensywnie, chyba nie był z tego powodu szczególnie zadowolony.

Nie zamierzała siedzieć w sypialni, towarzyszyło jej jakieś dziwne przeczucie. Niepokój, który tkwił gdzieś głęboko, ciężar na żołądku. Nie wiedziała skąd się wzięło, miała jednak wrażenie, że coś jest nie tak, oby się myliła. Powoli zeszła po schodach, znalazła się w kuchni, w której postanowiła sobie zrobić herbatę, wiedziała, że ranek się zbliżał, nie miała pojęcia o której wyszedł Benjy, ale czy nie powinien już wrócić? Nie wiedziała, nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, z czym miał się mierzyć. Nie wątpiła w jego umiejętności, był specjalistą w swoich dziedzinach, podczas swojego życia radził sobie z naprawdę trudnymi przypadkami, nie byłaby jednak sobą, gdyby się o niego martwiła.

Rozsiadła się w welurowym fotelu, tuż przy niewielkim stoliku na którym postawiła herbatę. Okryła się kocem, a w jej dłoni znalazła się książka, chciała czymś zająć ręcę i głowę, a w ten sposób czas minie jej szybciej. Nie, żeby do końca mogła się skupić na tym, co było napisane. Jej myśli odruchowo wędrowały w stronę ukochanego.

Cichy stukot dobiegł do jej uszu ze strony schodów, spodziewała się kto może za tym stać; mała, czarna kulka postanowiła wdrapać się na jej kolana. Prue pogłaskała kota, kiedy ten wygodnie układał się na jej ciele. Najwyraźniej zamierzał jej towarzyszyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
19.01.2026, 19:08  ✶  
Piątek trzynastego miał w sobie ciężar, którego nie dało się zignorować, nawet jeśli ktoś całe życie udawał, że daty nic nie znaczą. Pchnąłem furtkę z tyłu domu - zaskrzypiała cicho, a ja wzdrygnąłem się, jakby ten dźwięk miał obudzić pół dzielnicy. Oczy miałem ciężkie, zmęczone bardziej, niż chciałem przyznać, adrenalina niosła mnie aż tutaj, ale teraz opadła, zostawiając po sobie pustkę, czułem metaliczny posmak w ustach, gardło miałem tak suche, że przełknięcie śliny graniczyło z cudem. Broń wciąż trzymałem przy sobie, instynkt nie odpuszczał nawet teraz, chociaż całe ciało krzyczało, żebym ją odłożył i położył się gdziekolwiek.
Zamiast bliżej wejścia do domu, wylądowałem na wilgotnej ziemi, przy samej linii granicznej trawnika z niewielkim sadem - tam gdzie ogród przechodził w cień starych, bezlistnych drzew owocowych, z dala od światła i ciepła - noc była gęsta i obojętna, nic dziwnego, w końcu był środek października, tuż przed świtem, który uparcie nie chciał nadejść. Jasna łuna pojawiła się na horyzoncie, ale wciąż było czarno, zwłaszcza na krawędziach wszystkiego, na co spoglądałem. Zawsze byłem precyzyjny, więc to powinno mnie zaniepokoić bardziej, niż faktycznie zaniepokoiło - adrenalina potrafi być przekonująca, niesie, dopóki nagle nie puszcza - wszystko było opóźnione, jakbym poruszał się o sekundę za późno względem własnego ciała. Moje serce biło nierówno, a świat zaczął się lekko rozmywać, tonął w tym charakterystycznym półmroku przed wschodem słońca, w którym trudno było widzieć wszystko wyraźnie. Przez kilkanaście sekund tylko stałem, patrząc przed siebie, w kierunku światła pozostawionego na noc na tyłach domu, zanim nie zrobiło mi się zimno - nie tak zwyczajnie, jesiennie, ale od środka - i przez tę krótką, bolesną chwilę dotarło do mnie, że nie wszystko, co się odnajduje po latach, dostaje tyle czasu, ile powinno. Tego wieczoru mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że wszystko nie skończyło się dramatycznie, było blisko, bliżej niż powinno - odsunąłem od siebie tę myśl, zrzucając to na karby zmęczenia, tego niechcianego rozchwiania spowodowanego ciężką nocą i późną porą, po czym szybkimi krokami ruszyłem w kierunku werandy, do drzwi, które miały mnie wpuścić do domu.
Otwarcie drzwi zajęło mi to dłużej, niż powinno, zamek stawiał opór, jakby wyczuwał, że nie jestem w stanie się z nim szarpać, klucz drżał mi w palcach, kilka razy trafiłem obok, metal zadźwięczał zbyt głośno w ciszy. Zastygłem w bezruchu, wstrzymując oddech, nasłuchując, wcale nie dlatego, że świat miał tendencję do przesuwania się o kilka centymetrów w lewo i potrzebowałem odzyskać równowagę, zanim spróbowałem ponownie szarpać się z mechanizmem - wcale. Drzwi w końcu ustąpiły, nie wiedziałem, czy to ja wreszcie trafiłem kluczem, czy zamek się nade mną zlitował - nie pamiętałem momentu, w którym kliknął poprawnie, tylko to, że nagle ciężar drewna przesunął się pod moim naciskiem i znalazłem się w środku, w tej znajomej, ciepłej ciszy, która jeszcze kilka godzin temu była czymś oczywistym. Wsunąłem się do środka bokiem, niemal potykając się o próg, zamykając za sobą drzwi tak ostrożnie, jak tylko potrafiłem. Dom był pogrążony w półmroku, rozciętym jedynie bladą smugą światła z latarni za oknem, ciepło uderzyło mnie w twarz, zbyt nagle, zbyt intensywnie, aż zrobiło mi się słabo. Oparłem się plecami o framugę, pozwalając sobie na sekundę bez ruchu, z zamkniętymi oczami, jakbym tylko zbierał myśli, a nie… Siebie, kiedy świat znowu zafalował. Zatrzymałem się na moment w korytarzu - w lustrze po prawej stronie mignęło moje odbicie, od razu odwróciłem wzrok - nie potrzebowałem na siebie patrzeć, analizować swojego odbicia, aby wiedzieć, że musiałem wyglądać… Źle. Ramiona miałem napięte, jakby nie wiedziały, gdzie się podziać, skórzany płaszcz był podarty, przesiąknięty krwią, która zdążyła już ściemnieć. Na twarzy miałem zaschnięte smugi, we włosach coś się poplątało, były rozczochrane, falowane pasma opadały mi na czoło, zakrywając oczy wilgotno-lepką kurtyną pachnącą ziemią, lasem i zgnilizną.
Przestałem oddychać na moment, aż zawroty głowy trochę odpuściły - zignorowałem to, jak ignoruje się dźwięk zegara w nocy - oparcie futryny, ściany, mebla, czegokolwiek, było tylko drobną pomocą, niczym więcej, przynajmniej w mojej wersji. Dopiero po chwili dotarło do mnie to, że światło, które wziąłem za poświatę latarni, tak naprawdę pochodziło z salonu, skąd sączyło się wąskim pasmem przez uchylone drzwi. W domu było ciepło, nie tylko fizycznie - to był ten rodzaj ciepła, który nie bierze się tylko z ogrzewania, ale z czyjejś obecności, z tego, że ktoś tu naprawdę mieszka, że czeka.
Zobaczyłem ją w salonie, zwiniętą w kocu, z książką w dłoni, której pewnie od dawna nie czytała - jak zawsze robiła ten drobny ruch głową, kiedy była zamyślona - to były rzeczy, które znałem na pamięć, a jednak wciąż mnie zaskakiwały, jakby za każdym razem były nowe - widok, który powinien mnie uspokoić, a zamiast tego coś we mnie ścisnął, tak gwałtownie, że musiałem przełknąć ślinę kilka razy, zanim odważyłem się zrobić krok. Podłoga skrzypnęła minimalnie, ale to wystarczyło, zwierzak pierwszy mnie zauważył, mała, czarna kulka podniosła łeb, zielone oczy błysnęły w półmroku. Zerknąłem na kota, który wpatrywał się we mnie z podejrzliwością, jakby widział więcej, niż powinien - gdy to robiłem, moje ciemnobrązowe oczy musiały wyglądać na mętne, bo świat nie był już ostry.
- Ciii… - Mruknąłem bardziej do niego niż do siebie, chociaż to ja zaburzyłem ciszę, jaka panowała w domu, zachowując się głośniej, niż byłem przyzwyczajony.
- Hej… - Odezwałem się cicho, nawet jak na moje gardło, zbyt chropawo jak na słowo, które miało znaczyć „wróciłem”. Mój głos był chrapliwy, zmęczony, jakby nie należał do mnie, zawsze był niski, ale teraz brzmiał inaczej.
- Pszeplasam, sze tak póśno. Miałem tlochę… Zamieszania. - Dodałem, jakby to było coś zwyczajnego. - Nic, czego bym nie pszelabiał. - Uśmiechnąłem się do żony, instynktownie, tym samym uśmiechem, którym zawsze próbowałem wszystko naprawiać - bagatelizowanie przychodziło mi łatwo, całe życie ćwiczyłem tę sztukę.
Czułem, jak krew ściąga mi skórę na twarzy, jak materiał koszuli klei się do pleców, moje przedramię pulsowało, ale trzymałem je przy sobie, jakby było tylko zdrętwiałe. Najcięższa z broni opierała mi się ciężko o udo, więc odłożyłem ją pod ścianą, wolno, ostrożnie.
- Nie śpisz. - Dodałem, jakby to było największym problemem tej nocy. - Czemu nie śpisz? - Zapytałem łagodnie, jakbym nie wiedział, jak bardzo to pytanie było bez sensu. Chciałem, żeby zobaczyła mnie takim, jakim byłem dla niej zawsze - całym, niezniszczalnym, chociaż tej nocy czułem się bardziej jak ktoś, kto próbuje udawać własne wspomnienie.
- Nic mi nie jest. - Dodałem szybko, zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek, podnosząc dłoń w geście, który miał znaczyć „nic się nie stało”. Głos mi się załamał na moment, więc odchrząknąłem, próbując nadać mu ten lekki, nonszalancki ton, który zawsze stosowałem, kiedy coś było nie tak, to była najstarsza sztuczka świata - uśmiech, półżart, minimalizowanie - uniosłem rękę, jakbym chciał odgarnąć włosy z czoła, ale zatrzymałem się w pół ruchu, przedramię zapiekło ostrzej, więc udawałem, że to był tylko bezsensowny gest.
- Tylko wyglądam jakby mnie ktoś pszeszuł i wypluł. Standald. Wiesz, jak to bywa. - Starałem się, naprawdę, trzymałem głowę prosto, ramiona w linii, oddychałem płytko, żeby nie było słychać, jak bardzo mi to nie wychodziło. Na twarzy miałem zaschniętą krew, na skroni i przy linii włosów, jakby ktoś mnie niezdarnie umazał. Na koszuli widniały ciemniejsze plamy, których nie chciałem zauważyć. Przedramię trzymałem bliżej ciała, jakby to była naturalna poza. Plecy paliły, ale wyprostowałem się, bo przy niej zawsze chciałem wyglądać na silniejszego, niż byłem. - Pójdę się umyś, zmieniś. - Mówiłem dalej, jakby to było oczywiste. - Wszędzie mam tlawę i błoto. Zalas wlócę i pogadamy, okej? - To ostatnie było kłamstwem, ale wypowiedziałem je tak, jakbym wierzył w każde słowo. Mówiłem spokojnie, z tą wyćwiczoną nonszalancją, jakby wracanie w takim stanie było czymś zupełnie zwyczajnym. Słowo „zaraz” było łatwe, bezpieczne - takie, które nie wymagało precyzji, jakby to była tylko kolejna noc, kolejny powrót, kolejny rozdział w książce, którą pisaliśmy wspólnie od niedawna, zbyt szybko, zbyt intensywnie, jakbyśmy próbowali nadrobić coś, czego nikt nam nie obiecał.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
19.01.2026, 21:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2026, 21:11 przez Prudence Fenwick.)  

Być może chodziło o ten dzień. Prudence nie była przesądna, wierzyła w los, czy przeznaczenie, trochę pokrętnie,ale uważała, że istnieje jakaś siła wyższa, która ma coś do powiedzenia. Przesądy nigdy jakoś szczególnie jej nie ruszały, nie przejmowała się nimi jakoś szczególnie. Nie wiązała z piątkiem trzynastego ewentualnych nieszczęść, ale może dzisiaj właśnie o to chodziło. Obudziła się zupełnie znienacka, zerwała w środku nocy, zobaczyła puste miejsce w łóżku, zimną przestrzeń, wpadające światło latarni i poczuła się nieco nieswojo. Nie zakładała, że nie zastanie w łóżku swojego męża, nie spodziewała się takiej ewentualności, szybko dotarło do niej, że musiał wybrać się, aby wykonać jakieś zlecenie. Czuła się więc nieco nieswojo, do tego nachodziły ją jakieś dziwne myśli, że niby nie wierzyła w to, że te daty były jakieś specjalne, to jednak w książkach nie wspominano o nich bez powodu. Piątki trzynastego musiały mieć coś w sobie, skoro większość uważała je za fatum, wolała się na tym teraz nie skupiać, jednak nie do końca potrafiła to zrobić.

Czasem po prostu pojawia się to uczucie, ta świadomość, że coś jest nie tak, że coś złego ma się wydarzyć, i to nie opuszczało Prue odkąd się obudziła.

Jako, że nie zasnęła, i nie miała zasnąć do rana zeszła na dół. Tam łatwiej było oczekiwać nadejścia poranka i pojawienia się Benjy'ego. Nie miała pojęcia o której wyszedł, jednak wydawało jej się, że odezwałby się do niej gdyby zlecenie się przeciągnęło, więc nie mogło to trwać bardzo długo. Na pewno zaraz miał pojawić się w drzwiach, powiedzieć, że wszystko poszło po jego myśli. Nawet przez moment nie starała się myśleć inaczej, bo babcia zawsze wspominała o tym, że połową sukcesu było pozytywne myślenie, afirmacja, jak zwał tak zwał, więc powtarzała sobie w głowie, że już za chwilę na pewno stanie w progu, z tym swoim uśmiechem na twarzy, i wszystko będzie w porządku.

Zawiesiła się na moment, próbowała sięgać w głowie po jakieś statystyki związane z tą charakterystyczną datą, piątki trzynastego zdarzały się zazwyczaj dwa lub trzy razy w roku, tak naprawdę nie było pewności co do tego, że faktycznie przynosiły pecha, próbowała dogrzebać się do wszystkich artykułów, które czytała na ten temat. Oczywiście, że robiła to w swojej głowie. Jej choroba powodowała, że była trochę jak chodząca encyklopedia. Wyłączyła się więc na moment. Trzymała książkę w jednej dłoni, drugą dłonią odruchowo głaskała kota, był to gest mechaniczny, nie panowała nad tym.

Przez to, że była tak skupiona na grzebaniu w swojej głowie, wyszukiwaniu kolejnych wspomnień, które miały jej pokazać chociaż skrawki informacji, które przeczytała nie usłyszała tej walki Benjy'ego zamkiem, która odbywała się gdzieś za drzwiami. Inaczej pewnie wstałaby, sprawdziła co się dzieje, w tej sytuacji jednak nawet nie usłyszała, że krzątał się już w ogrodzie, że zaraz miał wrócić do domu. Gdy Prue gubiła się w swoich myślach nie do końca panowała nad tym, co działo się wokół niej, odpływała, niby jej ciało znajdowało się dokładnie w tym miejscu, ale umysł był gdzieś indziej. Nie reagowała więc na większość bodźców zewnętrznych, nie skupiała się na słuchaniu otoczenia, dlatego też nie usłyszała kroków, które sugerowały, że jej mąż już wrócił do domu. Inaczej pewnie wybiegłaby mu na przeciw, może ze zbyt wielkim entuzjazmem, jednak musiałby jej to wybaczyć, pewnie chwilę zajęłoby jej się tłumaczenie z tego przeczucia, z całej tej otoczki, która powodowała, że miała wrażenie iż wydarzyło się coś złego.

Nie zauważyła, że kot się poruszył na jej kolanach. Nadal głaskała go całkiem mechanicznie, odruchowo, dopiero ten głos, który rozległ się po salonie spowodował, że Prudence mrugnęła dwa razy i przeniosła wzrok na swojego męża. Przesuwała spojrzenie od jego głowy po stopy, bardzo dokładnie taksowała go wzrokiem, analizowała to, jak wyglądał, musiała się upewnić, że nic mu nie jest.

Nie podobało jej się to jak wyglądał. Przyniósł ze sobą do środka charakterystyczny zapach błota, chłodu, wiatru i krwi. Znała go doskonale. Cień który rzucała niewielka lampa nieco ograniczał jej pole manewru, nie była w stanie dostrzec zbyt wielu szczegółów. Zdawała sobie sprawę z tego, iż nie wyglądał najlepiej, mogła jednak założyć, że ten z kim się mierzył wyglądał jeszcze gorzej.

- Nie musisz mnie przepraszać. - Nie było przecież za co, taką miał pracę, wiedziała, jak wyglądają jego dni i noce, zawód którym się zajmował był bardzo specyficzny i wymagający. Nie mogła mieć pretensji o to, że wracał późno, nie śmiałaby, przecież wiedziała, że nie ma na to wpływu.

- Przebudziłam się i nie mogłam zasnąć, postanowiłam, że poczekam. - Mówiła cicho, nie przestawała wpatrywać się w niego, nie do końca podobało jej się to co widziała, chciała mu się przyjrzeć bliżej, z takiej odległości trudno było ocenić cokolwiek, a wolała mieć pewność, że jest cały, że nic mu nie dolega.

Wydawał się być spokojny, okropnie spokojny, jakby faktycznie nic takiego się nie wydarzyło. Mówił, że to normalne, że to nic takiego, że nic mu nie jest. Nie zamierzała jednak oceniać tego z takiej odległości. Podniosła się wreszcie z fotela, w którym uwiła sobie tymczasowe gniazdko i podeszła bliżej, dopiero gdy znalazła się krok przed nim zobaczyła, że jego klatka piersiowa nie była umazana wyłącznie w błocie, z bliska zauważyła krew, to samo na jego twarzy. To ją zaniepokoiło - jasne, nie musiała to być jego krew, ale jednak.

Trzymała kota w swoich rękach, nie odrywała wzroku od męża nawet na chwilę. Wsłuchiwała się w jego oddech, jakby chciała zauważyć każdą zmianę, jaka zaszła w jego ciele w momencie, w którym się tutaj pojawił. - Mogę pójść z Tobą? Potowarzyszyć Ci? - Starała się brzmieć lekko, to nie było nic takiego, mogła pójść z nim pod byle pretekstem, była w końcu jego żoną, musiała sprawdzić, musiała zobaczyć, czy nic mu się nie stało. Wiedziała, że sam z siebie jej się nie poskarży, nie wspomni o tym, że coś go bolało, bo miał tę okropną tendencję do ignorowania swojego stanu zdrowia.

- Faktycznie nie wyglądasz najlepiej, mogę Ci pomóc pozbyć się błota z włosów, wydaje się być dość mocno zaschnięte. - Podejrzewała też, że nie jest to tylko błoto, a również krew, nie, żeby to włosy ją najbardziej interesowały, a reszta jego ciała. Trudno było ocenić cokolwiek, kiedy znajdował się w ubraniu, musiała je z niego jak najszybciej zdjąć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
19.01.2026, 23:25  ✶  
Stałem w półmroku salonu, czując, jak krew zasycha mi na skórze, a materiał koszuli nieprzyjemnie przykleja się do pleców, i udawałem, że wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być - to było trudniejsze, niż się spodziewałem. Plecy, barki, przedramię - dopiero teraz poczułem, jak bardzo wszystko mnie ciągnęło, ramiona miałem napięte, jakbym wciąż był w lesie, gdzie coś jeszcze mogło wyskoczyć z cienia, każdy mięsień protestował, ale nie pozwalałem sobie tego okazać. Byłem do tego przyzwyczajony - do ignorowania sygnałów, odkładania bólu na później, nawet jeśli wiedziałem, że nie jest ze mną najlepiej - czułem to w sposobie, w jaki podłoga delikatnie falowała, w tym, jak ciężko było mi skupić wzrok na jednym punkcie, i w zimnie, które nie chciało puścić, chociaż byłem już w środku, ale nie miałem pojęcia, co dokładnie jest nie tak. Nie widziałem siebie, nie sprawdziłem ran, nie miałem ku temu jeszcze żadnej dogodnej okazji, bazowałem tylko na tym, że znałem ten stan, to zmęczenie zmieszane z bólem i adrenalinę, która zwykle pozwalała mi jeszcze funkcjonować.
Wiedziałem, że nie wyglądało to dobrze, wiedziałem też, że jeśli pozwolę Prudence przyjrzeć mi się za długo, zacznie składać fakty szybciej, niż ja byłem w stanie je maskować. Siedziała na fotelu przede mną, z kotem na rękach, a ja czułem się jak dzieciak przyłapany na czymś, co miało zostać tajemnicą - tylko że to nie była tajemnica, którą można było obrócić w żart, a ja nadal próbowałem to robić. Świat falował, miałem wrażenie, że stoję o sekundę za późno względem własnego ciała, ale przecież stałem, mówiłem, oddychałem - to się liczyło. Byłem przyzwyczajony do tego, że boli, że krwawię, że wracam poobijany, zawsze jakoś się składało, zawsze dawałem radę, musiałem tylko się wycofać, aby bardziej nie niepokoić żony.
Problem w tym, że ona już była w ruchu, zanim się jeszcze spostrzegłem, Prue zrobiła krok bliżej, za blisko, poczułem jej zapach, ciepło, to znajome, domowe coś, co sprawiało, że kolana robiły mi się jeszcze bardziej miękkie. Ten kontrast był niemal śmieszny - ja pachnący błotem, metalem i krwią, ona ciepłem domu - przesuwała wzrokiem po mojej twarzy, ramionach, dłoniach, jakby próbowała policzyć, ile mnie jeszcze jest. Widziałem, jak próbowała zmierzyć mnie wzrokiem, od czubka głowy po buty, dokładnie, uważnie, tak jak zawsze, kiedy coś jej się nie zgadzało. Znałem ten sposób patrzenia - nie był oskarżający, był troskliwy, a to - jak na ironię - nie pasowało mi jeszcze bardziej, bo to nie było zwykłe „martwię się”, to było „coś jest nie tak, a ty mi tego nie powiesz” - i oczywiście miała rację. Starała się prześwietlić mnie na wylot, odczytać wszystko, czego nie mówiłem na głos, mając zdecydowanie zbyt wiele do rozszyfrowania. Przesunąłem dłonią po włosach, rozmazując jeszcze bardziej to, co było na nich zaschnięte, jakbym sam chciał udowodnić, że to tylko błoto, tylko brud, tylko nic. Poczułem lepkość na palcach, ale nawet na to nie spojrzałem - patrzyłem tylko na nią. Chciałem sięgnąć po jej rękę, ale zawahałem się na ułamek sekundy, bo nie byłem pewien, czy palce mi się nie obsuną. Zamiast tego uśmiechnąłem się do niej, lekko, spokojnie, ten uśmiech miał już swoje własne mięśnie, niezależne od reszty ciała, potrafił się pojawić nawet wtedy, kiedy ja ledwo stałem - był wyuczony, oswojony, dopasowany do takich chwil.
Widziałem ten ułamek sekundy, w którym zrozumiała, że to nie tylko błoto - serce zabiło mi szybciej, nie z bólu, a z tej głupiej, irracjonalnej potrzeby, żeby ją przed tym ochronić - to był ten moment, w którym powinienem powiedzieć prawdę, nie zrobiłem tego, zawsze byłem dobry w uprzedzaniu pytań, na które nie chciałem odpowiadać, to był mechanizm działający bez zastanowienia.
- To nie moja. - Powiedziałem od razu, za szybko, jakby to miało coś zmienić, przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, starając się nie kołysać, nie wyglądać tak, jak się czułem. Instynkt… To był instynkt, ten sam, który każe zwierzęciu odsunąć się od dotyku, kiedy ma ranę.
- Większość to… No, psia. Bszydkie zwieszę, jeszcze bszydsze maniely. - Głos miałem spokojny, może aż za spokojny, sam się sobie dziwiłem. Nie użyłem słowa, które cisnęło mi się na język, nie chciałem, żeby łączyła fakty, nie chciałem, żeby zaczęła liczyć ryzyka. W środku wszystko było jak źle nastrojony instrument, ale na zewnątrz grałem melodię, którą znała.
- Selio, kochanie. To głównie jego. - Wzruszyłem ramionami, próbując nadać temu ton żartu, czegoś zupełnie zwyczajnego. To było podświadome kłamstwo, ale kłamstwa smakują jak półprawdy, kiedy jest się wystarczająco zmęczonym, a półprawdy można już jakoś przełknąć, bez większej goryczy. - Moja jest tylko ta dlobnica. - Brzmiałem jak ktoś, kto próbuje przekonać bardziej siebie niż ją, a może tylko tak mi się teraz wydawało. Nie byłem do końca pewien, ile z tego było prawdą, ale mówiłem to wystarczająco pewnie, żeby samemu w to uwierzyć - albo przynajmniej udawać, że wierzę - ponownie przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, niby swobodnie, jakbym po prostu stał, a nie walczył o to, żeby nie osunąć się na podłogę.
A byłem blisko, bardziej, niż bym chciał przyznać na głos, wiedziałem to w ten dziwny, mglisty sposób, kiedy ciało wysyła sygnały, ale głowa jeszcze nie chce ich nazwać. Kręciło mi się w niej, wszystko było jakby za szybą, dźwięki lekko spóźnione, kolory przytłumione. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, zostawiając jeszcze więcej smug, jak idiota. Czułem tylko zmęczenie, ciężar w kończynach, chłód, który nie miał nic wspólnego z nocą, moje oczy pewnie miały ten dziwny, nieobecny błysk, którego nie potrafiłem już kontrolować. Wiedziałem, że widzę trochę gorzej niż zwykle, jakby świat był przykryty cienką warstwą mgły, nawet nie próbowałem mrugać.
- Wyglądam goszej, bo telepoltowałem się tlochę kszywo. Wylądowałem w oglodzie, wyoblaszasz sobie? Jak jakiś idiota bes licencji. - Chciałem, żeby się uśmiechnęła - by to zabrzmiało jak anegdota, nie jak ostrzeżenie.
- Moses iść ze mną, jasne. - Powiedziałem dziwnie lekkim tonem, kiedy zaproponowała, że mi potowarzyszy. Chciałem powiedzieć „nie”, odesłać Prue do fotela, herbaty, kota, do wszystkiego, co było bezpieczne i nie miało ze mną nic wspólnego w tej chwili, ale nie mogłem tego zrobić, nie tak od razu, patrzyłem na nią z góry, bo zawsze tak było, i nagle ta różnica wzrostu wydała mi się czymś okrutnym - jakbym był zbyt duży, zbyt ciężki, żeby się oprzeć, a ona i tak próbowała być dla mnie oparciem - widziałem jej twarz, te czujne oczy, w których zawsze było za dużo troski jak na mój gust. Nie mogłem tak po prostu powiedzieć jej, by mnie teraz zostawiła. - Ale selio, nie ma czego pilnowaś. Nie musisz mnie eskoltowaś. Łazienka wciąsz jest tam, gdzie była. - Nie powiedziałem jej, że mam mroczki przed oczami, nie powiedziałem, że robi mi się coraz zimniej, mimo że w domu było ciepło, nie powiedziałem, że ciężar w mojej klatce piersiowej nie miał nic wspólnego ze zmęczeniem. - Daj mi chwilę. - Powiedziałem za to. - Wlócę czysty, cały i gotowy do tego, szebyś mnie zlugała za ślady na podłodze. - Starałem się powiedzieć to tak, jakbyśmy rozmawiali o rozlanym winie na dywanie. Nie chciałem, żeby się martwiła, nie teraz, nie przez coś, co przecież… Nie było takie straszne, przynajmniej tak sobie powtarzałem.
- Włosy to najmniejszy ploblem. - Mruknąłem, próbując obrócić to w kolejny żart. - Zawsze wyglądam jakbym właśnie uciekł s lasu, to moja malka. - Podniosłem rękę i przeczesałem palcami włosy, czując pod opuszkami coś twardego, zaschniętego, na dotyk czego skrzywiłem się minimalnie. Byłem wysoki, umięśniony, zwykle nosiłem się jak ktoś, kogo nie da się łatwo przewrócić - teraz musiałem wkładać w to wysiłek, co było uwłaczające. Nie chciałem, by Prue oglądała mnie w tym stanie.
- Zalas się ogalnę. - Powtórzyłem ciszej, jakbym mówił to bardziej do siebie niż do niej. - Plysznic, zmiana ciuchów, plastel… Będę jak nowy. - To było kłamstwo, ale takie, które znałem na pamięć. Słowo „plaster” zabrzmiało absurdalnie, nawet dla mnie, ale byłem przyzwyczajony do tego, że radzę sobie sam, sam się zszywam, opatruję, wstaję i idę dalej - to była norma, to było łatwiejsze, niż tłumaczenie komukolwiek, co boli i jak bardzo.
- Stlasznie zmaszłem. - Przyznałem w końcu, jakby to było jedyne, co się liczyło, to była prawda, no, wystarczająco blisko prawdy, żeby dało się na niej oprzeć kolejne kłamstwo.
Z chwili na chwilę czułem się coraz dziwniej - zupełnie tak, jakby ciało zaczynało należeć do kogoś innego, ból był stępiony, a świat lekko oddalony. Krew, siniaki, rozcięcia, to był mój chleb powszedni, ale tym razem było inaczej, czułem, jak chłód rozchodzi się po mnie od środka, jakby ktoś powoli gasił we mnie światło, ale nie chciałem, żeby to zobaczyła. Nie teraz. Nie po tym, jak tyle czasu zajęło nam, żeby znów się odnaleźć. Nie mogłem jej już zawieść, pokazując jej tę stronę mojej pracy, nie tak szybko, najlepiej nie wcale.
- Jak jusz chcesz mi pomóc… - Powiedziałem, przeciągając słowa, jakbym się zastanawiał, patrząc na nią spod rzęs, bo lekko mi falowała, jakby była w nieustannym, chociaż subtelnym, ruchu. - Zlób mi helbatę. Duszo helbaty. - Powiedziałem to z przekonaniem, które bardziej przypominało prośbę niż fakt, to było bezpieczne, „herbata”, zwyczajne słowo, zwyczajna prośba, coś, co nie wymagało wyciągania bandaży ani zadawania trudnych pytań. Czułem, że nie stoję tak stabilnie, jak powinienem, więc oparłem się biodrem o stół, udając nonszalancję. Nie wiedziałem, co dokładnie jest ze mną nie tak - nie miałem czasu się przyjrzeć, nie miałem lustra, nie miałem światła. Wiedziałem tylko, że coś jest… Inne, cięższe, ciało reaguje wolniej, serce bije jakby z opóźnieniem, a każdy wdech wymaga osobnej decyzji, ale to nie były rzeczy, które można było powiedzieć na głos. Za to prośba o herbatę? Ona była normalna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
20.01.2026, 12:15  ✶  

Obserwowała go uważnie. Z początku z odległości, która nie do końca sprzyjała ocenie sytuacji. Wiedziała, że w ten sposób nie będzie w stanie dojść do żadnych konkretnych wniosków. Musiała znaleźć się bliżej. Nie zamierzała zwlekać. Poderwała się na nogi bez uprzedzenia. Znalazła się tuż przed nim, nie mogła nie patrzeć, ignorować tego, że stał przed nią w tym stanie. Nadal jednak nie do końca była w stanie stwierdzić jak źle było. Trzymał się na nogach, mówił do niej całkiem logicznie, tyle, że coś jej w tym całym obrazku nie do końca pasowało. Nie była osobą, którą łatwo było zmylić, jeśli chodzi o stan zdrowia. Przez lata przecież pracowała w Mungu, była uzdrowicielką, wiele przypadków widziała, mimo, że ostatni czas pracowała głównie z trupami, których nie można było już uleczyć.

Przeczucie podpowiadało jej, że stało się coś o czym jej nie mówił, że jak zawsze ignorował swój stan zdrowia. Miał tendencje do tego, aby wszystkim zajmować się sam. Wiedziała z czego to wynika, nie negowała tego, pewnie dużo czasu minie nim dotrze do niego, że nie był jej problemem, że była tutaj po to, aby stać się jego oparciem, nawet w najgorszych, najbardziej paskudnych sytuacjach. Miała świadomość, że to czym się zajmował wiązało się ze sporym ryzykiem, którego nie dało się uniknąć, był narażony na różne urazy zdecydowanie częściej niż większość społeczeństwa. Na szczęście, gdyby się jakieś pojawiły to wiedziałaby jak im zaradzić. To powodowało, że nie czuła się bezsilna, więc wcale nie najgorzej było jej przywyknąć do tego, czym się zajmował. Miała odpowiednią wiedzę, aby mu pomagać. Byli w tym kompatybilni.

Tyle, że nic nie mówił, nie narzekał, starał się pokazywać, że wszystko jest w porządku. Prue nie przestawała się w niego wpatrywać, nie zadawała niewygodnych pytań, jeszcze nie. Próbowała jednak dostrzec, czy faktycznie było tak jak mówił, czyli, że to nic takiego, że wszystko było w porządku. Trudno jej było w to uwierzyć, bo nie wyglądał najlepiej, był cały utaplany w krwi i błocie, na pierwszy rzut oka, w tym słabym świetle nie była w stanie zauważyć różnicy w mazi, która go pokrywała, być może błoto wymieszało się z krwią, to też było bardzo prawdopodobne. Mieli zgodność co do jednego, musiał to z siebie zmyć, wtedy będzie prościej ocenić to, jak faktycznie wyglądała cała sytuacja.

- Jesteś pewien? - Nim zdążyła się odezwać już zaczął jej się tłumaczyć, że krew nie była jego. Ludzie często nie zauważali drobnych urazów, a nawet tych większych kiedy toczyli pojedynki, adrenalina krążyła w ich żyłach, ignorowali swój ból, nie odczuwali go, bo byli skupieni na tym, aby pokonać to z czym się mierzyli. Pytanie było całkiem proste, musiała wiedzieć, że był pewien, że nie była to jego krew. Póki co jeszcze była całkiem spokojna, niezbyt natarczywa, chociaż miała chęć ściągnąć z niego te wszystkie warstwy ubrań, aby dokładnie obejrzeć każdy centymetr jego ciała.

- Psia? Jak duży był ten pies? - Spoglądała na niego bardzo uważnie, nie mrugała, próbowała wyczytać jak najwięcej z twarzy męża. Nie dało się uniknąć skojarzeń, to nie tak, że nie lubiła psów, jednak od razu wracała do przeszłości, do tych stworzeń, które nie powinny chodzić po świecie, odmieńców, którzy powinni zostać unicestwieni.

- Jak duży był ten pies, Benjy? - Nie miała szansy do końca opowiedzieć mu o tym, co ją spotkało, dlaczego aż tak nienawidzi wilkołaków, wiedział, że coś jest na rzeczy, jednak nie przeszli tej rozmowy, tak jak wielu innych.

- Głównie jego, to oznacza, że jest tam też Twoja krew, a to powoduje, że muszę na to spojrzeć. - Nie miała zamiaru pozwolić mu się z tego wykręcić. Jasne stał przed nią, jednak to mogły być tylko pozory, w przeciwieństwie do niego, Prudence nie miała zamiaru ignorować tego, co mu się przytrafiło. Nawet jeśli miało się okazać, że ta krew wymieszana z błotem nie była jego. Nic mu nie szkodziło to, że rzuciłaby na niego swoim fachowym okiem.

Kolejne słowa, które padły z ust ukochanego wcale jej nie uspokoiły. Nie do końca udana teleportacja mogła być spowodowana tym, że nie skupił się odpowiednio, a ciężko było się skupić, kiedy ciało nie chciało współpracować i nie było w pełni sił. Jasne, mógł być zmęczony, jednak to wcale nie musiało być tylko to. Odetchnęła głęboko, nadal nie przestawała mierzyć go wzrokiem, chciała zobaczyć jak najwięcej, ale światło nie sprzyjało, warunki nie były odpowiednie.

- Jasne, to wszystko przez krzywą teleportację. - Nie uznała tego wcale za zabawną anegdotę. - Dlaczego nie udało Ci się poprawnie teleportować, coś Cię rozproszyło? - Drążyła, jeszcze nie panikowała, nie mogła panikować, chociaż kiedy dotyczyło to najbliższej jej osoby wcale nie było to takie łatwe.

Nie odsunął jej, przynajmniej jak na razie. Nie próbował jej wyperswadować tego, żeby udała się z nim do łazienki, wydawało jej się, iż był to spory sukces jak na to, jakie miał zwyczaje. Kiwnęła więc jedynie głową. Skoro miała jego zgodę, to zamierzała z niej skorzystać, dzięki temu będzie mogła dokładnie go obejrzeć, sprawdzić, czy któryś z tych drobnych urazów, o których wspomniał nie był bardziej niebezpieczny, niż mu się wydawało.

- Ślady na podłodze to najmniejszy problem. - Miała wrażenie, że coś jej umyka przez to, że nie miała sznasy mu się dokładniej przyjrzeć. Fakt, przyniósł ze sobą dużo błota, krwi, podłoga będzie wymagała posprzątnia, jednak to nigdy nie było dla niej priorytetem. Tak, Prue lubiła czystość, jednak w tym przypadku poniekąd brała ten drobny bałagan w pakiecie z osobą swojego męża, tak samo jak to, że mógł wpadać w tarapaty częściej niż ktoś inny.

- Nie zawsze, ale często to prawda. - Najwyraźniej włosy nie były wystarczającym powodem, aby znalazła się z nim w łazience, mimo wszystko już wcześniej stwierdził, że będzie mogła mu towarzyszyć, więc nie miała zamiaru o tym zapominać.

- Tak, na pewno będziesz jak nowy. - Naprawdę chciała w to uwierzyć, musiała się nastawić pozytywnie, gdy tak o tym mówił to rzeczywiście brzmiało tak, jakby miało pójść całkiem gładko.

- Zimna noc? - Nie wychodziła na zewnątrz od kiedy znaleźli się w domu. Nie miała do końca świadomości, jakie panowały warunki. Jesienne noce bywały okropnie chłodne, być może faktycznie zmarzł, jednak nie przestawała łączyć faktów, była medykiem, chłód wcale nie musiał wynikać z temperatury panującej na dworze, mógł być objawem złego samopoczucia, które mogło świadczyć o nabytych urazach. Zbyt wiele rzeczy wzbudzało w niej niepokój w tym co mówił, naprawdę musiała pójść za nim do tej nieszczęsnej łazienki, nie mogła sobie odpuścić tej drobnej kontroli stanu jego zdrowia.

- Zróbmy tak, Ty pójdziesz do łazienki, ja dołączę do Ciebie z herbatą. - To powinno zająć jej krótką chwilę, on zdąży się w tym czasie pozbyć tych ubrań, dzięki czemu będzie mogła mu się dokładniej przyjrzeć, to brzmiało jak plan. - Dołączę do Ciebie za kilka minut, pasuje? - Nie zamierzała mu nic narzucać, chciała, żeby czuł, że ma wpływ na to, jakie działania miała zamiar podjąć, wydawało jej się to całkiem sprawiedliwe, narzucanie się mogło zostać odebrane nieodpowiednio. Tak, byli małżeństwem, miała do tego prawo, a jednak nie miała zamiaru go osaczać niczym dzikiego zwierzęcia w klatce, bo nie o to chodziło, musiała powoli zdobywać jego zaufanie, przynajmniej podczas takich działań.

- No idź, przyniosę Ci plasterki. - Uśmiechnęła się, chociaż czuła, że nie wygląda to najlepiej, nie sądziła, że herbata wystarczy, na szczęście miała tutaj swoją torbę medyczną, która mogła się przydać. Wypadałoby, aby się lepiej zaopatrzyła, nigdy nie wiadomo, co może jej się teraz przydać, musiała mieć pewność, że w domu będą znajdowały się wszystkie przedmioty, które kiedykolwiek będą jej potrzebne, to był plan na ten tydzień.

Odsunęła się od niego, ruszyła w strone kuchni, odwróciła się jeszcze na moment, tak właściwie to spojrzała przez ramię, żeby zobaczyć, jak się poruszał, musiała kontrolować sytuację, bo miała wrażenie, że nie powiedział jej wszystkiego, coś zostało przemilczane.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
20.01.2026, 19:42  ✶  
Zatrzymałem się w pół kroku, metaforycznie, bo przecież nie zamierzałem nigdzie iść. Po prostu zatrzymałem się wewnątrz, na chwilę, bo chociaż jej głos był spokojny, znałem go wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć w nim to napięcie, tę nutkę niepokoju, którą próbowała ukryć. Patrzyła na mnie uważnie, za uważnie, jakby wiedziała, że coś kombinuję - tak uważnie, jakby chciała mnie prześwietlić na wylot, wyłapać każde potknięcie, każdą niespójność. A ja? Przez moment udawałem, że nie słyszałem tego pierwszego pytania - to było dziecinne, byłem tego świadomy, ale zawsze miałem tę głupią tendencję, żeby odwlekać rzeczy, które nie brzmiały dobrze, kiedy wypowiadało się je na głos. Złapałem jej spojrzenie i przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć - to nie była ta część rozmowy, którą miałem przygotowaną. Zawahałem się jeszcze sekundę, jakbym naprawdę liczył, że temat sam zniknie, westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami, i potarłem kark, jakbym był dzieciakiem przyłapanym na czymś głupim.
Powtórzyła pytanie, spokojnie, cicho, ale z tą upartością, którą miała tylko w takich momentach.
„Jak duży.”
Przełknąłem ślinę, chociaż gardło miałem tak suche, że ten ruch był bardziej symboliczny niż faktyczny - znałem to spojrzenie - nie to czujne, zawodowe, tylko to drugie, osobiste, kiedy próbowała zajrzeć mi pod skórę, nie lubiłem go, nigdy, bo było skuteczne. Tym razem również, bo wreszcie jej odpowiedziałem.
- No… - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę jak szczyl, który właśnie zastanawia się, czy naprawdę musi się przyznać. - Nie był s tych… Kieszonkowych. - Odwróciłem wzrok, niby to poprawiając rękaw, niby to sprawdzając, czy nie zostawiam śladów na podłodze, w rzeczywistości potrzebowałem chwili, żeby zebrać myśli, które zaczynały się rozjeżdżać. Zerknąłem na nią z ukosa, gotowy na reakcję, jakbym właśnie powiedział coś zakazanego. - No… - Zacząłem i urwałem, bo zabrakło mi słowa, które nie brzmiałoby źle, przesuwając ciężar z jednej nogi na drugą, gdy świat wokół mnie znów delikatnie się zachwiał, a ja kolejny raz udałem, że to nic. - Taki… Większy. - Zrobiłem krzywą minę, jakby to było niesprawiedliwe ze strony świata, że w ogóle musieliśmy prowadzić tu teraz taką rozmowę. - Był… Większy ode mnie. - Przyznałem w końcu, niechętnie, niemal pod nosem - w moich ustach zabrzmiało to na niemal obrażone, jakby sam fakt, że coś było ode mnie większe, był osobistą zniewagą. - Tlochę. - Podniosłem ramiona w tym moim charakterystycznym geście bagatelizowania wszystkiego, co nie pasowało do narracji „jestem niezniszczalny”, nie dodałem, że „trochę” w mojej definicji często oznaczało „za dużo”, nie powiedziałem, że ledwo stałem, nie powiedziałem, że świat co jakiś czas robił mi krótkie, niepokojące przerwy. „Trochę” było kłamstwem, ale to była wersja, na którą byłem w stanie się zdobyć - to była odpowiedź, którą dawałem zawsze, kiedy nie chciałem powiedzieć prawdy, ale nie miałem już siły jej całkiem ukrywać, widziałem jednak, że to jej nie wystarcza. To słowo było żałośnie niewystarczające - wiedziałem o tym i ona też to wiedziała - westchnąłem cicho, opierając się biodrem o stół, bo moje nogi nagle przypomniały sobie, że są tylko nogami.
Nie spojrzałem na nią od razu, zamiast tego wbiłem wzrok w podłogę, jakby było tam coś strasznie interesującego. Unikałem jej wzroku, bo wiedziałem, że jeśli na nią spojrzę, zobaczę w nim wszystko to, czego nie chciałem teraz widzieć - strach, wspomnienia, napięcie, którego nie potrafiłem jej zabrać, ale też nie wiedziałem do końca, z czego wynikało.
Zawsze tak robiłem - w tej bardzo odległej przeszłości, która nagle wydawała się żenująco bliska, jakbym znowu miał kilkanaście lat i próbował kiwać się od przyjęcia pomocy - starałem się nie patrzeć w oczy Prue, kiedy wiedziałem, że mówię coś, co jej się nie spodoba. Nie w tym „wrogim”, rywalizacyjnym sensie, tylko w tym głębszym, podszytym troską o to, czy wszystko było ze mną w porządku fizycznie. Przesunąłem dłonią po karku, zostawiając tam smugę zaschniętej krwi i błota, próbowałem się lekko uśmiechnąć, chociaż mięśnie twarzy nie do końca chciały współpracować, ostatecznie skrzywiłem się lekko, bardziej z irytacji na samego siebie niż z bólu.
- Ale to nic nie znaczy. - Dorzuciłem szybko. Unikałem jej wzroku jeszcze przez chwilę, skupiając się na jakiejś plamie na podłodze, jakby była fascynująca. Ramiona miałem napięte, a zimno znów przeszyło mnie od środka. - Wiesz, jakie są te cholelne… Zwieszęta. Masa, kły, zelo losumu. Miał pszewagę gabalytów, tyle. Ja miałem pszewagę doświadczenia. To nie było stalcie na mózgi, ale umiem sobie ladziś. - Powiedziałem, jakby to wszystko wyjaśniało. Nie powiedziałem jej za to, że był szybszy, silniejszy, że w pewnym momencie naprawdę nie byłem pewien, czy z tego wyjdę. Zadrżałem lekko, chociaż starałem się to zamaskować, wsuwając dłonie w kieszenie spodni, każdy mój ruch był opóźniony, jakby ciało miało własny zegar, niezsynchronizowany z moją głową. Patrzyłem na nią, wiedząc, że nie kupuje tej historii w całości, i jednocześnie modliłem się w duchu, żeby nie drążyła. Nie dlatego, że miałem coś do ukrycia przed nią jako żoną, tylko dlatego, że nie chciałem, żeby te skojarzenia, jakie nadal podświadomie pamiętałem widoczne na jej twarzy, wróciły - nie teraz, nie w tej nocy, gdy już dostatecznie mocno się zestresowała - nie rozumiałem tego, jaki miała związek z wilkołakami, ale wiedziałem, że ten temat ją drażnił, wzbudzał w niej niechciane odczucia. To mi w zupełności wystarczyło, by nie chcieć jej dokładać. Spróbowałem się uśmiechnąć, krzywo, półżartem, jakbym opowiadał o przepychance z jakimś upartym bydlakiem, a nie o czymś, co jeszcze chwilę temu mogło mnie zabić.
- Poza tym nie byłem tam sam. Byłem s Geldą. Mam ją odciąszaś, wiesz? To taka jakby… Etatowa placa. Dzięki temu nie muszę wyjeszczaś nigdzie dalej, mogę tu zostaś, wiesz, bez obaw o zlecenia. - To miało być łagodzące, odwrócić uwagę Pruey, może nawet ją ucieszyć. - Lasem byliśmy… Mniej więcej tacy jak on. - Odezwałem się jeszcze, półgłosem, jakby to było coś wstydliwego, ale łagodzącego okoliczności zlecenia. „Trochę”, „mniej więcej”, to było głupie porównanie, dziecinne, ale prawdziwe w mojej głowie - dwie sylwetki przeciwko jednej, dwa cienie na jednego, mniej strachu, więcej kontroli, przynajmniej w teorii. - To nie była solówka. Matematyka działała na naszą koszyść. - To było kolejne kłamstwo, ale mówiłem je tak miękko, jakbym próbował nim okryć nie tylko ją, ale i siebie. Nie wspomniałem, że to była bardzo kreatywna matematyka. Nie powiedziałem nic o tym, jak blisko było do tego, żeby nie wrócić. Nie powiedziałem, że w pewnym momencie przestałem czuć palce. Nie powiedziałem, że kiedy teleportowałem się do domu, świat już mi się rozjeżdżał. Zamiast tego wzruszyłem ramionami, jakby to było nic, chociaż to też było kłamstwo - radziłem sobie, zawsze sobie radziłem, tylko to nie znaczyło, że było dobrze.
Wciągnąłem powietrze, cicho, bo wiedziałem, że nie odpuści, i może właśnie dlatego westchnąłem tak, jakby to było największe z moich zmartwień, a nie to, że świat zaczynał mi się rozjeżdżać na krawędziach.
- Sunny… - Powiedziałem miękko, tym tonem, którego używałem tylko przy niej. - To naplawdę nic wielkiego. - Ale nie patrzyłem jej wtedy w oczy, skupiłem wzrok tym razem gdzieś nad jej ramieniem, jak dzieciak, który próbuje wymyślić odpowiedź wystarczająco dobrą, żeby zakończyć temat. - No, dobla, jasne, sze tlochę mojej tesz tam jest. - Przyznałem niechętnie. - Ale selio, to balsiej jego nisz moja. Jak się s kimś tak… No, szalpiesz, to tludno wyjść czystym. - Znowu próbowałem to obrócić w coś zwyczajnego, coś, co nie zasługiwało na to skupione spojrzenie, i na ten ciężar w powietrzu.
- Telepoltacja? - Powtórzyłem, jakbym dopiero teraz naprawdę o tym pomyślał. Uśmiechnąłem się krzywo, słysząc to wszystko, i pokręciłem głową, jakbym właśnie przyłapał ją na nadinterpretowaniu świata. - Po plostu byłem zmęczony. Tyle. Chciałem jusz byś w domu, myślami byłem tutaj, nie tam, ale jeszcze niezbyt znam okolicę. Czasem tak jest, wiesz. - To też było półprawdą, bo myślami faktycznie byłem tutaj, cały czas, ale jednocześnie nie powiedziałem, że przestrzał wyniknął z tego, że w pewnym momencie świat zaczął mi się rozpływać, dźwięki były jak spod wody, nogi przestały być pewne, a ziemia nagle zrobiła się zbyt miękka - tych rzeczy się nie mówi, kiedy chce się kogoś uspokoić.
Spojrzałem na nią z góry, zmęczonymi oczami, próbując wyglądać normalnie, silnie, stabilnie.
- Pszysięgam, sze zalaz będę wyglądał jak człowiek, a nie jak coś wyciągnięte s lowu. - Powiedziałem miękko. - Daj mi tylko chwilę. Chyba tak, wiesz, ostatnie lata spędzałem tam, gdzie paździelnik oznaczał dwadzieścia stopni w cieniu i ludzie narzekali, sze jest „chłodno”. - Dodałem, drętwiejącymi palcami robiąc cudzysłów w powietrzu, by wyglądać lżej, nawet jeśli wszystko we mnie coraz bardziej się kołysało, drżąc bardziej niż chciałem to pokazać. - Pustynie, południe, ciepło, kusz, słońce. - Dodałem, machając dłonią, jakbym opowiadał o wakacjach, a nie o pracy, która zwykle kończyła się gorzej, niż powinna. - Więc jak telas wlacam do tej naszej wilgotnej, angielskiej welsji, to wszystko wydaje mi się alktyczne. - Pokiwałem głową powoli, jakbym naprawdę rozważał i od razu uprzedzał jej słowa, a nie próbował wymyślić kolejną wersję rzeczywistości, którą da się jej sprzedać.
„Herbata” - wróciłem do tego jak do koła ratunkowego - kiwnąłem głową, trochę za szybko, jak dzieciak, który chce zamknąć temat, zanim ktoś zdąży zadać kolejne pytanie.
- Pasuje. - Odowiedziałem od razu. - Idealnie, Tounsòl.
Plan brzmiał sensownie, wystarczająco sensownie, żebym nie musiał się z nim kłócić, kilka minut w łazience, trochę wody, ciszy, może uda mi się poskładać siebie do wersji, którą łatwiej będzie jej zaakceptować. W rzeczywistości każda część mnie chciała powiedzieć „nie trzeba”, „poradzę sobie”, „zaraz wrócę”, ale zabrakło mi na to siły, albo odwagi, albo serca.
- Tylko się nie spiesz. - Dodałem, trochę ciszej. - Nie uciekam. - Próbowałem zabrzmieć lekko, zwyczajnie, jak facet, który wrócił brudny z roboty i zaraz wskoczy pod prysznic - ktoś, kto ma pełną kontrolę nad własnym ciałem, a nie jak ktoś, kto liczy każdy wdech. - Pamiętaj, mam tszydzieści siedem lat. Czasem czuję wszystko w kościach. - Dorzuciłem, wzruszając ramionami. - To się zdasza. Stalszym panom. - To było prawie śmieszne.
Nie byłem starszym panem, nie miałem też trzydziestu siedmiu lat, tylko trzydzieści trzy, ale brzmiało to o niebo lepiej niż prawda, zgodnie z którą… To jedno, bardzo określone słowo przemknęło mi przez głowę szybciej, niż bym chciał, ale nie pozwoliłem mu się wydostać.
Kiedy się odsunęła, poczułem, jakby ktoś zabrał mi punkt odniesienia, jej obecność działała jak coś stabilnego, jak ściana, o którą mogłem się oprzeć, nawet jeśli fizycznie tego nie robiłem, teraz musiałem iść sam. Odwróciłem się w stronę łazienki powoli, zbyt powoli jak na kogoś, kto „ma się świetnie”, ale wiedziałem, że patrzyła - czułem to na karku, więc wyprostowałem się trochę bardziej, ściągnąłem ramiona, spróbowałem iść równiej, pewniej. Każdy krok był jak negocjacja z własnym ciałem - „jeszcze jeden, tylko jeszcze jeden” - były wolniejsze, niż chciałem, ale starałem się tego nie pokazywać, tylko dłonie miałem zaciśnięte trochę zbyt mocno. Wiedziałem, że analizowała sposób, w jaki się poruszałem, jak stawiałem stopy, jak rozkładałem ciężar, zawsze była dobra w takich rzeczach - widziała więcej, niż chciałem, więc każdy mój kolejny ruch był przemyślany, wyliczony.
Zamknąłem za sobą drzwi łazienki i przez moment po prostu stałem nieruchomo, oparty o nie plecami, próbując złapać równy oddech i odzyskać tego normalnego siebie, jakbym mógł w ten sposób na sekundę zatrzymać czas i przewinąć taśmę o kilka godzin wstecz, a potem zapaliłem światło - jasność uderzyła mnie mocniej, niż się spodziewałem, lustro naprzeciwko też było bezlitosne, praktycznie od razu zobaczyłem w nim siebie, a raczej kogoś, kto jeszcze wyglądał jak ja - wysoki, szeroki w barach, z zarostem, z tymi samymi oczami, które zawsze patrzyły na świat z ironią, tylko że teraz to spojrzenie było inne, puste w miejscach, w których zwykle mieszkała pewność. Wyglądałem jak ktoś, kto wrócił z miejsca, z którego nie powinien był wrócić, ale adrenalina najwyraźniej wciąż trzymała mnie w pionie, jakby robiła mi przysługę, przekierowała się, zamiast opaść, dzięki niej stałem, dzięki niej oddychałem, dzięki niej nie klęknąłem. Patrzyłem na swoje odbicie długo, zbyt długo, próbowałem złożyć to w coś, co da się naprawić - coś, co da się zszyć, zakleić, zaleczyć, zawsze się dało. Nie dramatycznie, nie jak w opowieściach, po prostu… Logicznie.
Zapach nocy, jaki wreszcie poczułem wyraźniej w tym małym pomieszczeniu, był niemal odurzający - metaliczny, słodkawy, zmieszany z błotem, dymem i czymś, czego nie chciałem nazywać - zbyt gęsty, żeby dało się go tak po prostu zignorować. Wiedziałem, co to jest, zanim jeszcze zacząłem zdejmować z siebie ubrania - ciemne ciuchy, grube, praktyczne, warstwowe, stworzone do tego, żeby chronić - to była woń czegoś, czego nie powinno się przynosić do domu.
Skórzany płaszcz opadł pierwszy, bo już zbyt długo ciążył mi jak coś obcego - zawsze był ciężki, ale teraz miał dodatkowy, lepki ciężar, który czułem w całym ciele - rozpiąłem klamry wolno, bo każda z nich wymagała skupienia, aż wreszcie  zsunął się z ramion ciężko, z tym głuchym dźwiękiem, który zawsze kojarzył mi się z końcem naprawdę długiego dnia. Palce miałem odrętwiałe, nie bolały, nie naprawdę, raczej nie czuły, jakby ktoś odciął je od reszty mnie i kazał pracować im w oparciu o pamięć mięśni. Rozbierałem się zbyt otępiale, jak na kogoś, kto zawsze robił rzeczy szybko, sprawnie, bez zastanowienia, ale to nie było nic szczególnego, już mi się tak zdarzało. Guzik po guziku, suwak, pasek, ten ostatni pachniał metalem, mokrą sierścią, czymś słodkawo-gnilnym. Materiały odklejały się od skóry z cichym, nieprzyjemnym dźwiękiem, który od razu sprawił, że żołądek mi się ścisnął. Ściągałem kolejne warstwy powoli, bardzo powoli, nie dlatego, że chciałem być ostrożny, tylko dlatego, że szybciej się nie dało. Musiałem skupiać się na każdym ruchu osobno, jakby to była skomplikowana sekwencja zaklęć odpieczętowujących, ale to też był odruch - stary, wyuczony - „jeszcze chwila i wszystko się ułoży”, jakbym miał nieskończoność czasu, a nie jego resztki. Oddychałem jednak płytko, licząc w głowie, aż wreszcie miałem za sobą zdejmowanie wszystkiego z górnej części ciała. To wtedy po raz pierwszy oparłem dłonie o umywalkę - odbicie zrobiło to samo - ponownie przyglądając się sobie. Wyglądałem jak ktoś, kto próbuje udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie zna innego sposobu istnienia - stoi tylko dlatego, że nie dostał jeszcze informacji, że nie powinien.
Spojrzałem w lustro, ale to nie było już spojrzenie na twarz, to był skan, jak zawsze - od góry w dół, profesjonalnie, beznamiętnie, i… Wtedy dotarło do mnie, że coś się nie zgadza. Nie jako olśnienie, nie jak dramatyczną myśl, tylko fakt, cichy, bez fanfar, tak samo zwyczajny jak to, że jutro miałem naprawić zawias w kuchennej szafce. To było spokojne, przerażająco spokojne, jak moment, w którym orientujesz się, że ostatni pociąg już odjechał i nie ma sensu biec. Nie musiałem się dotykać, żeby wiedzieć, wystarczyło spojrzeć. To nie było coś, co dało się zalepić plasterkiem. To nie było coś, co dało się zaszyć, zaleczyć, zagadać. To nie było coś, co da się „ogarnąć”. Nie nawet tym moim upartym przekonaniem, że zawsze jakoś się wygrzebuję. Nie było tu żadnego „zaraz”. Złapałem się krawędzi umywalki, bo obraz lekko się przechylił, ale wciąż stałem, oddychałem, patrzyłem na swoje odbicie - nie miałem pojęcia, dlaczego, naprawdę nie wiedziałem, czemu jeszcze nie leżę, dlaczego ciało jeszcze udaje, że wszystko jest w porządku. A może wiedziałem? Adrenalina nie opadła, ona zmieniła kierunek - z bólu zrobiła ciszę, z paniki zrobiła spokój. Zrobiła mi ten jeden, ostatni prezent. To było coś, co nie powinno się zdarzyć komuś, kto jeszcze stoi, a jednak się działo.
Patrzyłem na to i… Nie panikowałem. Byłem zaskakująco spokojny, jakby mózg uznał, że nie ma sensu podnosić alarmu.
Oparłem czoło o chłodną taflę lustra, zamknąłem oczy, przełknąłem ślinę, chociaż gardło miałem suche jak popiół, i pozwoliłem sobie na jedną krótką, bardzo niepraktyczną myśl, jakby ktoś zgasił światło i zostawił tylko małą, słabą lampkę refleksji.
„Nie teraz. Jeszcze nie teraz.”
Wiedziałem, co to znaczy, nie potrzebowałem diagnozy, nie potrzebowałem światła, zaklęć, niczego. Znałem swoje ciało, znałem takie rany, wiedziałem, które są „do przeżycia”, a które są… Inne.
„Jeszcze nie”, pomyślałem, „nie tak, proszę”.
Jeszcze nie teraz, jeszcze nie, kiedy ona jest w kuchni, kiedy robi mi herbatę, kiedy myśli, że to tylko brudne włosy i parszywe zlecenie.
Spojrzałem sobie w oczy w lustrze - były ciemniejsze niż zwykle, jakby ktoś przygasił światło od środka.
„Ogarniesz się, musisz”, powiedziałem do siebie bezgłośnie, to było kłamstwo, wiedziałem to, ale nadal stałem, nadal oddychałem, nadal byłem tutaj, nawet jeśli wszystko we mnie było…
Nie „źle”.
Źle.
Zapach był wszędzie - metaliczny, słodkawy, nie do pomylenia z niczym innym - wmawiałem sobie, że to nie moje, powtarzałem to jak mantrę. Jeszcze chwilę temu byłem w stanie w to wierzyć, teraz już nie, bo kiedy materiał zsunął się z boku, zobaczyłem to w lustrze, najpierw jakby nie do końca - oko rejestrowało, ale głowa jeszcze nie chciała przyjąć tej myśli - skóra była rozdarta, głęboko, nie jak zadrapanie, nie jak rana, którą da się „ogarnąć”, ciemnoczerwone linie były zbyt szerokie, zbyt nierówne, rozdarte do żywego, do tego miejsca, które nie powinno być widoczne.
Mój bok był rozorany, nie zadrapany, nie „poturbowany” - rozorany. Rany ciągnęły się przez znaczną część tkanki, jak coś, co nie powinno się zdarzyć żywemu człowiekowi. Nie było żadnej sztuczki, żadnego „jeszcze chwila”, żadnego planu B. Ciało zaczynało wysyłać sygnały, których nie dało się już ignorować - chciałem usiąść, chciałem się położyć, chciałem zamknąć oczy. Skrzywiłem się, ale nie wydałem dźwięku, wreszcie dotykając rany mokrymi palcami. Nie musiałem upewniać się, że była realna, głęboka, ostateczna…
Nie było sensu niczego porządkować, naprawiać, poprawiać, nie było sensu niczego „doprowadzać do użyteczności”, nie było sensu się myć, nie było sensu robić nic, co zakładało, że istnieje „potem” - nie, bo czas nagle stał się czymś bardzo drogim, a ja nie zamierzałem go wydawać na bzdury. Nie próbowałem nawet ściągać spodni, sięgnąłem tylko po czystą koszulkę z grzejnika i naciągnąłem ją na brudne ciało, niedbale, jak ktoś, kto już nie musi robić dobrego wrażenia. Nie było sensu ściągać spodni. Dom spał, jakby nic się nie wydarzyło, jakbyśmy nie mieli tu całego życia, które dopiero zaczęło się układać, ale my byliśmy trzeźwi, przytomni, jeszcze razem…
To nie był moment na maskowanie czegokolwiek, to był moment na bycie.
Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z łazienki.
Korytarz był cichy, dom był cichy - ten dom, który miał być naszym początkiem. Miejscem, gdzie będziemy uczyć się wspólnych poranków, kłótni o głupoty, wieczorów na kanapie. Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości. O planach. O rzeczach, które miały lub nie miały się wydarzyć „kiedyś”.
Tak bardzo myślałem, że mamy czas.
Tygodnie. Miesiące. Lata.
Korytarz był długi, zbyt długi, światło z kuchni sączyło się miękko, złoto i ciepło, jakby chciało mnie oszukać. Kiedy ją zobaczyłem, z tym dzbankiem w rękach, z tym skupieniem na twarzy, z tym zwyczajnym ruchem, który robiła tysiące razy, coś we mnie pękło.
Nie uciekłem wzrokiem, wlepiając w nią oczy, które w tym momencie musiały bardziej przypominać ciemne, rozszerzone ślepia.
- Pszeplasam. - Powiedziałem tylko.
Tylko tyle. Nie „kocham cię”. Nie „boję się”. Nie „ratuj mnie”.
„Przepraszam”.
Nic więcej.
Nie wiedziałem, za co dokładnie. Za kłamstwa. Za opóźnienie. Za to, że wróciłem. Za to, że nie wróciłem w porę. Za to, że w ogóle byłem.
Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości, prowadziliśmy jedną z tych trudnych rozmów, poważnych, rozsądnych. Po co? To było zupełnie niepotrzebne. Powinniśmy byli się śmiać. Powinniśmy byli być głupi, młodzi, zakochani. Powinniśmy byli kochać się do upadłego, żartować, być razem, zamiast planować rzeczy, które teraz wydawały się absurdalne.
„Myślałem, że będę miał czas, żeby cię jeszcze trochę kochać”, te słowa nie padły, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - musiała być, prawda?
Spojrzałem na dzbanek w jej rękach.
Powinna nie być tu sama.
Powinna kogoś wezwać.
Kogokolwiek. Jej ludzi. Naszych ludzi. Miałem w głowie nazwiska, twarze, głosy. Wiedziałem, że przyjdą. O każdej porze. Nawet teraz. Nawet o świcie.
Otworzyłem usta, żeby to powiedzieć. Żeby ją o to poprosić.
Ale przez moment tylko stałem, bo nie wiedziałem, jak się mówi komuś, że świat właśnie się skończył, a on jeszcze o tym nie wie.
Nie uciekłem wzrokiem. Nie potrafiłem. Patrzyłem na nią poważnie, pierwszy raz bez żadnej osłony, bez żartu, bez półprawd. Widziałem dzbanek z herbatą w jej rękach. Jeszcze ciepłą. Przygotowaną dla mnie.
To mnie złamało bardziej niż ból.
„Przepraszam”.
Jedno słowo. Za wszystko.
Za to, że wróciłem tak.
Za to, że nie wróciłem tak, jak powinienem.
Za to, że wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości, zamiast po prostu być.
Za to, że nie kochaliśmy się do upadłego.
Za to, że nie byliśmy po prostu młodym małżeństwem, które śmieje się z byle czego, bo może.
To była miłość mojego życia. Wiedziałem to bez żadnych wątpliwości.
I nagle już nie żartowałem.
Spojrzałem na ten dzbanek jeszcze raz. Na jej dłonie. Na jej twarz. To nie było coś, co da się zalepić plasterkiem. Nie było zaklęcia, które to cofnie. Nie było „zaraz będzie lepiej”. To nie była kwestia czasu. To był jego brak.
- Nie powinnaś byś tu sama. - Powiedziałem cicho, spokojnie, jakbym mówił o czymś zupełnie zwyczajnym. - Tszeba kogoś wezwaś. - To nie było dramatyczne, to było… Praktyczne, jak ostatnia rzecz na liście rzeczy do zrobienia przed wyjazdem na wakacje. Na nasz miesiąc miodowy, który mieliśmy w planach… „Niedługo”.
Nie zrobiłem kroku w jej stronę. Bałem się, że jeśli to zrobię, nie będę w stanie się zatrzymać. Albo że się przewrócę. Albo że coś we mnie w końcu zrozumie, że to nie jest kolejna noc, z której „jakoś wyjdę”, a potem tak po prostu się podda.
Patrzyłem na nią, próbując zapamiętać każdy szczegół. Jak trzyma dzbanek. Jak stoi. Jak oddycha.
- Nie zostań sama. - Powiedziałem cicho, bez patosu. - Dobsze?
Naprawdę myślałem, że mamy więcej czasu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
20.01.2026, 23:35  ✶  

Znała go przecież. Zauważała, kiedy próbował coś przed nią ukryć, gdy nie mówił jej pełnej prawdy. Póki co mogła się jedynie domyślić co takiego się wydarzyło. Być może zlecenie nie poszło gładko, coś w trakcie jego realizacji się stało, tyle, że nie mogła mieć pewności, bo nie mówił wszystkiego. Coś ją omijało, nie dawało jej to spokoju, ale nie mogła wyciągnąć tego z niego siłą. Stał przecież, wrócił do domu w pełnym kawałku, rozmawiał z nią całkiem logicznie. Kilka rzeczy o których wspomniał wzbudziły w niej większą czujność, tyle, że kiedy się w niego wpatrywała, to raczej wszystko działało. To mogły być tylko pozory, nie wiedziała bowiem, co kryje się pod ubraniem, ale chyba nie pominąłby tak ważnej kwestii jaką był jakiś uraz, którego mógł się nabawić. Prawda? Na pewno by tego nie pominął. Naprawdę starała się w to wierzyć. Jasne, bagatelizował często swój stan zdrowia, jednak bywały sytuacje, w których nie powinno to mieć miejsca, ufała mu, że jeśli pojawiłoby się coś, co mogło mieć większy wpływ na jego życie, czy nieżycie to nie zwlekałby z poinformowaniem jej o tym. Naiwna Prudence.

Nie odpowiedział na jej pytanie, całkiem proste, krótkie, nie umknęło jej to. Wpatrywała się w niego uważnie, jeszcze próbowała coś z niego wyczytać, ale nadal nie do końca jej to wychodziło. Brakowało jej danych do pełnej analizy, brakowało jej oględzin, ale przeczucie mówiło jej o tym, że coś jej umyka. Nie bez powodu przebudziła się w środku nocy, nie bez powodu pojawił się ten ciężar, który mówił, że coś poszło nie tak. Ta rozmowa, którą prowadzili robiła się coraz bardziej dziwna.

Nie pominął pytania o psa. Dobrze, czekała, aż to z siebie wyrzuci. Obserwowała go przy tym uważnie, bo coś jej nie pasowało w tym psie, ogólnie nic w tej chwili nie trzymało się kupy, a ona nie znosiła nie mieć pełnego obrazu sytuacji, bo wtedy nie mogła jej w pełni przeanalizować. Musiała mu jednak wierzyć na słowo, bo co innego mogła począć? Ufała mu, był jej mężem, musiała mu ufać, gdyby to jednak było takie proste.

- Pies był trochę większy od Ciebie? - Jeszcze raz otaksowała go wzrokiem, od stóp do głów. Co to musiał być za pies skoro był większy od niego? Niby jakim cudem, czy naprawdę było to w ogóle możliwe. Benjy miał prawie dwa metry wzroku, nie wydawało jej się, żeby istniały psy większe od niego. No, może takie trzygłowe przypominające cerbera. Nie znała się jednak jakoś specjalnie na psach, kiedy słyszała o jakimś wielkim, większym chociażby od niego to od razu jej myśli wędrowały w kierunku przeklętych, których nienawidziła, którzy wzbudzali w niej wstręt, których wytępiłaby do ostatniego ze swojego gatunku, aby nie mogli przekazać nikomu więcej tej parszywej klątwy, która czyniła z ludzi bestie.

- Czy naprawdę jesteś pewien, że to był pies? - To było głupie pytanie, ale musiała je zadać. Jej mąż na pewno potrafił odróżnić psa od jakiegoś innego stworzenia, nie mógł mieć z tym problemu, to była elementarna wiedza, naprawdę elementarna.

Później spojrzał na podłogę, jakby znajdowało się na niej coś interesującego, nie patrzył na nią, unikał jej wzroku, nie podobało jej się to zupełnie. Zaczynała wyczuwać podstęp, a pod skórą pojawiło się to bardzo dziwne uczucie sugerujące, że coś jest nie tak. Pierdolony piątek trzynastego.

- Tak, nie wątpię, że musiałeś mieć przewagę nad zwierzęciem, masz instynkt, na pewno doskonale sobie z nim poradziłeś. - Zresztą skoro na jego ubraniu znajdowała się praktycznie wyłącznie jego krew to świadczyło przecież samo za siebie. Nie miała podstaw, aby wątpić w to, że to co mówił nie było prawdą. To tylko pies, prawda? Chciała w to wierzyć.

- Nie chwaliłeś się tym jeszcze. To dobrze, to naprawdę wspaniałe wieści. - Próbowała przywołać uśmiech na swoją twarz, ale zamiast tego jej usta wygięły się w czymś, co przypominało bardziej grymas, nie do końca nad tym panowała. Jasne, cieszyła się z tego, że znalazł rozwiązanie na to, żeby być bliżej niej, coś jednak nie pasowało jej w tej nocy, coś nie chciało dać jej spokoju.

- No tak, ona jest strasznie duża i chyba zna się na rzeczy. - Nie znała kobiety jakoś szczególnie, wiedziała, że jej rodzina zajmowała się polowaniami od pokoleń, właściwie wszystko co o niej wiedziała usłyszała z ust Benjy'ego, Ambroise nigdy jakoś zbyt wiele o niej nie mówił, w sumie ich relacja nie zahaczała o tematy osobiste, skupiali się na pracy, kiedy ze sobą rozmawiali, jednak nie dało się nie zauważyć, że wyglądała na profesjonalistkę, tak samo jak jej mąż, więc może to i dobrze, że postanowili współpracować, dobrze było mieć u swojego boku kogoś doświadczonego.

- W teorii na pewno działała na waszą korzyść. - W praktyce mogło wyjść jednak zupełnie inaczej, ale skoro tak twierdził, to starała się mu wierzyć. Dwoje ludzi, którzy wydawali się wiedzieć co robią w starciu z psem, to musiało się skończyć dla nich dobrze, naprawdę nic nie świadczyło o tym, że mogłoby być inaczej, to było całkiem logiczne.

Przyznał, że to nie było nic wielkiego, że to było normalne, tylko dlaczego coś jej nie pasowało? Dlaczego wcale nie wydawało się jej, że jest dobrze i normalnie, ciągle coś jej nie grało, a naprawdę chciała mu wierzyć, chciała mu zaufać, że to nic wielkiego. Może zaczynała popadać w jakąś paranoję? Była dziwna, miewała swoje fiksacje, być może coś sobie ubzdurała zupełnie niepotrzebnie, przecież by jej nie oszukał, nie okłamałby jej w takiej sprawie.

- Pewnie masz rację, przepraszam, po prostu odkąd się obudziłam to czułam się dziwnie, wiesz, czasem pojawia się takie uczucie, nie do końca potrafisz je nazwać, skoro mówisz, że to tylko draśnięcie, to na pewno masz rację, przecież to Ty tam byłeś. - Odetchnęła głęboko, miała nadzieję, że wybaczy jej te spekulacje, po prostu próbowała odnaleźć się w tej zupełnie nowej dla niej sytuacji, musiała się z nią oswoić, przywyknąć do tego, że tak będzie teraz wyglądało ich życie. Wiedziała przecież czym się zajmuje, ufała mu w tym, że zrobi wszystko, aby znaleźć się w domu w jednym kawałku. Nie mogła tego podważać, skoro mówił, że krew należała do zwierzęcia, to na pewno tak było.

- Tak, czasem tak bywa, musisz dokładniej zapamiętać współrzędne. - Dodała jeszcze, bo przecież szkoda by było, żeby gubił się gdzieś w okolicy i nie trafiał pod same drzwi. Faktycznie nie miał zbyt wiele czasu na to, aby wszystko dokładnie ustalić. Te problemy z teleportacją to nie było nic takiego, to się zdarzało. Tłumaczyła to sobie w głowie, próbowała zaakceptować te argumenty.

- Spokojnie, nie przeszkadza mi to jak wyglądasz, chociaż wolę Cię w innym wydaniu, jednak to jest chyba część Twojej pracy. - To nic takiego, błoto i krew, nie jego krew, nic wielkiego, zaraz ją z siebie zmyje, doprowadzi się do porządku i wszystko będzie dobrze. Na pewno wszystko miało być dobrze, nie brała już innej możliwości pod uwagę. - Musimy zadbać o to, abyś przygotował się na zimę, jeśli jesień już tak daje Ci się we znaki, to co dopiero będzie za kilka miesięcy. - Starała się brzmieć lekko, ale to wszystko, co mówił raczej nie układało jej się w najlepszy scenariusz, naprawdę próbowała wierzyć w jego argumenty, na każde jej słowo miał wytłumaczenie, dlaczego miałaby w nie wątpić? Musiała mu uwierzyć. To był zbieg okoliczności, nic więcej. Ponownie jednak się mu przyjrzała, bardzo dokładnie, jakby próbowała sprawdzić, czy czegoś nie przegapiła, zresztą za chwilę przecież będzie mogła to zrobić dokładniej, bo miała do niego dołączyć w łazience, jej ciekawość zostanie zaspokojona.

Niekoniecznie była przekonana co do tego, żeby znaleźć się w kuchni, gdy on pójdzie się ogarnąć, ale to miała być tylko krótka chwila, zaparzy herbatę i do niego dołączy. Prosta sprawa. Nic takiego, zaraz znowu się zobaczą. - Tylko spróbowałbyś uciec... - To już mieli zdecydowanie za sobą.

- Nie masz trzydziestu siedmiu lat, tylko trzydzieści trzy, nie zrzucisz tego na wiek. - Bo sama była tylko o rok od niego młodsza i nie czuła jeszcze zbyt wielu dolegliwości związanych z mijającym czasem, może też prowadzała się nieco bezpieczniej, jednak nie sądziła, iż był to już ten wiek, w którym pojawiały się pewne starcze dolegliwości.

Później się odsunęła, powoli ruszyła w stronę kuchni, przed wyjściem jednak jeszcze się zatrzymała, spoglądała na niego uważnie, nie chcąc niczego przeoczyć. Na pewno czuł jej spojrzenie na swoich plecach, na pewno miał świadomość, że nawet na moment nie opuściła wzroku. Szedł jednak, całkiem pewnie, tak, jak zazwyczaj, nie wyłapała w jego chodzie żadnej różnicy, mogła więc spokojnie udać się do kuchni, aby zaparzyć herbatę.

Działała całkiem zwinnie i szybko, dokładnie wiedziała, w której szufladzie co może znaleźć, spędziła w tym domu wiele czasu, w końcu mieszkała tu wcześniej jej babcia, nie zamierzała wprowadzać zmian w tym, gdzie co stało, zbytnio przywykła do tego porządku, który tutaj panował. Nie zajęło jej to wiele czasu, zaparzyła wodę, znalazła wielki dzbanek, herbatę, zajęła się tym, czym miała. Nie usłyszała jednak wody, która powinna była zostać odkręcona w łazience, dom wydawał się być cichy i ciemny, jakby nie było w nim żadnego życia. Być może czajnik nieco zagłuszył jej to, co powinno dochodzić z zewnątrz pomieszczenia, pewnie tak było.

W jej nozdrza uderzył zapach herbaty, przygotowała jej odpowiednią ilość, skoro było mu chłodno jeden kubek nie mógł wystarczyć, potrzebował więcej. Znalazła też całkiem uroczy kubeczek, w drobne nietoperze - jeden z jej ulubionych, zdążyła już rozpakować tutaj nieco swoich zdobyczy.

Trzymała dzbanek w ręku, kiedy usłyszała głos, wystraszyła się nieco, drgnęła, udało jej się nie wylać na siebie wrzątku. Był to jeden z tych momentów, kiedy zdecydowanie nie podobało jej się, że potrafił się tak po cichu poruszać, zupełnie niezauważalnie, jakby wcale nie było go w pomieszczeniu, wychodził z cienia, zazdrościła mu tego, niby do tego przywykła, ale nadal ją zaskakiwał, nadal nie wyczuwała jego obecności. Miał być w łazience, pojawił się w kuchni, coś jej zgrzytało, przeniosła na niego swoje spojrzenie. Przebrał się, wyglądał inaczej, nie miał na sobie tego płaszcza, tych warstw, ale chyba nie do końca zrobił to co miał zrobić, włosy, włosy nadal wyglądały jakby miały w sobie coś lasu. Zresztą nie zdążyłby się ogarnąć tak szybko, przecież ledwie zdążyła zrobić herbatę.

Dopiero po chwili do niej dotarło, że powiedział przepraszam, że to słowo wybrzmiało z jego ust gdy znalazł się w kuchni, kiedy się go nie spodziewała. Zmrużyła oczy, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie. Co się stało? Dlaczego był tutaj, a nie tam, dlaczego znowu się tutaj pojawił. - Zapomniałeś czegoś? - Spytała zupełnie bezmyślnie. Czego niby mógł zapomnieć, co byłoby mu teraz tak pilnie potrzebne, że musiał się tutaj wrócić?

Za co właściwie ją przepraszał? Co takiego się wydarzyło. Jeszcze raz zmierzyła go wzrokiem, milimetr po milimetrze, stała zbyt daleko, żeby coś zobaczyć w tym ciemnym świetle. Odstawiła dzbanek na szafkę, która znajdowała się obok. To była sekunda. Mówił do niej dalej, jego słowa do niej docierały, niby wszystkie rozumiała, jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to był moment, w którym nie mogła stać tak daleko, bezmyślnie, że od samego początku nie powinna mu wierzyć, że wypadało, aby gdy tylko zjawił się w progu dokładnie go obejrzała.

- Nie jestem tu sama, jesteś tu ze mną, zostań tu ze mną. - Musiała to dodać, bo nie do końca wiedziała do czego zmierzał, ale czuła, że te słowa nie wróżyły niczego dobrego. Zdecydowanie nie. Zawiodła go, nie wykazała odpowiedniego zainteresowania, coś się stało, a ona tego nie wyłapała. Była taka naiwna i głupia, nigdy się nie nauczy, nigdy.

W końcu znalazła się blisko, znowu bardzo blisko, na tyle, że była w stanie dostrzec, że spod niedbale założonej przez niego koszuli wystaje rana, krew, widziała krew. Nie była to krew psa, kurwa to nigdy nie była krew psa. Okłamał ją, próbował ją zwieść, nie chciał być jej problemem. Powinna naciskać, podejść do tego inaczej, zlekceważyła przeczucia i najwyraźniej nie skończyło się to dobrze. Nie pytała o zgodę, to nie był moment, w którym zamierzała to robić, zamiast tego sięgnęła dłonią w jego kierunku, uniosła koszulkę, spojrzała na nagie ciało, które nie wyglądało dobrze, było przeorane, skóra przecięta dość głęboko, nie musiała patrzeć na ten uraz zbyt długo, aby wiedzieć, że to ślad po pazurach, bardzo ostrych pazurach, przepracowała swoje w Mungu, na oddziale zajmującym się podobnymi obrażeniami. Nie miała czasu, żeby zadawać pytania, to nie była odpowiednia chwila, liczyła się każda sekunda, zaczęła kalkulować, spojrzała na jego twarz, oczy jakby straciły blask, były ciemniejsze, że też wcześniej tego nie wyłapała.

Nie była w stanie go stąd ruszyć, była zbyt drobna, a może on za wielki, bała się, że jeśli to zrobią, to legnie jak długi, musiał położyć się na ziemi, jak to możliwe, że jeszcze stał, przecież krew... stracił tak dużo krwi. Przełknęła ślinę. Musiała działać, nie mogła się skupiać na tym, że jej mąż praktycznie umierał tuż przed nią, bo to nie miało jej pomóc. Nie było czasu, aby prosić o wsparcie. Musiała się tym teraz zająć sama. Sama. Jego życie było wyłącznie w jej rękach, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Przymknęła oczy dosłownie na ułamek sekundy, odetchnęła głęboko. - Musisz się położyć na ziemi, będzie zimna, ale nie damy rady się stąd ruszyć, nie poradzę sobie, nie mam jak... - Nie było sensu tłumaczyć się dalej, na pewno rozumiał, o ile w ogóle jeszcze cokolwiek do niego docierało. Liczyła na to, wolała, aby nie dokładał sobie do tego wszystkiego runięcia o ziemię, to nie pomogłoby w niczym. Sama zaś odwróciła się na pięcie, aby znaleźć swoją torbę medyczną, nie miała może tutaj zbyt wielkiego zestawu pierwszej pomocy, ale to musiało wystarczyć, pozostawała jeszcze magia, na nią zawsze mogła liczyć, nie mogła jej dzisiaj zawieść, nie kiedy jej mąż jej potrzebował, nie miała zamiaru pozwolić mu odejść. Nie teraz. Nie kiedy ledwie pozwolili sobie na szczęście.

Mieli mieć przed sobą lata wspólnego życia, przyszłość, w końcu zgodzili się co do tego, że chcą jej wspólnej i co? Kilka dni po ślubie zamierzał ją opuścić. Niedoczekanie. Nie miała zamiaru mu na to pozwolić. Była na niego zła, była zła na siebie, nie powiedział jej nic, nie mógł tego nie zauważyć, ale ona nie była lepsza, nie sprawdziła tego od razu, to nie był jednak odpowiedni moment na to, aby mu to wyrzygiwać, jeszcze nie teraz, na pewno go to nie ominie, jednak teraz musiała zająć się pilniejszymi sprawami, niż ruganiem go za jego nieodpowiedzialność.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
21.01.2026, 01:41  ✶  
Prudence patrzyła na mnie uważnie, zbyt uważnie, a ja nie mogłem wyzbyć się myśli, że miała mnie zaraz przestrzelić tym spojrzeniem na wylot, przejrzeć mnie od czubka głowy po koniuszki palców u stóp, przez te wszystkie warstwy ubrań, bo przecież mimo upływu czasu między „my” kiedyś a „my” teraz, moja żona mnie znała - wiedziała, kiedy kłamię, a ja właśnie robiłem to wybitnie źle, bo zmęczenie zabierało mi precyzję. Zauważyłem, że z minuty na minutę obserwowała mnie coraz bardziej podejrzliwie, mniej jak ukochana, która się martwiła, bardziej jak ktoś wyjątkowo inteligentny, kto składał elementy układanki, której obrazek zaczynał być niepokojąco wyraźny. Znałem ten wzrok, wiedziałem, co robiła - liczyła, łączyła, wyciągała wnioski.
- Tlochę. - Powiedziałem cicho, chociaż to zabrzmiało głupio nawet w moich własnych uszach, absurdalnie nawet dla mnie. Stałem przed nią, prawie dwa metry chłopa, zbudowany jak ktoś, kogo raczej nie przewraca się jednym ruchem, i mówiłem o „trochę większym psie”, gdybym był po drugiej stronie tej rozmowy, już dawno bym to rozebrał na części.
- Pluey… - Zacząłem, ale urwałem.
Zapytała, czy na pewno to był pies, a ja przecież nie byłem gotowy nawet na to pierwsze pytanie, tym bardziej nie na to drugie, które padło chwilę później.
„Czy naprawdę jesteś pewien, że to był pies?”
Nie odpowiedziałem od razu, nie dlatego, że nie znałem odpowiedzi - znałem ją aż za dobrze - po prostu nie potrafiłem jej wypowiedzieć, nie teraz, nie w tym domu, nie do niej. Chciałem ją uspokoić, za wszelką cenę, ale piątek trzynastego nie był łaskawy dla kłamców. Stałem w miejscu i po raz pierwszy od bardzo dawna wiedziałem, że nie wyjdę z tej rozmowy żartem, nie dało się tego też obrócić w anegdotę, bo to nie była jedna z tych historii, które kończą się śmiechem przy herbacie.
- Widziałem golsze bestie nisz dusze psy. - Powiedziałem w końcu, omijając pytanie, to była prawda, ale nie ta, której chciała. - I nadal tu stoję. - Ale to już było praktycznie kłamstwo, bo stałem, ale ledwo. Spróbowałem się wyprostować bardziej, jakby to miało coś zmienić - próbowałem, naprawdę próbowałem zachowywać się i brzmieć lekko, normalnie, jak ktoś, kto wrócił ubłocony z pracy, a nie jak ktoś, kto ledwo trzymał się na nogach.
- W innym wydaniu jestem na landki, a w tym na lobotę. - Mruknąłem, unosząc kącik ust. - Kaszdy ma swoje unifolmy. - Przesunąłem dłonią po ramieniu, jakbym strącał wyimaginowany pył, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to nie był pył. Świat zawirował - nie gwałtownie, raczej leniwie, jakby ktoś powoli przekręcał wszystko o kilka stopni w bok - wziąłem głęboki oddech, chociaż jeszcze chwilę wcześniej oddychałem płytko, jakbym oszczędzał powietrze na coś ważniejszego. Czułem, że coś się we mnie przesuwa, jakby adrenalina przestawiała wajchę z „działaj” na „już nie musisz”.
Uśmiechnąłem się krzywo, słysząc to wszystko, co nastąpiło później, i pokręciłem głową, jakbym naprawdę uważał, że robiła z igły widły.
- Widzisz, a ja jusz się mentalnie pszygotowałem na bycie stalym, maludnym czteldziestolatkiem. - Mruknąłem, przeciągnąwszy dłonią po karku, zostawiając na skórze kolejną smugę brudu. - Nie odbielaj mi tego, Sunny, wystalczy, sze musiałem usunąć stamtąd „samotny i zgoszkniały”. Ten wiek to jedyne wytłumaczenie, jakie mam na wszystko. Tszydzieści tszy, tszydzieści siedem, to nie asz taka lósznica, poza tym musisz lespektowaś to, co mam w dokumentach, tak gwoli ścisłości, to nowa najplawdziwsza plawda. Lecisz na stalszych, Młoda. Solka. - To był ten mój stary ton, lekki, półżartobliwy, trochę bezczelny, jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie zwyczajnym, a nie o tym, że wyglądałem jakbym wrócił z wojny.
Odwróciłem się w stronę łazienki - wolno, zbyt wolno jak na kogoś, kto „ma się świetnie” - czułem jej wzrok na plecach, wiedziałem, że mnie skanowała, liczyła kroki, sprawdzała, czy się nie chwieje, więc nie chybotałem się, nie dawałem jej powodów do zmartwień.
Adrenalina jeszcze mnie trzymała - trzymała mnie w pionie, trzymała mi myśli w jednym kawałku, całkiem trzeźwe, jak na utratę tak dużych ilości krwi, ale ja już wiedziałem, nie „domyślałem się” - wiedziałem, wiedziałem z tą cichą, brutalną pewnością, która nie potrzebowała słów, zresztą, pierwszy raz w życiu nie miałem żadnego dowcipu na podorędziu. Nie zamierzałem marnować czasu na rzeczy, które przestały mieć znaczenie, po prostu obróciłem się na pięcie, wychodząc dokładnie tak, jak stałem.
Zatrzymałem się dopiero u progu kuchni, gdy zobaczyłem ją z dzbankiem w dłoniach i pomyślałem, że to jeden z tych obrazów, które powinny należeć do przyszłości, do zwyczajności, do poranków, które miały się jeszcze wydarzyć. Świat na moment się ustabilizował, jakby chciał mi dać tę jedną scenę bez drżenia, bez rozmycia. Nie uciekałem wzrokiem, nie potrafiłem, patrzyłem na nią tak, jakby to miało wystarczyć, jakby samo patrzenie mogło ją zapamiętać, wdrukować pod powiekami na zawsze - może i mogło, przecież to „zawsze” zamykało się w kilku następnych chwilach. Miałem wrażenie, że moje ciało działa już tylko z przyzwyczajenia - stałem, bo zawsze stałem, oddychałem, bo oddychanie było automatyczne, ale nie rozumiałem już, czemu to wszystko jeszcze się działo.
Wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości, codziennych rzeczach, o tym, co zrobimy, kiedy już się urządzimy, kiedy ten dom przestanie być nowy, a stanie się po prostu naszym. Rozmawialiśmy poważnie, odpowiedzialnie, jak dorośli ludzie, którzy wierzą, że mają przed sobą czas, teraz miałem ochotę cofnąć tamtą rozmowę - wyrzucić ją, zastąpić czymś innym. Śmiechem, dotykiem, bezmyślną bliskością, tym wszystkim, co odkłada się na potem, bo przecież „potem” zawsze miało nadejść.
Patrzyła na mnie intensywnie, zbyt uważnie. A ja wiedziałem, że zaraz zobaczy więcej, niż powinienem jej pokazać. Chwilowo jeszcze stała za daleko, zbyt daleko, żeby zobaczyć cokolwiek wyraźnie, i to było jednocześnie ulgą i czymś okrutnym. Światło nie sprzyjało szczegółom, półmrok był łaskawy, z tej odległości wciąż mogłem być tylko zmęczony, tylko poturbowany, tylko brudny po robocie.
Zapytała, czy czegoś zapomniałem, na co prawie się uśmiechnąłem, nie kręcąc głową tylko dlatego, że to nie miało sensu. Wiedziałem, że to tylko kwestia sekund, zanim moja żona zorientuje się, co mnie tu przywiodło, w końcu była najinteligentniejszą znaną mi osobą. Patrzyłem, jak zmarszczyła brwi, mrużąc oczy, próbując złożyć mnie z tego, co widziała, i z tego, co właśnie powiedziałem. Wiedziałem, że to słowo było jak kamień wrzucony do spokojnej wody - „przepraszam” - nie powinienem był go wypowiadać, jeśli chciałem jeszcze przez chwilę udawać, że wszystko jest w porządku, ale już nie potrafiłem. Mówiłem do niej dalej, słyszałem własny głos, spokojny, niski, kontrolowany, brzmiał jak zawsze, to było chyba najbardziej absurdalne w całej tej sytuacji - że mogłem brzmieć normalnie. Stałem spokojnie, jakby to wszystko nie dotyczyło mnie, jakby było czymś, co ogląda się przez szybę.
Zobaczyłem w jej postawie tę zmianę, gdy odstawiła dzbanek, ten alert, który nie miał nic wspólnego z miłością, tylko z natychmiastową, kliniczną oceną, jakby przestawiła się na inny tryb istnienia, i wiedziałem, że już po mnie - nie w tym sensie, o którym myślałem w łazience, tylko w tym, że nie da mi już kłamać. Zresztą… Nie chciałem tego robić, nie teraz, zamiast tego skupiłem się na naszej wspólnej chwili, tej ostatniej. Dostrzegłem moment, w którym wzrok Prue się zmienił, ten drobny skurcz mięśni wokół oczu, to zatrzymanie oddechu, zanim jeszcze podniosła moją koszulkę, już wiedziała. Była już przy mnie, mówiła, a ja słyszałem wszystko jak przez wodę, przytłumione, spowolnione, ale wyraźne - każde słowo trafiało - kiedy powiedziała, że nie jest tu sama, jestem z nią, coś we mnie drgnęło, nie bólem, tylko tym cichym, niedorzecznym wzruszeniem, które nie ma prawa pojawić się w takim momencie, poruszyłem jednak głową na boki, bardzo wolno.
- Hej, Pluey. - Powiedziałem cicho, łagodnie, jakbym mówił do kogoś, kto właśnie obudził się z koszmaru. - Oddychaj. - To nie było polecenie, to była prośba, ta dziwna, ciężka łagodność, która pojawia się, kiedy człowiek przestaje walczyć z rzeczywistością. Patrzyła na mnie jak na kogoś, kto nie rozumiał powagi sytuacji, a ja rozumiałem ją aż za dobrze - to słowo, którego żadne z nas nie wypowiadało, było absurdalne w każdej innej sytuacji, ale w tej było jedynym, które miało sens.
Patrzyłem na nią, nie na ranę, na jej twarz, na to, jak w jednej chwili przestała być żoną czekającą z herbatą, a stała się kimś innym - kimś skupionym, kimś, kto liczył sekundy. Czułem jej palce na skórze, widziałem, jak oczy jej ciemnieją, jak wchodzi w ten tryb, który znała z pracy, z sal szpitalnych, z miejsc, gdzie nie było czasu na emocje. A ja… Ja byłem w dziwnym miejscu pomiędzy. Nie bolało tak, jak powinno - bolało, ale gdzieś daleko. Bolało nie w ten sposób, w jaki boli coś, co jeszcze można naprawić, to był ból informacyjny, mówił mi rzeczy, które już wiedziałem.
Wyciągnąłem rękę, bardzo powoli, żeby jej nie przestraszyć, chcąc dotknąć nadgarstek żony, lekko, tylko tyle, żeby zwrócić jej uwagę. Nie chciałem, żeby patrzyła na ranę, ani na torbę, ani na cokolwiek innego, chciałem, żeby patrzyła na mnie.
- Pluey. - Powtórzyłem jej imię miękko. - Ja jusz wiem. Ty tesz. - Nie powiedziałem „umieram”, nie było potrzeby, nie było w tym sensu. Nie było też we mnie strachu, tylko ta dziwna, gęsta cisza w środku, jakby wszystko już się wydarzyło, a ja tylko nadrabiałem opóźnienie. - To nie jest coś, co załatwi tolba medyczna. - Nie podniosłem głosu, nie było w nim nic dramatycznego, to było zdanie wypowiedziane jak fakt. - Ani magia lecznicza. Ani plastelki. - Pokręciłem powoli głową, bardzo powoli, żeby nie stracić równowagi. - Nie musisz się spieszyś. - Spojrzałem na nią uważnie, jakbym chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. - To jusz nic nie zmieni. - To zdanie było prawdziwe, nawet jeśli ona nie była gotowa, by je usłyszeć, ja naprawdę nie miałem już siły na udawanie. Patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na coś, co trzeba natychmiast naprawić, jakby wszystko było jeszcze do odratowania, jakby czas dało się oszukać - nie dało się, kto jak kto, ona powinna być tego świadoma, nawet jeśli wmawiała sobie inaczej. Wiedziałem, że rozpoznaje to, co ja rozpoznałem wcześniej w lustrze, różnica polegała na tym, że ona jeszcze wierzyła, że można z tym wygrać.
Jej ruchy były szybkie, zbyt szybkie, pełne paniki - zaczęła liczyć, analizować, układać plan, jakby to była każda inna sytuacja, każdy inny dyżur, każdy inny pacjent. A ja stałem i patrzyłem na nią, jakby była jedyną stabilną rzeczą w całym tym rozpadzie.
Pokręciłem głową lekko, kiedy spróbowała mnie instruować, po czym podniosłem wzrok na dzbanek.
- Zlobiłaś helbatę. Wypijmy ją. - To zabrzmiało jak żart, nie było nim. - Nie chcę, szebyś telas biegała, panikowała, szukała szeszy, któle niczego nie zmienią. - Mówiłem wolno, wyraźnie, jakbym chciał, żeby każde słowo miało swoje miejsce. - Chcę, szebyś była tu. Ze mną, ale nie chcę lesześ na podłodze. - Powiedziałem cicho, stanowczo, ale bez ostrości. - Nie chcę, szeby to tak wyglądało. - Patrzyłem na nią spokojnie, bez paniki, bez tego nerwowego napięcia, które miała w sobie ona, ja byłem już po drugiej stronie tego strachu. - Całe szycie biegłem od jednego punktu do dlugiego - kontynuowałem - od zadania do zadania. Od klyzysu do klyzysu. Nie chcę, szeby to tesz było jednym z nich. - Ponownie spojrzałem na dzbanek, który odstawiła wcześniej. - Zlobiłaś mi helbatę. To balso miłe. Chciałbym ją wypiś s tobą. Chcę byś twoim męszem. Nie pacjentem. Nie pszypadkiem medycznym. - Nie mówiłem tego jak ktoś, kto negocjuje, nie zamierzałem się z nią targować oddychałem płytko, ale równo, świat był dziwnie cichy.
Spojrzałem na nią uważnie.
- Potem… - Kontynuowałem. - Potem wyślesz po kogoś. - Powiedziałem cicho, ale stanowczo. - Po swoją babcię. Po Penny. Po Colneliusa. Po Ambloise’a. Po Eliasa. Po kogokolwiek. - Zrobiłem przerwę, żeby złapać oddech. - Nie chcę, szebyś była tu sama. - Dodałem, patrząc w kierunku okna. - Nie powinnaś pszes to pszechodziś sama. Do tego czasu… Postalam się zostaś. Nigdzie mi się jusz nie spieszy, wiesz o tym, plawda? - Znowu na nią spojrzałem, prosto w oczy, bez uciekania - w końcu kazała mi zostać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
21.01.2026, 14:35  ✶  

Rozmowa, którą prowadzili nie do końca jej się podobała. Niby dostawała odpowiedzi na pytania, ale miała wrażenie, że są niepełne, że czegoś w nich brakuje. Coś jej nie pasowało, nie umiała jednak stwierdzić co. Mówił o wszystkim bardzo lekko. Wspomniał o dużym psie, psie trochę większym od niego. Nie sądziła, że w ogóle istniał taki pies, oczywiście, że w ogóle nie powinna o to pytać, bo wiedziała, że nie mówił jej prawdy, ukrywał przed nią część informacji. Czuła to. Nie była głupia, zresztą widziała więcej niż większość ludzi, szybko łączyła fakty, naprawdę chciała wierzyć w jego słowa, no ale nie kleiły jej się do końca, coś jej nie pasowało. Wspomniał o innych potworach, co również skłoniło ją do myślenia, nasuwała jej się tak naprawdę najbardziej oczywista oczywistość, wielki pies, większy od niego to musiał być wilkołak, tylko dlaczego nie chciał się przyznać do tego, że z jakimś się mierzył. Skoro został tylko draśnięty, to przecież nie było nic takiego. Stał przed nią, mówił do niej, pozwalało jej to wierzyć w to, że jego zlecenie zakończyło się sukcesem, naprawdę chciała w to wierzyć i nie dopuszczać do siebie innych możliwości.

Miała wrażenie, że coś jej umyka, czegoś nie widzi, a nie znosiła niewiedzy, nie potrafiła odnaleźć się w takich sytuacjach, ale co niby innego miała począć zaakceptowała tę wersję. Niech mu będzie, przynajmniej na razie, póki faktycznie nie znajdzie się pod prysznicem, tam nic nie będzie mógł przed nią ukryć.

Kiwnęła głową kilka razy, przyjmowała to, co mówił. Brzmiał żartobliwie, jak zawsze, próbował podchodzić do tej całej sytuacji lekko, ale nie do końca jej się to podobało. Znała go, wiedziała, że kiedy sobie z czymś nie radził to sięgał po żarty, tak było mu łatwiej przetrwać, to była jego metoda. Nie mówiła już nic, tylko się w niego wpatrywała dopóki nie poszedł w stronę łazienki. Tak właściwie nawet kiedy to zrobił to obserwowała go uważnie, jakby chciała zauważyć jakieś zawahanie, drobne potknięcie, cokolwiek co mogło świadczyć, że coś jest nie tak. Tyle, że to się nie wydarzyło. Nadal wyglądał jakby kontrolował wszystko, jakby to, co przeczuwała było tylko urojeniem. Być może faktycznie była nieco przewrażliwiona, może miała nieodpowiednie podejście.

Wrócił szybciej, niż zakładała, właściwie to ona miała dojść do niego, a nie on pojawić się w tym miejscu. Nie pasowało jej to, przeczuwała, że coś jest nie tak. Pytanie, które zadała było naprawdę głupie i naiwne, zupełnie bezsensowne, ale szukała jeszcze jakiejś wersji wydarzeń, w której wszystko miało być dobrze. Dość szybko dotarło do niej, że taka wersja wydarzeń nie istniała. Widziała to w jego oczach, czuła, że to wrażenie, które pojawiło się w nocy nie było złudne, miało sens, miało rację bytu. Naprawdę nie było dobrze, chociaż od kilkunastu minut udawali, że wszystko było w porządku. Tracili cenne minuty, tracili czas, nie mogła sobie tego wybaczyć. To było nie do pomyślenia.

Jeszcze wczoraj, jeszcze wieczorem wszystko było w porządku. Rozmawiali o przyszłości, o planach, o tym, czego chcieli, a czego nie. Dzisiaj przestało to mieć znaczenie. Wiedziała, że jest źle, zaczął ją przepraszać, co sugerowało, że pogodził się już z opcją, która wydawała mu się być możliwa. Nie, żeby ona to zaakceptowała. Prue nie zamierzała poddać się tak łatwo. Była uzdrowicielem, miała leczyć ludzi, robiła to przecież od lat. To było całkiem proste, on został ranny, ona miała mu pomóc. Byli pod tym względem kompatybilni, zawsze byli kompatybilni i nigdy się to nie miało zmienić.

Znalazła się w końcu tuż przed nim. Zmieniła tryb, przestawiła się na ten, który w tej chwili był skuteczniejszy, musiała oddzielić serce od rozumu, musiała się skupić na tym, aby mu pomóc. Była lekarzem, radziła sobie z sytuacjami beznadziejnymi. Gdy zobaczyła, jak wygląda jego ciało, wiedziała, że to jedna z takich sytuacji, przyjęła to do wiadomości, ale to nie było nic wielkiego. Zawsze można było znaleźć rozwiązanie, jeszcze oddychał, jeszcze przed nią stał, da się coś z tym zrobić. Fakt, skóra wyglądała fatalnie, ale to nie powodowało, że zamierzała odpuścić. Nie dzisiaj, na pewno nie tym razem. Mieli przed sobą przyszłość, zmarnowali naprawdę dużo czasu w przeszłości, kiedy wreszcie sobie wszystko wyjaśnili, gdy przeprowadzili się do swojego domu nagle miała się pogodzić z tym, że tak miało wyglądać ich zakończenie. Niedoczekanie.

Dotknął jej nadgarstka, poczuła na nim ciepło jego palców. Zacisnęła zęby. Nie uśmiechała się, nie podobało jej się jego podejście. Zupełnie. Nie akceptowała tego, nie zamierzała tego zaakceptować, czy mu się to podobało, czy nie. Trudno, mógł jej mieć to za złe, w sumie w tej chwili to ona miała mu trochę więcej do zarzucenia, będą musieli o tym podyskutować jak odzyska siły, jak postawi go na nogi.

- Nie. Nie wiesz, ja się na to nie zgadzam. - Nie miała zamiaru przystać na to, co mówił. Uniosła nawet nieco ton głosu, co zdarzało jej się praktycznie nigdy, nawet kiedy była wyjątkowo wkurzona. Jak niby miała nie reagować na to, że jej mąż właśnie godził się ze śmiercią? No jak? To nie było normalne, było popaprane, tym bardziej, że nic nie było przesądzone, nie kiedy mogła udzielić mu wsparcia.

- Nie zgadzam się na to. - Powtórzyła jeszcze raz, nieco głośniej. Oczy jej błyszczały, ale widać w nich było determinację, zdecydowanie nie był to moment, w którym miała zamiar odpuścić.

- Na szczęście nie Ty o tym decydujesz, nie możesz zabronić mi walczyć. - Nie docierały do niej jego argumenty, jasne, na pewno czuł swoje, wiedział najlepiej, ale to nie była dziedzina, w której zamierzała brać pod uwagę jego opinię. To był jej konik nie jego i wiedziała, że czasem cuda się zdarzały i to miał być jeden z takich wieczorów. - Tylko mi tego nie utrudniaj, proszę. - Dodała jeszcze, bo dużo łatwiej było działać, mając pacjenta, który współpracował. Jej mąż musiał to zrozumieć, czy tego chciał, czy nie.

- Aloysiusie Benjaminie Rookwood, nie zamierzam się powtarzać, masz się położyć, nie obchodzi mnie gdzie, podłoga jest najbezpieczniejsza, bo nie grozi Ci upadek, nie interesuje mnie, czego chcesz, masz się kurwa położyć i pozwolić mi robić to, w czym jestem najlepsza. - Nie odzywała się do niego w ten sposób nigdy, ale straciła cierpliwość, nie mógł jej tego utrudniać, dlaczego to robił? Dlaczego nie chciał dać jej szansy na to, żeby mu pomogła.

- Wypijemy tysiące herbat, jeśli mnie posłuchasz, błagam. - Naprawdę liczyła na to, że w końcu do niego dotrze to, że to nie był koniec, przecież to miał być ich początek, naprawdę chciał tak po prostu odpuścić. - Nie poddajesz się, to nie jesteś Ty, nigdy się nie poddajesz. - Wypluwała z siebie kolejne słowa, chcąc jakoś na niego wpłynąć. Nie zwlekała, w końcu się ruszyła, jej ruchy były zwinne, szybkie, miała w ręce torbę medyczną i różdżkę i zupełnie ignorowała jego prośby, nie zamierzała z nim pić teraz herbaty, chyba go Merlin opuścił.

- Tak się składa, że w tej chwili jesteś i moim mężem, i przypadkiem medycznym, chciałabym, żebyś przestał pierdolić głupoty, pozwolił mi się tym zająć, dzięki czemu będziesz tylko mężem, rozumiesz? - Naprawdę starała się do niego dotrzeć, chciała, żeby jej posłuchał, nie mieli czasu na takie niepotrzebne dyskusje. - Nie żegnaj się ze mną, nie dzisiaj, to dopiero początek. - Dopowiedziała jeszcze, naprawdę nie zamierzała na to pozwolić. Zresztą, czy w tym stanie w ogóle miał coś do powiedzenia, nie mógł zabronić jej go ratować, nie zatrzyma jej przecież siłą, bo ledwo oddychał, była na wygranej pozycji.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
21.01.2026, 22:18  ✶  
Świat od kilku minut zachowywał się jak źle zsynchronizowana projekcja. Nie byłem w stanie się ruszyć, nie dlatego, że nie miałem siły - a przynajmniej tak sobie mówiłem - tylko dlatego, że mój mózg nie nadążał za rzeczywistością. To było jak zderzenie z betonową ścianą. Stałem jeszcze jakoś, względnie w jednym miejscu, kiedy Prudence wyrzucała z siebie kolejne słowa, jakby próbowała mnie nimi przytrzymać w rzeczywistości. Stałem i przez krótką, nierealną chwilę nie słyszałem znaczenia tego, co do mnie mówiła - dźwięk był, ale sens się nie składał, jakby ktoś wyłączył we mnie funkcję rozumienia, przestawiając język świata - patrzyłem na nią, a ona była jednocześnie moją żoną i kimś zupełnie innym, kto boksował we mnie niewidzialnymi piąstkami. Najpierw słyszałem tylko jej głos, jakby dochodził z innego pokoju, dopiero później dotarły do mnie słowa - długie, twarde, wściekłe, przesiąknięte strachem, którego starała się nie okazywać.
„Aloysiusie Benjaminie Rookwood”.
Drgnąłem. Podniosłem na nią wzrok, i wtedy zobaczyłem ją naprawdę - nie tylko jako żonę, nie tylko uzdrowicielkę - tę dziewczynę sprzed lat, z zaciśniętą szczęką, z oczami, które potrafiły zabijać spojrzeniem, kiedy coś było niesprawiedliwe.
Nagle nie byłem już w tym korytarzu, byłem gdzieś indziej, w innym czasie, podczas innych rozmów, innych sytuacji, w których to imię oznaczało dystans, formalność, granicę - to, że ktoś nie mówił do mnie jako do człowieka, tylko do funkcji, do nazwiska, do problemu do rozwiązania. Tym jednym słowem cofnęła mnie o lata, do czasów, kiedy byłem problemem, przypadkiem, kimś do opanowania, nie do przytulenia. Przez mrugnięcie oka nie byłem już w stanie połączyć tej kobiety z tą, która jeszcze chwilę temu głaskała kota, trzymała dzbanek, martwiła się, czy zmarzłem - ta tutaj była kimś innym, ostrzejszym, twardszym, kimś, kto nie miał miejsca na czułość, bo każda sekunda mogła kosztować mnie życie.
Mnie.
A ja… Ja byłem w szoku tak głębokim, że nawet nie wiedziałem, gdzie dokładnie boli. Nie bałem się, byłem… Zdziwiony, zaskoczony tym, jak bardzo to boli - nie rana, nie krew - to, że nie powiedziała „Benjy”.
Zatrzymało mnie to bardziej niż ból, bardziej niż zawroty głowy, bardziej niż ten głęboki, usztywniający chłód, który już dawno przestał być tylko fizyczny. Głos Prudence uderzył we mnie jak coś ciężkiego, nagłego, nie do ominięcia. Nie dlatego, że był głośny - dlatego, że był obcy.
„Aloysiusie Benjaminie Rookwood”.
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś zwrócił się do mnie w ten sposób, nawet nie byłem pewien, czy kiedykolwiek ona tak do mnie powiedziała. Może bardzo dawno, zanim jeszcze zmieniłem personalia, zanim świat się poprzestawiał, zanim „Benjy” stało się jedynym imieniem, jakie miało znaczenie. Odkąd byliśmy razem, zawsze byłem Benjym - czułym, codziennym, jej - to drugie imię nie istniało w naszym domu, nie istniało w jej ustach. Zniknęło razem z moim starym życiem, razem z rzeczami, które miałem już nigdy nie nosić przy sobie. Od kiedy byliśmy razem, byłem Benjym, zawsze Benjym, i zawsze było w tym „Benjy” coś miękkiego, nawet jeśli ostrego, a teraz usłyszałem swoje imię w pełnej wersji, jakby wyciągnięte z jakiejś dawnej, obcej rzeczywistości, z czasów, kiedy jeszcze nie byłem jej mężem, kiedy byłem tylko upierdliwym problemem. Nie mówiła na mnie tak, nigdy, nawet kiedy się pokłóciliśmy, nawet kiedy była wściekła, nawet kiedy mówiła poważnie, stanowczo, ostrzegawczo, zawsze był w tym  „Benjy”, zawsze było w tym „mój”.
Co gorsza - zabrzmiało to jak nazwisko na nagrobku, a przecież chociaż ten człowiek już dawno dla mnie nie żył - ja żyłem, jeszcze, stałem, patrząc na nią, i przez moment naprawdę nie byłem w stanie się poruszyć. Nie dlatego, że ciało odmówiło, tylko dlatego, że umysł się zaciął, jakby ktoś wyrwał mi spod nóg coś znacznie ważniejszego niż równowagę.
Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek - to, że rozumiem, nie chciałem jej utrudniać, nie robiłem tego z uporu, nie próbowałam jej odebrać tej szansy. Chciałem jej powiedzieć, że to nie jest kwestia woli, to nie jest kwestia tego, co ja chcę, nie utrudniam jej pracy, że po prostu… Nie ma już pracy do wykonania, ale słowa nie przyszły. Patrzyłem na nią i nie potrafiłem odpowiedzieć, ale nie dlatego, że nie chciałem, mój mózg po prostu był w szoku - prawdziwym, klinicznym szoku. Prudence mówiła jak lekarz, dowódca, ktoś, kto musi przejąć kontrolę, bo ktoś inny ją stracił, a jednak jednocześnie sięgnęła po coś, co zdecydowanie miało zbić mnie z tropu - i właśnie to zrobiło - zamrugałem, raz, drugi… A potem… Coś we mnie pękło. Nie normalnie, nie lekko, nie jak u człowieka, który coś uznał za zabawne.
Najpierw to był tylko krótki, zdławiony dźwięk, coś pomiędzy oddechem a kaszlem, potem kolejny, jeszcze jeden, aż w końcu wyrwał mi się prawdziwy śmiech, szorstki, chrapliwy, zupełnie nie na miejscu. Nie ten lekki, nie mój, nie do końca, nawet jeśli prawdziwy, to raczej taki, który był tylko reakcją na to, że mózg nie wie już, co zrobić z tym, co właśnie się wydarzyło. To było charkotanie, szarpane, niekontrolowane - zginało mnie wpół, wyrywało powietrze z płuc, paliło w boku jak rozżarzony metal, każdy dźwięk bolał tak, że przed oczami robiło mi się biało, ale nie mogłem przestać.
- Okej, okej… - Wydyszałem między jednym a drugim atakiem, łapiąc się blatu. - Melin mi świadkiem, to bszmi jak piepszony neklolog. Pluey… - Zacząłem, ale głos mi się załamał na jej imieniu, zacisnąłem zęby, opierając się ciężej o ścianę. - Pludence Madison Bletchley, nie dszyj się na mnie… Bo jeszcze pomyślę, sze mnie lubisz. - To kosztowało mnie więcej powietrza, niż powinno. - Znaczy… Fenwick… - Poprawiłem się, sapnąwszy. - Pszeplasam… Lookwood. - Wycharczałem, unosząc kącik ust w czymś, co miało być uśmiechem, a wyszło jak grymas. Śmiałem się jeszcze przez chwilę, charkocząc, dławiąc się własnym oddechem.
Bolało, to bolało, naprawdę bolało, z każdą sekundą bardziej, bolało tak, że aż mnie zgięło w pół, że zachybotałem się, jak młoda sarenka, bo nogi nagle przestały być pewne. Każdy dźwięk rozrywał mnie od środka, ciągnął za ranę, za płuca, za coś, co nie powinno już reagować. Zabierało mi oddech, dosłownie, kręciło mi się w głowie, a świat zrobił się jeszcze bardziej niestabilny, ale nie mogłem tego zdusić - nie było już nic do obrony, wszystkie moje mechanizmy właśnie zaczęły zawodzić, a jednak coś we mnie wróciło do intuicyjnych reakcji - śmiałem się i jednocześnie dławiłem, jakby ciało nie mogło zdecydować, czy chce oddychać, czy chce umrzeć. Gardło paliło, klatka piersiowa pulsowała, przed oczami robiło mi się czarno na krawędziach, ale nie mogłem przestać.
To nie był śmiech z radości, to nie był śmiech z ironii, to był śmiech-odruch, jakby mózg, nie mając już żadnego innego narzędzia, wcisnął przycisk „absurd”.
Bo to było absurdalne - całe to pieprzone życie - to, że stałem tu, krwawiąc, a najbardziej bolało mnie nie to, co zrobił mi potwór, tylko to, jak zabrzmiało moje imię w ustach kobiety, którą kochałem. Najbardziej przerażające było to, że przez krótką, bardzo krótką chwilę… To naprawdę było zabawne, nie wesołe, tylko absurdalne, tak bardzo, że aż śmieszne. Złapałem się za bok, nie po to, żeby zatamować krew, tylko żeby spróbować zatrzymać ten dźwięk w sobie, nie udało się - śmiałem się dalej, głupio, rozpaczliwie, jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że nie ma już nic do udawania.
Zrobiło mi się ciemno na krawędziach obrazu, każde kolejne słowo docierało do mnie z opóźnieniem, jakby mózg musiał je przetłumaczyć z innego języka, jednak parsknąłem słabo, dochodząc do kolejnego absurdalnego wniosku:
- Tyle lat… Dopielo telas… Ty… Potlafisz pięknie pszeklinaś. - Poinformowałem ją ochryple, chociaż raczej niezbyt inteligentnie, gdy zatrzymała się przede mną, blisko, bardzo blisko.
Złapałem oddech jak ktoś, kto właśnie przebiegł zbyt długi dystans i nie wie, gdzie się zatrzymać. Płuca paliły, każdy wdech był za krótki, każdy wydech rwał się na kawałki. A jednak… Parsknąłem, najpierw cicho, potem głośniej.
- Właśnie szuciłaś „kulwą” jak dokel s poltu w Blistolu. - Wychrypiałem, z tym głupim tonem, który zawsze wyciągałem, kiedy było naprawdę źle. Głos mi się łamał, oddech rwał, ale nie mogłem tego nie powiedzieć, to było silniejsze ode mnie, zgiąłem się lekko w pół, bo oddech znowu przeszedł w kaszel, w ten szorstki, rozrywający dźwięk, który zabierał mi powietrze. Podniosłem na nią wzrok, zamglony, mętny, ale wciąż świadomy - uśmiech, krzywy, uparty, też jeszcze tam był. Widziałem w niej teraz kogoś innego, nie tylko moją żonę, kogoś, kto potrafił wyciągać ludzi z rzeczy, z których nie powinni wracać.
- Wyglądasz… Jakbyś miała mnie zalas zabiś. - Dodałem. - Co jest… Iloniczne, bioląs pod uwagę… - Sytuację, ale już nie dokończyłem, urwałem, mrugając.
Torba, różdżka, tempo - wszystko w niej było „teraz”, „natychmiast”, „ratujemy”, podczas gdy wszystko ze mnie przechodziło w tryb „nigdy” i „odpocznij”, „spokojnie”.
- Naplawdę myślisz, sze moses mnie tak po plostu… - Zacząłem i znowu przerwałem, bo zabrakło mi powietrza, na sekundę oparłem się plecami o ścianę, zamknąłem oczy i zaczerpnąłem tlenu - to nie było dramatyczne, to było jak powolne odłączanie prądu, który odpowiadał za pracę moich płuc i reszty ciała. Oddychałem ciężko, czując, jak pot spływa mi po karku, a świat lekko się przechyla.
- Nie pieldolę głupot. - Dodałem ciszej. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o tym, że się nie poddaję, to nie ja, i coś we mnie chciało jej przytaknąć, powiedzieć, że ma rację, zawsze się szarpałem, zawsze wstawałem, zawsze szedłem dalej, ale nie teraz. Spojrzałem na żonę, naprawdę spojrzałem - stojącą z torbą, z różdżką, z tym samym uporem, który miała, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat i wściekała się na mnie za każdą głupią decyzję. Patrzyłem na nią, jak się krząta, jak już mnie nie słucha, jak planuje, jak liczy sekundy. Była w tym dobra, ba, była w tym najlepsza - właśnie to mnie przerażało.
- Ja po plostu… Plóbuję byś lealistą. - Byłem świadomy, że zachowywaliśmy się, jakbyśmy kłócili się o coś absurdalnego, a nie o to, czy ja zaraz nie umrę na jej oczach. Uniosłem dłoń, jakby chciał ją zatrzymać, ale nie miałem już siły, by zrobić z tego prawdziwy gest.
A potem… Zrobiłem się zaczepny. Nie planowałem tego, to nie było świadome, to był odruch, jak cofnięcie się do starej wersji siebie, do tego chłopaka, który nie umiał być poważny, kiedy świat robił się zbyt poważny.
- Poza tym… Tysiące helbat? - Odbiłem odruchowo, z tym starym, paskudnym uśmieszkiem. - Pluey, ja nie mam asz tyle miejsca w szołądku. - Nie dodałem, że w stanie, w jakim się znalazłem, być może część tej herbaty po prostu by ze mnie wyleciała, tak bokiem, nie chciałem tego wszystkiego podkreślać, robić z siebie dramatu.
Zrobiłem krok w tył, bardziej odruchowo niż z premedytacją, nie uciekałem, po prostu nie chciałem się kłaść. Jeszcze nie, nie tak. Zaczęło mi brakować powietrza, ale nie w ten dramatyczny, filmowy sposób, raczej jakby ktoś powoli przykręcał kurek. Dźwięki zaczynały się rozjeżdżać, jakby ktoś kręcił gałką radia.
- Okej… Okej… - Zerknąłem na nią spod rzęs, jak kiedyś, dawno temu, kiedy prowokowałem ją do kłótni tylko po to, żeby na mnie krzyczała, i chociaż ledwo stałem, a wszystko we mnie wiedziało już prawdę, mój głos wciąż brzmiał zaczepnie, prawie figlarnie, jakbyśmy znowu mieli po siedemnaście lat i kłócili się o rzeczy, które nie miały prawa być tak strasznie ważne.
- Potszebuję… - Przerwałem, bo słowo „pomocy” zawsze było dla mnie trudne. To było trudniejsze do powiedzenia niż wszystkie „kocham cię” razem wzięte. - Potszebuję, szebyś mi pomogła usiąść. - Złapałem powietrze jak ktoś, kto zapomniał, jak się to robi - płytko, poszarpanie, z tym głupim, świszczącym dźwiękiem w gardle, który zawsze mnie wkurzał - wyprostowałem się minimalnie, po czym natychmiast tego pożałowałem. - Nie będę się kładł na podłodze. - Oznajmiłem słabo, ale uparcie. - Mam lesztki godności. - Zerknąłem na dywan w korytarzu. Zamiast być rozsądnym, zamiast być tym dojrzałym, opanowanym facetem, którym próbowałem być przez ostatnie lata… Oddychałem ciężko, ale patrzyłem na nią uparcie, jak dzieciak, który nie chce zrobić tego, co mu kazano, ale wie, że zaraz i tak to zrobi.
I wtedy, mimo wszystko, zrobiłem to, co robiłem zawsze, kiedy byłem bezczelny, głupi i zakochany.
- O, i - wydyszałem - Lady Lookwood - przeciągając tytuł w sposób absolutnie nieprzystojny.
Kącik ust mi drgnął, nie dlatego, że było mi wesoło, po prostu to było jedyne, co jeszcze umiałem.
- Plosę… Bes mięcha. - Zakrztusiłem się, bo to mnie rozbawiło bardziej, niż powinno. - Pozycja… Leputacja… Pamiętasz?
Zrobiło mi się ciemno na krawędziach obrazu, ale nie spuściłem z niej wzroku.
- Alystoklatki nie mówią „kulwa”. - Dodałem, łapiąc oddech pomiędzy słowami. - To… To nie pszystoi. - Głos miałem chrapliwy, poszarpany, ale wciąż był w nim ten sam ton, którym kiedyś ją prowokowałem - ten sam, którym doprowadzałem ją do szału na szkolnym dziedzińcu. - To bszmi… Niepokojąco atlakcyjnie, ale jednak niezgodnie s etykietą. - To miało być zaczepne, i było, tylko że kosztowało mnie więcej powietrza, niż byłem gotów zapłacić - oddychałem głośniej, ciężej, próbowałem utrzymać ten dawny ton, tę zaczepność, jakbyśmy naprawdę znowu mieli po siedemnaście lat i kłócili się o głupoty, a nie o to, czy ja mam zostać na nogach, czy w ogóle, jako żonaty mężczyzna, mam prawo decydować o własnym końcu.
- Pomóż mi… Dojść. - Dodałem po dłuższej chwili, nie wzdychając, tylko biorąc półoddech. Wypowiedziałem to perfidnie, dokładnie tak, jak chciałem, żeby zabrzmiało. - Na dywan. I tak jest paskudny. I… Nie zimny. - Uśmiechnąłem się krzywo, zmęczony, ale wciąż próbujący być tym gościem, który zawsze ma ostatnie słowo, zanim wyciągnąłem w jej stronę ramię, lekko drżące, ciężkie jak z ołowiu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17157), Prudence Fenwick (12385)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa