Szeleszczący papier, delikatne stuknięcia o mahoniowy blat, zapach tego samego kadzidła, które paliłam od lat - „głupstwo”, mówili - jednak karty zawsze wiedziały, kiedy przyjść miało coś więcej niż zwykły przypadek. Wiedziałam, że coś się zbliża, chociaż nie umiałam jeszcze nazwać tego uczucia. Cienie drżały na suficie, a ja czytałam ze starej talii tarota, powoli, z namysłem, dotykając obrazków samymi opuszkami palców, traktując je tak, jakby były żywe. Wyciągnęłam pierwszą - Gwiazda - uśmiechnęłam się pod nosem, druga, Koło Fortuny, trzecia była Pustelnikiem, i wtedy właśnie usłyszałam pukanie. Nie było głośne, raczej stanowcze, niesione echem, przebijające się nawet przez szum deszczu.
Podniosłam się z fotela, czując w kolanach sprężystość, której ludzie w moim wieku zwykle nie mieli, pozbawiając się tego wewnętrznego ognia, który odpowiadał za wigor i żywiołowość, ja natomiast byłam dojrzała, owszem, ale w środku kryłam jeszcze sporo iskier. Przeszłam przez salon, mijając regały z księgami, których tytuły nie istniały w żadnej mugolskiej bibliotece, i rośliny, które nocą lekko się poruszały, jakby żyły własnym życiem, co nie było dalekie od prawdy. Deszcz dudnił w dach, a wiatr wciskał się w szpary, przynosząc zapach mokrej ziemi i czegoś jeszcze, czego nie dało się tak po prostu nazwać - to się czuło głęboko w duszy.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ją - Prudence - stała przemoczona, z włosami przyklejonymi do skroni, z oczami błyszczącymi od deszczu i czegoś jeszcze, czego nie dało się zrzucić na pogodę, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że miała w nich burzę. Nie czekałam, aż cokolwiek powie, tylko chwyciłam ją za mokry rękaw i wciągnęłam do środka, zanim zdążyła się zawahać. Zamknęłam drzwi, a wiatr zawył z rozczarowaniem po drugiej stronie.
- Przyszłaś dokładnie wtedy, kiedy trzeba. - Powiedziałam w końcu, pomagając jej zdjąć przemoczony płaszcz i wieszając go na haczyku przy grzejniku. Nie musiałam jej tłumaczyć sensu moich słów, zawsze miała w sobie tę samą wrażliwość na znaki, co ja, tylko jeszcze nie wiedziała, jak ją nosić. - Długa droga? - Zapytałam, chociaż znałam odpowiedź - Pustelnik, lampa, poszukiwanie - na zewnątrz dalej wiało, ale w moim domu było ciepło, a los właśnie wszedł do środka w postaci dziewczyny z mokrymi włosami i sercem pełnym rzeczy, które dopiero miały znaleźć swoje imiona.
Poprowadziłam ją do fotela, tego z zielonym obiciem, który pamiętał jeszcze czasy, gdy była dzieckiem i zasypiała w nim z książką na kolanach. Karty na stole zaszeleściły cicho, jakby ktoś przesunął palcem po ich krawędziach, co nie było nieprawdą - każdy tutaj miał swoje duchy, te moje były nieco bardziej… Żywe albo raczej - uparcie okazujące oznaki życia, nawet tego pośmiertnego, mimo że nie zawsze chciały otwarcie się pokazywać, za co ani trochę ich nie winiłam, bo jakżeby tak… To byłoby bardzo niekulturalne ze strony kogoś takiego jak ja.
- Wino czy coś mocniejszego, skarbie? - Rzuciłam lekko, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, zniżając przy tym jednak głos do konspiracyjnego szeptu. Nie dodałam, że sama już sobie chlusnęłam solidną porcję, bo to było oczywiste, nie widziałam żadnego powodu, by nagle udawać przykładną gospodynię, która pije tylko herbatki z melisy - kryształowy kieliszek stał na konsoli, tam, gdzie zawsze, pachniał jałowcem oraz czymś gorętszym, co rozgrzewało szybciej niż ogień w kominku. Poza tym teraz byłoby zwyczajnie niekulturalne kontynuować pić w pojedynkę, a ja miałam swoje zasady. U mnie w domu nikt nie marznie, nikt nie siedzi trzeźwy zbyt długo i nikt nie udaje, że wszystko jest w porządku. „Live, Laugh, Love”, tylko… No, tak.