Musiała jakoś przemówić mu do rozsądku. Nie widziała innej możliwości, chyba nie spodziewał się, że zaakceptuje to jego - no umieram, wypijmy herbatę, to na razie, pa. Może spotkamy się kiedyś w innym życiu. Nie mogła pojąć tego, że w ogóle coś takiego przeszło mu przez myśl. Gdzie determinacja, walka? Cokolwiek. Poddał się, tak po prostu zaakceptował to, że miał rozerwane ciało, bo jego zdaniem nic się nie dało z tym zrobić. No znalazł się samozwańczy medyk, specjalista od siedmiu boleści. Przez myśl przeszło jej, że to niemożliwe, że tyle przetrwał, jeśli w ten sposób stawiał sobie diagnozy, gdy się sam leczył... to wolała nie zastanawiać się jakim cudem było to, że udało mu się dotrwać do tych trzydziestu trzech lat. To naprawdę było niesamowite. Oczywiście, że zamierzała wrócić do tych wszystkich słów, które jej powiedział, kiedy już nabierze sił, kiedy wszystko wróci do normy. Naprawdę mieli sobie sporo do wyjaśnienia i do przegadania. Nie mogła go słuchać, nie mogła zaakceptować tego podejścia, tej lekkości, otwartości ku temu aby znalazł się za zasłoną. Zirytowała się. Naprawdę się zirytowała, drgnęła jej powieka, a trybiki w głowie po raz kolejny przeskoczyły.
Musiała jakoś do niego dotrzeć, przemówić mu do rozsądku. Ślina sama przyniosła jej na język odpowiednie słowa. Wiedziała, że ich nie zignoruje, nie uda, że nie słyszał, spodziewała się, że mogą uderzyć bardzo głęboko, ale tego właśnie w tej chwili potrzebowała. Musiał się opamiętać.
Gdy sięgnęła po te personalia, które niosły ze sobą zakończoną już historię, drogę bez powrotu, tak właściwie to tożsamość, która została już dawno trupem spojrzał na nią. Doskonale, czyli dotarło do niego to, co powiedziała. Być może wyciąganie trupa w tej chwili nie było najlepszym pomysłem, ale innego nie miała. Musiał wreszcie jej posłuchać. Nie pamiętała, kiedy i czy w ogóle odezwała się do niego w tej sposób, bardzo oficjalny, chyba nawet w Hogwarcie nie zdarzyło jej się, aż tak na niego warknąć.
Mogło go to ruszyć, nie, tak właściwie to miało go ruszyć, miało w nim coś obudzić. Przypomnieć o tym, z kim miał do czynienia, chciała, żeby znowu spojrzał na nią jak na kogoś, kto wie co robi, kto jest godnym przeciwnikiem, kto potrafi walczyć. Tym razem nie miała jednak walczyć przeciwko niemu, nie, mieli połączyć siły i stoczyć naprawdę trudną walkę ze śmiercią, dobrze byłoby gdyby wreszcie zaczęli współpracować, bo czas ich raczej naglił. Kostucha nie poczeka, aż wybiorą wspólną wersję wydarzeń, aż wszystko zaplanują.
Wydał z siebie ten dziwny dźwięk. Zmrużyła oczy, próbując zrozumieć, co się właściwie wydarzyło, śmiał się, on się śmiał, jakby mieli teraz na to czas. Naprawdę rozsądne zachowanie, dlaczego trafił się jej taki trudny przypadek? No dlaczego. Miała ochotę go rozszarpać, tylko, że nie mogła tego zrobić teraz, bo mogłoby mu to w tej chwili tylko zaszkodzić, jak już go uleczy, to go rozszarpie. Tak, to brzmiało jak całkiem sprytny plan.
- Sam go sobie właśnie piszesz. - Brakowało w niej tej typowej dla niej miękkości, czy lekkości, jej głos zrobił się bardziej szorstki, jakby była zupełnie innym człowiekiem. Łatwo jej było przełączyć się na ten tryb walczący o przetrwanie, bo przecież chodziło o niego, nie mogła tak po prostu odpuścić, zaakceptować tego, że postanowił się poddać. Musiała go ocalić. Sprawa była bardzo prosta.
- Szybko doszedłeś do tego wniosku, naprawdę szybko, Sherlocku. - Lubiła go... Tak, to na pewno było tylko i wyłącznie lubienie, nic więcej, dość szybko stwierdził, że robi to z sympatii... To nie tak, że kochała go ponad wszystko, że był dla niej najważniejszą osobą na świecie, wcale nie chodziło o to, stwierdził, że być może go lubi. Oczywiście wyczuwała tę ironię, podszedł do tego jak zawsze, żartował z tego, co miała mu do powiedzenia, jak w każdym momencie, w którym tracił grunt pod nogami.
- Będę się na Ciebie drzeć, kiedy tylko będę miała ochotę, najwyraźniej inaczej nic do Ciebie nie dociera. - Nie sądziła, że coś się zmieniło, chociaż miała wrażenie, że odrobinę jego wyraz twarzy. Zaskoczyła go, wybiła z tego rytmu, w który wpadł, gdy pojawił się w kuchni, to dobrze, potrzebowała u niego zmiany nastawienia. Trudno było ratować kogoś, kto twierdził, że i tak umrze.
- Wiesz, że nazwisko nie ma znaczenia, prawda? - Dodała jeszcze, nie mogła się powstrzymać, widziała co robił, ale miała to gdzieś, bez względu na nazwisko z którego zamierzał korzystać i tak była jego żoną, a to wiązało się z posiadaniem pewnych dodatkowych praw, na które nie miał najmniejszego wpływu, nie w tej sytuacji.
- Pozwolisz, że będziesz się tym zachwycał trochę później, to nie jest odpowiedni moment. - Rzadko kiedy przeklinała, nie widziała takiej potrzeby, wręcz przeciwnie nie uważała, aby to do niej pasowało. Nie musiała korzystać z takich słów, aby przemawiać komukolwiek do rozsądku, no prawie zawsze, trafił jej się jednak wyjątkowo oporny przypadek, przez którego musiała wyciągnąć nieco inne działa.
- Obym nie musiała nią więcej rzucać, chociaż jeśli właśnie tego potrzebujesz, to nie zamierzam się powstrzymywać. - Być może w zaistniałej sytuacji powinna być delikatniejsza, jednak czuła, że to nie wystarczy, próbowała przemówić mu do rozsądku po dobroci, ale nic z tego nie wyszło, nie miała siły przebicia.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałabym to zrobić, ale zamierzam to sobie zostawić na później. - Teraz musiała zrobić wszystko, aby nie umarł, później mogła przejść do znęcania się nad nim. Mogła mu obiecać, że jak przetrwają tę noc to na pewno przyjdzie mu zapłacić za to podejście. Nie zamierzała puścić mu tego płazem. To nie mogło mieć miejsca. Miała mu naprawdę wiele do powiedzenia, co sądzi na temat dzisiejszego zachowania, a Prue kiedy się nakręciła potrafiła być naprawdę monotematyczna i gadać tak długo to samo, aż w końcu miała mieć pewność, że wszystko naprawdę dotarło tam gdzie miało.
- Tak, naprawdę myślę, że mogę, tak właściwie to już to robię, nie masz nic do gadania. - Dodała jeszcze, bo chyba nie do końca to zauważył, warto było, żeby otworzył oczy, spodziewała się, że jego umysł w tej chwili nie był szczególnie jasny, ból powodował swoje, dlatego też mówiła wprost, bardzo łopatologicznie.
- Pierdolisz farmazony, stwierdzam fakt. Masz przestać. - Powiedziała tak, jakby faktycznie miała wpływ na to, co zamierzał mówić. - Nie będę tego słuchać. - Mogła się wyłączyć, zupełnie go ignorować, to też było jakimś rozwiązaniem, nie wydawało jej się jednak, aby na pewno tego właśnie chcieli.
- To przestań, przestań być realistą, to nie jest na to odpowiedni moment. - Potrzebowali odrobiny optymizmu, który być może nie pasował do nich jakoś szczególnie, ale to był ten moment, w którym powinni zmienić swoje przyzwyczajenia, tak właściwie to ona już to zrobiła, nie było w niej ani odrobiny tego czarnowidztwa, które zazwyczaj się z niej wylewało.
Westchnęła ciężko, kiedy ponownie się odezwał. Naprawdę próbował doprowadzić ją na skraj tymi swoimi komentarzami. Oczywiste, że zamierzała wlać w niego tysiąc herbat, najlepiej w tej chwili, to było całkiem normalnym posunięciem. Widziała co robił, w jaki sposób się do niej odzywał, próbował żartować, unikał mówienia o tym, co naprawdę miało znaczenie w tej chwili. Radził sobie z tym, tak jak potrafił.
Cofnął się o krok, widziała w jego ruchach pewną niepewność, już nie udawał, że jakoś trzyma się na nogach, nie musiał tego robić, nie musiał już ukrywać przed nią swojego stanu. To było niepotrzebne, zresztą nie potrafiła zrozumieć, czemu na początku to zrobił, na pewno powie mu później, jak bardzo to było głupie i nieodpowiedzialne.
- Dobrze, zrobimy to razem. - Ton jej głosu się zmienił, był spokojniejszy, przyznał się do tego, że potrzebna mu jest pomoc, a to się nie zdarzało. Już się nie opierał, odebrała to jako przyzwolenie, nie, żeby go potrzebowała, ale jednak ułatwiało jej działanie. Za chwilę będzie mogła mu pomóc. Podeszła bliżej, wsunęła mu rękę pod ramię. Miała świadomość, że to nie będzie łatwa przeprawa, właśnie dlatego zaproponowała podłogę, bo obawiała się tego, że jej ogromna determinacja może nie wystarczyć, nie kiedy miała doczynienia z jego wielkim ciałem.
Podkręciła jedynie głową, kiedy znowu się odezwał. Nie mógł jej tego odpuścić, musiał być sobą, nawet w takiej sytuacji. Spodziewała się, że często będzie do tego wracał, po to sięgał, bo to jak się do niego odezwała było naprawdę absurdalne, a takie rzeczy lubiły zostawać w pamięci. Będzie musiała do tego przywyknąć, jakoś sobie z tym poradzi.
- Widać marny ze mnie model arystokratki, musisz mi to wybaczyć, nieodpowiednie pochodzenie daje o sobie znać. - Pociągnęła ten temat, sama zaś poprawiła rękę pod jego ramieniem, chwyciła go mocniej, jakby to faktycznie miało jej pomóc w tym, żeby przejść z nim dalej. Trochę się tego obawiała, naprawdę nie chciała aby przydzwonił głową o podłogę, to mogłoby mu tylko dołożyć kolejnych urazów, a z tymi których się nabawił ciężko było przetrwać, kolejne zdecydowanie nie były mu potrzebne.
- Pomogę Ci dojść, w końcu jesteśmy w tym razem. - Nie umknął jej ton jego głosu, to w jaki sposób to powiedział, nadal próbował rozładowywać napiętą atmosferę żartem, starała się dotrzymać mu kroku, chociaż wcale nie było jej do śmiechu.
- Powoli, krok za krokiem, wiem, że to nie jest dla Ciebie normalne, że wolisz szybko, najlepiej od razu, ale nie dzisiaj. - Wykonała ten pierwszy krok w stronę dywanu, próbowała utrzymać go w pionie, miała nadzieję, że zaraz się nie zachwieje, bo w przeciwieństwie do tego, co chciał to skończy na tej nieszczęsnej podłodze. - Raz, dwa i do przodu. - Miała wrażenie, że dzięki temu, że mówiła o tym głośno uda im się jakoś się zsynchronizować.
Jakoś udało im się dotrzeć do miejsca docelowego, do dywanu, o którym wspomniał, który został przez niego wybrany, jako miejsce, gdzie miała zacząć walczyć z jego stanem zdrowia. Ostrożnie pomogła mu się na nim położyć, w sumie był całkiem miękki, to było nie najgorsze miejsce do leżenia w tym domu.
Sama zaś uklękła nad nim, torbę z medykamentami rzuciła gdzieś za siebie, trzymała mocno swoją różdżkę w dłoni, obserwowała go przez jakąś sekundę. W końcu mogła zacząć działać. - Przymknij oczy, już się Tobą zajmuję. - To nie był lekki uraz, co do tego się zgadzali, w przeciwieństwie jednak do Benjy'ego wiedziała, że istnieją takie metody, które mogą pozwolić mu się zatrzymać, przestać tracić oddech, nie były one szczególnie mile widziane wśród większości czarodziejów, ale ona nigdy nie była jak inni. Wiedziała, że czasem nie ma innego wyjścia, innej możliwości. Musiała to zrobić, od tego zależało jego życie.
Tym razem doskonale wiedziała co robić, nadrobiła braki, sytuacja się nie powtórzy, żaden wilkołak nigdy więcej nie odbierze jej nikogo bliskiego, nie było takiej możliwości. Zaczęła szeptać pod nosem inkantacje, wykonywała nad jego ciałem bardzo powolne, ostrożne ruchy, nie były niepewne, tylko dbała o to, aby każdy szczegół był dopracowany. Szeptała powoli, wyraźnie, nie brakowało jej pewności siebie. Doskonale wiedziała co robi, przymknęła oczy, skupiała się na tym, żeby zlokalizować jakąś siłę, która mogła jej pomóc. Nie musiała szukać długo, niemagiczny Londyn miał sporo mieszkańców, wybrała najbliższe źródło, potrzebowała od niego energii, miał jej w sobie sporo, to musiał być człowiek, dorosły człowiek. Nie zastanawiała się nawet chwili, czy było to moralne, dla niej było, było też potrzebne. Zamierzała przenieść tamtą energię na swojego męża, skupiała się na tym, chociaż wymagało to naprawdę wiele siły, to nie było proste do wykonania. Była jednak gotowa, aby to zrobić. Zamknęła w końcu oczy, słowa które padały z jej ust były coraz głośniejsze, aż wreszcie nad jej mężem pojawiło się światło, łuna, energia życiowa, które zaczął wchłaniać, zupełnie nieświadomie, bezwiednie. Udało jej się to, przynajmniej początek, teraz musiała po prostu to utrzymać, dopełnić dzieła, nie przestawała go przy tym obserwować, czekała na jakiś znak, odruch, który będzie potwierdzeniem, że już więcej nie potrzebuje, że to wystarczy, a wtedy przestanie to robić.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)