• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence

[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
23.01.2026, 16:13  ✶  
Pociąg kołysał się jednostajnie, koła wybijały ten specyficzny, metaliczny rytm, który znało się ciałem, nawet jeśli głowa nie pamiętała dlaczego. Siedziałem w przedziale sam, rozciągnięty w sposób, który zawsze denerwował współpasażerów, chociaż nie do końca zależał ode mnie, więc może dobrze, że tym razem nie było tu nikogo, prócz mnie. „Czy aby na pewno?” Patrzyłem przez okno, bez większego zainteresowania, chociaż krajobraz za szybą nie miał sensu - zielone pola przechodziły w mgłę, mgła w światło, światło znowu w cień, wszystko było trochę zbyt wygładzone i rozmyte, jak akwarelowa ilustracja, nie jak prawdziwy świat, ale to mi nie przeszkadzało, nic mi nie przeszkadzało, wszystko było… W porządku. Chyba. „Ależ tak?”
Przedział był pusty, od początku był pusty i miał taki pozostać - przesunąłem wzrokiem po pustych siedzeniach, po półkach na bagaże, na których nie leżały żadne kufry ani klatki z sowami - siedziałem w nim sam, rozwalony na siedzeniu tak bardzo, że gdyby był tu ktoś jeszcze, pewnie doprowadziłbym go tym do szału, ale to przecież nie była moja wina. Poza tym… Miałem rezerwację, ta przestrzeń należała do mnie, przynajmniej na czas tej podróży. Moje plecy opierały się o zieloną tapicerkę, wytartą dokładnie tam, gdzie przez lata opierały się cudze ramiona, nogi miałem za długie jak na ten pociąg, kolano uderzało o drewnianą ściankę, buty dotykały przeciwległego siedzenia, a i tak nie było mi do końca wygodnie, chociaż przecież zrobiłem wszystko, by mieć tu komfort. „To z pewnością.”
Pachniało starym drewnem, kurzem i czymś słodkawym, jakby rozpuszczającymi słodyczami trzymanymi latami w kieszeni płaszcza - całkiem przyjemnie, gdyby nie jakaś obca, męcząca nuta zapachowa przebijająca się od czasu do czasu. Nie nieprzyjemna, tylko zupełnie nieodpowiednia, jakby ktoś zawiesił tu choinkę zapachową, której nie zauważyłem, a która co jakiś czas bujała się trochę za blisko mojego nosa - jeszcze nie tak, bym nie mógł tego wytrzymać, ale tak, że zwracałem na to uwagę gdzieś w peryferiach świadomości. Wiedziałem, że wszystko inne było na miejscu, w tym ja. „...”
To był długodystansowy pociąg - taki, który jedzie długo, za długo, i w którym zawsze ma się wrażenie, że coś ważnego dopiero się wydarzy. Nie wiedziałem skąd to wiem, po prostu było to oczywiste, jak fakt, że okno jest po lewej, a korytarz po prawej. W głowie miałem pustkę, gładką, niezakłóconą, nie miałem wspomnień, które mógłbym do czegokolwiek przypiąć, nie zwracałem uwagi na destynację, nie patrzyłem na bilet, tylko siedziałem na swoim miejscu, wpatrując się w umykające krajobrazy - lasy, pola, góry, jezioro… „Nie wyglądało na słone, a powinno.”
Uniosłem brew, odruchowo, z tą lekką, nieco arogancką miną kogoś, komu przeszkodzono, po czym spojrzałem na nią, gdy wsunęła się do środka przez suwane drzwi, które jęknęły niczym zbolała dusza, przerywając błogą ciszę. Obracając głowę w kierunku dźwięku, przyjrzałem się intruzowi uważniej, bez skrępowania. Stała w przejściu, jakby sprawdzała, czy to właściwe miejsce - nie było - to wiedziałem z całą pewnością, nawet jeśli w mojej głowie nie pojawiło się żadne kliknięcie, wiedziałem tylko, że coś się nie zgadza. „Ach tak?”
- Ty tu nie siedzisz. - Powiedziałem spokojnie, niemal znudzony, jakbym poprawiał oczywisty błąd w rozkładzie. Nie było żadnego „aha”, żadnego rozpoznania, żadnej historii, która nagle wyskoczyłaby na powierzchnię, nie było żadnego skojarzenia, żadnego „znam cię”, mój mózg próbował coś znaleźć, ale trafiał na gładką powierzchnię, jakby ktoś starannie starł wszystkie etykiety. Była po prostu… Obca, a jednocześnie coś w niej było zbyt wyraźne, zbyt rzeczywiste jak na ten rozmyty świat. Te oczy… Nie potrafiłem powiedzieć, skąd je znam ani dlaczego serce zrobiło ten drobny, niepotrzebny ruch. Mrugnąłem, ale świat nie wskoczył na miejsce tak, jak to robił wcześniej, nawet jeśli pociąg sunął dalej, a za oknem krajobraz wciąż przechodził w jasność, jasność w cień. Oparłem się wygodniej, przyglądając jej się z tą znaną mi arogancją, która zwykle maskowała dezorientację. „Tą, której nie było?”
Uniosłem dłoń, wykonując lekki gest, obejmujący przestrzeń przedziału. Przez ułamek sekundy świat za oknem rozjaśnił się zbyt mocno, a potem wrócił do poprzedniego stanu - zmarszczyłem brwi mocniej, coś we mnie drgnęło, nie wspomnienie, raczej impuls, jakby ktoś pociągnął mnie delikatnie za nitki uwagi, próbując skierować ją gdzie indziej. To było irytujące. „Ahh.”
- Zajęte. - Dodałem, niemal arogancko, zupełnie bez pardonu. - Nie w sensie „ktoś zaraz wróci”. Po prostu… Ty tu nie siedzisz. - Czułem w sobie pewność, że świat ma swoje zasady, a ona właśnie jedną z nich złamała, więc mogłem ją o tym poinformować. „Musiałem, prawda?”
Pochyliłem się lekko do przodu, opierając łokcie o kolana, wciąż przyglądając się dziewczynie… Nie - kobiecie… A może dziewczynie? Patrzyłem na nią, jakby była zadaniem z teorii magii, którego rozwiązanie miałem na końcu języka, i chociaż nie rozumiałem, dlaczego jej obecność wywoływała we mnie lekkie napięcie, coś jak źle postawiony akcent w zdaniu, byłem pewien - wszystko inne było na swoim miejscu, ona nie. „I nie powinna.”
- Nie wiem, dokąd zmierzasz - przyznałem bez skrępowania - i to raczej nie największy problem. Ale wiem, że pomyliłaś miejsca. Powinnaś wysiąść. - Uniosłem brew po raz drugi, tym razem świadomie, z tym lekkim, aroganckim gestem, który zawsze oznaczał, że ktoś naruszył regulamin świata. „Zła decyzja, bardzo zła.”
Pociąg lekko szarpnął, jakby przejeżdżał przez zwrotnicę, a ja przez ułamek sekundy poczułem dziwne pociągnięcie gdzieś głęboko, nie w ciele, tylko w uwadze, jakby ktoś próbował mnie odciągnąć w inną stronę. Spojrzałem na swoje dłonie - były spokojne, całe, bez śladów czegokolwiek, to też było… Podejrzane. Nie pamiętałem, żeby kiedykolwiek były inne, ale miałem wrażenie, że coś tu zostało wygładzone. Zmarszczyłem brwi, podniosłem na nią wzrok ponownie, i wtedy coś się przesunęło - nie wspomnienie, nie myśl, raczej impuls, cichy i głęboki, jak echo, które wracało zbyt wolno. Patrzyłem w jej oczy i nagle arogancka pewność straciła ostrość, coś we mnie złagodniało, jakby ktoś zdjął napięcie z mięśni, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. „To nie było… Komfortowe, ta podróż miała być komfortowa.”
- Nie, nie chcę cię wyganiać, ale - poprawiłem się spokojniej - naprawdę nie możesz tu być. - Uśmiechnąłem się kącikiem ust, już inaczej, mniej wyzywająco. Bardziej… Miękko. Nie było w tym już rozkazu ani kpiny, tylko stwierdzenie faktu, który z jakiegoś powodu miał ją chronić. Patrzyłem na nią bez zmrużenia oczu, nawet jeśli była plamą światła w miejscu, w którym nie powinno być okna, mózg próbował coś znaleźć, jakiś kontekst, wspomnienie, emocję, cokolwiek, co pozwoliłoby ją tu osadzić - nic nie przychodziło, była tylko pustka, gładka, czysta luka. Mrugnąłem, trochę zagubiony, bo gdzieś tam w głębi znałem ten brak, to było uczucie, jakby ktoś wyrwał całe rozdziały z książki i zostawił tylko pojedyncze strony, niepodpisane. „Nieuporządkowane.”
- To miejsce jest… Przejściowe. - Powiedziałem wolniej. - A ty nie jesteś w drodze. Ty jesteś… Zajęta. - Nie wiedziałem, skąd to wiem, wiedziałem tylko, że to prawda. Przyglądałem się jej uważnie, próbując dostrzec coś, czego nie potrafiłem nazwać, kręcąc głową.
Pociąg jechał dalej, miarowo, nieprzerwanie, jakby czas nie miał tu znaczenia. Świat za szybą pulsował światłem, a ja siedziałem naprzeciwko niej, już bez tej pierwszej arogancji, z czułością, która pojawiła się niespodziewanie i nie domagała się wyjaśnień. „A może nie powinna?”
- Wróć. Tam, gdzie trzeba coś utrzymać. Coś dokończyć. - Uśmiechnąłem się do niej raz jeszcze, łagodnie, jak do kogoś, komu życzy się dobrze, nawet jeśli nie wie się dlaczego. - Ja tu jeszcze posiedzę. Ty… Nie powinnaś. - Uniosłem brew po raz ostatni, ale tym razem był to gest bardziej znajomy niż prowokacyjny, a potem odwróciłem wzrok ponownie w kierunku szyby. „Znikaj.”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
24.01.2026, 00:59  ✶  

Była świadoma. Zdawała sobie sprawę, że to część z tego, co miało się wydarzyć. Przygotowywała się do tego, spodziewała się tego, że się tutaj znajdzie. Przynajmniej tak opisywano to w zapiskach, które przewinęły się przez jej ręce. Nie miała pewności, co do tego co zastanie w środku, gdzie wyląduje, czy w ogóle ją wpuści. Z tym jego sceptycznym nastawieniem mogło być naprawdę różnie, bardzo różnie, nie, żeby jednak kiedykolwiek się tym jakoś specjalnie przejmowała, tym razem również nie mogło być inaczej.

Wtargnęła tutaj. Nie otrzymała zaproszenia, ale i tak musiała się tu pojawić, musiała z nim porozmawiać, pomóc mu wrócić. To było dla niej jasne jak słońce, nie wahała się więc, tylko po prostu przekroczyła granicę.

Pociąg, to był pociąg. Rozejrzała się uważnie wokół siebie. Doskonale kojarzyła te dźwięki dochodzące do jej uszu, przypominały jej te wszystkie razy gdy we wrześniu trafiała do szkoły, no bardziej pokonywała drogę do szkoły. Ten był jednak nieco bardziej imponujący, większy, potężniejszy jakby jechał w dużo dłuższą trasę. Spojrzała za okno, jakby miało jej to pomoc w jakikolwiek sposób określić gdzie właściwie się znajdują, na to pytanie nie miało być odpowiedzi. Byli gdzieś pomiędzy, pomiędzy snem, a jawą, życiem, a śmiercią. Oby jak najszybciej stąd wyszli.

Ruszyła do przodu, przedział w którym się znalazła był pusty, nie miała być tu sama, wiedziała doskonale kogo szuka, tylko jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę, gdzie mogła go znaleźć. Otworzyła drzwi i wtedy dostrzegła znajomą sylwetkę, ulżyło jej, tylko tego brakowało, żeby musiała przejść cały ten pociąg, aby udało się jej go zlokalizować. Oczywiście, że by to zrobiła, jednak nie chciała tracić czasu, ani minuty więcej, zbyt wiele im go dzisiaj uciekło.

Nim zdążyła się odezwać on to zrobił. Wyglądał inaczej, zupełnie inaczej, jakby to miejsce odebrało mu wszystkie jego charakterystyczne znaki rozpoznawcze. Przyglądała mu się bardzo uważnie, nie widziała blizny na uchu, dłonie wydawały się gładsze, jakby tutaj wszystko miało być idealne, bez najmniejszej skazy. To nie do końca jej pasowało, być może w tym miejscu każdy miał być najlepszą wersja siebie? Najbardziej idealną? Nie miała pojęcia, mogła tylko gdybać. Zarejestrowała to, że do niej mówił, ale była zbyt zajęta wpatrywaniem się w niego, by odezwać się od razu. Nie do końca wpasowywał się w rozmiary przedziału, był większy niż przewidział ktoś, kto to konstruował, zawsze nie mieścił się w normach, ani wyglądem, ani charakterem, był wyjątkowy, powtarzała mu to nawet.

- Jeszcze nie siedzę, póki co stoję. - Całkiem trafnie zauważył, więc postanowiła odezwać się równie błyskotliwie. Widziała, że na nią spoglądał, ale nie potrafiła stwierdzić, czy chociaż odrobinę ją kojarzy, chyba nie. Nic na to nie wskazywało. Wzięła głęboki oddech, to nie miało być łatwe, nikt nie mówił, że będzie łatwo, prawda? Na pewno jakoś sobie poradzą.

- Zdaję sobie sprawę z tego, że potrzebujesz dwóch miejsc, ale pozostałe są wolne, to niegrzeczne. - Spojrzała na jego nogi, które zdecydowanie potrzebowały więcej przestrzeni niż jedno miejsce, był duży, nie pasował do tych siedzeń, póki co nie ruszyła się jeszcze o krok, chociaż zasunęła za sobą drzwi, co sugerowało, że raczej nigdzie się nie wybierała i nie wzięła sobie jego słów do serca.

Nie był do niej szczególnie pozytywnie nastawiony, wydawało jej się raczej, że miał w tej chwili ochotę pozbyć się jej z tego miejsca jak muchy, która zaczynała bzyczeć, nie zmieniało to jednak faktu, że nie zamierzała opuścić tego przedziału bez niego.

- Nie siedzę tu, bo nie zdążyłam jeszcze usiąść. - Nie pasowała do obrazka, takie podróże wykonywało się w pojedynkę, przynajmniej w większości, ona nieco nagięła te zasady, bo mogła, wkradła się tutaj, co nie do końca było typowe, miała nadzieję, że faktycznie to pomoże, a nie zaszkodzi. Nie wybaczyłaby sobie tego. Starała się jednak wyglądać tak, jakby to naprawdę miało być jej miejsce, jakby w ogóle nie przyjmowała sprzeciwu, wyprostowała się niczym struna, żeby sprawiać wrażenie pewniejszej siebie.

- Zmierzamy w to samo miejsce. - Dodała jeszcze, czuła, że trudne będzie przekonanie go do tego, że faktycznie tak jest, ale nie zamierzała się poddawać. - Mam gumę balonową i lizaki. - Sięgnęła do kieszeni, w której dłużej czegoś szukała. Nie sądziła, że ta marna łapówka miała go przekonać do tego, że powinien jej odpuścić, ale chciała spróbować i tej metody, coś powinno zadziałać. Prędzej, czy później, właściwie może lepiej, jakby jednak prędzej, nie miała pewności ile właściwie czasu było im dane na te negocjacje, a jeszcze ich nie zaczęli.

- Już się tu znalazłam, nie tak łatwo jest wysiąść, muszę chwilę zaczekać, wolałabym tutaj. - Nadal stała w miejscu, nie ruszyła się nawet o milimetr, nie chciała jednak tak po prostu się tutaj wpakować, nie chciała zrobić żadnych szkód, próbowała więc jakoś przekonać go do tego, żeby się zgodził na to, aby mu towarzyszyła.

- Nie do końca masz rację. Okazało się, że muszę wyruszyć w drogę, pewne naglące sprawy na mnie czekają, żeby je załatwić musiałam wsiąść do pociągu. - Próbowała jakoś tłumaczyć swoją obecność, nie mogła jednak sięgać po konkrety, nie miała pojęcia ile wiedział, ile z tego rozumiał, póki co skłaniała się bardziej ku temu, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się tutaj właściwie działo. Musieli to ustalić, ale wszystko po kolei, ostrożnie, spokojnie.

- Właśnie tam wracam, myślisz, że mogłabym się dosiąść na tę chwilę? Nie lubię podróżować w pojedynkę. - Być może bo to głupie tłumaczenie, jednak naprawdę starała się być bardzo ostrożna, żeby nie zaburzyć tego, co się tutaj właśnie działo. Niby się przygotowała w teorii, jednak praktyka zawsze pokazywała, że mogłaby to zrobić lepiej.

- Wolałabym jednak usiąść, niż stać, póki co jeszcze mam trochę czasu zanim będę mogła wysiąść. - Przyglądała się mu uważnie, miała ochotę się go niego przytulić, ale wiedziała, że to nie był odpowiedni moment, mogłaby popsuć wszystko, musiała więc uważać na każdy gest i każde słowo.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
24.01.2026, 05:35  ✶  
Spojrzałem na jej twarz - była zdeterminowana, to było widać w sposobie, w jaki stała wyprostowana, jakby postanowiła zapuścić tu korzenie. Przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzyłem, z tym lekkim, drażniącym skupieniem, jakby była zagadką, której nie planowałem dziś rozwiązywać. Przyglądałem jej się uważniej, nie w sposób nachalny, raczej badawczy - nie pasowała tu, nie do pociągu, nie do tej trasy, nie do ciszy, która wcześniej była tu kompletna i nienaruszona.
- Ach… - Mruknąłem, wzdychając przeciągle, ale teatralnie. Irytujące… Intrygujące… - Semantyka. Już rozumiem, z kim mam do czynienia. - Uniosłem kącik ust, ledwie zauważalnie, to nie był uśmiech, raczej przyznanie punktu. Oparłem się wygodniej, rozsuwając nogi jeszcze odrobinę, zupełnie bezwstydnie zajmując przestrzeń, która i tak była projektowana przez kogoś o znacznie mniejszej wyobraźni i wzroście.
- Technicznie - powiedziałem z tym samym cieniem bezczelności - to nie poprawia twojej sytuacji. - Rozparłem się jeszcze bardziej, zajmując dokładnie tyle miejsca, ile potrzebowałem, czyli zdecydowanie za dużo. Przyglądałem jej się w milczeniu, kiedy mówiła, mając wrażenie, że mówiła za dużo, albo może po prostu ten pociąg nie był miejscem na długie wyjaśnienia. Świat tutaj działał inaczej, jakby każde słowo miało wagę, a zbyt wiele mogło coś rozregulować. Wciąż nie ogarniałem wspomnień, nie potrafiłem złapać się żadnej osi czasu ani znaczeń, ale rejestrowałem szczegóły - to zawsze mi zostawało.
Słuchałem jej dalej, pozwalając, żeby mówiła. O miejscach, o normach, o moich nogach, to ostatnie było akurat uczciwe. Zawsze miałem problem z meblami projektowanymi przez ludzi o mniejszych ambicjach wzrostowych. Skwitowałem to spojrzeniem na własne kolana, potem na siedzenia, potem z powrotem na nią, w następnie westchnąłem cicho, z rezygnacją kogoś, kto całe życie słyszał to samo. To był mój jedyny stały punkt odniesienia w tym miejscu, które wyglądało jak sen udający wspomnienie.
- To nie brak manier, tylko przezorność i przywiązanie do prawa własności. Wygodniej dysponować całością, nie kawałkiem. - Odparłem. - Nie moja wina, że ktoś projektował ten przedział z myślą o hobbitach. - Kącik ust uniósł mi się minimalnie, bardziej z nawyku niż złośliwości. - Projektant był optymistą. -  Stwierdziłem. - Zakładał istnienie norm. Ahem. Zdrowy egoizm. Muszę sobie radzić. - Oparłem się wygodniej o siedzenie, dłonie splecione luźno, ciało rozluźnione w sposób, który aż krzyczał o tym, jak bardzo było mi tu komfortowo, nawet jeśli to było dalekie od prawdy.
- Skoro nie siedzisz, bo nie zdążyłaś -  powtórzyłem wolno - to równie dobrze możesz nie zdążyć wysiąść. - Byłem chłodny, zdystansowany. Wpatrywałem się w jej oczy głęboko, jakby to w nich była odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadałem. W pierwszej chwili naprawdę miałem ochotę się jej pozbyć, jak niepasującego elementu snu, a jednak coś w jej obecności mnie nie drażniło tak bardzo, jak powinno, jakby irytacja nie potrafiła się do końca rozpędzić. Nie cofnąłem nóg, patrzyłem za to, jak zamyka za sobą drzwi, jakby odcinała sobie drogę odwrotu, i chociaż poczułem w sobie coś w rodzaju cichego sprzeciwu, dziwnym trafem nie przerodził się on w rozkaz opuszczenia mojej przestrzeni prywatnej.
- Nie musisz stać na baczność. To nie egzamin. - To był ten moment, w którym chciałem ją odprawić, naprawdę, coś we mnie uznało ją za zakłócenie, błąd w układzie, ćmę, którą należało wypuścić przez okno, a jednak nie zrobiłem tego.
Każde kolejne zdanie było jak mały kamyk wrzucany do wody, kręgi się rozchodziły, chociaż nie wiedziałem jeszcze, dlaczego jej pewność siebie była… Nie na miejscu. Wyprostowana sylwetka, to uporczywe „tu jestem”, jakby próbowała wpasować się w przestrzeń siłą woli, to było nierozsądne, ale też jakoś jakby niepokojąco znajome. Przez moment tylko na nią patrzyłem, bez pośpiechu, z tym lekkim przechyleniem głowy, które zwykle oznaczało, że coś mnie bawi albo intryguje, a najczęściej oba naraz.
Przesunąłem spojrzeniem po drobnej dłoni, na kieszeń, z której zaczęła coś wyciągać, coś w tym widoku było zaskakująco znajome - nie wspomnienie, raczej odruch, jakby mózg chciał coś dopowiedzieć, ale nie znał słów. Wpatrywałem się w nią zdecydowanie dłużej, niż wypadało, bo coś w jej sposobie stania coraz bardziej nie pasowało do mojego pierwszego odruchu, żeby ją stąd wyprosić. Była zbyt pewna, jak na kogoś, kto rzekomo „nie zdążył usiąść”, zbyt spokojna, jak na kogoś, kto właśnie wpakował się do cudzego przedziału w pociągu, rozmawiając z człowiekiem, który ewidentnie nie lubił towarzystwa, ale jednocześnie miałem wrażenie, iż trochę za bardzo starała się wyglądać, jakby to miejsce należało do niej równie mocno jak do mnie.
Uśmiechnąłem się, naprawdę się uśmiechnąłem, kiedy wspomniała o gumie balonowej i lizakach, to był ten odruchowy, krótki ruch kącika ust, którego nie kontrolowałem, jakby coś we mnie rozpoznało drobny kod dostępu do sympatii.
- Guma balonowa… - Mruknąłem pod nosem. - To zmienia postać rzeczy. - Nie sięgnąłem po nią, nie wyciągnąłem ręki, tylko pozwoliłem tej myśli zawisnąć między nami. Coś w tym było rozczulającego, chociaż jeszcze chwilę wcześniej byłem gotów ją wyprosić bez cienia wahania.
Zamilkłem na chwilę, pozwalając, żeby rytm kół wypełnił ciszę, coś w tym dźwięku było kojące, jak serce bijące gdzieś bardzo daleko, ale równo. Nie zadawałem sobie pytania, jak to możliwe, tu nie wszystko musiało mieć sens. Przyglądałem się jej dalej, uważniej, niż robi się to wobec obcych, coś w jej postawie było zbyt skupione, zbyt ostrożne, jak u kogoś, kto stąpa po cienkim lodzie, ale robi to z przekonaniem, że musi przejść na drugą stronę.
„Druga strona…”
- Wiesz - powiedziałem ciszej - to nie jest pociąg, w którym zwykle się… Dosiada. - Słowo zabrzmiało inaczej, niż powinno, miało ciężar, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Myśl uciekała, kiedy próbowałem ją złapać. - Ludzie, którzy tu trafiają… Zazwyczaj nie mają towarzystwa. - Przez chwilę zatrzymałem wzrok na pustym przedziale, na miejscach, które powinny być zajęte przez hałas, śmiech, przypadkowe rozmowy, ale były… Puste, od początku były puste.
Wyprostowałem się odrobinę, opierając plecy mocniej o siedzenie, przez moment miałem ochotę powiedzieć „nie” tylko z przyzwyczajenia, z tej potrzeby pilnowania porządku rzeczy, który i tak był tu umowny. Zamiast tego spojrzałem jej w oczy dłużej, uważniej. Przechyliłem głowę minimalnie, zerknąłem na wolne siedzenia, potem z powrotem na nią. Nie było w tym bezczelności, raczej ten rodzaj czujności, który włącza się, kiedy ktoś wchodzi do twojego przedziału nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że musi.
- Wyglądasz, jakbyś się spieszyła, a jednocześnie jakbyś wolała nigdzie nie jechać. - Stwierdziłem znikąd, ciszej, jakby to nie była kwestia techniczna, tylko coś bardziej… Ludzkiego. Nie ta część mnie, która była bezczelna i terytorialna, nie jak odruch obronny. Ton miałem spokojny, głos niższy, jakby to było pytanie zadawane komuś, kto właśnie wrócił z długiej drogi, a nie obcej osobie w przedziale. Brzmiało… Naturalnie, jakby było jedyną sensowną reakcją.
Zmrużyłem lekko oczy, przesunąłem spojrzeniem po przedziale, po zielonych siedzeniach, po pustych półkach, po oknie, za którym krajobraz przesuwał się sennie. Przez moment milczałem, przyglądając się jej twarzy, temu skupieniu, które aż za bardzo przypominało koncentrację kogoś, kto trzyma coś w ryzach siłą woli.
- Boisz się pociągów? - Rzuciłem niby od niechcenia, ale intonację miałem już inną, wzrok uważniejszy. Słowo „boisz” zabrzmiało tu inaczej, jakby nie dotyczyło maszyn i torów, tylko samego przejścia, zmiany miejsca.
- Pytam serio. - Wzruszyłem lekko ramieniem, zerkając na nią uważnie, z tym lekkim przekrzywieniem głowy, które zawsze pojawiało się u mnie, kiedy próbowałem zrozumieć coś, co nie pasowało do układanki. - Nie wszyscy lubią wagony, zamknięte przestrzenie, ten ruch, który niby jest do przodu, a jednak ciągle jesteś w tym samym miejscu. To, że coś jedzie, a nie da się tego zatrzymać. - Wskazałem brodą okno, za którym krajobraz przesuwał się bez wysiłku. Pociąg znów lekko szarpnął, tym razem poczułem to głębiej, jakby nie tylko wagon zmieniał tor, ale coś we mnie też próbowało. Zauważyłem, że światło w przedziale lekko przygasło, jakby reagowało na to, co mówiliśmy, albo na to, czego nie mówiliśmy. - Możemy udawać, że to nie pociąg. - Dodałem po chwili, jakby to było najprostsze rozwiązanie świata. Przesunąłem dłonią po krawędzi siedzenia, czując pod palcami welur i stare drewno. - Na przykład… Długi korytarz. Albo poczekalnia. Albo prom, jeśli wolisz. Pociągi i promy mają podobny rytm, przynajmniej w teorii. - Zamilkłem na moment, jakbym sam sprawdzał, czy to ma sens, ale tutaj sens był rzeczą umowną. Nie byłem pozytywnie nastawiony do towarzystwa w przedziale, to prawda, tym bardziej, że wszystko we mnie mówiło, że moja towarzyszka była jak ktoś, kto wszedł do cudzego snu bez zaproszenia, a jednak nie potrafiłem jej po prostu wygonić.
Nie zrobiłem wielkiego gestu zaproszenia, nie odsunąłem się teatralnie, nie czekałem też na odpowiedź - coś we mnie już podjęło decyzję, zanim zdążyłem ją nazwać. Przesunąłem się odrobinę, tylko tyle, żeby zrobić gest dobrej woli, ale nie do końca oddać decyzyjność. Zabrałem nogi z jej potencjalnej przestrzeni, poprawiłem pozycję, przejmując cały rząd i robiąc wyraźne miejsce w tym naprzeciwko siebie. Gest był naturalny, niewymuszony, jakbym robił to od lat.
- Okej. - Wzruszyłem ramionami. - Kilka minut w jednym przedziale nikogo nie zabije… - To zdanie zabrzmiało dziwnie, ale nie zatrzymałem się na nim, w tym miejscu słowa czasem miały podwójne dno, a ja nie byłem pewien, czy chcę je sprawdzać.
- Serio masz gumę? - Zapytałem, już z autentycznym zainteresowaniem. Kącik ust uniósł mi się sam, zupełnie wbrew tej pierwszej, aroganckiej wersji mnie, która jeszcze chwilę temu chciała ją wyrzucić z przedziału jak niepasujący element układanki. Zatrzymałem na niej spojrzenie, głęboko, uważnie, jakbym chciał zapamiętać coś, co za chwilę może się rozmyć. Lubiłem gumę balonową, nie pamiętałem skąd to wiem, ale wiedziałem, że lubię - coś w tym rytmicznym żuciu zawsze działało na mnie uspokajająco, jakby świat na chwilę robił się prostszy. - Bo jeśli tak, to jest to najmocniejszy argument, jaki dziś padł. - Oparłem się wygodniej, jedną dłonią bębniąc lekko w oparcie siedzenia, rytmicznie, dopasowując się do stukotu kół. Drugą wyciągnąłem ku niej, nie nachalnie, raczej jak ktoś, kto sprawdzał, czy propozycja była poważna, czy tylko retoryczna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
24.01.2026, 20:27  ✶  

Czuła na sobie jego wzrok. Wpatrywał się w nią, docierało do niej, że w tej chwili nie miał pojęcia kim jest. Mogła się tego spodziewać, znajdowali się w naprawdę dziwnym miejscu, tkwili w zawieszeniu, nie mogła mieć pewności, czy będzie pamiętał cokolwiek, czy zupełnie nic, czy to się zmieni, czy nie. Mieli zupełnie czystą kartę, co w tej chwili mogło nieco komplikować sytuację. Nie zamierzała się jednak poddawać, co widać było po jej postawie, nie uciekła, nie odeszła, chociaż jej to sugerował.

Dostrzegła jak przesunął nogi, w odpowiedzi na jej słowa. Pokazywał, że było to jego miejsce, tylko i wyłącznie jego i że nie zamierzał tak po prostu pozwolić jej usiąść na przeciwko. Nie wyrzucił jej jednak jeszcze z tego przedziału, więc nie była całkowicie na przegranej pozycji, jeszcze nie.

- Myślisz, że w kilka sekund da się rozgryźć to, z kim ma się do czynienia? - Wydawał się być o tym przekonany, ale nie mogła nie zadać mu tego pytania. Pozory przecież często mogły mylić, słowa zostać rzucone przypadkiem, zrozumienie z kim ma się do czynienia wcale nie było takie proste.

Zauważyła to delikatnie uniesienie kącika ust, wiedziała, że trafiła, znała go przecież, umiała z nim rozmawiać, nawet jeśli w tej chwili on nie miał pojęcia kim ona jest.

- Wręcz przeciwnie, nieco bardziej ją komplikuje. - Tak, była tego świadoma. Poruszył się na swoim miejscu, jego ciało zajęło jeszcze większą powierzchnię, zdecydowanie chciał jej udowodnić, że nie powinna się tu znajdować, ale to nic, nie zamierzała się tak po prostu poddać.

Mówiła dalej, spokojnie, starała się być opanowana, musiała być opanowana, bo nie chciała tutaj niczego popsuć, poruszała się nie do końca świadomie, nie miała żadnej instrukcji obsługi do tego, w jaki sposób powinna się zachować, działała więc instynktownie, jak najmniej inwazyjnie, żeby nie namieszać za bardzo. Była ostrożna, jak zawsze, kiedy nie do końca wiedziała, co powinna robić.

- To prawda, czasem warto myśleć tylko o sobie, szczególnie, kiedy podróż ma być długa. - Egoizm czasem był właściwym podejściem, ale tylko czasem. - Wydaje mi się jednak, że razem się tu zmieścimy, Ty przekraczasz normę, a ja nie do końca do niej dosięgam. - Tak naprawdę wystarczyłaby jej połowa miejsca, mogli więc znaleźć jakiś kompromis, głównym problemem było to, że on chyba nie do końca chciał na niego przystać.

- Raczej nie, na pewno nie przegapię przystanku, nie mogę sobie na to pozwolić. - Jego obawy były całkiem jasne. - a, nawet jeśli nie zdążę wysiąść tam gdzie powinnam, to w którymś momencie to zrobię. - Najwyraźniej nie chciał spędzić z nią całej drogi, zamierzała więc powiedzieć mu to co chciał usłyszeć, wysiądzie, w którymś momencie na pewno, przynajmniej tak zakładała, to nie było kłamstwo, no nie powiedziała mu, że powinni opuścić ten pociąg razem, ale do tego mieli jeszcze dojść.

Zamknęła za sobą drzwi, żeby uświadomić mu, że chciała tutaj zostać, był to gest, który miał potwierdzić jej zamiary, nic więcej. Póki co jednak nadal stała w miejscu, nie ruszała się, czekała na to, aż się zgodzi, aby mu towarzyszyła.

- Nie muszę, ale chcę. - Mogła się spodziewać, że zauważy tę nie do końca naturalną dla niej postawę, raczej starała się wtapiać w tło, nie zwracać na siebie uwagi, znikać w otoczeniu. Tym razem jednak postępowała zupełnie inaczej, nadal była wyprostowana niczym struna, jakby to miało podkreślić, że to jest jej miejsce, że nigdzie się nie wybiera, że jest częścią tego obrazu, chociaż przecież nie była, była intruzem, który nie powinien się tutaj znaleźć, więc zachowywała się zupełnie inaczej, niż faktycznie było.

Zacisnęła dłoń w kieszeni na tej nieszczęsnej gumie, dostrzegła zmianę w jego wyrazie twarzy, kiedy o niej wspomniała, to był pierwszy krok do tego, aby go do siebie przekonać. Niby taka błaha rzecz, a jednak mogła zmienić wszystko. Nie wyciągnęła jej jeszcze z kieszeni, zacisnęła w dłoni opakowanie i czekała na to, co miało się wydarzyć.

Miała świadomość, że była aberracją w tej rzeczywistości, nie powinna się tu znaleźć, normalnie nie mogłaby tu być, naginała nieco zasady jej istnienia, jednak nieszczególnie się tym przejmowała. To było miejsce w którym musiała się znaleźć, jeśli chciała coś zmienić, a zależało jej na tym, jak na niczym innym. Próbowała więc wpasować się do otoczenia, udowodnić, że jest stąd, że pasuje do tego miejsca.

Zauważyła uśmiech na jego twarzy, gdy wspomniała o gumie balonowej, był szczery, naturalny, ulżyło jej, bo był to naprawdę mały krok, a jednak przyniósł jakieś efekty, powoli może uda jej się dojść do czegoś więcej. - Guma balonowa jest przedmiotem, który potrafi ułatwić negocjacje. - Nie udawała, że nie korzystała z niej jako z przewagi, wręcz przeciwnie.

- Tak, wiem o tym, jakoś tak wyszło jednak, że postanowiłam się dosiąść. Lubię naginać normy. - Powinien być tu sam, jednak jakimś cudem udało jej się dostać do tego miejsca pomiędzy, najwyraźniej wyczuwał, że nie pasowała do otoczenia, nie miała pojęcia na jakiej zasadzie to działało, ale jednak dało się dostrzec, że coś jest nie tak, jak być powinno. - Nie uważasz, że to trochę słabe, przecież dużo przyjemniej podróżuje się z kimś. - Próbowała przekonać go do tego, że to wcale nie był taki zły pomysł. - Czas szybciej mija, można nawiązać ciekawe znajomości. - Mówiła dalej, bo dzięki temu faktycznie mógł pozwolić jej tu zostać, chciała nakłonić go do myślenia, do zobaczenia jakichś pozytywów w tej sytuacji.

- Nie każda podróż odbywa się dlatego, że tego chcemy. - Powiedziała spokojnie. Oczywiście, że wolałaby, aby jej tutaj nie było, jeśli jednak on się tutaj znalazł, no to i ona musiała. To była prosta sprawa, tylko, że nie mogła mu tego wytłumaczyć, jeszcze nie teraz, nie w ten sposób.

Czuła, że się w nią wpatruje, obawiała się tego, że może ją na czymś przyłapać, tylko przecież tak naprawdę nie miał na czym, nie robiła nic złego. Musiała jednak oswoić go ze swoją obecnością w tym przedziale, bo nigdzie się nie wybierała, nie bez niego.

- Może nie do końca boję, ale trochę czuję się w nich nieswojo. - Na pewno w tym jednym, w którym właśnie się znajdowali, bo zdawała sobie sprawę z tego, że była intruzem, że nie powinno jej tu być. Zapewne już to zauważył, bez sensu więc było udawać, że wszystko jest w porządku.

Przeniosła wzrok na okno, kiedy na nie wskazał, krajobraz się zmieniał, rozmywał, to było dziwne i nienaturalne, ale w tym miejscu nie powinna raczej szukać normalności.

- Prom chyba byłby najlepszą opcją. - Odpowiedziała po chwili zastanowienia. Mogli udawać, że znajdują się na promie, tam nie byłby wyczuwalny ten charakterystyczny rytm, który towarzyszył jeździe pociągiem, chociaż trochę bardziej bujało, jednak to jej nie przeszkadzało.

Obserwowała go uważnie, zauważyła więc ten ruch, przesunięcie, zrobił jej miejsce. Odetchnęła z ulgą, powoli dokonywali jakichś postępów, nie wyrzucił jej stąd, mogła usiąść. Zrobiła więc krok do przodu, po to, aby zająć miejsce na przeciwko niego. Siedziała jednak nieco sztywno, jakby bała się tego, że przegapi moment, w którym powinni wysiąść, musiała być czujna i dało się wyczytać to z jej ciała.

- Dzięki, to miłe. - Jego słowa nie brzmiały szczególnie optymistycznie, zresztą dzisiaj nie do końca bawił ją motyw zabijania, czy umierania, ale dzięki temu mogła z nim tu zostać, doskonale się składało, wygodniej było siedzieć niż stać w drzwiach przez tę całą drogę, która ich czekała.

- Słabo by były, gdyby ten argument okazał się nie istnieć. Wyrzuciłbyś mnie za drzwi, gdyby okazało się, że jej nie mam? - Trochę już było na to zbyt późno, bo usiadła, oczywiście mógł się jej stąd pozbyć nawet teraz, sprawdzała go tylko. Wsunęła ponownie dłoń do kieszeni płaszcza, po czym wyciągnęła ją na zewnątrz trzymając w niej gumę balonową. - Tylko się droczę, nie mam w zwyczaju kłamać. - Wyciągnęła otwartą dłoń w jego kierunku, aby mógł się nią poczęstować.

- Mam jeszcze lizaki porzeczkowe, ale to może na później, kto wie, kiedy pierwszy argument przestanie Ci wystarczać, a podróż może okazać się długa. - Musiała jakoś zabezpieczyć swoją przyszłość w tym przedziale, okazało się, że te drobne słodkości mogły ją uratować. Nie było więc najgorzej.

Ich ręce się spotkały, wręczyła mu gumę, przy okazji dotknęła jego dłoni, próbowała wyczuć, czy jest ciepła, chociaż to było głupie, tutaj raczej nie dało się wyczuć takich rzeczy, bo znajdowali się gdzieś pomiędzy, nie miała pojęcia, jak to właściwie wyglądało, czy to miejsce było wytworem jego wyobraźni? Musiało być, to była jego ostatnia podróż, nie, to miała być jego ostatnia podróż, którą zamierzała przerwać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
25.01.2026, 18:40  ✶  
„Moje miejsce, mój spokój, moja cisza” - siedziałem rozparty, z tą bezczelną pewnością ludzi, którzy przywykli, że świat usuwa im się z drogi, nawet jeśli robi to niechętnie, moje nogi zajmowały za dużo przestrzeni, ramiona też, i zdecydowanie nie zamierzałem ich cofać tylko dlatego, że ktoś postanowił sprawdzić, czy da się wejść tam, gdzie wyraźnie nie powinien. Od początku byłem przekonany, że to ja mam rację, w takich miejscach zawsze ktoś ją ma, a ja byłem najbardziej logicznym kandydatem - znalazłem się tu wcześniej, siedziałem sam, więc miałem tu pierwsze i ostatnie prawo głosu, nawet jeśli chwilowo świat poza szybą był mi obojętny i rozmyty jak wspomnienie, którego nie warto zatrzymywać.
Patrzyłem na nią długo, bez skrępowania, z chłodnym zainteresowaniem, nie z ciekawością - z oceną, jak na coś, co pojawiło się nie na swoim miejscu i jeszcze nie zdecydowałem, czy jest uciążliwe, czy tylko niepotrzebne.
- W kilka sekund? - Powtórzyłem jej pytanie z lekkim parsknięciem, kiedy przesunąłem się jeszcze odrobinę. Było to czysto instynktowne - ten świat był wąski, a ja nie miałem zamiaru się kurczyć, zwłaszcza dla osoby rozmiarów, hm, kieszonkowych. Brzmiałem jak ktoś, kto jest przyzwyczajony do bycia samemu, jak ktoś, kto uznał samotność za domyślny stan rzeczy i nauczył się go bronić drobnymi gestami, ruchem kolana, zajmowaniem przestrzeni.  - Kilka sekund to sporo czasu. - Wzruszyłem ramionami, z tą nutą pewności siebie, która zwykle kończyła rozmowy, zanim się zaczną. Byłem w tym bezczelny, arogancki, jak ktoś, kto wielokrotnie przeżył momenty, w których decyzje trzeba było podejmować szybciej, niż zdążył pojawić się komfort. - Zazwyczaj w zupełności wystarczy, żeby wiedzieć, czy ktoś przeszkadza. W kilka sekund da się stwierdzić, czy warto dać mu minutę więcej. - Rzuciłem spokojnie, bez ostrości, ale z pewnością siebie - to był komunikat, całkiem prosty - „nie siadamy tu razem. To nie jest przedział do kompromisów. To nie jest podróż towarzyska”. - Reszta to detale. - Starałem się nie zwracać uwagi na to, iż brzmiało to jak wyuczona formułka, coś, co mówiłem już setki razy różnym ludziom w różnych miejscach. Nie pamiętałem żadnego z nich, ale ciało najwyraźniej pamiętało procedurę. Defensywa weszła automatycznie, jak tarcza, którą ktoś we mnie zainstalował dawno temu.
Poruszyłem się, zajmując jeszcze więcej miejsca, demonstracyjnie. Czułem się wtedy… Bezpiecznie, jak ktoś, kto kontroluje sytuację, nawet jeśli nie do końca rozumie, gdzie właściwie jest. Oparłem się wygodniej, rozsunąłem kolana jeszcze szerzej, z czystej przekory, przestrzeń była moja, cisza była moja, to zawieszenie pomiędzy czymś a niczym należało do mnie z tej prostej przyczyny, że byłem tu przed nią. Siedziałem rozparty, nogi zajmowały więcej miejsca, niż wypadało, barki miałem rozluźnione w sposób, który jasno komunikował brak zamiaru dostosowania się. To był stary odruch, terytorialny, prosty - „mój, moje, dla mnie, spadaj”, ale ona najwyraźniej w ogóle tak tego nie odbierała - popatrzyłem na nią bez wstydu, od góry do dołu, mierząc ją wzrokiem, jakby była zagadką, którą można rozwiązać w kilka sekund, nawet jeśli coś we mnie krzyczało, że to nie jest aż tak proste. „Nigdy”, to była dziwna myśl, bardzo nagła i niechciana.
- I masz rację. - Dodałem bez szczególnej uprzejmości, raczej z tym chłodnym zainteresowaniem, które zwykle poprzedza decyzję, czy coś warto zatrzymać jeszcze na wspomnianą minutę, czy lepiej usunąć z pola widzenia od razu. - Komplikuje. -  Powtórzyłem po niej, jakby to było potwierdzenie mojej tezy. Zrobiłem krótką pauzę, wystarczającą, żeby dać temu wybrzmieć. - Właśnie o tym mówię. - Spojrzałem na nią spod brwi, ostro, z tym chłodnym półuśmiechem, który zwykle wyciągałem jak nóż, kiedy ktoś podchodził za blisko.
Mówiła spokojnie, za spokojnie - nie próbowała mnie przekrzyczeć, nie reagowała na zaczepki, to było nienaturalne - ludzie albo się bronią, albo uciekają, ona robiła… Nie, ona nie robiła. To nie było ani jedno, ani drugie, nie robiła nic z tych przewidywalnych rzeczy, stała prosto, jakby ten przedział był jej równie dobrze jak mój.
- Yhy. - Skwitowałem, gdy zeszliśmy na temat podróży. - Zwłaszcza kiedy jest długa. A ta… - Zerknąłem w okno, na krajobraz, który nie chciał się zdecydować, czym jest. - Zapowiada się wyjątkowo mozolnie. - To nie było zaproszenie ani jasne wyproszenie jej z przedziału, to była informacja. Mój głos wciąż był twardy, ale napięcie zaczęło się rozkładać inaczej - już nie jak mur, raczej jak bariera, która powoli traciła sens. Kiedy mówiła o normach, o tym, że razem się zmieścimy, niemal się uśmiechnąłem, prawie, to było sprytne, całkiem boleśnie trafne. Ja zawsze przekraczałem normy, ona wyglądała, jakby całe życie próbowała się w nie zmieścić, a jednocześnie nigdy do końca jej się to nie udawało. Zerknąłem na nią spod rzęs, widząc, jak próbuje wpasować się w przestrzeń, która nie chciała jej przyjąć.
- Ty nie dosięgasz normy, ale lubisz ją łamać, naginać zasady. - Kiwnąłem głową bez złośliwości. - Ja ją przekraczam, czasami redefiniuję, wedle uznania. To nie znaczy, że automatycznie się równoważymy. Świat nie działa na zasadzie kompensacji. - Rzuciłem. - Rzeczywistość nie bilansuje się tak uczciwie. - Ale już wtedy wiedziałem, że to tylko słowa, moje ciało zaczęło reagować szybciej niż myśli. - Ludzie nie bywają dla siebie tak po prostu wygodnie kompatybilni. - Nie wiedziałem, skąd we mnie to zdanie. Było stare, zużyte, jak coś, co powtarza się przez lata, aż traci się pamięć, kiedy padło po raz pierwszy. - Słuchaj - ciągnąłem, przeciągając sylaby i opierając się mocniej w siedzeniu - nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale ja naprawdę nie mam dziś ochoty na metafizyczne więzi z nieznajomymi. Nie jestem fanem przypadkowego kontaktu. - Wzruszyłem ramionami, udając obojętność. Patrzyłem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym rodzajem znużonej nieprzychylności, która zwykle skutecznie zniechęcała ludzi do dalszych rozmów. - Taki kaprys. - Westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami, przesunąłem stopą po podłodze, jakby wagon należał do mnie tylko dlatego, że zajmowałem w nim więcej przestrzeni niż przewidział projektant. Nie dlatego, że jej nienawidziłem, to była zwykła nieufność, raczej dlatego, że to było moje miejsce i lubiłem, kiedy świat o tym pamiętał. Patrzyłem przez chwilę w okno, na rozmyty krajobraz, który nie chciał się zdecydować, czy jest pustkowiem, wsią, miastem, snem, czy wspomnieniem - coś w tym obrazie było coraz bardziej niepokojące, chociaż nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Linie rozmazywały się w smugi, kolory wsiąkały w siebie jak akwarela zostawiona na deszczu, nie było twardego horyzontu, tylko ruch - ciągły, jednostajny, pozbawiony punktów odniesienia - gdyby ktoś zapytał, dokąd jedziemy, nie potrafiłbym odpowiedzieć, tu nie było „dokąd”, było tylko „dalej”.
Skinąłem głową powoli, jakby ważył się we mnie jakiś wewnętrzny werdykt. Nie wyglądała na kogoś, kto boi się wprost, raczej na kogoś, kto nauczył się żyć z permanentnym „nieswojo”. Znałem ten stan, nie trzeba było go nazywać.
- Prom. - Powtórzyłem cicho, z lekkim półuśmiechem, który pojawił się szybciej, niż bym chciał. - Jasne. W takim razie witamy na pokładzie. - W tym miejscu udawanie było właściwie jedyną walutą - zamknąłem na moment oczy, a kiedy je otworzyłem, rytm kół jakby się oddalił, nie zniknął całkiem, ale przestał dominować, zamiast niego pojawiło się lekkie kołysanie, subtelne, jakby grunt pod nami poruszał się z własnej woli, a nie dlatego, że ktoś położył tory. Za oknem krajobraz przestał być ciągłą smugą, stał się plamą światła i cienia, odbiciem czegoś, co mogło być wodą.
Zrobiłem jej miejsce, ten gest wyszedł ze mnie bez oporu, naturalnie, bez kalkulacji, jakby był zapisany głębiej niż moja aktualna niechęć. Zdziwiło mnie to - nie pamiętałem, żebym był kimś, kto ustępuje miejsca. Zresztą… To miejsce nie było dla niej, nigdy nie było, ten przedział, ta podróż, to zawieszenie pomiędzy - to była moja droga, jednokierunkowa, a ona znalazła się tu przypadkiem albo wbrew zasadom. Żywa tkanka w przestrzeni, która należała do… Czegoś innego. Ten przedział, ten ruch, to zawieszenie między dokądkolwiek a nigdzie - pociąg, prom, cokolwiek to było, kołysało się jednak dalej, akceptując decyzję, która zapadła, albo jeszcze nie dostrzegając tego, co zaburzało naturalny porządek rzeczy.
Patrzyłem na nią, gdy siadała naprzeciwko mnie, widocznie ostrożnie, zbyt prosto, z ramionami napiętymi, jakby naprawdę bała się, że przegapi moment, w którym trzeba będzie zniknąć. To też było… Znajome uczucie. Nie wspomnienie, raczej echo emocji, które zna się bez powodu.
- Wiem. - Powiedziałem ciszej, kiedy podziękowała. - I nie mówię tego, żeby było miło. - Oparłem się wygodniej, ale spojrzenia z niej nie spuściłem, była tu, a jednocześnie jakby na walizkach, gotowa w każdej chwili się zerwać, coś we mnie to poruszało, chociaż nie potrafiłem nazwać uczucia ani miejsca, skąd pochodziło.
- Nadal mam wrażenie, że nie powinnaś tu być. - Dodałem spokojnie, bez oskarżenia. Spojrzałem na okno, na tę wodną iluzję, na brak horyzontu. - Nie w sensie „nie wolno”, raczej… Nie w tym momencie. - Nie było w tym wyrzutu, bardziej konstytacja, jakby ktoś wszedł do pokoju, w którym właśnie gasło światło, i zapalił je z powrotem bez pytania. - To miejsce nie jest zbyt gościnne. - Kontynuowałem. - Ono nie lubi, kiedy ktoś zostaje za długo. A ty wyglądasz, jakbyś miała gdzie wracać. - Zerknąłem na jej dłonie, na to, jak je trzymała, jakby pilnowała samej siebie. Odruchowo poruszyłem własnymi palcami, jakbym chciał coś obrócić, poprawić, ten gest był automatyczny, nieprzemyślany, a potem nagle zatrzymałem się w połowie ruchu, marszcząc czubek nosa. „Co kurwa”.
- Hm. - To było wszystko, co powiedziałem na głos - jedna sylaba, rzucona niedbale, przykrywająca coś, co nagle zaczęło we mnie pulsować. Przesunąłem kciukiem po miejscu, gdzie powinien być bardzo określony ciężar, struktura, faktura, a była gładka skóra, pusta przestrzeń - nie podobało mi się to, nie dlatego, że czegoś brakowało, tylko dlatego, że moje ciało było absolutnie przekonane, że coś tam być powinno. To nie było przyjemne, było jak nagły przeciąg w zamkniętym pokoju, jak echo kroku w miejscu, które powinno być puste. Coś we mnie drgnęło, zanim zdążyłem to zatrzymać, nie lubiłem takich reakcji - nie lubiłem, kiedy ciało wyprzedzało myśl. Wpatrywałem się w nią bez słowa, wystarczająco długo, żeby coś we mnie drgnęło, i wystarczająco krótko, żebym zdążył to zdusić. Odsunąłem się minimalnie, ale wystarczająco, żeby było jasne - granica, linia narysowana w powietrzu - wracałem na swoje terytorium.
- Przestań tak patrzeć. - Rzuciłem ostrzej, niż planowałem. - Jakbym ci coś zabrał. - Odchyliłem głowę na oparcie. - I nie próbuj… - Urwałem, bo sam nie wiedziałem, co dokładnie chciałem powiedzieć. „Czytać mnie”? „Wchodzić mi pod skórę”? „Robić z tego czegoś więcej”? Westchnąłem krótko, przez nos, zacisnąłem szczękę. Odruchowo poruszyłem palcami dłoni, jakby czegoś szukały - pustka - to uczucie wróciło, głupie i nieuzasadnione, więc natychmiast je stłumiłem. To było… Irytujące, jak ubytek w zębie, który język sprawdza w kółko, chociaż wie, że nic się nie zmieni. Odwróciłem na moment wzrok, jakbym sprawdzał okno, chociaż krajobraz nadal był bez sensu, w rzeczywistości potrzebowałem tej sekundy, żeby uspokoić oddech - coś we mnie było zbyt czujne, gotowe do ataku albo ucieczki. Przez moment miałem wrażenie, że świat się lekko przesunął, jakby ten prom, który sobie wymyśliliśmy, naprawdę zahaczył o falę.
Uniosłem kącik ust, tym razem wyraźniej, kiedy zapytała, czy wyrzuciłbym ją za drzwi, gdyby jednak nie miała gumy - to pytanie trafiło w coś bardzo konkretnego, choć nie potrafiłem powiedzieć, w co.
- Hm - mruknąłem, udając, że się nad tym zastanawiam - to zależy - sięgnąłem wzrokiem do drzwi przedziału, potem z powrotem do niej, jakbym naprawdę rozważał logistykę takiego wyrzucania - nie. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Co najwyżej byłbym… Rozczarowany. A to gorsze. Rozczarowanie zostaje na dłużej. Raczej bym marudził, aż wreszcie wyszłabyś sama, uznając mnie za buca. - Dodałem spokojnie, zadziwiająco lekko i szczerze. - Może bym westchnął. Albo przewrócił oczami. Ale wyrzucanie ludzi przez drzwi to jednak sporo zachodu, nawet jeśli są… Nie ukrywajmy… Całkiem poręczni. - Przez ułamek sekundy zawiesiłem się na jej spojrzeniu - brązowym, głębokim, niepokojąco znajomym - coś we mnie próbowało się obudzić, jakiś idiotyczny impuls, który chciał nazwać ją… Jakoś. Użyć jakiegoś bardzo określonego słowa, sekwencji słów, zdania, które nie brzmiałoby nielogicznie, nie byłoby defensywnym żartem, tylko czymś więcej, bliższym… „Nam.”
Pociąg kołysał się dalej, a ona już siedziała naprzeciwko mnie, zbyt pewnie jak na kogoś, kto przed chwilą pytał o pozwolenie. To już mnie nie irytowało, wręcz przeciwnie, było w tym coś… Znajomego, choć nie wiedziałem skąd. „My”, to słowo miało dziwny ciężar, niemal niemożliwy do udźwignięcia.
Kiedy wysunęła dłoń z gumą balonową, spojrzałem na nią uważnie. Przez krótką chwilę tylko na tę dłoń, otwartą, wyciągniętą w moją stronę, jak gest pokoju albo umowy zawartej bez słów. Potem podniosłem wzrok na jej twarz. Uniosłem brew na wzmiankę o lizakach porzeczkowych, ale tym razem był to gest bardziej sceptyczny niż prowokacyjny, i przez chwilę ważyłem tę obietnicę w myślach, jakby była walutą o nie do końca pewnym kursie.
- Ahaa—a. - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę. - „Na później”. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, jakby właśnie zaproponowała mi coś bardzo cennego, ale bez żadnego dowodu posiadania. - Wiesz, że to brzmi jak pusta obietnica, prawda? - Zauważyłem z lekkim, prawie niewidocznym uśmiechem. - Coś mi mówi, że tego lizaka nigdy nie zobaczę, że to taki rodzaj waluty, który zawsze „jest na później”, wiesz. Nie obraź się… Albo w sumie. Z tym ci nie ufam. - Nie było w tym oskarżenia, raczej przeczucie, ciche, niepokojąco pewne, jak wiedza, która nie pochodzi z pamięci, tylko z instynktu.
Kiedy nasze dłonie się spotkały, zareagowałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć - jej palce ledwie musnęły moją dłoń, kiedy podawała gumę, a ja już cofnąłem rękę gwałtownie, jakby mnie poparzyła. Odruch był brutalny, czysty, wyuczony latami zanim nauczyłem się nad nim panować, serce podeszło mi do gardła, źrenice rozszerzyły się same, powietrze zrobiło się nagle zbyt ostre. Cofnąłem dłoń gwałtownie, jakby ktoś przyłożył mi do skóry rozgrzane żelazo, moje ramiona zesztywniały, plecy same docisnęły się do oparcia, kolana zamknęły przestrzeń, którą przed chwilą jej udostępniłem. Całe ciało ustawiło się w obronnym klinie. Guma niemal wypadła mi z dłoni, złapałem ją w ostatniej chwili, ale już stałem się twardy w ramionach, w barkach, w szczęce.
- Nie. - Nie „proszę nie”, nie „hej, spokojnie”, po prostu „nie”. To było wszystko, koniec komunikatu, nie tłumaczyłem się, nie zamierzałem. Sam nie wiedziałem, skąd ten odruch, skąd ta fala niechęci, to nagłe spięcie mięśni karku, ten instynkt cofnięcia się. To był ledwie dotyk - nic, co normalnie zwróciłoby uwagę, przypadkowe zetknięcie skóry, ułamek sekundy, gest czysto techniczny, a jednak coś we mnie zareagowało szybciej niż myśl. Nie wiedziałem, czemu w jednej sekundzie zrobiło się duszno, czemu skóra na karku zapiekła mnie nieprzyjemnie, czemu nagle miałem ochotę wstać i otworzyć drzwi tylko po to, żeby mieć więcej powietrza. Wiedziałem tylko, że nie lubię przypadkowego dotyku, którego sam nie zainicjowałem, nigdy nie lubiłem, i że jej gest, chociaż miękki i ostrożny, przekroczył jakąś niewidzialną granicę. To było coś, co nie należało do tego pociągu, do tej podróży ani do niej. Coś, co zostawiło po sobie impuls biegnący wzdłuż nerwów. Coś, co nauczyło mnie bardzo wcześnie, że bliskość bywa zapowiedzią bólu. „To tylko guma”, powiedziałem sobie, chociaż to było kłamstwo - płaskie, źle dopasowane, ale trzymałem się go - przez moment słyszałem tylko cichy szum tego miejsca, tego „pomiędzy”, i własny oddech, zbyt płytki, jak na mój gust.
Rozpakowałem gumę powoli, z tą przesadną starannością, jakby był to rytuał, a nie banalna czynność - zapach uderzył mnie natychmiast, znajomy, trochę zbyt słodki, ale przyjemny - obróciłem kawałek gumy w palcach, oglądając go z uwagą, jakby był artefaktem o niejasnym pochodzeniu. Wrzuciłem ją do ust i przez chwilę po prostu żułem, patrząc gdzieś obok, na okno, na przesuwający się krajobraz. Spojrzałem w bok, przez szybę, gdzie widok nadal nie mógł się zdecydować, czy jest morzem, czy polem, czy tylko snem. Przez chwilę milczałem, żując gumę mechanicznie, jakby to miało mnie zakotwiczyć w tej wersji rzeczywistości, czymkolwiek i gdziekolwiek była. Pociąg kołysał się dalej, rytmicznie, jakby nic nie mogło go wytrącić z kursu. Na zewnątrz świat rozmywał się w barwach, które nie należały do żadnej konkretnej pory roku. Zieleń rozpływała się w jasność, jasność w coś, co przypominało mgłę nad wodą. Smak był znajomy, zbyt znajomy, przez moment miałem wrażenie, że robiłem to już tysiąc razy, w innych miejscach, z inną wersją tej samej chwili.
- Masz swoje miejsce. Ja mam swoje. Nie mieszajmy tego. - Brzmiałem znowu twardo, z dystansem, z tą nutą, która była mi jak płaszcz przeciwdeszczowy na niepogodę. Oczy zwęziły mi się odruchowo. - Już i tak za bardzo się rozgościłaś. - Oparłem się głębiej o siedzenie, krzyżując ramiona na piersi, splatając dłonie, jakbym fizycznie chciał je unieruchomić - to była klasyczna pozycja obronna, nawet jeśli nie byłem tego świadomy - przeżułem gumę wolniej, czując jej smak, zbyt wyraźny jak na miejsce, które nie powinno mieć smaków. 
Odetchnąłem głęboko. Nie wiedziałem, czemu kontakt fizyczny wywołał we mnie taki skurcz - wiedziałem tylko, że nie był bezpieczny, a w miejscach takich jak to, bezpieczeństwo było jedyną walutą, jaką jeszcze uznawałem. Dotyk był… Zły, niepotrzebny, w tej przestrzeni, w tym stanie, był naruszeniem wszelkich zasad.
- Słuchaj, Mała. - Mruknąłem ciszej, ale bez miękkości. - Możesz tu siedzieć. Możesz gadać. Możesz nawet mnie przekupywać słodyczami. - Krzywiąc się półgębkiem, wzruszyłem ramionami, jakby to była błaha preferencja, coś w stylu „nie piję kawy z mlekiem, ale mogę umoczyć usta”. - Ale nie wchodź mi w przestrzeń. - Oparłem potylicę o szybę. - To jedyne, o co proszę. - To wcale nie zabrzmiało jak prośba, ale nie zamierzałem się poprawiać.
Nie powiedziałem jej, że ten jeden dotyk rozchwiał mnie bardziej, niż cała ta dziwna podróż, ale marszcząc brwi, obróciłem rękę, potem drugą, potem jeszcze raz, dokładniej, jakby światło miało mi coś wyjaśnić. Przez sekundę nie rozumiałem, czego szukam, a potem przyszło to uczucie - nie obraz, nie wspomnienie, tylko wiedza, ciężka i konkretna, to było… Złe. Nie umiałem tego nazwać, ale ciało wiedziało, ten gest był pamięcią mięśni. Uniosłem wzrok na nią powoli.
- No, świetnie. - Parsknąłem krótko, bez humoru, przesunąłem językiem po zębach, zirytowany. - Zajebiście. - Przyjrzałem się jej uważniej, już nie tylko podejrzliwie, ale z nową, ostrą kalkulacją. Niby to był krótki, niemal uprzejmy kontakt skóry ze skórą, jak przy podawaniu reszty w sklepie albo odbieraniu biletu, ale…
- Powiedz mi, Słoneczko. - Przyjrzałem jej się teraz inaczej, już nie jak intruzowi z gumą balonową, tylko jak komuś, kto nagle znalazł się na krótkiej liście podejrzanych. - Pytanie za milion. To twoja robota? „Sprytne przejęcie artefaktu”? - Spojrzałem na nią ostro, już nie z tą wcześniejszą, arogancką rozrywką, tylko z czymś znacznie mniej przyjemnym. - Nie, w sumie nie odpowiadaj. Skoro już pojawiasz się w moim przedziale, z historiami o naginaniu norm, to uznajmy, że pytanie nie jest aż tak abstrakcyjne. Bo jeśli zaraz powiesz mi, że „nie wiesz, o czym mowa”, wydymając usteczka, to oszczędź sobie tlenu. - Nie tłumaczyłem się, nie zamierzałem, powiedziałem to tak, jakbym informował o kradzieży portfela - sucho, rzeczowo, ale w środku coś się nieprzyjemnie przesunęło, to było jedno z tych „nie”, które nie potrzebują przypisów - ktoś poluzował śrubę w konstrukcji, która i tak trzymała się na słowo honoru.
- Mam umowę. Podpisaną, przypieczętowaną, jakkolwiek to tu działa. - Machnąłem niedbale dłonią, obejmując tym gestem cały ten oniryczny cyrk. Przez głowę przeleciała mi fala irytacji, gorąca i szybka - coś we mnie zawarczało, głęboko, pierwotnie - umowy, zasady, „moje znaczy moje”, to nie było coś, co się uzasadnia obcym ludziom w przedziale pociągu, który nie do końca jest pociągiem, a nie do końca promem. - To jest moje, nie muszę tego zwracać. Jeśli mają z tym problem, to nie moja sprawa. Ja swoją część zrobiłem, więc jeśli pracujesz dla Nich, albo dla kogokolwiek, kto myśli, że może mi to skonfiskować po drodze, to przekaż uprzejmie, że mogą mi possać. - Spojrzałem na nią uważnie, jak na kogoś, kto właśnie wszedł na bardzo cienki lód, i odchyliłem się z powrotem na siedzeniu. - Oddawaj. - Spojrzałem w bok, na okno, na ten rozmyty świat, który udawał krajobraz - tym razem była zima, ostra i jasna - znów zapadła cisza, gęsta i nienaturalna, prom kołysał się wyraźniej, wiał wiatr, śnieg i woda zacinały w okna, chociaż przecież nadal byliśmy w pociągu, w czymś pomiędzy, w przestrzeni, która nie lubiła, gdy ktoś dotykał jej zasad. Problem w tym, że ja też tego nie lubiłem, a tu ewidentnie mieliśmy konflikt interesów. - Masz minutę, może dwie. - Zerknąłem na swoją dłoń, na palce, na miejsce, które nagle zaczęło mnie swędzieć w sposób, którego nie umiałem zignorować. - Potem naprawdę nie będę miły. - Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem od góry do dołu, po czym postukałem palcem w stolik między nami. - Oddawaj.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
25.01.2026, 23:25  ✶  

Jego postawa świadczyła o tym, że to on był u siebie. W swoim przedziale, w swoim pociągu, w swojej drodze. Nie powinno jej tu być, i ona i on doskonale zdawali sobie z tego sprawę, nie pasowała tutaj, była intruzem, który się wkradł do tego miejsca. Starała się jednak udawać, że doskonale wie co robi, że wybrała ten przedział z jakiegoś powodu, miała zamiar się do niego dosiąść, czy mu się to podobało, czy nie.

Musiała jakoś namówić go to tego, aby razem wysiedli z tego pociągu. Nie mogli zostać tu zbyt długo, tak naprawdę nie miała pojęcia ile czasu dostała na ewentualne negocjacje, co powodowało, że wolałaby jednak działać nieco szybciej. Po pierwszej interakcji jednak wiedziała, że nie będzie to możliwe, bo patrzył na nią jak na kogoś obcego, w tej chwili jej nie kojarzył, zapomniał kim była, to dość mocno komplikowało jej plany, jednak Prudence jak to Prudence nie miała zamiaru się poddawać. Musiała wejść w to głębiej, obudzić go, wyrwać z tego letargu, wyrwać go z tej ostatniej drogi, nie brała pod uwagę innej ewentualności.

Nie przestawał na nią patrzeć, czuła, że ją ocenia, nie musiał mówić tego w głos, dało się to wyczytać z jego spojrzenia, chłodnego, jakby coś właśnie kalkulował w swojej głowie. Póki co jeszcze jej nie wyrzucił, nie pozbył się jej, więc nie było najgorzej.

- Wszystko zależy od perspektywy. - Kilka sekund mogło decydować o całym życiu, kilka sekund też mogło być ledwie zauważalne, mogło to być wszystko i nic, zależało od tego kiedy i kto na to patrzył. Najwyraźniej w jego przypadku, w tej chwili te kilka sekund mogło być decydujące, przynajmniej tak twierdził.

- W tym przypadku faktycznie wystarczy kilka sekund. - Wystarczyłby pewnie i ułamek sekundy na to, by stwierdzić, czy ktoś przeszkadza. Przedział był jego, gdy się w nim znalazła, nikogo tutaj nie było, zakłócała ten spokój, wparowała tutaj nie biorąc pod uwagę tego, że mógłby ją tak po prostu wyprosić.

- Po tej minucie następuje kolejna weryfikacja? Czy zasługuje na kolejne, czy wtedy już decyzja zostaje podjęta? - Zastanawiała się jeszcze ile razy będzie podważał jej obecność. Oby to był ostatni raz.

Widziała, że znowu się przesunął, chciał pokazać jej, że to miejsce należy do niego, że nie ma tu dla niej wolnej przestrzeni, to jednak nie wystarczyło, aby uznała, że ma stąd wyjść, do tego była jeszcze długa droga, będzie musiała jakoś nakłonić go do tego, aby ruszył z nią. To mogło być problematyczne, ale aktualnie skupiała się na tym, aby zostać w tym przedziale, tamtym będzie się przejmowała później. Przełknęła głośno ślinę, zaczęła zastanawiać się nad tym, ile właściwie miała czasu, jak szybko powinna działać. Musiała to robić ostrożnie, bo nie chciała doprowadzić do żadnych szkód, to zadanie wymagało ogromnej precyzji, a nie miała żadnego doświadczenia i działała po omacku.

Bronił się przed tym, aby tutaj została. Wyczuwał, że nie pasuje do obrazu, że zaburza spokój, starał się jej pozbyć, jednak to nie był pierwszy raz, kiedy ktoś sugerował jej, że jest tam, gdzie nie powinna być. To nie było dla niej szczególnie kłopotliwe, wiedziała jak się zachować. Przyjęła pewną siebie postawę, aby pokazać, że jest wręcz przeciwnie, że faktycznie jest to jej miejsce.

- Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie wydajesz się być kimś komu przeszkadzałyby drobne komplikacje, więc i ja nie powinnam Ci przeszkadzać. - Mówiła cicho, spokojnie, nie okazywała po sobie, jak wiele zależy od tego w jaki sposób przeprowadzi tę rozmowę, nie mogła sobie pozwolić na to, aby emocje przez nią przemawiały, spokój był wskazany, więc tej wersji siebie się trzymała.

- Z drugiej strony, jeśli droga ma być długa to dobrze jest mieć z kim spędzić podróż, wtedy czas mija szybciej, nim się obejrzysz będziesz na miejscu, tak to wszystko będzie Ci się dłużyć. - Być może komfort będzie nieco obniżony, będzie miał mniej miejsca na swoje długie nogi, jednak starała się znaleźć jakiś argument za tym, że jej obecność w tym miejscu mogła nieść ze sobą coś pozytywnego. Próbowała być przekonująca, chociaż wiedziała, że trafił się jej bardzo sceptycznie do tego nastawiony oponent.

- Trudno jest coś łamać, jeśli nigdy się do tego nie dosięga, to bardziej poszukiwanie własnej przestrzeni, własnych zasad, skoro inne nie do końca są stworzone dla mnie. - Zawsze starała się jakoś obejść ogólne założenia, poszukać luki przez którą mogłaby się prześlizgnąć, teraz przecież robiła to samo. Nie powinno jej tu być, a jakoś się tutaj znalazła, weszła do miejsca, w którym on zaczynał swoją ostatnią podróż.

- Mam odmienne zdanie na ten temat. Czasem, w takich prostych sprawach to działa właśnie w ten sposób, spójrz na siebie, spójrz na mnie, idealnie pasuję do tej wolnej przestrzeni, która nie jest Ci potrzebna, myślę, że nawet ślepy by to zauważył. - Zdecydowanie mieli co do tego różne podejście, ale to też nie był pierwszy raz, jak zawsze akceptowała jego zdanie, co nie świadczyło jednak o tym, że weźmie je pod uwagę, bo naprawdę chciała tutaj zostać. - Bywają, jeszcze się o tym przekonasz. - Jej głos brzmiał tak, jakby była o tym święcie przekonana. Nie miała pojęcia dlaczego mówił o kompatybilności, to często między nimi padało, być może nie wszystko z niego wyparowało, może gdzieś tam bardzo głęboko tkwiło to wszystko, tylko trzeba było to wyciągnąć w odpowiedni sposób, musiała sprawić, żeby jakoś sobie przypomniał.

- Nie zawsze możemy dostać to, co nam się podoba. Nigdzie się nie wybieram, chyba musisz się z tym oswoić, dotarło do mnie co mówisz, nie zamierzam na siłę wciągać Cię w nawiązywanie więzi, chociaż nie powiem, to mogłoby być ciekawe, może jeszcze zmienisz zdanie. - Próbował ją dystansować, zapewne spodziewał się, że po takim defensywnym podejściu sama odwróci się na pięcie i opuści jego przedział, jego wagon, jego pociąg, ale to na nią nie działało. Była trudnym przypadkiem.

Ulżyło jej kiedy powiedział to swoje witamy na pokładzie, wydawało jej się, że zaakceptował jej obecność, być może nie był do tego jakoś szczególnie przekonany, może wcale jej tutaj nie chciał, ale jednak odrobinę się przesunął, dzięki czemu mogła usiąść. Miała wrażenie, że rytm jaki czuła pod nogami nieco się zmienił, nie było już tego głośnego, charakterystycznego dźwięku towarzyszącego pociągom, zrobiło się nieco ciszej, a wagon zaczął się kołysać. Spojrzała na okno, otoczenie również się zmieniło. Być może tak działało to miejsce, kiedy chciał wprowadzić jakieś zmiany, to one po prostu się działy, w końcu to było jego pomiędzy, to on decydował o tym, jak wyglądało. Interesujące.

- Zarejestrowałam, nie chcesz, żeby było miło, muszę się z tym chyba pogodzić. - Wróciła do niego spojrzeniem, nie spodziewała się, że negocjacje będą takie wymagające, chociaż, czy w ogóle powinna się czegokolwiek spodziewać? No nie do końca, była w miejscu, w którym nie powinno jej być tylko dlatego, że udało jej się przeczytać sporo książek, tylko dlatego, że znała teorię, szkoda, że praktykę musiała ćwiczyć właśnie na nim, wolałaby się tutaj pojawić bardziej pewna swoich umiejętności, ale było, jak było. Nic nie mogła z tym zrobić.

- Nie mam pojęcia dlaczego tak usilnie próbujesz mi wmówić, że tutaj nie pasuje, przecież gdybym powinna być gdzieś indziej, to nie byłabym tutaj, to całkiem prosta sprawa. -  Nie była zbyt dobrym kłamcą, ale musiała brnąć w tę wersję, wiedziała, że tutaj nie pasuje, wiedziała, że tak właściwie to nie mogła tu być, ale nieco obeszła zasady, którymi kierowała się ta przestrzeń.

- Mam jedną sprawę do załatwienia, kiedy ją załatwię, to będę wracać, może o to chodzi. Nie zamierzam długo tu zostać. - Tak naprawdę miała tutaj zostać dopóki nie uda jej się namówić go do tego, aby z nią wrócił, i to mogło potrwać sporo czasu, ale nie przejmowała się tym, że miejsce mogło być niezbyt gościnne, nie potrzebowała zaproszenia, aby się tutaj znaleźć.

Spoglądała na niego, widziała, że coś się stało, coś sobie przypomniał, jego postawa się zmieniła, jakby czegoś szukał. Dotknął kciukiem palca, przygryzła dolną wargę kiedy to robił, wiedziała, co powinno się tam znajdować, wiedziała, czego brakowało. Być może on nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale coś mu nie pasowało, dało się to wyczuć. Prue zawsze była dobrym obserwatorem.

Drgnęła kiedy się odezwał, ten ton przypominał jej momenty, kiedy nie do końca pałali do siebie sympatią, a raczej usilnie próbowali pokazywać sobie nawzajem jak bardzo za sobą nie przepadają, chociaż to nie był prawda. Dawno nie zwracał się do niej w ten sposób. Nie była do tego przyzwyczajona.

- Przepraszam, to odruch. - Niemalże od razu odwróciła wzrok, przynajmniej na chwilę, nie chciała, żeby czuł się niekomfortowo, nie chciała w żaden sposób wzbudzać w nim negatywnych uczuć. - Niczego nie próbuję, po prostu lubię patrzeć. - Dodała jeszcze, żeby to nieco sprostować, wyjaśnić, chociaż był to bardzo gówniany argument.

- Nie pozbyłbyś się mnie stąd tak łatwo, jestem bucooporna. - To mogłoby być wyzwanie, na szczęście nie zawiodła go i faktycznie znalazła w kieszeni tę gumę balonową, dzięki czemu jej aktualna miejscówka była bezpieczna, nie miał jej marudzić, nie miał wyrzucić ją za drzwi, przynajmniej jak na razie. Przesunęła się nieco do tyłu, aby oprzeć się wygodniej, nie mogła siedzieć tutaj jak na szpilkach, już nie musiała tego robić, bo przecież zaakceptował jej obecność. Być może nie z jakimś ogromnym entuzjazmem, ale nadal nie wyrzucił jej stąd i chyba nie miał zamiaru tego robić.

Obserwował dłoń, którą wyciągnęła w jego stronę, jakby analizował ten gest, a był całkiem prosty, chciał gumę - dostał gumę. Nie było w tym żadnych, ukrytych intencji, no może, może miała nadzieję, że jej smak i zapach przypomną mu coś. To byłoby sporym ułatwieniem, nie mogła jednak liczyć na to, że będzie to wystarczające. Znajdowali się przecież w naprawdę dziwnym miejscu, odbywali jego potencjalnie ostatnią podróż na pewno potrzebne było coś więcej, aby się przebudził, aby dotarło do niego kim jest i co właściwie się dzieje.

Gdyby tylko wiedział, że w jego słowach jest sporo racji. Obiecała mu tego lizaka, nigdy jednak mu go nie wręczyła, jakoś nie było okazji, czekała na odpowiedni moment, zaopatrzyła się nawet w te porzeczkowe bo powiedział, że to jest jego ulubiony smak. Wyciągnęła wolną dłonią lizaka z kieszeni i pomachała nim w powietrzu. Zrobiła to szybko, a po chwili znowu schowała go do kieszeni. - Żeby nie było, to właśnie go widziałeś, więc nie możesz mi nie ufać, waluta istnieje, tylko czeka na swój czas. Muszę mieć czym negocjować. - Potrzebowała czegoś na później, kto wie ile właściwie potrwa ta podróż, co się jeszcze podczas niej wydarzy, musiała mieć coś do zaoferowania w zanadrzu, nie spodziewała się, że będzie negocjować przy pomocy lizaka, ale musiała to po prostu zaakceptować.

Ich dłonie się dotknęły, tak właściwie to ledwie się musnęły, a on zareagował na to bardzo intensywnie. Odsunął się gwałtownie, jakby go poparzyła. Ręka Prudence nadal znajdowała się w powietrzu, w przeciwieństwie do tej jego, którą szybko zabrał, jakby jej dotyk sprawił mu ból. Zesztywniał niemalże od razu, jego postawa się zmieniła, uciekał przed tym. Uciekał przed nią trudno jej było na to patrzeć, ale starała się nie dać po sobie poznać, że zabolał ją ten odruch. Nie reagował tak na nią, nigdy. Dotarło do niej to jego nie. Nie chciała przekraczać jego ranić, nie chciała go krzywdzić, więc ostrożnie zabrała rękę. Położyła ją sobie na kolanach, odruchowo też na nią spojrzała, wpatrywała się w dłoń jakby była jakimś przeklętym narzędziem.

Przez chwilę nie odrywała wzroku od swoich kolan, tak właściwie to od ręki, która na nich spoczywała. Ten dotyk musiał mu nie pasować, być może to, że nie powinno jej tu być sprawiało, że ten gest przyniósł ze sobą zbyt intensywne doznania. Nie miała pojęcia, wkurzało ją to, że nie wiedziała w jaki sposób działało to miejsce, ten świat. Musiała się jednak dostosować, nie mogła przekraczać granic, żeby go nie skrzywdzić, chodziło przecież tylko i wyłącznie o niego. Uniosła spojrzenie, gdy usłyszała szelest papierka. Dłuższą chwilę otwierał gumę, robił to z celebracją, jakby dokonywał jakiegoś rytuału, przyglądała się temu z ciekawością.

Próbował wyznaczyć granice. Mówił do niej o tym. - To był przypadek. - Nadal starała się brzmieć spokojnie, jakby to co się stało nie zrobiło na niej żadnego wrażenia, jakby ta jego demonstracja w ogóle jej nie poruszała. Musiała być spokojna, musiała nad sobą panować. - Jasne, nie będę Ci wchodzić w przestrzeń, nie zrobiłam tego celowo, nie sądziłam, że to będzie dla Ciebie takie niewygodne. Zresztą przecież to nie było nic wielkiego, ale się nie powtórzy, przynajmniej nie teraz. - Wolała to zaakceptować, bo obawiała się, że okaże się jeszcze, że wyrzucenie jej z przedziału wcale nie będzie takie kłopotliwe, jak mu się na początku mogło wydawać.

Później zaczął się przyglądać swoim rękom, robił to dokładnie, kolejny raz, jakby dalej czegoś szukał i nie mógł znaleźć, a później spojrzał na nią, zbyt uważnie na to, aby to był przypadkowy gest. Musiał jakoś połączyć kropki, coś sobie uzmysłowić, czekała tylko na to, co to będzie. Nie spodziewała się raczej niczego dobrego.

Zmarszczyła nos, zmrużyła oczy, patrzyła na niego próbując zrozumieć do czego zmierza. Artefakt. Sądził, że coś mu ukradła. Nieźle, naprawdę wspaniale, jeszcze tego brakowało, żeby wziął ją za złodziejkę, czy w ogóle mogło być gorzej? Chyba nie. Nikt jednak nie mówił, że to będzie łatwe zadanie, musiała sobie jakoś z tym poradzić, zawsze sobie radziła, prawda? Powtarzała to sobie w głowie. Musiała wyglądać pewnie i spokojnie, jakby naprawdę wiedziała co robi.

Nie znosiła mieć w nim przeciwnika, czy z nim walczyć, dużo bardziej przepadała za tym, kiedy ze sobą współpracowali, to było dla niej bardziej naturalne, bo wiedziała, że istniała szansa na to, żeby ją pokonał, szczególnie jeśli zamierzał udowodnić jej w jakiś prosty sposób, że była odpowiedzialna za jego zgubę.

- Nie jestem odpowiedzialna za przejęcie artefaktu, to oni to zrobili, często nie dotrzymują umów. - Musiała na poczekaniu wymyślić jakąś bajkę, najważniejsze aby nie wziął jej za jedną z nich, kimkolwiek by nie byli, to wydawało jej się być najlepszą możliwością.

- Również mi coś zabrali, i nie chcą oddać, zjawiłam się tu po to, aby odzyskać to co moje, nie jestem Twoim wrogiem. - Czy jej uwierzy? To było bardzo wątpliwe, wiedziała jak wyglądała jej sytuacja. Pojawiła się tutaj znikąd, to była jego przestrzeń, teraz coś mi zginęło, a poza nią raczej trudno było się doszukać kogoś innego kto mógł być zamieszany w sprawę. Nie wyglądało to dla niej najlepiej, ba była skłonna nawet stwierdzić, że znajdowała się w bardzo, ale to bardzo chujowej sytuacji.

- Pomogę Ci odzyskać to co Twoje, tylko musisz mi zaufać. - Nie spodziewała się, że to zrobi, ale warto było spróbować, czyż nie? - Razem będzie nam łatwiej dostać to co nasze. - Po raz kolejny podkreśliła to, że ona też miała coś do odzyskania, jakby to miało być jakąś kartą przetargową, wiedziała przecież że z natury był samowystarczalny, wolał nie współpracować z obcymi, ale jaki miała właściwie wybór, jeśli nie spróbowanie takiego manewru?



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
27.01.2026, 06:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2026, 06:36 przez Benjy Fenwick.)  
Słuchałem uważnie, zawsze słuchałem, nawet wtedy, gdy sprawiałem wrażenie, że rozmowa mnie nie interesuje - nawet jeśli oparłem łokieć o oparcie siedzenia, a dłoń zwiesiłem luźno, jakby cała ta sytuacja była jedynie umiarkowanie interesująca. Przejechałem dłonią po twarzy, przeciągając palcami po brodzie, by przez chwilę postarać się zebrać myśli do kupy po tym nagłym wtargnięciu w przestrzeń, która raczej nie powinna była tak działać - nie wiedziałem, skąd to wiem, ale współdzielenie przedziału wydawało mi się czymś wyjątkowo rzadkim, zwłaszcza z osobą, której się nie znało. „A my się nie znaliśmy - prawda?” Zamilkłem na moment, w tym czasie za oknem krajobraz rozciągnął się w coś przypominającego rozmytą linię tropikalnych drzew, po czym zniknął w jasnej plamie. Nie wiedziałem jeszcze, dokąd dokładnie jadę, nie rozumiałem całej struktury tego pociągu, tej drogi, tego zawieszenia pomiędzy, ale jedno było jasne -  to nie była wycieczka krajoznawcza, nawet jeśli coś odrobinę ją udawało.
Wystarczyło, że wiedziałem jedno - nie zapraszałem tutaj nikogo, by spędzał ze mną czas, czułem to pod skórą, w kręgosłupie, w tym specyficznym napięciu, które pojawiało się zawsze, gdy coś lub ktoś wchodziło w moją przestrzeń bez pozwolenia. Pociąg poruszał się swoim własnym rytmem, ja byłem jego częścią, jakby ta trasa została mi przypisana dawno temu, zanim jeszcze zdążyłem zadać pytania, ale… Ona? Ta kobieta? Dziewczyna? Ona była zmienną, obcym ciałem w układzie, konstelacją niepasującą do szerokości geograficznej, szczególnie, gdy tak stała w drzwiach z miną kogoś, kto właśnie postanowił zignorować bardzo wyraźny znak „wstęp wzbroniony”. Miała w sobie coś uporczywego, coś, co nie pasowało do tej przestrzeni, jakby przyszła z innego nurtu czasu i próbowała wmieszać się w prąd, który nie był dla niej. Ten pociąg był drogą, moim ruchem do przodu, a jej obecność była jak przypis dolny do procesu, który nie przewidywał przypisów, i nawet jeśli zazwyczaj miałem w dupie listy, schematy postępowania, reguły i tak dalej, to teraz coś w tym mnie rozpraszało, zaburzało równowagę, zmuszało do ciągłego przesuwania ciężaru ciała.
Patrzyłem na nią bez specjalnego ukrywania tego faktu - nie tak, jak obserwowało się nadchodzące zagrożenie, nie jak na cud, tylko jak na element, który nie powinien znajdować się w tym miejscu. Nie była jak księżyc za dnia, była… Bardziej abstrakcyjna, nie pasowała, nie w sensie estetycznym, tylko w sensie ontologicznym.
- Weryfikacja nie działa w rundach. - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej z nowej perspektywy, jakby zmiana kąta mogła odsłonić coś, czego jeszcze nie zauważyłem. Krajobraz za oknem rozpływał się w smugi światła i cienia, a ja zamiast pozwolić myślom odpłynąć, siedziałem i analizowałem ją klatka po klatce. W dalszym ciągu patrzyłem na nią bez mrugania, bez wstydu, bez kamuflażu. Ona też mnie skanowała, a że nie lubiłem, gdy ktoś robił mi to samo, więc nie widziałem powodu, by jej tego oszczędzać. - To nie turniej. - Spojrzałem na nią spod rzęs, z cieniem rozbawienia, który nie sięgał oczu, wzruszając ramionami.
Oceniałem odruchowo, jak zawsze, postawę rozmówcy, sposób oddychania, mikroruchy dłoni - to, jak ustawiała i przenosiła ciężar ciała, jak podnosiła brodę, kiedy mówiła. W mojej głowie od razu pojawiła się lista scenariuszy - kilka sekund wystarczało, żeby pociągnąć za spust, żeby aktywować artefakt, żeby złamać pieczęć, żeby podpisać coś, czego nie da się potem cofnąć, żeby się zdradzić. Kilka sekund wystarczało też, żeby kogoś stracić… Albo coś odzyskać.
- Powiedzmy, że dałem ci te sześćdziesiąt sekund. -  Mruknąłem. - I powiedzmy, że ich nie zmarnowałaś od razu. Większość ludzi w takich sytuacjach gra va banque. Ty planujesz kilka ruchów naprzód. - Nie wyjaśniałem głębiej, co to dla mnie znaczyło - nawet jeśli sam byłem człowiekiem, który wyznawał filozofię „wszystko albo nic”, nie uważałem, że to jedyna słuszna strategia, wręcz przeciwnie, była po prostu moja, jak ten przedział.
Rozłożyłem lekko dłonie, po czym przesunąłem ręką po kolanie, powoli, bez nerwowości, po czym oparłem drugą rękę o oparcie siedzenia. Zajmowanie przestrzeni przychodziło mi naturalnie, jak oddychanie, jak sprawdzanie wyjść w każdym pomieszczeniu - jeśli gdzieś byłem, to było widać, a jeśli ktoś wchodził w mój teren, wiedział o tym natychmiast.
- To nie oznacza, że masz bilet. Wciąż uważam cię za intruza. - Sprostowałem, wbijając wzrok w kobietę, która nie wyglądała, jakby planowała się stąd wycofać, co było tak irytujące, jak… Intrygujące, ona mnie intrygowała. Przez chwilę przyglądałem się jej twarzy, nieświadomie szukając tam czegoś znajomego, chociaż nie wiedziałem, dlaczego - jakiegoś echa, iskry, śladu po czymś, czemu mógłbym przypisać konkretną etykietę. Niczego nie znajdowałem, a jednocześnie coś we mnie reagowało na jej obecność w sposób, którego nie potrafiłem nazwać. Było w niej coś, co nie pasowało do roli przypadkowej pasażerki, co sprawiało, że mimo całej tej defensywy nie powiedziałem jej po prostu, żeby wyszła na korytarz ani wysiadła przy pierwszym możliwym przystanku. Nie wyrzuciłem jej od razu tylko dlatego, że coś w tej sytuacji było… Nie do końca standardowe, zwykle intruzi mieli w sobie albo panikę, albo agresję, ona miała determinację - u niej to była… Praca chirurgiczna, nie szarża, to było… Godne szacunku. Chyba.
Słuchałem jej w ciszy, z tym samym wyrazem twarzy, z jakim zwykle przyjmowałem raporty o rzeczach, które mogły mnie zabić albo kosztować dużo pieniędzy, to był stary nawyk, który zostawał nawet wtedy, kiedy reszta pamięci robiła sobie wolne. Nie przerywałem, pozwoliłem, żeby dokończyła, bo ludzie, kiedy dostają przestrzeń, mówią więcej, niż planują, ona jednak trzymała się swojej wersji. Za oknem przesuwały się obrazy, które nie składały się w żadną geografię - światło, cień, coś jak woda, coś jak skały - nie próbowałem tego interpretować, instynktownie uznawszy, iż to miejsce nie było po to, żeby je rozumieć. Zamiast tego spoglądałem na kobietę, jeszcze przez chwilę, przypatrując jej się spod przymrużonych powiek, ważąc nie tyle sens zdań, co sposób, w jaki je podała, po czym przeniosłem wzrok z jej twarzy na sufit przedziału, jakbym musiał sprawdzić, czy to wszystko dzieje się naprawdę - sam nie wiedziałem, czemu - a potem znowu wróciłem do niej spojrzeniem.
- Zakładasz, że lubię kłopoty? Skąd ta wizja? To moja postura? Coś w oczach? Aura wichrzyciela? -  Powiedziałem spokojnie, bardziej stwierdzając niż pytając, jednocześnie przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, bez pośpiechu, od linii brwi do ust. Wyprostowałem się odrobinę, moje barki napięły się ledwie zauważalnie, gdy machnąłem ręką. - Cokolwiek to jest, z mojego doświadczenia „drobne komplikacje” to zwykle rzeczy, które później próbują cię zabić. - Dodałem spokojnie. - Albo przynajmniej okraść. Unieruchomić. Wykorzystać. - Uniosłem na nią spojrzenie spod brwi, bez agresji, raczej z tym spokojnym, wyuczonym sceptycyzmem, który przychodzi po latach rozmów z ludźmi, którzy „tylko chcą pomóc”. - Mówisz ładnie, masz dobre tempo, nie paplasz. To plusy. Ale pojawiłaś się znikąd, w miejscu, które nie jest dworcem, i próbujesz sprzedać mi wizję wspólnej podróży. „Dobrze jest mieć z kim spędzić podróż”. To nie propozycja. To narracja. - Pozwoliłem sobie na cień uśmiechu, krzywy, ledwie obecny. - Wybacz, jeśli nie rzucę się od razu w objęcia tego scenariusza. - Znów zerknąłem na jej nogi, potem na drzwi, potem z powrotem na jej twarz. - Zakładasz, że każda podróż jest czymś, co trzeba sobie umilać. - Zauważyłem. - Czasem jest po to, żeby ją po prostu odbyć. Z doświadczenia - kontynuowałem spokojnie, niemal leniwie - im dłuższa podróż, tym bardziej docenia się ciszę. - Parsknąłem krótko nosem, bez wesołości, bardziej jak ktoś, komu właśnie podsunięto argument, który słyszał już w pięciu wersjach językowych. - Patrz. - Wskazałem brodą na okno. Za szybą świat rozmywał się w coś, co nie było ani miastem, ani pustką, jakby świat zapomniał, jak wygląda architektura krajobrazu. - To nie jest ekspres do Brighton - dodałem - tu „szybciej” i „wolniej” tak jakby tracą znaczenie. - Zerknąłem z powrotem na nią, westchnąłem cicho, jakby mnie to minimalnie zmęczyło. - Jeśli chcesz mnie przekonać, że powinniśmy dzielić ten przedział, potrzebujesz czegoś więcej niż filozofii o płynącym czasie. - Moje spojrzenie stwardniało odrobinę. - Bo chwilowo jesteś tylko nieznajomą kobietą, która twierdzi, że poprawi mi komfort egzystencji, argumentując to „razem raźniej”. - Pochyliłem się minimalnie do przodu, demonstracyjnie rozciągając nogi tak, żeby dalej blokować całe przejście i fotele naprzeciwko. Przez sekundę w wagonie znów coś zaszumiało, krajobraz za oknem rozmył się w jasną smugę i zmienił kanał, teraz było bardziej brązowo, jakby na zewnątrz zachodziło słońce. - To zwykle działa tylko na bardzo samotnych facetów. Albo bardzo głupich. - Przesunąłem spojrzeniem po przedziale, po siedzeniach, po suficie, który zdawał się być o milimetr za niski. - Ja nie kwalifikuję się do żadnej z tych kategorii. - Zerknąłem na drzwi, potem z powrotem na nią, przesunąłem stopą, tak żeby jeszcze wyraźniej zaznaczyć granicę między „moim” a „twoim”, po czym ponownie skinąłem głową w stronę drzwi, w których nadal stała. - Rozumiesz chyba, że to nie jest szczególnie dobra sytuacja negocjacyjna. - Zgiąłem i ponownie rozprostowałem jedno kolano, demonstrując dokładnie to, o czym mówiłem - przestrzeń, długie kości, brak zamiaru zwijania się w kostkę, żeby komuś było milej.
Przechyliłem głowę, słuchając jej wywodu o przestrzeni i zasadach, i przez chwilę naprawdę rozważałem, czy to ja jestem zbyt sztywny, czy ona po prostu ma talent do wchodzenia ludziom w życie bocznymi drzwiami. Byłem zirytowany, ale nie do końca tym, co mówiła - tym, że w ogóle musiałem tego słuchać, tym, że ktoś wparował w moją ciszę, w mój przedział, w mój moment zawieszenia, i teraz próbował negocjować jak na jakimś bazarze. Nie wiedziałem dlaczego, nie pamiętałem niczego konkretnego, ale gdzieś głęboko, pod całą tą arogancją i wyćwiczoną obojętnością, coś we mnie już wiedziało, że jej obecność ma wagę, nie zamierzałem się jednak do tego przyznawać. Spojrzałem na nią z ukosa, pozwalając sobie na ten półuśmiech, który zwykle kończył rozmowy szybciej, niż je zaczynał. Byłem gotów ją odprawić, naprawdę, już miałem na końcu języka coś o granicach, o cudzych przedziałach i cudzych podróżach, ale ona była uparta, intrygująco zawzięta, ten rodzaj ludzi, którzy nie odbierają „nie” jako informacji, tylko jako zaproszenie do dalszej rozmowy. Znałem ten typ, albo raczej… Coś w niej sprawiało, że mój układ nerwowy zachowywał się, jakby znał.
- Lubisz duże słowa do prostych sytuacji, co? - Powiedziałem to sucho, ale bez jadu, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby obrony. Rozłożyłem nogi jeszcze odrobinę szerzej, zupełnie bez potrzeby, jakbym chciał podkreślić, że każdy centymetr tego przedziału już jest zajęty, a „wolna przestrzeń” to pojęcie względne. Skoro już urządzała mi tu prywatne oblężenie, nie zamierzałem udawać dżentelmena z folderu reklamowego.
Zamrugałem przy następnych słowach, unosząc brwi - to był ten rodzaj reakcji, który pojawiał się zanim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle chcę reagować - odruchowy, trochę arogancki, trochę rozbawiony.
- „Ślepy by zauważył”. - Powtórzyłem, przeciągając samogłoski, na moich ustach znów wykwitł ten lekko chamski półuśmiech. - Ślepi zwykle mają lepsze wyczucie przestrzeni niż reszta. - Patrzyłem na nią bez specjalnej uprzejmości, mierząc wzrokiem od czubka głowy po czubki butów. Była drobna, nie po prostu „niższa ode mnie”, tylko faktycznie mała w porównaniu z moimi gabarytami, ten kontrast był… Uderzający, jakby ktoś położył sakiewkę obok torby, zajmowała dokładnie zero miejsca, a jednocześnie irytująco dużo przestrzeni w moim polu widzenia. Coś we mnie reagowało na jej ton - na to „bywają”, rzucone z dziwną pewnością, jakby mówiła o czymś sprawdzonym, a nie hipotetycznym, nie skomentowałem tego jednak wprost, tylko odwróciłem na moment wzrok ku oknu. Przymknąłem oczy na sekundę, a pod powiekami mignęło mi coś dziwnego - obraz bez ostrości, ale innego niż za szybą - krzewy, chłód, obce światło, uczucie, że coś jest nie tak z moim krokiem, a przecież siedziałem. Otworzyłem je z powrotem, zirytowany tym nagłym przebłyskiem, znowu wbijając wzrok w podróżną, wręcz świdrując ją spojrzeniem, na przestrzał. Większość ludzi w tym momencie już by się zirytowała albo obraziła - ona nie, a nawet jeśli, nie dawała tego po sobie poznać, tylko dalej finalizowała swoją strategię.
Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy, nie wiedziałem, dlaczego jej obecność mnie niepokoiła bardziej niż powinna. Nie wiedziałem, czemu to słowo, „kompatybilność”, brzmiało w mojej głowie jak coś prywatnego. Nie wiedziałem, czemu miałem absurdalne poczucie, że już kiedyś mierzyłem świat pod kątem tego, czy ona się w nim zmieści, ale coś we mnie zaczynało mięknąć, wbrew logice, i chociaż nadal byłem bezczelny, bez dwóch zdań arogancki, to gdzieś pod spodem pojawiło się coś nowego - niechciane zainteresowanie, jakby ta drobna kobieta siedząca naprzeciwko była zagadką, której wcale nie planowałem rozwiązywać, a która i tak już zaczęła mnie wciągać. Pociąg kołysał się spokojnie, jak prom, który sama zaproponowała, świat za oknem był rozmazany, nierealny.
To słowo… „Kompatybilność” - zatrzymałem się na nim w myślach długo za długo, aż coś we mnie drgnęło, ledwie zauważalnie, powróciło echo, które nie wiedziałem, skąd przyszło. Przez moment miałem dziwne wrażenie, że to nie jest obce pojęcie, kiedyś używałem go inaczej, często, na różne sposoby. Przez chwilę panowała cisza, gęsta, ale nie wroga, czułem pod skórą coś dziwnego, jak cień dawnego impulsu, którego nie potrafiłem nazwać - to, co mówiło, że ta obecność nie była przypadkowa, nawet jeśli mój umysł nie miał dla tego żadnej historii. Coś prześlizgnęło się po tylnej ścianie mojej świadomości - obraz, którego nie potrafiłem złapać, jak wspomnienie, które ktoś schował za mleczną szybą, a potem dodatkowo zgasił światło. Nie wiedziałem, co sprawiało, że moje oczy raz po raz skupiały się na obcej kobiecie w pociągu, który nie był do końca pociągiem. Nie wiedziałem, czemu w jej spojrzeniu było coś, co ciągnęło mnie jak pływy pod niewidzialny księżyc.
Świat za oknem rozmywał się w plamy światła i koloru, pomyślałem, że jeśli to rzeczywiście moja droga, to jest zadziwiająco… Spokojna, nawet z obecnością… Intruza, który nagle zaczął trochę bardziej tu pasować, to nie tak, że powinna była tu pozostać, nadal nie pasowała do tego miejsca, ale nie zamierzałem jej stąd wyrzucać. Oparłem się mocniej o oparcie siedzenia, splatając dłonie na udach, nie sięgnąłem po gumę, jeszcze nie, obserwowałem jej wyciągniętą rękę, potem twarz, jakby to był jakiś układ współrzędnych, który próbowałem zrozumieć. Ściągnąłem brwi, przez moment marszcząc czoło, pozwoliłem jej mówić, bo w jakiś sposób… Lubiłem jej głos, miał w sobie coś miękkiego, nawet kiedy próbowała brzmieć rzeczowo, było w niej coś, co ciągnęło mnie w sposób zupełnie niepraktyczny i niezrozumiały.
- „Gdybym miała być gdzie indziej, nie byłoby mnie tutaj”. Filozofowie byliby zachwyceni. - Rzuciłem, kręcąc głową, bo zupełnie nie kupowałem tego myślenia, ale wciąż wdawałem się w polemikę na temat czegoś, co coraz wyraźniej śmierdziało mi tym, iż jednak chciała tu coś „więzić”. - Ale świat tak nie działa. Gdyby działał, połowa z nas nie budziłaby się w miejscach, w których absolutnie nie powinna się znaleźć. - Wypuściłem powoli powietrze. Poza tym czasem ludzie trafiają w miejsca, do których absolutnie nie powinni, tylko dlatego, że potrafią otwierać drzwi i mają talent do okupowania cudzych przestrzeni, tu mieliśmy tego idealny przykład. Gdzieś za oknem rozmywał się krajobraz, ale ja miałem wrażenie, że całe to „pomiędzy” skurczyło się do przestrzeni między naszymi siedzeniami. - „Jestem tutaj, więc powinnam tu być” to logika dzieci, pijanych, fanatyków i profetów. Dokładnie ten rodzaj argumentu, którym ludzie usprawiedliwiają wchodzenie w cudze związki, cudze łóżka, cudze wojny i cudze życiorysy. - Nie powiedziałem tego złośliwie, raczej rzeczowo, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie albo rozkładzie jazdy, który w tym wypadku nawet nie istniał - to była jedna z tych prawd, które nosiłem w sobie od początku i nie czułem potrzeby ich dekorowania.
Pokręciłem głową, zanim zdążyłem się powstrzymać, ale jednocześnie tym razem nie tylko zostawiłem przestrzeń taką, jaka była, co więcej, nieświadomie dopasowałem swoją pozycję do jej obecności, jakby organizm sam uznał, że tak jest… Właściwie. Znowu przesunąłem wzrokiem po twarzy kobiety, wolniej tym razem, bez tej pierwszej, twardej kalkulacji. To było… Niepotrzebnie absorbujące.
- To zabawne. -  Oparłem się mocniej o siedzenie, krzyżując ręce na piersi, jakbym w ten sposób mógł fizycznie zaznaczyć granice własnej przestrzeni. - Ludzie zawsze mają „jedną sprawę”. Zwykle kończy się na pięciu. Czasami na noszach. - Nie brzmiałem już tak ostro jak wcześniej, raczej sucho, jak ktoś, kto widział wystarczająco dużo „jednych spraw”, żeby przestać je liczyć. „Załatwić i wrócić” brzmiało technicznie, tymczasowo, jakby była tu na delegacji, i z jakiegoś powodu nie podobało mi się to tak samo jak jej obecność. Skinąłem głową, jakbym przyjmował to do wiadomości, chociaż w środku mnie coś się skrzywiło, nie umiałem tylko powiedzieć, co takiego.
Zmarszczyłem brwi, skupiając wzrok na własnej dłoni, jakbym spodziewał się, że coś nagle się pojawi, wyłoni się z powietrza, nic takiego się nie stało, zostało tylko to dziwne uczucie niekompletności, jak po wyjściu z domu bez kluczy. Te kilka sekund ciszy przeciągnęło się, nie robiłem tego teatralnie, po prostu… Coś mnie zatrzymało. Potem uniosłem spojrzenie - mój wzrok zatrzymał się na jej ustach, kiedy przygryzła dolną wargę. Zarejestrowałem to z opóźnieniem, jakby mózg potrzebował dodatkowej sekundy na przetworzenie faktu, że to… Ładne wargi, miękkie, ciepłe, odrobinę bardziej zaróżowione w jednym miejscu, wygięte w tym drobnym geście, który wyglądał na nerwowy, ale w jakiś sposób cholernie naturalny. Odchrząknąłem i przesunąłem się minimalnie w fotelu, próbując odzyskać dawną pozycję aroganckiego właściciela przedziału, gdy tylko złapałem się na tym, że zapominam na chwilę o całej tej rozmowie, o pociągu, o zasadach, o tym, że w ogóle próbowałem ją stąd wyprosić.
Kiedy zaczęła przepraszać, uniosłem dłoń w odruchowym geście „stop”, zanim jeszcze skończyła zdanie. Potem pokręciłem głową, wolno, stanowczo, coś we mnie się przesunęło, chociaż nie do końca umiałem powiedzieć, co to było. Przez sekundę miałem wrażenie, że właśnie wydarzyło się coś bardzo nie na miejscu, jakby nasze role ustawiły się same w schemacie, który nie powinien istnieć. Było w tym coś głęboko niewłaściwego, że to ona czuła potrzebę przepraszania, jakby instynktownie brała na siebie ciężar cudzych reakcji, to mnie drażniło w sposób trudny do wyjaśnienia, ale jednocześnie całkiem szczery.
- Nie. - Jedno słowo, ale ciężkie. - Nie rób tego. - Oparłem łokieć o stolik, palce miałem splecione luźno, spojrzenie nadal na niej. - Nie, nie masz za co przepraszać. - Zmrużyłem lekko oczy. To ja byłem nieprzyjemny, ja przeszedłem w nieprzyjemny ton, ja wszedłem w tryb terytorialnego drania - nie ona, ona tylko patrzyła, nawet jeśli robiła to strasznie intensywnie. - Wiesz, co? To, że robisz to… Tak… To mi się nie podoba. - Nie powiedziałem „martwi mnie”, nie powiedziałem „boli mnie”, powiedziałem tylko tyle, ile byłem w stanie. - Jeśli masz taki odruch, to… Warto go sobie kiedyś odkręcić. To jest… Yh. Zostaw to. Po prostu nie przepraszaj za cudze kutasiarstwo. - Zatrzymałem się na sekundę, jakby zaskoczony własnym głosem i przekazem, następnie odchrząknąłem, dłonią pocierając skroń, próbując zetrzeć z siebie resztki napięcia.
Zapadła krótka cisza, wypełniona kołysaniem wagonu, tym ruchem, który już nie przypominał pociągu, raczej łódź, prom, jak chciała. Spojrzałem na nią uważniej - jej oczy - dopiero teraz naprawdę je zobaczyłem, co było paradoksem, skoro przez tyle czasu wpatrywała się bezpośrednio we mnie, a ja dostrzegłem to dokładnie wtedy, gdy odwracała wzrok. Były głębokie, brązowe, z tym ciepłym odcieniem, który kojarzył się bardziej z herbatą przy oknie niż z ostrym światłem peronu, ładne w ten nieoczywisty sposób, który nie krzyczał „zwróć na mnie uwagę”, tylko po prostu działał - miały w sobie czujność, ale też coś miękkiego, coś, co mówiło, że potrafiła być dla ludzi bezpieczną przystanią, nawet kiedy sama stała na chwiejnej krawędzi.
I zanim zdążyłem się powstrzymać, nim uruchomił się filtr rozsądku, wyrwało mi się:
- Masz… Niesamowicie głębokie spojrzenie. - Czasem tak miałem, że rzeczy wypływały ze mnie szybciej, niż zdążyłem je przemyśleć, jakby jakiś inny fragment mnie prowadził narrację, a ja tylko łapałem się potem na konsekwencje. Odetchnąłem cicho, odchylając się z powrotem w fotelu. Mrugnąłem raz, za późno, słowo już padło, dopiero potem dotarło do mnie, że właśnie skomplementowałem kobietę, którą teoretycznie chciałem trzymać na dystans.  - Oczy. Takie, które widzą za dużo. - Na sekundę zamilkłem, wsłuchując się w kołysanie wagonu, utrzymywałem na niej wzrok, naprawdę na nią patrząc, nie tylko skanując sytuację, co było inne, dziwne. - Pewnie dlatego ciągle pakujesz się w miejsca, w których „nie powinno cię być”. Masz oczy, które sprawiają, że człowiek zapomina, po co właściwie się złościł. - Powiedziałem, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Przesunąłem szczęką kilka razy, jakbym próbował odgonić własną głupotę, ale nie cofnąłem tego, co powiedziałem. - To znaczy… - Dodałem bardziej neutralnie. - Trudno je zignorować. Nawet jeśli ktoś bardzo się stara. - Nie wiedziałem, dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, żeby przestała się spinać, nie wiedziałem, czemu jej obecność nagle przestała być problemem, a zaczęła być czymś w rodzaju cichej stałej, wokół której układał się ten dziwny wagon, nie wiedziałem też, do czego prowadziła ta nasza rozmowa - lekko mówiąc - nic nie wiedziałem, co mnie rozstrajało. A zaczęło się od jednej niewłaściwej nuty… Teraz coraz więcej nie grało.
- Wiesz - odezwałem się, wracając do poprzedniego tematu, kiedy znów na mnie spojrzała - ludzie, którzy „po prostu lubią patrzeć”, zwykle też „po prostu lubią zostawać”. A potem „po prostu robi się z tego problem”. - Mówiłem spokojnie, ale w środku czułem lekkie napięcie, coś we mnie uparcie powtarzało, że ona nie jest przypadkowa. Wagon kołysał się lekko, jakby naprawdę płynęli promem, a nie jechali pociągiem donikąd. Przymknąłem oczy na sekundę, wciągnąłem powietrze nosem, wypuściłem je wolno, to nie była zwykła rozmowa z obcą osobą w przedziale, który powinien należeć wyłącznie do mnie.
Jej „bucooporna” rozbawiło mnie wbrew mojej woli.
- Zauważyłem. - Mruknąłem. - To akurat nie budzi wątpliwości. - Wykrzywiłem lekko kącik ust, popatrzyłem jej w oczy, z tym cieniem uśmiechu, który pojawiał się u mnie, kiedy przestawałem być całkiem nieprzystępny. Odchrząknąłem cicho i oparłem łokieć o podłokietnik, próbując wrócić do bardziej neutralnej postawy, chociaż coś już się przesunęło - nie w przestrzeni - we mnie.
Nieznajoma też wreszcie przesunęła się wygodniej, oparła plecy, wyglądała, jakby naprawdę zaczęła się tu urządzać, chociaż przed chwilą zapewniała, że zaraz zniknie - zarejestrowałem tę sprzeczność, ale nie skomentowałem jej od razu. Krajobraz za oknem falował, rozpływał się w coś, co mogło być mgłą albo wspomnieniem, ten pociąg był raczej sugestią rzeczywistości niż jej wersją roboczą, a ona była w nim jak przypis na marginesie, dopisany ołówkiem, który ktoś zapomniał potem zetrzeć, chociaż miałem nieodparte wrażenie, iż istniała szansa, że sama się tam dopisała, coś w jej słowach dokładnie tak brzmiało.
Uniosłem brew, kiedy lizak mignął mi przed oczami jak błędna kometa, po czym zniknął z powrotem w kieszeni jej płaszcza, jakby nigdy go tam nie było. Zarejestrowałem kolor, kształt patyczka, sposób, w jaki jej palce zacisnęły się na nim na ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne. Gest był szybki, niemal figlarny, ale nie do końca, raczej kontrolowany, jakby naprawdę traktowała to jak kartę przetargową, nie słodycz. Westchnąłem lekko i rozprostowałem nogi, zajmując odrobinę więcej przestrzeni, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby dominacji. Prom, pociąg, cokolwiek to było, trzymało rytm, a ja pozwalałem rozmowie dalej się toczyć - czy tam płynąć - jednocześnie czując się zaintrygowany i w pewnym sensie wyczerpany.
- Serio? - Parsknąłem cicho, bardziej z tym pierwszym, niż drugim. - Pokazujesz mi dowód istnienia waluty przez pół sekundy i oczekujesz, że uznam to za wiążące zabezpieczenie transakcji? - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej z tym swoim półuśmiechem, który zwykle oznaczał, że balansuję między rozbawieniem a sceptycyzmem. - To brzmi jak bardzo podejrzany model ekonomiczny. „Zobaczyłeś, więc wierz”. Wiesz, że tak działają głównie iluzjoniści i bardzo źli bankierzy. To klasyczny schemat? Najpierw „zaufaj mi”, potem „jeszcze nie teraz”, a na końcu „okoliczności się zmieniły”. Jesteś w połowie goblinem, w jednej czwartej smokiem czy coś? - Nie powiedziałem tego ostro, raczej lekko, z nutą czegoś, co mogło uchodzić za żart, kącik ust zadrżał mi lekko. Potem wszystko się skomplikowało.
Odsunąłem się od niej szybciej, niż zdążyłem to przemyśleć, ciało zareagowało pierwsze, zawsze reagowało pierwsze. Nie potrafiłem tego ubrać w coś eleganckiego, nie miałem słów na mapowanie własnych reakcji, nie miałem dostępu do archiwów, z których to przyszło - zresztą miałem wrażenie, że nie tylko dzisiaj, lecz zawsze sprawiało mi to trudność - wiedziałem tylko, że przypadkowy dotyk zapalał we mnie coś zbyt gwałtownego, starego, głęboko zapisanego. Zesztywniałem, moje plecy same wyprostowały się pod nienaturalnym kątem, barki cofnęły, jakbym przygotowywał się na uderzenie, którego nikt nie zapowiadał. Przez sekundę miałem ochotę wstać, otworzyć drzwi, przejść do innego wagonu, zostawić ją z tymi jej lizakami i negocjacjami - nie zrobiłem tego - zamiast tego sięgnąłem po gumę. Szelest papierka był absurdalnie głośny w tej ciszy, gdy rozwijałem ją wolno, metodycznie, skupiając się na każdym drobnym ruchu palców - to był stary trik - zająć ręce, żeby głowa miała się czego chwycić, „rytuał”, można powiedzieć, ale bez celebracji. Wsunąłem gumę do ust i zacząłem żuć, powoli, z namysłem, pozwalając, żeby niepokojąco znajomy smak rozlał mi się po języku. Organizm sam znalazł rytm, szczęka poruszała się miarowo, a ja wpatrywałem się w przestrzeń między nami, jakby była linią demarkacyjną. Wiedziałem, że to absurdalne, siedzieliśmy naprzeciwko siebie w wagonie, który dryfował przez coś, co nawet nie było krajobrazem, a jednak instynkt zadziałał szybciej niż rozum - ciało pamiętało sytuacje, w których trzeba było kontrolować przestrzeń.
- He. - Rzuciłem krótko, poczekałem, aż podniesie wzrok, mój głos wrócił do tego chłodniejszego rejestru. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, wciąż czułem tam echo tej iskry sprzed chwili, jakby dotyk jej dłoni zostawił po sobie drobne zakłócenie w systemie - to mnie drażniło, nie lubiłem rzeczy, których nie potrafiłem wytłumaczyć w żaden chciany sposób. - Jasne. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, przejechałem czubkiem języka po zębach i skrzywiłem się lekko. Miałem wrażenie, że całe to miejsce zaczynało pulsować mi pod skórą, jakby rytm wagonu próbował zsynchronizować się z moim sercem, a ja się temu instynktownie opierałem. Zamilkłem na moment, podczas gdy ten nierealny pejzaż za oknem nadal płynął jak źle zrenderowany sen - drzewa rozpływały się w światło, światło w coś, co przypominało wodę. Przez chwilę patrzyłem na to mleczne nic, zbierając myśli, a potem wróciłem do niej wzrokiem. Uniosłem brew - tak po prostu - jedną, powoli, demonstracyjnie, jakbym dawał jej czas, żeby zrozumiała, że właśnie weszliśmy w strefę, w której słowa ważą więcej niż guma balonowa i lizaki.
- Nie lubię, kiedy ludzie mówią mi „zaufaj”, a jednocześnie opowiadają historie złożone z samych wygodnych luk. - Powiedziałem ostro, nie podnosząc głosu, co w moim przypadku było gorsze. Byłem zirytowany, czułem to w karku, w szczęce, w tym napięciu między łopatkami, które zwykle pojawiało się tuż przed tym, jak robiłem coś nierozsądnego albo mówiłem coś zbyt ostrego. - To zazwyczaj oznacza, że ktoś właśnie próbuje zrobić ze mnie idiotę. - Oparłem się mocniej o siedzenie, rozłożyłem ramiona szerzej, jakbym samym ciałem chciał zaznaczyć granice przedziału - mojej przestrzeni, mojego tempa, mojego kierunku - towarzyszył temu ten rodzaj spojrzenia, który nie szukał twarzy, tylko reakcji mikrosekundowych. Wypatrywałem napięcia w szczęce, drgnięcia powieki, tego, czy ktoś oddychał płycej, kiedy zaczynał improwizować, starałem się nie skupiać na tym, że miała absurdalnie spokojne oczy jak na kogoś, kto właśnie został postawiony pod ścianą. Spoglądałem na nią, jakby była równaniem z brakującymi danymi, nie podobało mi się to, nie podobało mi się nic z tego, a jednak brązowe tęczówki znowu mnie złapały - te same, które przed chwilą skomplementowałem, i których nie potrafiłem już odwidzieć, bo było w nich coś uparcie spokojnego, coś, co mówiło, że ona naprawdę zamierzała tu zostać, niezależnie od moich zastrzeżeń. Przesunąłem językiem gumę na bok policzka, znów jej się przyjrzałem - wargom, linii policzków, temu drobnemu zmarszczeniu nosa, które zdradzało koncentrację.
- Dobra. - Rzuciłem, unosząc dłoń w geście, który miał ją zatrzymać w pół zdania, chociaż już skończyła. - Wystarczy. - Uniosłem kącik ust, jednak nie był to uśmiech, tylko raczej coś pomiędzy tikem nerwowym a grymasem kogoś, kto właśnie odkrył, że scenariusz, w którym się znalazł, jest jeszcze głupszy, niż zakładał. Moje własne słowa wracały do mnie jak źle rzucone zaklęcie.
- Przede wszystkim nie lubię, kiedy ktoś cytuje mnie przeciwko mnie. - Rzuciłem sucho. Spojrzałem na drzwi przedziału, potem z powrotem na nią, coś we mnie drgnęło, zupełnie nie na temat - jakby pod skórą przesunął się cień wspomnienia, którego nie potrafiłem złapać. Jej oczy, ich kolor, sposób, w jaki na mnie patrzyła, jak gdyby wiedziała coś, czego ja nie miałem prawa pamiętać, tym razem wprawiło mnie to w jeszcze większą podejrzliwość. - Szczególnie w moim własnym przedziale. - Wskazałem nieokreślonym gestem przestrzeń wokół, wagon, ten dziwny bezczas, w którym tkwiliśmy. Nie podniosłem głosu, nie musiałem tego robić, ten przedział miał akustykę wyznania i przesłuchania jednocześnie.
Milczałem przez chwilę, pozwalając, żeby rytm wagonu wypełnił przestrzeń.
- „Również ci coś zabrali”. - Zacytowałem, wolno. - Widzisz, dla ciebie to jest moment, w którym powinienem kiwnąć głową i powiedzieć „ach, bratnia dusza w nieszczęściu”. - Nie zrobiłem tego, zamiast tego uniosłem brew. - Wiesz, co jest zabawne? Wszyscy są niewinni, dopóki nie przestają być. To trochę jak z krwią na rękach. Dopóki jej nie widać, każdy ma czyste sumienie. - Odchyliłem się lekko, oparłem głowę o szybę, patrząc częściowo na nią, częściowo na mijane krajobrazy, które w dalszym ciągu rozmazywały się w coś, co mogło być lasem, mogło być morzem, a mogło być niczym. Tutaj wszystko było „mogło” - świat pomiędzy -  idealne miejsce na kłamstwa. - Ale widzisz, problem polega na tym, że pojawiasz się dokładnie w chwili, kiedy orientuję się, że coś cholernie dla mnie ważnego zniknęło. W moim świecie to się nazywa „korelacja”. - Pochyliłem się lekko do przodu. - A korelacje zabijały już mądrzejszych ode mnie. Rozumiesz, że to nie jest dobra narracja na start?
A jednak „również mi coś zabrali” przeleciało mi przez głowę jak echo, zatrzymałem się na tym zdaniu dłużej, niż chciałem. Odruchowo zerknąłem w dół, na swoje stopy, dopiero po chwili dotarło do mnie, że stoją twardo na podłodze, ale coś w tym obrazie się nie zgadza - buty, zawsze miałem konkretne buty, ciężkie, znoszone, dopasowane do moich kroków jak druga skóra. Teraz… Teraz było inaczej. Nie potrafiłem powiedzieć dlaczego, ale brakowało mi tego poczucia zakorzenienia, jakby ktoś podmienił również ten fundament. Buty, płaszcz, detale, takie drobiazgi, które nagle przestają być drobiazgami, kiedy orientujesz się, że ktoś urządza sobie inwentaryzację twojego życia. Nie, nie „ktoś” - „Oni” - ci, którzy sprzątają po człowieku, zanim on zdąży zadać właściwe pytania. Nawet jeśli nie miałem jeszcze świadomości, dokąd jedzie ten pociąg, coś we mnie doskonale rozumiało mechanikę grabieży.
Przetarłem kciukiem nasadę palca serdecznego, tam gdzie coś powinno być, ten gest też pojawił się sam, jak odruch kolana przy uderzeniu młotkiem, wciąż mnie to irytowało, to uczucie braku było zbyt konkretne jak na coś, czego nie potrafiłem nazwać. Ściągnąłem szczękę, a mięsień przy skroni drgnął mi nieprzyjemnie.
- „Razem”. - Wypowiedziałem to słowo, jakby próbowało mnie ugryźć, a moje palce same znów powędrowały do pustego miejsca na dłoni - dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo mnie to wybijało z rytmu. Nie panikowałem, nie było we mnie rozpaczy, było zimne, skupione wkurwienie i fizyczny brak. - Razem - powtórzyłem, krótko, bez miękkości - to mogą iść ludzie na spacer. Albo na kawę. Ewentualnie na głupie przedstawienie, po którym i tak wszyscy udają, że coś zrozumieli. - Oparłem łokieć o podłokietnik, moje palce zacisnęły się na krawędzi siedzenia. - My nie jesteśmy w „razem”. - To nie była obraza, to było stwierdzenie faktu. - Ty jesteś w moim przedziale. Ja jestem w sytuacji, w której coś mi odebrano. I to są dwie bardzo różne rzeczy. - Przez chwilę przyglądałem się jej twarzy, temu napięciu, które próbowała przykryć spokojem. Irytowała mnie, nie w sposób spektakularny, nie jak ktoś, kogo chcesz wyrzucić przez okno - bardziej jak drzazga, o której zapominasz na kilka minut, po czym wraca przy każdym ruchu dłoni. Mówiła składnie, trzymała się tej swojej improwizowanej narracji, a jednak coś w niej było niezsynchronizowane z resztą świata. Widziałaś kiedyś kogoś, kto wygląda, jakby stał na cienkim lodzie i jednocześnie próbował przekonać świat, że to parkiet? Właśnie tak.
„Pomogę Ci odzyskać to co Twoje, tylko musisz mi zaufać. Razem będzie nam łatwiej dostać to co nasze”.
Propozycja była prosta - pomoc za zaufanie, wspólny interes, wymiana przysług - klasyka - słyszałem to już w tylu wariantach, że mógłbym napisać podręcznik, byłem tego pewien. Oparłem łokieć o framugę okna, barkiem blokując pół światła. Krajobraz za szybą był tylko sugestią krajobrazu, rozlanym akwarelowym snem, ale i tak wolałem patrzeć tam niż na nią przez kolejne dwie sekundy, gdy wróciłem wzrokiem, byłem jeszcze bardziej zamknięty, wbrew słowom, które opuściły moje usta.
- W porządku. Załóżmy, że nie jesteś nikim od nich. Jeśli faktycznie wplątałaś się w ich syf, to jest twoja sprawa. Jeśli przyszłaś tu tylko dlatego, że coś ci zabrali, to rozumiem motywację. - „Załóżmy” było najdalej idącą formą zaufania, na jaką mogłem sobie pozwolić. Nachyliłem się trochę do przodu, znowu zmieniając pozycję, tym razem opierając łokcie o uda - nie porozumiewawczo, tylko ciężko. - Tyle, że ja nie jestem typem, który reaguje na „razem będzie łatwiej”. „Się oswaja”. To mnie irytuje. - Słowo „irytuje” było eufemizmem, raczej oboje wiedzieliśmy, że pod spodem czaiło się coś ostrzejszego, bardziej pierwotnego. Zawahałem się na moment, jakby coś chciało się przebić spod tej warstwy cynizmu, nie dopuściłem tego do głosu. - Wbrew pozorom, jestem typem, który liczy koszty, gdy robi się poważnie. - Spojrzałem jej prosto w twarz, oczy zwęziły mi się minimalnie, bardziej podejrzliwie niż wrogo. - A koszt wpuszczenia obcej osoby w moją i tylko moją sprawę jest zwykle wyższy niż potencjalny zysk. - Rozłożyłem dłonie na chwilę, pokazując je otwarcie, i oparłem się z powrotem o siedzenie. Wagon znowu lekko zakołysał, jakby reagował na zmianę mojego ciężaru, to miejsce było dziwne, zbyt podatne, jakby świat czekał na decyzje, zamiast je narzucać. - Jeśli naprawdę przyszłaś tu „odzyskać swoje”, to świetnie, prawdopodobnie naprawdę wpakowałaś się w coś, co jest kilka klas wyżej niż „odzyskam swoje i pójdę do domu”, ale kibicuję każdemu, kto walczy o własne rzeczy. - Wypowiedziałem to wolno, wyraźnie. - Tyle tylko, że to nadal nie wyjaśnia, dlaczego miałbym nagle uznać nasze interesy za tożsame. Ty próbujesz coś odzyskać. Ja egzekwuję. Wygląda na pat, nie sojusz. - Przesunąłem językiem po zębach, zirytowany, że w ogóle muszę to precyzować.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
28.01.2026, 19:47  ✶  

Samo to, że się tutaj znalazła było naruszeniem. Teraz jeszcze wypadało udowodnić, że nie jest tu przypadkiem, że właśnie tutaj powinna się znajdować. To wcale nie było łatwe, dało się wyczuć, że nie pasowała do tego miejsca, wszystko mówiło, że nie powinno jej tu być, a jednak była. Jakimś cudem udało jej się wsiąść do tego przedziału, do tego pociągu, może nie cudem, bo cuda się nie zdarzały, to wszystko było tylko i wyłącznie jej zasługą, bardzo tego chciała, a więc przekroczyła granice, które nie powinny być przekraczalne. Prue miała to do siebie, że nie było dla niej rzeczy niemożliwych, nie kiedy na czymś bardzo jej zależało, w tym przypadku była wyjątkowo zaangażowana w sukces swojego przedsięwzięcia, bo od tego zależała ich wspólna przyszłość. Być może była w tym momencie okropną egoistką, ale nie miała zamiaru pozwolić mu tak po prostu odejść, dojechać do celu, wysiąść z tego pociągu bez odwracania się za siebie. Nie mogła do tego dopuścić. Postanowiła więc zrobić to, co raczej nie było możliwe, chociaż nie dla wszystkich, na szczęście miała odpowiednie umiejętności, wiedzę, wystarczyło to tylko sprawdzić w praktyce, zobaczyć, czy działa. Jak przystało na prawdziwą naukowczynię nie bała się praktykować tego, co udało jej się dowiedzieć. Była w tym wszystkim oczywiście bardzo ostrożna, bo wiedziała, że może to spowodować nieodwracalne szkody, jednak nie powodowało to, że zaprzestała działać, nie. Nie mogła się przecież poddać tak po prostu, nie mogłaby sobie później spojrzeć w oczy. Zresztą obiecała sobie, że nikt jej bliski nie umrze jej już na rękach i zamierzała dotrzymać słowa danego samej sobie, zresztą nie chodziło tylko o nią. Benjy zasługiwał na kolejne lata życia, zwłaszcza, że dopiero uczył się tego, jak może to wyglądać, bez uciekania, bez ciągłej drogi. Nie mogła pozwolić, aby ich nowa rzeczywistość trwała tak krótko.

Zdawała sobie sprawę z tego, że nie do końca pasuje mu jej obecność, że coś mu nie grało, zresztą mówił o tym od początku. Miał prawo się tak czuć, bo takie podróże odbywały się zazwyczaj w pojedynkę, nikt ich nie zakłócał, tym razem jednak było inaczej. Sama pierwszy raz uczestniczyła w podobnym doświadczeniu, nie do końca potrafiła się tu odnaleźć, jednak starała się udawać, że właśnie tu powinna być, że pasuje do otoczenia, chociaż było zupełnie inaczej.

- Czyli nie muszę się już martwić? - Skoro weryfikacja nie działała w rundach, skoro nadal tu stała, nadal nie wyrzucił jej za drzwi to by oznaczało, że mogła przyzwyczaić się do myśli, że jest tu dla niej miejsce. Nie widziała innej możliwości. Oczywiście wiedziała, że sytuacja była dość mocno dynamiczna, że w każdej chwili mogło się coś zmienić, że nie powinna zakładać, że już ma problem z głowy, nigdy bowiem nie można mieć pewności. Kto właściwie wiedział jak przebiegnie ta rozmowa, jeszcze wiele mogło się zmienić i wydarzyć.

Ciągle łapała się na tym, że powinna jakoś przejść do sedna problemu, tylko nie do końca wiedziała w jaki sposób to zrobić. Benjy zdecydowanie nie ogarniał tego, co się z nim działo, nie wiedział dokąd jedzie, może coś czuł, gdzieś podskórnie, ale czy siedziałby bezczynnie, gdyby wiedział, że to jego ostatnia podróż? W sumie, po tym, co wcześniej zobaczyła, nie mogła mieć pewności. Nie walczył, oswoił się z myślą, że to jego ostatni dzień i po prostu na to przystał, co nie do końca się jej podobało. Zrobiła co mogła, żeby go uratować, to był ostatni etap tej próby, którą również miała zamiar przejść pozytywnie, nie brała innej możliwości pod uwagę, była wyjątkowo zdeterminowana.

- Nie zmarnowałam ich od razu, i nie zmarnuje żadnych kolejnych, ani sekund, ani minut. - W jej głosie można było wyczuć wyjątkową pewność siebie. Wiedziała czego chce i do czego zmierza, chociaż działała zupełnie po omacku. - Trzeba myśleć o przyszłości, być gotowym na wszystko, mieć plan na różne ewentualności. - Zawsze działała w ten sposób, no przynajmniej w większości przypadków, lubiła mieć różne, gotowe rozwiązania dzięki którym wiedziała, co robić. Ta sytuacja była nie do końca prosta, trudno było przewidzieć, jak się rozwinie, mimo wszystko starała się być gotowa na to, co miało nadejść. Musiała być gotowa.

- Dzięki za informację, czyli mam się nie przyzwyczajać do tego, że mogę tu zostać. - Podkreślał to, że jest intruzem, że nie powinna się tu znajdować, ale mimo to, nic z tym nie robił. Podważał jej obecność w tym przedziale, ale jej nie wygonił, chyba nie było więc, aż tak źle, jak mogło się jej wydawać.

Nie przestawała się mu przyglądać, próbowała jak najwięcej wyczytać z jego twarzy, póki co jednak wiedziała tylko tyle, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się działo. Tak, wyczuwał, że powinien odbywać tę podróż w pojedynkę, ale nie wiedział dlaczego to miało tak wyglądać. Być może z czasem coś mu się rozjaśni, tyle, że nie wiedziała ile tak właściwie mieli czasu, pozostawało jej więc wierzyć w to, że wystarczająco, bo w tej chwili nie do końca wiedziała, co powinna zrobić. Była zagubiona, chociaż starała się udawać, że jest zupełnie inaczej. Trudno jej było odnaleźć się w sytuacji, w której siedział na przeciwko niej i nie miał pojęcia kim jest, trudno jej było nie rzucić się na niego, nie chwycić go w swoje ramiona, przytulić się, ale wiedziała, że w tej chwili takie reakcje nie były wskazane, musiała więc trzymać emocje na wodzy.

- Tak zakładam, to całokształt. - Machnęła przy tym ręką, jakby chciała pokazać, że ma na myśli jego całego. Nie mogła przecież mu powiedzieć, że go zna, że wie, jak jest zaprogramowany, uwielbiał kłopoty, albo to one uwielbiały jego, jedno z dwóch.

Zmierzyła go wzrokiem i uniosła przy tym brew, pytająco. - Naprawdę sądzisz, że mogłabym Cię skrzywdzić? Coś Ty, na pierwszy rzut oka widać, że nie miałabym z Tobą żadnych szans, jestem realistką. - Nie zabrzmiało to najlepiej, mógł sobie bowiem pomyśleć, że już cos takiego rozważała, ale przynajmniej ceniła siły na zamiary. - Nie pojawiłam się znikąd, weszłam z korytarza, drzwiami. - Dodała jeszcze, żeby to nieco rozjaśnić. - Pociągi przecież są stworzone po to, aby podróżowało nimi więcej osób, w przedziale jest więcej miejsc z jakiegoś powodu. - Nie sądziła, aby musiała mu tłumaczyć, jak to działa, ale jednak to robiła. Oczywiście, że miał prawo jej nie ufać, jednak zamierzała zrobić wszystko, by w końcu po prostu przyjął do wiadomości to, że nie pojedzie dalej sam.

- To, że będziesz z kimś jechał nie musi oznaczać braku ciszy, potrafię też ładnie milczeć, tak samo jak mówić. - Jeśli rozmowa mu przeszkadzała, mogła pomilczeć, była naprawdę bardzo elastycznym typem towarzysza podróży, przynajmniej jak na razie. Póki co nie do końca wiedziała, co właściwie powinna mu powiedzieć, kiedy w ogóle nadejdzie moment, w którym miała zacząć tłumaczyć mu dlaczego się tutaj znalazła, a na pewno w końcu do niego dojdzie, wtedy będzie się tym martwić. Póki co musiała przekonać go do tego, by nie wyrzucił jej za drzwi.

- Rozumiem to, jednak to nie zmienia tego, że zamierzam przestać negocjować, im trudniej, tym lepiej, nie lubię prostych wyzwań. - Wiedziała, że jest na straconej pozycji, to jednak nie powodowało, że miała zamiar odpuścić, na pewno znajdzie zaraz jakiś argument za tym, żeby uznał jej obecność za nic złego, czy zbędnego. Potrzebowała na to tylko chwili.

- Czy ja wiem, może sytuacja nie jest taka prosta jak może się wydawać i potrzebuje dużych słów, tylko Ty jej nie doceniasz. - Próbowała go zmusić do myślenia, do kojarzenia faktów, nie robiła tego jednak w żaden konkretny sposób, to nie był jeszcze odpowiedni moment, czekała, aż się obudzi, chociaż trochę. Już wiedział, że to nie była typowa podróż, miał tego świadomość, to było sporo, nie był zupełnie nieświadomy, widziała to po nim, po tym co mówił, wiedział, że coś jest nie tak.

Póki co próbowała go przekonać co do tego, że wcale nie zauważy tego, że narusza jego przestrzeń, była drobna, potrafiła wtapiać się w tło, udawać, że jej nie ma, od lat działała w ten sposób, to nie było nic nowego. Miała nadzieję, że go tym chociaż odrobinę przekona do tego, że to wcale nie był taki nieodpowiedni pomysł.

- No to możemy uznać, że ślepy od razu by to zauważył? Tak lepiej? - Jeśli w jego mniemaniu mieli lepsze wyczucie przestrzeni niż reszta, to miała zamiar zmienić narrację, to nie było jednak za bardzo istotne - najważniejsze, musiał zgodzić się co do tego, że było tu dla niej miejsce, nic więcej nie było jej potrzebne w tej chwili do szczęścia. Małymi krokami zamierzała podążać do celu.

- Być może, chociaż nigdy szczególnie nie obchodziła mnie opinia filozofów. Jestem przekonana o tym, że właśnie tu mam teraz być, też się o tym przekonasz i tylko to jest istotne. - Faktycznie jej argumenty nie były jakoś szczególnie wyszukane, ale nie wiedziała niby jak miałaby mu wytłumaczyć powód swojej obecności w tym miejscu, jeszcze nie teraz. - Z jakiegoś powodu budzimy się właśnie w tych miejscach, nic nie dzieje się bez przyczyny. - Jak zawsze mieli na ten temat nieco inne zdanie, przywykła do tego. Ona uważała, że istniała jakaś siła wyższa, która prowadziła ich w te, a nie w inne miejsca z jakiegoś powodu, on uważał, że jest panem swojego losu, od zawsze mieli do tego inne podejście, tym razem nie mogło być inaczej, to byłoby zbyt proste. - To ciekawe, bo do żadnej z tych grup się nie zaliczam, a jednak jest mi bliska ta idea. - Póki co przecież nie mogła mu powiedzieć, że właśnie umierał i pojawiła się tutaj, aby wyciągnąć go z tej dziwnej przestrzeni pomiędzy, w której się znalazł, to mogłoby być zbyt bezpośrednie.

- To prawda, często pierwsza sprawa jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, w tym przypadku jednak mogę Ci zagwarantować, że nic więcej pod tym nie kryje, jedna sprawa, i będę mogła wrócić do domu, najlepiej jak najszybciej. - Nie ukrywała tego, że jej się spieszyło, nie chciała, żeby wydawało mu się, iż zamierza zagościć tutaj na dłużej, zresztą on też nie miał, słabo byłoby jednak w tej chwili mu to uświadomić, to nie był dobry moment, nie wiedziała, czy będzie lepszy, ale ten nie wydawał się jej być odpowiednim.

Czuła, że się jej przyglądał, nie przeszkadzało jej to wcale, zresztą robiła to samo, nie odrywała od niego wzroku, przynajmniej do momentu, w którym na nią burknął, wtedy odwróciła wzrok na chwilę, żeby zebrać się w sobie. Musiała jakoś się trzymać, nie dawać po sobie poznać, że wiedziała, że nie powinna tu być, że to nie jest jej miejsce.

Odruchowo przeprosiła, zawsze przepraszała, był to nawyk. Źle się czuła z tym, że inni reagowali na jej obecność, gest dosyć nerwowo. Brała zazwyczaj za to odpowiedzialność na siebie. Gdyby postąpiła inaczej nie wywołałaby reakcji, to było całkiem proste myślenie, nie obwiniała innych o nieodpowiednie odruchy, raczej siebie samą za to, że jej wywołała, za to, że mogła przewidzieć, że może się to tak skończyć, to było dla niej typowe.

Wzruszyła jedynie ramionami, co miała zrobić z tym komentarzem? Nie podobało mu się to, jasne. Nie wiedziała co to oznacza, chociaż może miała nadzieję, że wraz z tym, jak będą dalej brnęli w tę rozmowę to on zacznie sobie przypominać cokolwiek, może w końcu przypomni sobie ją, wtedy na pewno byłoby jej prościej wytłumaczyć to wszystko, teraz trochę się miotała, bo nie miała pojęcia na ile może sobie pozwolić. - Nie wiem, czy to się da odkręcić, tak po prostu mam. - Nie było sensu tego tłumaczyć, rozumiała aluzję, jednocześnie wiedziała, że raczej nic z tym nie zrobi. Łatwo przychodziło jej branie na siebie odpowiedzialności za to, że inni zachowywali się w stosunku do niej nieodpowiednio.

Kiedy ponownie się odezwał spojrzała na niego, na jej twarzy mógł zobaczyć konsternację. Nie spodziewała się usłyszeć czegoś takiego, poczuła się trochę nieswojo, bo raczej była gotowa na dalszą walkę, próbę udowodnienia, że powinna tutaj być. - Nie wiem, czy to tylko zasługa spojrzenia, ale dziękuję? Dziękuję za ten nieoczywisty komplement. - Coś w tym było, zawsze widziała więcej, czuła więcej, potrafiła zrozumieć więcej. W tym przypadku jednak wcale nie musiała rozumieć niczego więcej, nie znalazła się tutaj bez powodu, wiedziała co się dzieje, przynajmniej po części, sytuacja nie była może do końca jasna, jednak doskonale zdawała sobie sprawę gdzie są i do czego zmierzają.

- Nie zamierzam tutaj zostawać, nie musisz się o to martwić, w tym przypadku ta zasada nie zadziała. - Nie sądziła, że uwierzy jej na słowo, ale wolała o tym wspomnieć, podkreślała to, że nie do końca chciała tutaj być, to miała być chwila, załatwi swoją sprawę i już jej tu nie będzie, jego też, ale o tym oczywiście nie mówiła.

- To dobrze, że to nie budzi wątpliwości, cieszę się, że mamy co do tego jasność. - Nigdzie się w końcu nie wybierała bez względu na to, w jaki sposób zamierzał się do niej odnosić, przez to też poprawiła się na siedzeniu, rozsiadła wygodniej, jakby nie do końca się spieszyła, chciała jednak dopasować się do otoczenia, udowodnić, że dokładnie tutaj jest jej miejsce i nic nie miało tego zmienić.

- Serio. Miałabym Ci pozwolić go dotknąć? To byłoby nierozsądne, bo mógłbyś go już teraz sobie przywłaszczyć, a ja zostałabym bez waluty. - Właśnie dlatego tylko mignęła mu w powietrzu lizakiem, pokazując, że istnieje, że faktycznie ma go schowanego w kieszeni. - Nie zweryfikujesz tego, dopóki nie zaczekasz, to też może być waluta, zaspokojenie ciekawości, sprawdzenie, czy dotrzymuje słowa, wtedy przekonasz się, czy mam w sobie coś z goblina, chociaż nie ukrywam, że to raczej odrobinę we mnie uderzyło, gobliny nie są najbardziej przyjemnymi w obyciu stworzeniami. - Jakby to był w tej chwili ich największy problem, smoczycą pewnie i czasem bywała, kiedy nieco się zdenerwowała, chociaż tak właściwie to chyba bliżej jej było do gorgony, która potrafiła zabijać spojrzeniem, to było bardziej w jej stylu niż zianie ogniem, nie gromadziła też skarbów, no chyba, że coś wyjątkowo zwróciło jej uwagę.

Później było tylko gorzej. Widziała, że sytuacja zaczęła się robić napięta, jej dotyk to spowodował, powinna była uważać. Odruchowo więc położyła sobie dłonie na kolanach, przysunęła nogi do siebie, aby jak najbardziej wtopić się w siedzenie, nie mogła doprowadzić do tego, żeby ją stąd wyrzucił, albo sam opuścił ten przedział. Musiała uważać, być czujniejsza, bardziej ostrożna. Jej dotyk mógł nie pasować do tego miejsca, nie miała przecież pojęcia na jakiej zasadzie działało.

- Tak właściwie to ciągle mówisz o tym, że to Twój własny przedział, a możesz to jakoś udowodnić? Przedziały nie są na własność, nigdy. Niby dlaczego tym razem jest inaczej? Nie jest podpisany, czy coś mnie omija? - Chciała, żeby zaczął się nad tym zastanawiać, żeby zaczął myśleć, że to nie była do końca normalna sytuacja, że tak się raczej nie działo. Musiał zapytać się siebie skąd się u niego wzięło to przeświadczenie, że to miejsce należało do niego, musiał zacząć patrzeć szerzej, widzieć więcej, wypadało aby mu w tym pomogła.

- To nie jest dobra narracja na start, zresztą od samego początku, odkąd się tutaj znalazłam jestem na przegranej pozycji, zdaje sobie z tego sprawę, to jest oczywiste. - Nie zamierzała zaprzeczać, bardzo dobrze wiedziała, jak to wygląda, nie była to najbardziej wymarzona dla niej sytuacja. Zdecydowanie nie.

- Sądzę, że jeśli pojawiają się podobne problemy, to warto jest się nimi zająć we dwójkę, łatwiej jest odebrać to co Twoje, kiedy ma się wsparcie. Nie ma w tym większej filozofii, tak, czy siak mamy podobny cel, oni zrobili coś podobnego Tobie i mnie, bez sensu byłoby działać w pojedynkę, szanse na powodzenie są mniejsze, to logiczne. - Nie sądziła, że jej słowa będą w stanie do niego przemówić, widziała, że idzie jej coraz gorzej, ale musiała próbować, nie mogła się teraz poddać, nie po tym wszystkim.

Obserwował ją uważnie, czuła, że może dostrzec jej wahanie, jej niepokój, wcale nie tak łatwo było jej ukrywać emocje, ale musiała się jakoś trzymać, mimo tego, że czuła, że jej kłamstwo powoli zaczyna wychodzić na wierzch, a nie był to na to najlepszy moment, nie zdołała jeszcze dojść do niczego konkretnego i potrzebowała więcej czasu.

Rozumiała jego podejście, to co mówił miało sens. Tymczasowy sojusznik mógłby być dla niego tylko problemem, musiała więc jakoś to obejść, znaleźć coś, co mogłoby go przekonać o tym, że miała w sobie jakąś wartość, że mogła mu pomóc, to nie miało być łatwe, bo był przekonany o tym, że nikogo nie potrzebował, że poradzi sobie sam. Westchnęła ciężko, bo zdawała sobie sprawę, że zbliżała się do tego momentu, do którego musieli w końcu przejść.

- Co jeśli nasze sprawy poniekąd się łączą? Jeśli są ze sobą powiązane. Trudno jest mi to w tej chwili wyjaśnić, ale tak jest. - Nadal nieco obawiała się mówić o konkretach, nadal nie wiedziała jak to ugryźć.

- Nie wysiądę stąd bez Ciebie, nie jest to mój wymysł, po prostu tak musi się stać. Nie zamierzam Cię oswajać, wiem, że tego nie lubisz. - Nawet na moment nie przestała mu się przyglądać, miała nadzieję, że w końcu dotrze do niego, że nie jest jego wrogiem, wręcz przeciwnie, chociaż podchodząc do tego zdroworozsądkowo to sama by pewnie sobie nie zaufała w tej sytuacji w której się znalazła. - Pomyśl, czy faktycznie powinieneś być w tym przedziale, dokąd właściwie jedziesz? Co Cię tu sprowadziło? - Zadawała mu kolejne pytania, aby skłonić go do myślenia, do tego, żeby zaczął podważać tę sytuację, nadal starała się robić to jak najbardziej rozsądnie, chciała, żeby sam znalazł odpowiedzi.

- Czy naprawdę chcesz jechać dalej? Czy nie powinieneś wrócić? Pomyśl Benjy, pomyśl, nie jestem Twoim wrogiem, nigdy nie byłam, a jeśli trzeba będzie to dojadę z Tobą do końca, mogę nawet nie wrócić bez tego co moje, chociaż wolałabym, żeby tak się stało. - Nie miała pojęcia, jak długo jeszcze mogła trwać w tym miejscu, jak dużo mieli czasu, ale powinni się nieco pospieszyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
29.01.2026, 21:45  ✶  
Samo to, że się tutaj znalazła, było naruszeniem jakichś bardzo konkretnych, chociaż niepisanych reguł - czułem to od pierwszej sekundy, kiedy drzwi przedziału rozsunęły się z tym cichym, mechanicznym jękiem, a ona stanęła w progu - drobna, zbyt wyprostowana, z miną kogoś, kto wie, że wchodzi tam, gdzie nie powinien wchodzić nikt, ale i tak to robi. Nie lubiłem intruzów, nigdy ich nie lubiłem, nawet jeśli sam często zaliczałem się do tej kategorii - hipokryzja, być może, nie zamierzałem udawać, że tego nie dostrzegłem - a ona zdecydowanie była tu intruzem, z krwi i kości. Słuchałem jej, mimo to, oparty o siedzenie, z tą samą obojętnością wymieszaną z irytacją, która towarzyszyła mi od momentu, gdy weszła do środka, mając wrażenie, że coś w jej słowach zaczęło drążyć we mnie dziurę - nie wyjątkowo dużą, ale wystarczającą, by zauważyć, że krajobraz za oknem nie jest już tylko smugą, a zaczyna nabierać kształtów, jakby świat próbował się zdefiniować na nowo. Pociąg, prom, coś pomiędzy, zgodnie z życzeniem. Przechyliłem głowę, przyglądając się jej twarzy - tej upartej minie, która nie pasowała do reszty scenerii, ale jednocześnie wydawała się być jedynym stałym punktem w dryfującym wagonie. Miała w sobie coś z natręta, który nie wie, kiedy przestać, ale jej oczy - te brązowe, głębokie oczy - mówiły coś innego, jakby gdzieś głęboko pod powierzchnią ukrywały mapę, której ja nie potrafiłem odczytać. Nie lubiłem tego uczucia - całkowitego braku kontroli, tej niepewności, która czaiła się pod moją skórą jak swędzenie, którego nie dało się podrapać.
Kiedy powiedziała „Czyli nie muszę się już martwić?”, uniosłem brew, bardzo powoli, jakbym sprawdzał, czy naprawdę wierzy w to, co właśnie powiedziała. Pociąg kołysał się lekko, a ja przesunąłem dłonią po kolanie, próbując zająć ręce, zanim zaczną robić coś głupiego, jak na przykład zbyt mocno gestykulować, jak zawsze, gdy robiłem się nerwowy.
- Martwić? - Powtórzyłem jej słowo, z lekkim prychnięciem, które nie było śmiechem, nie do końca szyderą, tylko czymś pomiędzy. - To zależy - odpowiedziałem powoli - co dokładnie rozumiesz przez „martwić się”. - Nie uśmiechnąłem się, nie zmrużyłem oczu, po prostu patrzyłem. Dawałem jej sekundę na zrozumienie, że „nie wyrzuciłem cię jeszcze” nie równa się „jesteś tu mile widziana”, dopiero wtedy podjąłem temat w punkcie, w którym go przerwałem. - Martwić się możesz zawsze. - Głos miałem spokojny, niski, prawie leniwy, idealnie maskujący wszystko, co skrywało się pod spodem. - Pytanie, czy warto. - Spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, oceniając reakcję jej ciała - drobne napięcie w ramionach, sposób, w jaki zaciskała dłonie, jakby trzymała się krawędzi rzeczywistości. Była pewna siebie, to dało się wyczuć w tonie głosu, gdy ze mną dyskutowała, ale pod spodem czaiło się coś innego - determinacja, która graniczyła z czymś innym, mniej walecznym dla samej waleczności, bardziej złożonym. Walczyła o coś, nie dla zasady i sportu. Nie miałem pojęcia, skąd to wiedziałem, ale instynkt podpowiadał mi, że nie była tu po to, by po prostu pogadać o pogodzie i zabić ze mną czas, bo nie lubiła podróżować sama, a to zdecydowanie nie było wygodną myślą dla kogoś, kto po prostu chciał kontynuować podróż.
- Przyzwyczajaj się do czegokolwiek chcesz. Tylko nie licz na to, że ja też się przyzwyczaję. - Spojrzałem na nią spod rzęs, z tym cieniem rozbawienia, które nigdy nie docierało do oczu, wzruszając ramionami - to było najuczciwsze, co mogłem jej oznajmić, a jakoś nie czułem potrzeby, by kłamać. Krajobraz za oknem zmienił się znowu - teraz było więcej zieleni, jakby pociąg wjechał w las, ale drzewa rozmazywały się w coś miękkiego, rozmytego, nierealnego. - Między „nie wyrzuciłem cię za drzwi” a „jestem z tym okej” jest całkiem spora przestrzeń, wiesz, cały ocean, czy tam morze. - Przesunąłem wzrokiem po suficie przedziału, potem z powrotem na nią, kiwając w kierunku szyby, za którą dla odmiany zrobiło się bardziej biało i granatowo.
Wagon kołysał się, świat za oknem rozpływał się w mleczną smugę, a ja wciąż patrzyłem na nią, jakby była równaniem, które nie chciało dać się rozwiązać. Mówiła o przyszłości, o planach, o gotowości - to też brzmiało jak strategia, nie jak przypadkowa rozmowa. Wybiłem się dopiero wtedy, gdy gdzieś obok jej twarzy, tuż przy linii włosów, pojawił się przez ułamek sekundy cień, który nie należał do żadnego źródła światła, mrugnąłem, obraz się rozpadł, złożył z powrotem. Zostaliśmy tylko my i ten przedział, który w dalszym ciągu udawał, że jest pojazdem wodno-lądowym. Nie skomentowałem mojego spostrzeżenia, nie dałem po sobie poznać tego, że coś mnie rozproszyło, zamiast tego przesunąłem spojrzeniem po przedziale, po suficie, który wydawał się odrobinę za niski, po drzwiach, które wyglądały jakby prowadziły nie tyle na korytarz, co w jakąś kolejną warstwę dziwnego „pomiędzy”. Oparłem łokieć o podłokietnik i przesunąłem kciukiem po krawędzi siedzenia, czując pod palcem drobne nierówności materiału, to pomagało, kontakt z czymś fizycznym zawsze pomagał, kiedy przestrzeń zaczynała się zachowywać jak koncept, nie miejsce. Miałem z tym zawodowe doświadczenie, chyba, tak, prawdopodobnie, jakiś rodzaj doświadczenia, nawet jeśli teraz uparcie oddychałem od siebie myśl, że coś mogło tu być wyjątkowo mocno nie tak.
Mówiła o sekundach, o planach awaryjnych, o gotowości na wszystko - skinąłem głową, minimalnie - to akurat rozumiałem. Ludzie, którzy przeżyli wystarczająco dużo, nie chodzą bez map alternatywnych, tyle że mapy nie zawsze pasują do terenu, prawda? A świat, zwłaszcza ten nasz, miał tendencję do zachowywania się nieprzewidywalnie.
- Ludzie, którzy mają plany na wszystko, zwykle są najbardziej zaskoczeni, kiedy otoczenie robi coś spoza listy. - Zauważyłem, tym razem już na głos, nawet jeśli dopiero po chwili zorientowałem się, że to zrobiłem, chociaż tym razem wcale nie chciałem jej krytykować. W gruncie rzeczy, miała rację, dobrze było mieć określone plany na przyszłość, po prostu tutaj... Tu to nie wydawało mi się takie proste. - A ty wyglądasz na kogoś, kto ma plan A, B, C i jeszcze D na wypadek, gdyby A, B i C zawiodły jednocześnie. - Dorzuciłem sucho, mierząc ją spojrzeniem od czubka głowy po końce butów, stanowczo na zbyt długo zahaczając przy tym o jej oczy. - Doceniam ambicję. - Nie uśmiechnąłem się, ale kącik ust drgnął mi lekko. - Plan na ewentualności na ogół mi się podoba, ale zakładam, że ten twój nie uwzględnia tego, że mogę cię po prostu... Zignorować. - Oparłem łokieć o podłokietnik, rozkładając się wygodniej, blokując przestrzeń nogami. To było kłamstwo, technicznie, była drobna, to prawda, ale jej obecność wypełniała przedział jak dym albo morska bryza - to drugie trochę bardziej pasowało do promu, mniej do pociągu - subtelnie, ale natarczywie. W pewnym momencie przestałem już liczyć, ile razy chciałem wstać i wyjść na korytarz, nie do końca grało to z moją narracją o możliwości potraktowania jej jak powietrza, ale nie zamierzałem tego mówić. Wystarczyło, że całą postawą okazywałem niechęć do towarzystwa kogoś, kto zdecydowanie tu nie pasował. Słuchałem dalej, krótko kiwając głową na słowa o tym, że nie powinna się przyzwyczajać - to było tymczasowe, tak, ale jej ciało mówiło coś innego - sposób, w jaki siedziała, a jej oczy nie odrywały się od moich, jakby szukała w nich czegoś znajomego, to mnie niepokoiło - ta intensywność, ta pewność, że pasuje tu, mimo że wszystko wokół krzyczało inaczej. Przesunąłem dłonią po twarzy, pocierając brodę, zbierając myśli.
„Całokształt”, patrzyłem na ten gest dłużej, niż było to potrzebne - nie dlatego, że był szczególnie ekspresyjny, raczej dlatego, że był zaskakująco… Znajomy, ten sposób poruszania dłonią, jakby zamiatała powietrze przed sobą, jakby próbowała objąć jednym ruchem coś zbyt dużego na słowa, coś, co nie mieściło się w jednym zdaniu.
- Całokształt? - Powtórzyłem, z nutą sceptycyzmu, przerwałem na sekundę, wciągnąłem powietrze nosem. Nie lubiłem takich uogólnień, brzmiały jak etykiety przyklejane komuś na czoło przez ludzi, którzy uważają, że wiedzą więcej, niż faktycznie wiedzą. - Wiesz, co jest problemem z „całokształtem”? - Zrobiłem krótką pauzę. - Zakłada pełen dostęp do danych. - Zsunąłem wzrok z jej twarzy na dłonie, potem z powrotem. - A ty masz ich może… Pięć procent. Może dziesięć, jeśli jesteś wyjątkowo spostrzegawcza. - Oparłem się wygodniej, choć wcale nie było mi wygodnie. - Wiesz, że to trochę bezczelne? - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się spod półprzymkniętych powiek, patrząc na nią z ukosa. Była racjonalna w osądzie swoich szans - to plus, ale jej słowa brzmiały jak obrona, której nie potrzebowała, przechyliłem głowę o te trzy centymetry, które wystarczały, żeby zmienić kąt patrzenia z „obserwuję” na „mierzę”. Zmierzyła mnie wzrokiem, a ja automatycznie zrobiłem to samo, od stóp po linię ramion, wracając do jej oczu. Uniosła brew, ten drobny ruch miał w sobie coś zaczepnego, coś znajomego, chociaż nie potrafiłem powiedzieć skąd, ale naturalnie uniosłem swoją, przeciwną, niemal lustrzanie do jej gestu. - Nie chodzi mi o to, że miałabyś mnie tu teraz obezwładnić i wyrzucić przez okno. - Kącik ust mi drgnął. - Chociaż przyznam, byłoby to widowiskowe. - Rozłożyłem ręce minimalnie szerzej, zajmując jeszcze kawałek przestrzeni. - Nie musisz mnie skrzywdzić fizycznie, żeby narobić bałaganu. Czasem wystarczy obecność, spryt i umiejętność planowania, którą rzekomo masz. - Spojrzałem na drzwi, potem z powrotem na nią. - Drzwi, korytarz - jasne. Ale ten pociąg nie jest jak inne. Czuję to, wiem to. Ty też, prawda? - Przechyliłem głowę, świdrując ją wzrokiem. Mówiła o pociągach dla wielu osób, o miejscach - to było logiczne, jasne, ale tu logika nie działała. Przedział był mój, wiedziałem to w kościach, nawet jeśli nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego. Jej oferta ciszy - to było zabawne. Milczenie? W porządku, ale ta konkretna obecność i tak hałasowała w mojej głowie, z tego też raczej zdawała sobie sprawę, nawet jeżeli usiłowałem nie okazywać dyskomfortu, tylko jawną irytację.
Przymrużyłem oczy.
- Twoje milczenie będzie głośniejsze niż twoje słowa. Oboje o tym wiemy. - Oparłem się mocniej, krzyżując ręce na piersi. Była elastyczna, to prawda, ale jej upór - ten cichy, zawzięty upór - zaczynał mnie... Miękczyć? Nie, to nie to. Raczej drażnić w sposób, który zmuszał do myślenia. Próbowała mnie prowokować do wciągania się w rozmowę - to dało się wyczuć - kiedy mówiła o wyzwaniach, o dużych słowach, pokręciłem głową, ale nie skontrowałem się z nią. Sytuacja nie była prosta, zgadzałem się z tym, ale jej słowa brzmiały jak zagadka, której nie chciałem rozwiązywać.
- Duże słowa zawsze kryją małe kłamstwa. Albo bardzo duże prawdy. Nigdy nic pośrodku. Ty używasz dużych słów, ale jeszcze nie powiedziałaś tej prawdy. Więc na razie zakładam to pierwsze. - Patrzyłem na nią, na to, jak próbowała się wtopić, ale nie mogła - była zbyt... Żywa w tym martwym wagonie, zupełnie inna niż reszta otoczenia, mniej rozmyta. Pokręciłem głową, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, nie lubiłem, kiedy ktoś wchodził w moją przestrzeń bez biletu, a ona nie miała biletu, miała za to całą masę oczekiwań, czułem to w kościach.
- Lepiej. Ale nadal nie znaczy „tak”. - Słuchałem jej, mimo to, bez przerywania, z tym samym skupieniem, z jakim zwykle przyjmowałem informacje, które potencjalnie mogły mnie zabić albo uratować, a czasem jedno i drugie, nawet jeśli już ustaliliśmy, że w starciu fizycznym nie miałaby zbyt ze mną zbyt wiele szans - coś mi jednak mówiło, że jej talent polegał na dużo bardziej dyskretnym działaniu, a ono często było dużo bardziej niebezpieczne, jak drzazga wbita w skórę, prowadząca do zakażenia.
Uśmiechnąłem się krzywo, krótkim, ostrym uśmiechem, który nie dochodził do oczu.
- Nie lubię proroctw. - Powiedziałem cicho. - Wybacz, ale nie należę do klubu „wszechświat miał plan”. - Wzruszyłem ramionami. - Jestem raczej z frakcji „los to chaos, a reszta to narracja”. - Westchnąłem, opierając głowę o szybę. - „Nic nie dzieje się bez przyczyny” to najpiękniejsze kłamstwo, jakie ludzkość wymyśliła, żeby nie oszaleć. Ja wolę wersję „dzieje się, bo się dzieje, bo ktoś to wywołał”. I tyle. Bez ładnej narracji. - Filozofia „jestem tu, więc powinnam tu być” nie zrobiła na mnie wrażenia, słyszałem ją już w ustach ludzi, którzy potem zostawiali po sobie tylko bałagan.
- Sam fakt obecności niczego nie uświęca. - Przesunąłem spojrzeniem po niej powoli, bez pośpiechu, od brwi, które przed chwilą uniosła, po usta, które mówiły za dużo jak na kogoś, kto twierdził, że tylko przechodził korytarzem.  Za dużo imperatywów, za mało danych - jej słowa nie układały się w linię, układały się w spiralę, każde z osobna brzmiało jak propozycja, razem tworzyły nacisk.
Kiedy zagwarantowała, że to jedna sprawa, miałem ochotę prychnąć, chociaż tego nie zrobiłem, spieszyło jej się - to dało się wyczuć, słowa nie były potrzebne - a wtedy sprawy bardzo często lubiły się mnożyć i komplikować, to akurat być może było w jakimś sensie gwarantem losu, działaniem większej siły, teorii chaosu czy czegoś w ten deseń. Im bardziej chciało się załatwić coś bezproblemowo, tym większe problemy zwykły się pojawiać, takie tam metafizyczne „chuja tam”.
- Gwarantujesz? - Mruknąłem. - Ludzie zawsze gwarantują. A potem… Pyk. - Pstryknąłem palcami. - Komplikacje. - Obserwowałem, jak odwraca wzrok, jak się zbierała w sobie, to było ludzkie, ale w niej... Znajome? - A ja, z całym szacunkiem, bardzo nie chciałbym brać udziału w twoich komplikacjach. Nawet jeśli uważasz, że „to całokształt”. - Pokręciłem głową, zirytowany, uniosłem wzrok, ale nie na nią - na sufit - tam gdzie powinna być lampa. Była, ale nie świeciła we właściwy sposób, albo świeciła tak słabo, że jej nie widziałem, a jednak wokół nas było jasno. Tyle tylko, że bez tego charakterystycznego bzyczenia, bez ostrych cieni rzucanych dookoła, to był bardziej poblask niż blask.
A potem nastąpiła nasza pierwsza konfrontacja pozbawiona wcześniejszego rytmu, bardziej zdecydowana i ostra - sam nie do końca wiedziałem, czemu wzbudziła we mnie te emocje - znałem za to ten typ reakcji, jaki przyjęła, ludzie robili tak, kiedy czuli się przypierani do ściany, ale nie chcieli się wycofać, albo kiedy byli przyzwyczajeni do tego, że to oni zawsze dopasowują się do reszty świata.
- „Tak po prostu mam” to nie jest wyjaśnienie. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, oparłem łokieć o podłokietnik i potarłem skroń kciukiem, jakbym próbował rozmasować napięcie, które nagle zebrało się pod czaszką. - „Tak po prostu mam”… To najkrótsza droga na skróty przez własne granice. - Przeciągnąłem się minimalnie w siedzeniu, jakbym próbował rozluźnić barki, które nagle zrobiły się zbyt ciężkie. - Słoneczko, ty nie możesz amortyzować każdej cudzej nerwicy, to jest cholernie wykańczające. Nabawisz się własnych jazd, a potem będziesz się zastanawiać, skąd to przyszło. - Słowo wypadło mi z ust zupełnie naturalnie, nawet się na nim nie zatrzymałem. - A przyszło stąd, że bierzesz na siebie rzeczy, które nawet nie przechodzą przez twoje ręce. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, jakby coś mi w tym obrazie nie pasowało, ale jeszcze nie potrafiłem tego nazwać. Spojrzałem w bok, na okno, na ten rozmyty krajobraz, który ani trochę nie wyglądał jak normalna trasa.
Jak ktoś jest szorstki, to „pewnie ja”. Jak ktoś się spina, to „może zrobiłam coś nie tak”. Jak ktoś reaguje przesadnie, to „mogłam przewidzieć”. - To, że ktoś ma problem z dupy, jest jego problemem z dupy. Nie twoim zadaniem jest go przyjmować do kieszeni razem z kluczami i gumą balonową. - Brwi ściągnęły mi się lekko, coś we mnie zgrzytnęło, i przez chwilę tylko obracałem w palcach papierek od gumy, aż w końcu odłożyłem go na bok. - Od kiedy ty w ogóle przepraszasz mnie za swoje istnienie? - Zamilkłem, mrugając, jakby coś we mnie próbowało się przebić przez mgłę. - Bo wiesz… - Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym machnąłem ręką. - To nie brzmi jak ty. - Odetchnąłem wolno i potarłem kciukiem nasadę palca, tam gdzie nadal czułem brak czegoś konkretnego, chociaż nie potrafiłem jeszcze ubrać tego w sensowne słowa. - Serio pytam. - Przechyliłem głowę lekko w bok, wracając do wcześniejszego zaczepnego tonu. - Coś mi tu nie gra. - Stwierdziłem, jakby to było normalne. - Masz w sobie za dużo tupetu, żeby tak szybko przechodzić w tryb „to ja zawiniłam”. Ludzie tacy jak ty zwykle mrożą spojrzeniem, a nie kulą się w fotelu. - Nie wyjaśniałem mojego roku rozumowania, tylko przesunąłem się minimalnie, nie w jej stronę, raczej zmieniając własną pozycję, dając sygnał, że nie zamierzam jej wypchnąć z przestrzeni - jeszcze nie. Rozumiałem mechanizm, naprawdę, to było szybkie, znajome, dawało iluzję kontroli „jak wezmę winę na siebie, to przynajmniej wiem, gdzie stoję”. Na moment zamilkłem, jakby coś we mnie chciało powiedzieć jeszcze więcej, ale nie mogło znaleźć właściwych słów. - A to, że mówisz „nie wiem, czy to się da odkręcić”… -  Wzruszyłem lekko ramionami. Może się nie dało, może jedyne, co dało się zrobić, to przestać dokładać kolejne warstwy. - Na początek wystarczy nie przepraszać za sam fakt, że jesteś w czyimś polu widzenia. Jeszcze chwilę temu byłaś gotowa negocjować z demonami, a teraz siedzisz jak uczennica czekająca na reprymendę. - Zmarszczyłem brwi, jakbym próbował zrozumieć własne zdanie, bo przecież nie zamierzałem zachęcać intruza do używania tego samego zestawu argumentów raz za razem. Przesunąłem stopą po podłodze, czując pod butem ledwie wyczuwalne drżenie wagonu, znów poczułem to dziwne ukłucie pod mostkiem, tę nielogiczną pewność, która nie miała prawa istnieć, a która powodowała u mnie dziwne reakcje.
Przez moment milczałem, jakbym ważył kolejne słowa, podczas gdy wagon kołysał się jednostajnie, ten rytm wchodził pod skórę, uspokajał i jednocześnie coraz bardziej mnie drażnił, jakby cały świat próbował mnie uśpić. Skinąłem głową, powoli, przyjmując to „dziękuję” do wiadomości, ale nie kontynuując tematu. Przesunąłem wzrokiem po twarzy współpasażerki jeszcze raz, wolniej, próbując zinterpretować układ linii, cieni pod oczami, sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy się zastanawiała. Spojrzenie zjechało mi z jej oczu na usta, na sekundę za długo, poczułem to znajome napięcie pod skórą, ten dziwny impuls, który nie miał prawa się pojawić w rozmowie z kimś, kogo nazwiska nie znałem. A potem ten lizak. Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie własnej wargi, jakbym próbował odtworzyć smak, którego rzekomo nigdy nie czułem, zmarszczyłem lekko brwi - coś tu było nie tak.
Parsknąłem krótko pod nosem, kiedy zamigotała tym lizakiem jak sztuczką karcianą.
- „Poczekaj, zobaczysz, zaufaj mi”. Klasyka. Ludzie robią to od zawsze, tylko zwykle używają pierścionków, obietnic albo wspólnych kredytów. Twoja waluta, nie da się ukryć, jest oryginalna. - Znów zerknąłem na kieszeń, w której zniknął lizak.
A potem… Ten dotyk… Przez moment szukałem słów, co rzadko mi się zdarzało, spojrzałem na jej dłonie, potem z powrotem na twarz, ułożyła je równo na kolanach, jakby nagle próbowała zająć mniej miejsca w świecie, chciała się skompresować, zmniejszyć, zniknąć w tapicerce - jej kolana były teraz blisko siebie, ramiona przyciągnięte, cała postawa mówiła „będę cicho, będę grzeczna, nie przeszkadzam”. To mnie nieracjonalnie… Zirytowało, coś zacisnęło się pod moimi żebrami, zupełnie nieproszone.
Uniosłem brew, kiedy zaczęła rozbierać mój „własny przedział” na czynniki pierwsze, przez moment miałem ochotę odpowiedzieć czymś w stylu „bo tak”, zakończyć temat jednym krótkim zdaniem i wrócić do swojej wersji ciszy. Zamiast tego przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i rozejrzałem się powoli po wnętrzu, przez chwilę tylko patrzyłem, jakbym naprawdę próbował znaleźć gdzieś na drewnianej listwie moje nazwisko wypalone w mosiądzu. Próba podważenia tego była sprytna, czułem, że chciała mnie wypchnąć z tego prostego schematu moje–nie moje, samotnie–razem, ale przecież wiedziałem, co czułem - prawda? „Udowodnij”, słowo zawisło między nami jak coś cięższego od powietrza. Zmrużyłem oczy, nie dlatego, że miała rację - chociaż, cholera, miała - tylko dlatego, że trafiła dokładnie w to miejsce, którego nie lubiłem dotykać nawet we własnej głowie.
- Podpisany. - Powtórzyłem wolno - podpisać przedział - prawie parsknąłem. - Jasne. Zaraz wyciągnę scyzoryk i wydrapię nazwisko w drewnie. - Oparłem się mocniej o siedzenie, rozłożyłem nogi trochę szerzej, wracając odruchowo do tej swojej pozy „to moje terytorium”, stara obrona, automatyczna. - Nie chodzi o to, że jest podpisany. - Powiedziałem po chwili. - Chodzi o to, że… - Urwałem, bo zabrakło mi słowa. Nie „czuję”. Nie „wiem”. Nie „pamiętam”, żadne nie pasowało. Przesunąłem dłonią po twarzy, przeciągając palcami po szczęce. - Chodzi o to, że tak jest. - Dokończyłem w końcu, zirytowany własną nieprecyzyjnością. Nie potrafiłem powiedzieć, czy pociąg przyspiesza, czy zwalnia, nie było punktów odniesienia, nie było stacji, nie było zapowiedzi, tylko jednostajny ruch i ja, siedzący w przedziale, który rzekomo był mój. Nie, nie - był taki n a p r a w d ę, niezależnie od tego, co insynuowała.
- Siedziałem tu sam, zanim się pojawiłaś. To wystarczy. - Brzmiało słabo nawet dla mnie, gubiłem się w tym układzie, czułem to wyraźnie, jakby ktoś przestawił mi wewnętrzny kompas o kilka stopni, tyle że nie zamierzałem jej dać tej satysfakcji.
„Od początku jestem na przegranej pozycji”, patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu, zwracając uwagę na sposób, w jaki to powiedziała - bez teatralności, bez szukania litości, jakby po prostu konstatowała fakt, który jej przedstawiłem. Kiwnąłem głową.
Moje serce biło miarowo, ale szybciej niż zwykle, jak metronom odmierzający czas, którego nie rozumiałem. Za oknem migały cienie - raz drzewa, raz woda, fale lśniące w bladym świetle, które nie było ani słońcem, ani latarnią, wszystko mieszało się w mojej głowie, jak mgła nad klifem, którą pamiętałem z dzieciństwa. Przez sekundę miałem absurdalne wrażenie, że czegoś mi brakuje, ale myśl rozpłynęła się, zanim zdążyła nabrać kształtu. Przesunąłem wzrok po wnętrzu wagonu, po szybie, za którą krajobraz był rozmazaną plamą, jak niedokończony sen, po suficie, po podłodze, wszystko było na swoim miejscu, a jednocześnie nic nie wydawało się do końca prawdziwe. Oparłem głowę o ściankę przedziału i skrzyżowałem ręce na piersi, jakby ta rozmowa zaczynała mnie nużyć, chociaż w rzeczywistości każdy ruch, każdy oddech - mój i kobiety przede mną - rejestrowałem z irytującą dokładnością. Była jak kamyk w bucie, mały, niby nic, a jednak nie dało się o nim zapomnieć. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, próbując poukładać to, co właśnie powiedziała. „Nie wysiądę stąd bez ciebie”. „Tak musi się stać”. „Nasze sprawy się łączą”, za dużo absolutów jak na rozmowę z kimś, kogo przed chwilą nie było.
„Nie wysiądę stąd bez Ciebie”, to zdanie nie było rzucone od niechcenia, nie miało w sobie teatralności ani taniej desperacji, brzmiało jak decyzja, którą ktoś podjął dużo wcześniej, gdzieś poza tym wagonem, zanim jeszcze ja zdążyłem uświadomić sobie, że w ogóle jestem w drodze.
- Musi. - Powtórzyłem to słowo jak przekleństwo. - Nienawidzę „musi”. - Oparłem się mocniej o siedzenie, a palce same zacisnęły mi się na krawędzi fotela, czułem pod skórą to znajome napięcie, ten stan, w którym organizm przechodził w tryb liczenia wyjść awaryjnych, nawet jeśli nie widział żadnych drzwi ewakuacyjnych z tej absurdalnej rozmowy, które nie czyniłyby ze mnie tchórza opuszczającego mój przedział. - „Musi się stać”. „Tak jest zapisane”. „Nie mamy wyboru”. - Pochyliłem się lekko w jej stronę. - Znam te słowa. Zazwyczaj używa się ich, kiedy chce się odebrać komuś sprawczość. - Szelest papierka w kieszeni, kiedy sięgnąłem po kolejną gumę, brzmiał w tej ciszy obscenicznie głośno.
A kiedy padło to jedno słowo - „Benjy” - wagon jakby na ułamek sekundy stracił rytm, nie był to wstrząs, tylko takie ciche, wewnętrzne wrażenie, jakby ktoś na moment wyłączył grawitację. Nie drgnąłem, nie mrugnąłem, ale poczułem, że guma w moich ustach nagle zaczęła smakować inaczej - nie miętą i sztuczną słodyczą, tylko czymś metalicznym, starym, znajomym do mdłości. Musiałem powstrzymać się, by nie splunąć i nie zacząć pocierać własnego języka. To imię uderzyło mnie jak zimna woda w twarz, nie bolało, po prostu było… Obce i jednocześnie zbyt bliskie, jakby ktoś włożył mi do kieszeni cudzy klucz i kazał udawać, że to mój. Nie brzmiało całkowicie abstrakcyjnie, przynajmniej nie takie były moje pierwsze odczucia, z początku zabrzmiało raczej jak coś, co ktoś kiedyś szeptał mi do ucha w ciemności, kiedy świat za oknem nie istniał, a ja wierzyłem, że mogę przestać uciekać. A przecież to nie było prawdopodobne, inaczej nie byłbym w tej podróży, nie sam, nie teraz, nie czując się t a k. Nie zapytałem „skąd wiesz”, nie powiedziałem „nie nazywaj mnie tak”, zamiast tego tylko raz, na bardzo krótko, zamknąłem oczy, jakbym chciał sprawdzić, czy ciemność pod powiekami jest taka sama jak zawsze - nie była, była gęstsza.
Otworzyłem je z powrotem i spojrzałem na nią - tym razem prosto, bez uników. Nie drgnąłem, nie mrugnąłem, tylko powoli, bardzo powoli, uniosłem wzrok i zatrzymałem go na jej oczach - te same oczy, zawsze te same, ciepłe, brązowe, patrzące za głęboko, jakby już dawno widziały koniec tej rozmowy. K u r w a. M a ć.
- Przestań. - Słowo wyszło cicho, ale twardo, jakby ktoś włożył mi je do ust siłą.
Potrząsnąłem głową, nieświadomie żując obrzydliwą, metaliczną gumę wolniej, jakby smak pomagał mi przetworzyć jej słowa. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie zgubiłem wątek, może przy „tak musi się stać”, może przy „dojadę z tobą do końca”, a może w momencie, w którym użyła mojego imienia, jakby było czymś oczywistym. Jej słowa nałożyły się na siebie jak źle zsynchronizowane ścieżki dźwiękowe.
„Łączą się.”
„Tak musi się stać.”
„Nie wysiądę bez ciebie.”
„Pomyśl.”
„Wracaj.”
„Nie jestem twoim wrogiem.”
Za dużo, zbyt szybko - otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, i zamknąłem je z powrotem, bo nie miałem odpowiedzi, to było jak próba uchwycenia snu zaraz po przebudzeniu - wiedziałem, że jakaś myśl była jeszcze przed chwilą w mojej głowie, ale teraz została po niej tylko pusta przestrzeń.
- Wsiadłem, bo… - Urwałem. Bo co? Bo trzeba było? Bo tak wyszło? Bo nie było nic innego? - Bo byłem zmęczony. - Powiedziałem w końcu, chociaż brzmiało to jak półprawda. - Bo czasem po prostu się wsiada. - Wróciłem spojrzeniem do niej. - A ty teraz próbujesz mi wmówić, że powinienem się zastanowić, czy to był dobry pomysł. - Nie powiedziałem „nie rozumiem”, nie powiedziałem „co ty właściwie pieprzysz”, zmrużyłem oczy - nie demonstracyjnie, nie teatralnie - po czym spojrzałem na swoje dłonie, na linie papilarne, na to, jak światło z okna łamało się na mojej skórze. Szukałem tam czegokolwiek znajomego, jakiegoś kotwicznego szczegółu, który powiedziałby mi „tak, to jesteś ty, to jest twoje ciało, to jest teraz” - niic, było tylko to dziwne wrażenie, że stoję jedną nogą na stabilnym gruncie, a drugą w miejscu, które nie ma głębokości.
Nie spojrzałem na nią od razu, gdy poczułem to dziwne wrażenie, zamiast tego pozwoliłem wzrokowi prześlizgnąć się po suficie, po tej niepokojąco niskiej linii, po drzwiach, które nadal wyglądały jak portal do kolejnej warstwy czegoś, co niekoniecznie musiało być pociągowym korytarzem, przez chwilę próbowałem znaleźć w sobie jakąkolwiek odpowiedź na jej pytania - co mnie tu sprowadziło, dokąd jadę, dlaczego właśnie ten przedział. I znowu trafiłem na to samo gładkie nic. Zacisnąłem lekko szczękę, naprawdę próbowałem poskładać chronologię - skąd, kiedy, dlaczego, w którym momencie świat zamienił się w ten rozciągnięty korytarz „pomiędzy” - znów trafiłem na to samo gładkie miejsce w głowie.
Nie panikowałem, po prostu pozwoliłem tej pustce tam być.
Spojrzałem na drzwi, potem z powrotem na nią.
- Pytasz, dokąd jadę. Świetnie. Ja zapytam inaczej. - Zmrużyłem oczy jeszcze bardziej, jakbym próbował wyostrzyć obraz. - Skoro jesteś taka pewna, że nie mogę jechać dalej… To powiedz mi, co według ciebie dokładnie jest na końcu tej trasy, że musisz mi towarzyszyć. - Nie podniosłem głosu, nie zmieniłem pozycji, ale pod spodem wszystko było w ruchu. - Bo w tej chwili jedyne, co naprawdę widzę, to kobietę, która bardzo chce mnie zatrzymać, i pociąg, który jedzie dalej niezależnie od naszych rozmów. - Oparłem się mocniej o siedzenie. - A ja nie mam w zwyczaju wysiadać tylko dlatego, że ktoś  mówi „proszę”. - Uniosłem kącik ust w tym swoim krzywym półuśmiechu. - Nawet jeśli ma ładne oczy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
30.01.2026, 19:37  ✶  

Pojawiła się w tym miejscu chociaż nie powinna. Wepchnęła się do tego przedziału, chociaż podobne do tej podróże powinny odbywać się w pojedynkę. Wiedziała, że dało się wyczuć to, że jej obecność w tym miejscu jest niewłaściwa. Nieszczególnie się jednak tym przejmowała, wręcz przeciwnie, jej postawa świadczyła o tym, że uważała, iż pasuje do tej przestrzeni. Próbowała oszukać otoczenie i siebie samą, choć marny był z niej kłamca. Nie miała jednak innego wyjścia, nie w tej chwili, od której zależało wszystko. Wybrała rozwiązanie, które wydawało się jej być najbardziej właściwym, nie potrafiła znaleźć innego rozwiązania, na pewno nie zamierzała dopuścić do tego, aby dotarł do końca tej drogi, na to było jeszcze zbyt wcześnie. Nie wiedziała w którym momencie powinna powiedzieć dlaczego się tutaj znalazła, czy w ogóle powinna o tym mówić? Pewnie dowie się w trakcie, wymyśli coś wraz z rozwojem sytuacji, póki co starała się udowodnić, że pasuje, że to właśnie tutaj ma w tej chwili się znajdować, to też nie było łatwe, ale nie należała do osób, które uważały, że zawsze musi być prosto. Niektóre rzeczy wymagały dość mocnego zaangażowania, to była jedna z takich rzeczy.

Dostrzegła jego unoszącą się brew, oczywiście, że zamierzał łapać ją za słowa, za zdania i negować ich sens. To nie powinno jej dziwić, nie był to przecież pierwszy raz. Musiała wrócić do momentu, w którym toczyli ze sobą słowne walki, chociaż ostatnio nieco wypadła z rytmu, bo nie musiała, aż tak się na tym skupiać, to jednak nie powinno być dla niej problemem, radziła sobie z nim w przeszłości, musiała poradzić i teraz.

- Fakt, zawsze znajdzie się powód do zmartwień, chodziło mi jednak o ten jeden, to znaczy moje pozostanie w tym przedziale, ale to już jest za nami. - To znaczy było za nią, za nim pewnie nie, bo widziała po jego twarzy, że nadal najchętniej wyrzuciłby ją za drzwi, jednak nie zrobił tego od razu, teraz wdawał się z nią w tę dziwną konwersację, nie sądziła, że znajdzie się za drzwiami w przeciągu najbliższych kilku minut, a to już będzie coś. Kilka minut to więcej niż kilka sekund, więc nie szło jej tak źle, jak mogło się wydawać.

- Za krótko się znamy, żeby mieć wspólne przyzwyczajenia, nieprawdaż? - Uniosła nieco brew, próbował się od niej dystansować, nie do końca uważała, że droga powinna tędy prowadzić, ale skoro ta sytuacja toczyła się w ten sposób, to po prostu się do niej dostosowywała, przynajmniej jak na razie. Musiała sobie radzić z tym, co jej dawał, nie miała za bardzo innych możliwości.

- Ocean, ocean będzie właściwszą miarą w tym przypadku. - Skoro chciał podkreślić, jak wielka to była odległość od tych dwóch przypadków, to lepiej, aby wybrał ocean, oceany były większe, głębsze, bardziej pasowały do tego, co chciał jej uświadomić. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie do końca pogodził się z tym, że tutaj została, że była trochę jak drzazga, której trudno było się już pozbyć, kiedy wlazła w skórę.

- Czy ja wiem, ludzie którzy wszystko dokładnie planują zdają sobie sprawę z tego, że zawsze może pojawić się zmienna, która spowoduje, że żaden z ich planów nie wypali. Nie da się przygotować na każdą ewentualność, ale jednak plany awaryjne powodują, że mniej rzeczy może zaskoczyć. W ostateczności pozostaje improwizacja. - Której sama ona nie znosiła, ale wiedziała, że czasem nie dało się postępować inaczej. Zresztą ku swojemu niezadowoleniu właśnie w tej chwili to robiła, musiała działać instynktownie, próbować jakoś odnaleźć się w sytuacji w której się znaleźli.

- Nie doceniasz mnie, moje plany często zahaczają o dalsze litery alfabetu, staram się analizować wszystkie możliwości. - Cztery plany awaryjne? To mało, musiała być przygotowana na więcej, dużo więcej, chociaż jak widać to też nie wystarczało. Kończyło się na improwizacji.

- Tak myślisz? Ignorancja nie martwi mnie jakoś specjalnie, mogło być gorzej, zakładałam jeszcze inne scenariusze. - Ignorowanie jej osoby nie było najbardziej problematycznym z nich, wbrew temu co mówił brała to pod uwagę, szczególnie po tym jak zareagował na jej obecność w tym miejscu. Wiedziała, że trudno było go do siebie przekonać, nie był szczególnie przyjemną w obyciu osobą, zwłaszcza dla obcych, a ona teraz była dla niego obca, co od razu sugerowało, że będzie musiała być gotowa na ignorancję.

- Jestem wyjątkowo spostrzegawcza, to fakt. - Weszła mu słowo, chociaż chyba nie musiała tego robić, bo sam próbował to zasugerować, postanowiła więc to potwierdzić, nie było w tym skromności, ale akurat w tym przypadku nie uważała, że powinna być skromna. - Być może to trochę bezczelne, ale mam pewne przeczucie, które rzadko kiedy się myli, jasne, hipoteza może być błędna, chociaż w to wątpię. Znam się na ludziach. - Wcale nie uważała, że było to bezczelne, wręcz przeciwnie. Zresztą w końcu zamierzała mu powiedzieć o tym, że go znała, znała lepiej niż kogokolwiek innego, wiedziała, jakie miał tendencje, wiedziała w jaki sposób działał, tak samo jak on zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądało to w jej przypadku. Póki co jednak nie skupiła się na tym, nie wywalił jej z przedziału, chociaż było blisko, mogli dalej ciągnąć tę rozmowę.

- Nie? A szkoda, myślałam, że mnie rozgryzłeś. - Na pewno udałoby się jej go fizycznie skrzywdzić, to było bardzo, ale to bardzo prawdopodobne, pewnie zdążyłby ją zdeptać, gdyby tylko wstała. - Niestety od bałaganu dużo bardziej cenię sobie porządek, więc to nie jest do końca prawdopodobne, chociaż w sumie dobrze wiedzieć o tym, że widzisz we mnie jakiekolwiek zagrożenie. To łechta moje ego. - Doceniał przeciwnika, jaki by nie był. Najczęściej mimo wszystko spotykała się z lekceważeniem swojej osoby, z racji na te dość małe gabaryty i to, że nie wyglądała na kogoś, kto mógłby kogoś skrzywdzić. On wiedział, że pod tą aparycją mogło się kryć coś więcej. Nie powinno jej to dziwić, podszedł do tego całkiem instynktownie, nie miała pojęcia ile właściwie kojarzył, ale zostały w nim te naleciałości związane z doświadczeniem życiowym.

- Tak, ten pociąg jest wyjątkowy. Nie mam co do tego wątpliwości. - Uniosła spojrzenie i zaczęła spoglądać mu w oczy. Ten pociąg był wyjątkowy, chociaż cholernie jej się to nie podobało. Nie powinni w tej chwili się w nim znajdować, a jednak trafili do tego miejsca, przechodzili przez to wszystko. To nie był czas na takie podróże, ledwie się znowu odnaleźli, a znowu musieli walczyć o przetrwanie, uważała to za niesprawiedliwe, ale to niczego nie zmieniało. Musieli jakoś stąd uciec.

- Zdecyduj się więc, co jest Ci bardziej na rękę, rozmowa, czy milczenie, co będzie mniej wygodne. - Nie wydawało się, aby wśród jej propozycji znajdował się dobry wybór, nie dla niego. Ustalili już przecież, że nie miał ochoty na towarzystwo, a i tak nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, została tutaj mimo tego niezbyt przyjemnego nastawienia i już raczej nic jej stąd nie wykurzy.

- Możesz zakładać, co chcesz, zresztą prędzej, czy później się przekonasz, co kryją się pod tymi dużymi słowami, kłamstwa, czy prawda zawsze wychodzą na jaw. - Tak naprawdę niewiele je od siebie różniło, jakby się nad tym głębiej zastanowić.

- Nadal nie znaczy, chociaż wolę słowo jeszcze, jeszcze nie znaczy, wszystko może się zmienić. - Starała się podchodzić do tego jak najbardziej optymistycznie, chociaż nie było to takie proste. Widziała, że naprawdę nie chciał jej tutaj, to, że aktualnie udało jej się usiąść i jechać z nim dalej było drobnym cudem.

- Wiem, o tym, każdy jest panem swojego losu, to bardziej w Twoim stylu, akceptuję to podejście, chociaż nie zmienia to faktu, że różni się od mojego, ale to właśnie jest piękne, każdy może mieć swoje zdanie. - Dyskutowali o tym wiele razy, to się nie zmieniło, nadal byli po zupełnie różnej stronie. - To zależy od sytuacji, czasem wystarczy sama obecność, aby coś wywołać. - Kontynuowała, chociaż przecież wiedziała, że to nie miało zbyt wielkiego sensu, nigdy nie miało, a i tak zawsze brnęła dalej.

- Masz bardzo mocno negatywny stosunek do ludzi, dlaczego od razu zakładasz to, co najgorsze? - Przyglądała mu się uważnie, nie musiała o to pytać, ale jednak zachowywała się, jak ktoś zupełnie obcy, kto nie miał pojęcia skąd mogło się to wziąć. - To trochę krzywdzące, bo przecież nigdy nie wiesz z kim masz do czynienia. - Jasne, dzięki zakładaniu najgorszego mógł uniknąć rozczarowań, ale one wcale nie musiały się pojawić.

- Pozwolisz, że to ja będę decydować o tym, co jest dla mnie najlepsze. Tak już mam, nie ma co się nad tym zastanawiać i drążyć. Prosta sprawa. - Miała pewne tendencje, to było prawdą, jednak nigdy się na tym specjalnie nie skupiała, zresztą nie znalazła się tutaj po to, żeby o tym dyskutować, to nie ją i jej podejściem mieli się zajmować podczas tej podróży, nie było na to czasu. - Mam swoje własne jazdy, ale wynikają z czegoś zupełnie innego. - To nie tak, że mogła ich mieć więcej, czyż nie? Nie brała w ogóle tego pod uwagę. Zawsze starała się być jak najmniej inwazyjna, jak najbardziej delikatna, nie wzbudzać zbyt wielu emocji, bo tak było prościej. Od zawsze też brała winę na siebie za każdą nie do końca udaną rozmowę, czy konfrontację.

- Nie muszą przechodzić przez moje ręce, to nie jest istotne, ważne, że mogę jakoś na nie wpłynąć, zareagować. - Pomóc. To przychodziło jej całkiem naturalnie, a że przez to zdarzało jej się znajdować w sytuacjach, które nie były dla niej komfortowe? To trudno, jakoś miała sobie z tym poradzić, zawsze sobie przecież radziła, umiała przetrwać wszystko.

Odetchnęła głęboko. Trafiał w sedno. Jak niby miała mu wytłumaczyć, że obawiała się, że to jest zbyt kruche, że bała się, że jedno nieodpowiednie słowo spowoduje, że się jej stąd pozbędzie, a nie mogła sobie na to pozwolić w tej chwili, musiała tutaj zostać, musiała jakoś wyciągnąć ich z tego pociągu. To nie było takie proste, musiała się pilnować, nie doprowadzać do niepotrzebnych konfrontacji.

- Trzeba wiedzieć kiedy można sobie pozwolić na mrożenie spojrzeniem, czasem warto jest się wycofać i zmienić podejście, szczególnie wtedy gdy jeden błąd może spowodować naprawdę spore szkody. - Nie przeszła do sedna, jeszcze nie, wypadało jednak jakoś wytłumaczyć zmianę w swoim zachowaniu, wyłapał to przecież, przyniosło to pytania, na które nie do końca mogła mu udzielić odpowiedzi. Naprawdę wiele by dała, żeby się w końcu stąd wydostali.

- Warto mierzyć siły na zamiary, nie zawsze demony muszą być demonami, nie zawsze trzeba walczyć, czasem lepiej jest zejść z tonu, pogodzić się z tym, że nie tędy droga. Trzeba być elastycznym, dostosowywać się do sytuacji. - Nie wydawało jej się, aby musiała mówić więcej. Nie uważała, że było coś złego w jej podejściu, zresztą stąpała po naprawdę kruchym lodzie i każdy, nawet najdrobniejszy błąd mógł kosztować ją wiele.

Nie miała pojęcia dlaczego sam nakłaniał ją do tego, żeby wróciła do tego bardziej walecznego podejścia, skąd mu się to wzięło, jeszcze przed chwilą chciał się jej stąd pozbyć. To trochę mieszało jej w głowie, bo nie miała pojęcia, czego jeszcze może się spodziewać po tej rozmowie. Nie znosiła takich sytuacji.

- Nie obchodzi mnie co robią ludzie, nigdy nie obchodziło, zresztą nie wydaje mi się, że sama waluta świadczy o tym, jak to wygląda z mojej strony. - Nie obiecywała mu niczego wielkiego, ewentualne rozczarowanie więc też byłoby raczej bardzo delikatne. Mógł zadecydować, czy jej uwierzy, czy nie, okaże się, czy jest jak wszyscy inni, czy również rzucała słowa na wiatr.

Wycofała się, kiedy dotarło do niej, co mógł zrobić drobny gest. Ponownie próbowała wtopić się w tło, kuliła się w sobie, jakby starała się być jak najmniej widoczna, łatwo jej to przychodziło, bo od lat postępowała w ten sposób. Potrafiła znikać, kiedy wymagała tego sytuacja, tylko, że tutaj też nie miała na to zbyt wiele przestrzeni.

- Jest tak dlaczego? bo tak sobie założyłeś? Naprawdę sądzisz, że to jest argument? Chodzi o to, że tak jest? - Nie wątpiła w to, że zdawał sobie sprawę z tego, jak to brzmiało, jeszcze chwilę wcześniej sam negował jej argumenty na podobnym poziomie, a teraz sam z nich korzystał. - Tak to nie działa, to, że siedziałeś tu sam, zanim się pojawiłam nie oznacza, że ten przedział jest Twoją własnością. Wyobrażasz sobie, że każdy ma takie podejście. Wsiada do pierwszego, lepszego pociągu i uznaje jego część za swoją własność, bo znalazł się tam pierwszy? - To brzmiało irracjonalnie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, nawet przez moment w to nie wątpiła, jego argumenty nie były szczególnie przekonujące.

Później zaczęła mówić, no starała się przekazać z grubsza to, co miała mu do przekazania, nie sięgała jeszcze po żadne konkrety, bardziej błądziła między słowami, rzucając sugestie, bo nie wiedziała na ile może sobie pozwolić, a ciągle nie zamierzała mu w żaden sposób zaszkodzić, nie chciała, żeby coś się spieprzyło przez to, że znalazła się w tym miejscu, że wlazła do niego ze swoimi buciorami. Była więc ciągle nieco ostrożna, ale nie mogła wiecznie zwlekać, musiała zacząć robić coś, kto właściwie wiedział ile mieli mieć czasu, jak długo jeszcze ten pociąg, czy tam prom miał zamiar jechać.

Dostrzegała jego spojrzenie, czuła je na sobie, doskonale wiedziała, jak zareaguje na jej słowa. Nawet przez moment nie sądziła, że je zaakceptuje, czy przystanie na jej propozycję, w końcu tak naprawdę niczego mu nie wytłumaczyła, póki co próbowała mu przekazać, że nigdzie się bez niego nie wybiera i ich los został ze sobą powiązany. Sama pewnie nie uwierzyłaby w swoje słowa, bo przecież nie miała dla niego żadnych dowodów.

- Tym razem mam gdzieś Twoją sprawczość, swoje już dzisiaj zrobiłeś, jeśli mówię, że coś musi się stać, to tylko dlatego, że nie ma innego wyjścia, nie mam w zwyczaju narzucać nikomu tego, co ma robić, bywają jednak sytuacje, w których nie da się inaczej, to jest właśnie ten moment. - Nie sądziła, aby jej słowa miały mieć na niego jakikolwiek wpływ, wiedziała, że to musi mogło go bardzo wkurzyć, że postara się udowodnić jej swoje racje robiąc coś zupełnie przeciwnego, bo przecież nic nie musiał, był panem swojego losu, robił to na co miał ochotę i cholera jasna w tej chwili naprawdę denerwowało ją to podejście. Powinna nieco bardziej na niego wpłynąć, wypadało, aby wreszcie dotarło do niego, gdzie właściwie się znajduje, dokąd zmierza, może wtedy stwierdzi, że faktycznie musi stąd wysiąść, może to będzie bodźcem silniejszym od tego, co mu do tej pory powiedziała.

- Nie przestanę, już nie. - Na to było zbyt późno, teraz nie miała wyboru, potrzebowała jakoś go obudzić, jakoś do niego dotrzeć, miała nadzieję, że nie skrzywdzi go tym za bardzo, nie wiedziała bowiem, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, jaki wpływ na niego miało to, że znalazła się w tej przestrzeni, która miała należeć tylko do niego? Dowiedzą się tego, kiedy wreszcie opuszczą to miejsce, liczyła na to, że powoli zbliżają się do tego momentu. Nie było już odwrotu, musiała mówić dalej.

- Nie powinieneś tu wsiadać, wiem, że byłeś zmęczony, ale to nie było rozwiązaniem. Zbyt szybko oswoiłeś się z tą myślą, nie walczyłeś, po prostu to zaakceptowałeś, nie działasz w ten sposób. Nie możesz jechać dalej, bo to nie jest bezpieczne, ta podróż to droga bez powrotu. Nie wsiada się do takich pociągów. - Mówiła szybko, nie do końca było to dla niej typowe, ale obawiała się, że kończy im się czas, a na to nie mogła pozwolić. Zacisnęła dłonie na swoich kolanach, zupełnie nieświadomie, zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że był to moment, który był odpowiedzialny za to, co będzie dalej, a nie czuła, aby miała jakąś szczególną siłę przebicia, wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że od samego początku źle do tego podeszła, najgorsze było to, że to była jedna, jedyna szansa, nie miało być następnych. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby teraz to wszystko spierdoliła.

- Nie wiem, co jest na końcu tej trasy. - Nie miała pojęcia o tym, co znajdowało się za zasłoną, nie wiedziała, gdzie mogą wylądować, nie miała pewności co czeka na nich po śmierci. Było wiele możliwości, naprawdę wiele.

- Nie pozwolę Ci dotrzeć do końca samemu. - Nie do końca wiedziała w jaki sposób powinna się tym z nim podzielić, odetchnęła ciężko, głęboko, nie było już zbyt wiele czasu na żadne negocjacje.

- Nie możesz mnie zostawić, nie chcę zostać sama, już nie, to samolubne, ale nie możesz tego zrobić beze mnie. Jeśli faktycznie postanowisz jechać dalej, to jadę z Tobą, razem znajdziemy się po drugiej stronie. - Były dwie możliwości, albo razem postanowią wysiąść, albo wyruszą w dalszą podróż. - To zależy od Ciebie, albo wysiądziesz, a ja z Tobą, albo tu zostaniemy, też razem, masz wybór, chociaż wolałabym wysiąść, ale to nie zależy ode mnie. - To nie była przecież jej podróż, ona znalazła się tu zupełnie przypadkiem, była intruzem, który komplikował to wszystko, chociaż nie zamierzała za to przepraszać. - Czego byś nie zrobił to podążę za Tobą, tylko zastanów się nad tym, czy naprawdę chcesz skończyć tę podróż, nie będzie już odwrotu, nie będzie innej możliwości, wszystko się skończy. - Być może zacznie, tego jednak nie mogła być pewna, więc wolała pozostać przy tym, co było jej znane, przy życiu. - Kiedyś wrócisz do tego pociągu, dokończysz podróż, ale to nie jest na to czas, zastanów się, pomyśl ile jeszcze przed Tobą, ile masz do zrobienia. - Próbowała być przekonująca, ale nie wiedziała, czy jej słowa mają jakikolwiek sens, być może powinna mówić wprost, ale nie do końca była w stanie oznajmić mu, że właśnie umierał, niby proste słowa, ale nie chciały jej przejść przez gardło, bo nie mogła się z tym pogodzić, zresztą nie bez powodu się tutaj znalazła. Nie akceptowała tego wcale.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (37615), Prudence Fenwick (23586)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa