W życiu Victorii Lestrange nie było chyba żadnego odpowiedniego momentu na to, by udać się do uzdrowiciela. Zgoda, spędziła całą noc, od początku do końca, na ulicach Londynu, wdychając cały pył, dym i syf palonych budynków i mienia ludzi. Nawdychała się tego tyle, najadła wręcz, że gdy następnego dnia nadal krążyła po Magicznym Londynie i kaszlała co i rusz – nie była ani trochę zdziwiona podrażnionym gardłem. Ani tym, że momentami nie umiała złapać oddechu, ani tymi seriami kaszlu, które czasami zdawały się nie kończyć. W kolejnych dniach również nie miała czasu się sobą zająć, cóż z tego, że nawet w Czarownicy ukazał się artykuł, który cytował jej własnego, prywatnego ojca, uzdrowiciela – nawołującego do tego, by ten problem traktować poważnie. Przecież jej praca była równie poważna! I w pracy mieli taki kocioł, tylu niedysponowanych brygadzistów czy aurorów, że nadgodziny okazały się codziennością. I tak mijał dzień za dniem, były rzeczy ważne i ważniejsze, a kaszel wcale nie malał.
Dwa dni temu widziała się z Rosierem, który opowiadał o tym, że oglądał go uzdrowiciel i… to trochę zainspirowało Victorię do tego, że może to jednak najwyższy czas, by przestać się oszukiwać i jednak do tego medyka udać (nie żeby jej się jakoś bardzo do tego paliło). Że pochodziła z rodziny uzdrowicielów, babcia była dyrektorem szpitala? I co z tego. Nie chciała zawracać głowy ani ojcu, który miał tu urwanie głowy, ani nie chciała martwić babki, ani innych członków rodziny… Zapisała się jak należało – ale anonimowość nie wchodziła tutaj w grę. Zapłaciła sowicie za to, żeby nie robiono z tego sensacji, żeby nie zawracano głowy jej rodzinie, ale i tak ktoś kto ją wtedy zapisywał pociągnął za sznurki i zamiast czekać na wizytę tydzień albo i dłużej, przy tym obłożeniu potrzebujących, wyznaczono jej termin na następny dzień.
W ten właśnie sposób Lestrange trafiła do gabinetu uzdrowicielki Deirdre Malfoy. Ciemnowłosej było wszystko jedno, jaką ta skończyła specjalizację na akademii, pył w płucach był nowością dla czarodziei i czy oglądałby ją ktoś, kto zajmował się urazami pozaklęciowymi, albo zatruciami zielarskimi, albo czymkolwiek innym – chyba nie miało to żadnego znaczenia.
Siedziała sobie więc grzecznie na krześle przed biurkiem uzdrowicielki, która miała przed sobą jej kartę pacjenta i wszystkie dane. Mogła sobie więc poczytać o historii leczenia… tej szpitalnej. O tym, że nieżyjąca już Florence Bulstrode łamała tutaj jej klątwę magicznego rytuału Beltane, albo o tym, jak którejś późnomajowej nocy została tutaj przeniesiona w poważnych ranach ciętych na ciele – na całych plecach i na ręce. Albo o szczegółach jej początku życia jako jedna z Zimnych. Lestrange nie przeszkadzała uzdrowicielce, gdy tak siedziały w milczeniu, a ciemne oczy oglądały ściany pomieszczenia.